Grypa ptaków uderza w branżę drobiarską. Producenci mierzą się z coraz większymi kosztami i obostrzeniami eksportowymi

0

Polska branża drobiarska mierzy się z najpoważniejszą od lat grypą ptaków. Do 2 czerwca potwierdzono 143 ogniska tej choroby zakaźnej, które obejmują ponad 9,7 mln ptaków – wynika z danych Głównego Lekarza Weterynarii. Dla porównania w całym ubiegłym roku ognisk było 121. Hodowcy ponoszą coraz większe koszty walki z chorobą i zabezpieczania ferm, a zakłady przetwórcze mają coraz większy problem z dostępem do drobiu z terenów wolnych od wirusa. Kolejne ograniczenia zaczynają uderzać także w eksport.

– Sytuacja producentów drobiu w Polsce jest dosyć zróżnicowana i zależy od tego, czy mówimy o hodowli, czy o przetwórstwie. Rynek przetwórstwa drobiu jest jedną z największych i najdynamiczniej rozwijających się gałęzi polskiego sektora food and agro. Według naszych szacunków wartość całego łańcucha produkcji sektora drobiarskiego to ponad 52 mld zł. Chociaż rentowność przetwórstwa drobiu w 2025 roku poprawiła się i wyniosła 6,6 proc. marży EBITDA, to jednak producenci, przetwórcy drobiu mierzyli się z wyższymi o 15 proc. kosztami żywca drobiowego, a także wyższymi kosztami energii oraz pracy – ocenia w rozmowie z agencją Newseria dr Magdalena Kowalewska, dyrektorka Biura Analiz Sektora Rolno-Spożywczego w BNP Paribas.

Jak podkreśla, do tej pory pozytywnie na sektor przetwórstwa drobiu działał za to eksport.

– W 2025 roku odnotowano 4-proc. spadek wolumenów eksportowych, ale wzrost cen spowodował 20-proc. wzrost wartości eksportu. Eksport jest jednym z najważniejszych kanałów zbytu polskiego drobiu – mówi dr Magdalena Kowalewska podczas Międzynarodowej Konferencji Drobiarskiej zorganizowanej przez Krajową Radę Drobiarstwa – Izbę Gospodarczą. – Jeśli chodzi o hodowców drobiu, nieco inaczej wygląda sytuacja w przypadku producentów kurcząt brojlerów, a inaczej w przypadku producentów kaczek, indyków czy gęsi. Ta pierwsza grupa mogła się przez ostatnie lata cieszyć bardzo dobrą koniunkturą na rynku.

Polska jest największym producentem mięsa drobiowego w Unii Europejskiej. Z danych MRiRW wynika, że w całym 2025 roku produkcja mięsa drobiowego mogła wynieść ok. 3,23 mln t. Niemal 60 proc. krajowej produkcji trafia na eksport. Produkcja jaj konsumpcyjnych w Polsce wzrosła z 507 tys. t w 2015 roku do ok. 690 tys. t w 2025 roku. Wartość eksportu jaj wzrosła o 25 proc. r/r mimo niższego wolumenu sprzedaży, głównie dzięki wyższym cenom uzyskiwanym przez eksporterów.

– Zagrożeń dla producentów drobiu jest sporo i należy zacząć od chorób zwierząt, które wywierają coraz większą presję nie tylko na wolumeny produkcyjne w kraju, ale też mają określone implikacje rynkowe w postaci obostrzeń eksportowych i mniejszych wolumenów produkcji drobiu z tzw. białych stref. Przetwórcy muszą poszukiwać  mięsa z obszarów, które nie są objęte wirusem, co powoduje presję kosztową – tłumaczy dyrektorka Biura Analiz Sektora Rolno-Spożywczego w BNP Paribas.

Z danych Głównego Lekarza Weterynarii wynika, że w 2025 roku w Polsce stwierdzono 86 ognisk rzekomego pomoru drobiu (ND). Łącznie utrzymywane w nich było ponad 8,5 mln sztuk drobiu. Do 2 czerwca br. potwierdzono 50 ognisk ND u drobiu. W tym samym czasie wykryto 143 ogniska grypy ptaków (HPAI) u drobiu, głównie w województwach mazowieckim i wielkopolskim. Łączna liczba drobiu w ogniskach przekroczyła 9,7 mln. Największe zakażone stado liczyło prawie 1,5 mln kur niosek. Dodatkowo w 2026 roku potwierdzono kilkanaście ognisk HPAI u ptaków utrzymywanych w niewoli i ponad 220 ognisk u ptaków dzikich, co pokazuje, że wirus intensywnie krąży w środowisku.

Nawet lokalne ogniska choroby mogą prowadzić do ograniczeń eksportowych obejmujących większe obszary kraju, bo część państw trzecich nadal nie uznaje unijnej zasady regionalizacji.

 Straty są duże ze względu na to, że sama likwidacja ognisk jest procesem bardzo kosztownym, również odszkodowania dla hodowców drobiu w przypadku wystąpienia ogniska. Również straty dla zakładu – wynikające czy to z zakazów eksportu na określone rynki, czy braku możliwości wykorzystania surowca do eksportu, jeżeli pochodzi on z obszarów objętych ograniczeniami, czy w końcu brak uznawania regionalizacji przez niektóre państwa trzecie – są dużo większe niż tylko to, co można znaleźć w informacjach o tym, ile kosztowało zwalczanie ognisk z rezerwy celowej – podkreśla Karolina Florek, zastępca Głównego Lekarza Weterynarii.

Walka z grypą ptaków opiera się przede wszystkim na ograniczaniu ryzyka rozprzestrzeniania wirusa i działaniach administracyjnych. Największe problemy dotyczą regionów o dużej koncentracji ferm drobiarskich, gdzie choroba łatwo się przenosi pomiędzy gospodarstwami.

 Jeśli choroba wystąpi, to już jest za późno. Musimy się skupiać na bioasekuracji gospodarstw i wdrażaniu środków, żeby nie dopuszczać do występowania ognisk – mówi Karolina Florek. – Od 2021 roku mamy unijne przepisy wynikające z prawa o zdrowiu zwierząt. Tylko w ostatnim czasie one były doprecyzowane jeszcze przez nasze przepisy krajowe, więc teraz mamy pełny pakiet możliwości prawnych odnośnie do postępowania przy zwalczaniu chorób zakaźnych, w tym chorób zakaźnych drobiu.

Jak wskazuje GIW, wystąpienie ogniska HPAI jest związane z wdrożeniem rygorystycznych administracyjnych procedur likwidacji choroby. Obejmują one m.in. nakaz zabicia drobiu i unieszkodliwienie zwłok zwierząt w zakładach utylizacyjnych, ustanawianie obszarów objętych ograniczeniami w promieniu minimum 10 km wokół ogniska, na których obowiązują zakazy przemieszczania zwierząt i produktów pochodzenia zwierzęcego, oraz ustalenie źródeł zakażenia. Hodowców obowiązują ściśle określone zasady bioasekuracji na terenie gospodarstwa, w tym m.in. zabezpieczenie drobiu przed kontaktem z dzikimi ptakami, zabezpieczenie paszy, wody i ściółki przed dostępem gryzoni, zwierząt domowych i dzikich, wyłożenie mat dezynfekcyjnych przed wjazdami i wyjazdami z gospodarstwa oraz wejściami i wyjściami z budynków, w których jest utrzymywany drób.

Wraz ze wzrostem liczby ognisk rosną koszty działań prowadzonych przez Inspekcję Weterynaryjną oraz wysokość wypłacanych odszkodowań.

– Musimy występować o kolejne transze rezerwy na zwalczanie chorób zakaźnych. Walka w tych obszarach, gdzie jest bardzo wiele ognisk, wymaga ogromnego zaangażowania sił i środków na miejscu i bardzo ciężkiej pracy Inspekcji Weterynaryjnej. Wysyłamy zespoły do spraw dochodzeń epizootycznych z innych powiatów czy województw, żeby pomóc powiatowym lekarzom weterynarii, ponieważ tej pracy jest mnóstwo – podkreśla Karolina Florek.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/grypa-ptakow-uderza-w,p1650400246

Resort rolnictwa chce sprawdzić, czy na rynku wieprzowiny nie ma zmowy cenowej. Niskie ceny nie mają uzasadnienia w sytuacji rynkowej

0

W ubiegłym tygodniu minister rolnictwa Stefan Krajewski skierował pismo do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) w związku z podejrzeniem stosowania nieuczciwych praktyk rynkowych oraz zmowy cenowej na rynku wieprzowiny. Chodzi o ceny skupu żywca wieprzowego, które w opinii resortu są zaniżane, szkodząc tym samym interesom rolników. Resort planuje kolejne rozwiązania, które mają wspierać producentów trzody chlewnej.

– W ostatnich tygodniach zaobserwowaliśmy znaczne spadki cen żywca wieprzowego, które nie mają uzasadnienia w sytuacji rynkowej, kosztach produkcji, w tym, co się dzieje wokół – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Adam Nowak, wiceminister rolnictwa i rozwoju wsi.

Zgodnie z danymi z biuletynu informacyjnego opracowanego na podstawie danych Zintegrowanego Systemu Rolniczej Informacji Rynkowej (ZSRIR) 17 maja ceny skupu żywca wieprzowego wynosiły 5,13 zł za kg masy żywej, a w klasie poubojowej E – 6,66 zł za kg. Oznacza to, że są o 11–13 proc. niższe niż miesiąc temu (odpowiednio 5,76 zł i 7,68 zł) oraz o 27–28 proc. niższe niż rok temu (7,01 i 9,27 zł).

W liście do UOKiK minister podkreślił, że w kontekście wysokich kosztów pasz, energii, opieki weterynaryjnej oraz rygorystycznych wymogów bioasekuracji związanych z ASF poziomy cenowe znajdują się na granicy lub poniżej progu opłacalności wielu polskich gospodarstw.

Chcemy, aby Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów zweryfikował tę sytuację. Mamy obawy, że rolnicy, którzy są uzależnieni od przetwórców i mają dużo słabszą pozycję wobec nich, mogą być w tym przypadku ofiarą zmowy – podkreśla Adam Nowak.

W piśmie do prezesa UOKiK minister rolnictwa i rozwoju wsi zwrócił uwagę na niebezpieczną asymetrię siły rynkowej. Jak podkreślił, kilka dużych zakładów mięsnych dysponuje znaczną przewagą nad rozproszonymi i słabszymi ekonomicznie hodowcami.

– Biorąc pod uwagę bardzo duże wyzwania i problemy, z którymi boryka się sektor producentów trzody chlewnej, taka sytuacja nie może mieć miejsca – mówi wiceminister rolnictwa. – Chodzi i o tych, którzy produkują w cyklu zamkniętym, mają tucz kontraktowy, jak i tych, którzy mają cykl otwarty, kupują prosięta spoza gospodarstw, są bardzo narażeni na ceny warchlaków, prosiąt, a sprzedają w cenie, która generuje stratę w ich gospodarstwie.

MRiRW oczekuje od UOKiK wnikliwego zbadania relacji na linii producent – przetwórca żywca wieprzowego. Deklaruje też pełną gotowość do współpracy.

– Regulacje dotyczące przewag kontraktowych są obarczone dużymi ograniczeniami ze strony Unii Europejskiej. Natomiast poprzez działania, które Ministerstwo Rolnictwa prowadzi, choćby monitorowanie, zgłaszanie do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, wspieranie producentów w większym stopniu, staramy się wpływać na kierunki zmian rynkowych – podkreśla wiceminister rolnictwa i rozwoju wsi.

O przewadze kontraktowej mowa wówczas, gdy dochodzi do znaczącej dysproporcji potencjałów ekonomicznych pomiędzy dostawcą a nabywcą produktów rolnych lub spożywczych. Obszar ten jest regulowany ustawą z 2021 roku o przeciwdziałaniu nieuczciwemu wykorzystywaniu przewagi kontraktowej w obrocie produktami rolnymi i spożywczymi, która wdrożyła unijną dyrektywę w sprawie nieuczciwych praktyk handlowych w relacjach między przedsiębiorcami w łańcuchu dostaw produktów rolnych i spożywczych.

– Pozycja rynkowa rolników w odniesieniu do przetwórców, podmiotów skupowych, zwłaszcza w momencie nadprodukcji, wciąż jest wyjątkowo słaba. Nie dotyczy to tylko producentów trzody chlewnej, ale też innych gałęzi rolnictwa. Choć widzimy, że role się odwracają w sytuacji, gdy mamy deficyty i niedobory na rynku – wtedy to rolnicy mają silniejszą pozycję – uważa Adam Nowak. – W ramach dialogu ze środowiskiem rolniczym i organizacjami zrzeszającymi poszczególnych przedsiębiorców staramy się tę sytuację rozwiązywać.

Jak podkreśla, w najbliższym czasie resort ma przedstawić program wsparcia dla polskich producentów trzody chlewnej. Na razie gotowa jest jego wersja robocza, która jest konsultowana z przedstawicielami branży.

Przygotowujemy odpowiednie regulacje, które miałyby wspierać rodzimych producentów trzody chlewnej. Takie wsparcie byłoby kierowane raczej do hodowców, którzy mają maciory, ale również do producentów prosiąt krajowych. Tu widzimy największe potrzeby – zaznacza wiceminister rolnictwa i rozwoju wsi. – Taki program jest potrzebny, zwłaszcza w kontekście trudnej sytuacji rynkowej związanej z niskimi cenami żywca wieprzowego. To zniechęca rolników do kontynuowania produkcji i jest największym zagrożeniem dla utrzymania bezpieczeństwa żywnościowego w tym wymiarze.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/resort-rolnictwa-chce,p1508505534

Polska nadal bez polityki architektonicznej. Branża chce przyspieszenia prac nad nową strategią

0

Polska jest jednym z ostatnich krajów Unii Europejskiej bez państwowej polityki architektonicznej, która wyznaczałaby standardy planowania i jakości przestrzeni publicznej. Środowisko architektów wskazuje, że brak spójnych regulacji utrudnia prowadzenie inwestycji, ochronę zabytków i koordynację przepisów wpływających na sposób projektowania miast oraz budynków. 14–15 maja o potrzebie zmian i przyszłości zawodu architekta będą rozmawiać uczestnicy Kongresu Architektury Polskiej w Muzeum Historii Polski w Warszawie.

Polityki architektoniczne funkcjonują już w 35 państwach europejskich, więc Polska jest wśród nielicznych krajów, które tego dokumentu nie mają. W listopadzie 2025 roku Ministerstwo Rozwoju i Technologii powołało Zespół doradczy ds. opracowania Polityki Architektonicznej Państwa. Ma on przygotować pierwszy w Polsce dokument określający kierunki dotyczące architektury, urbanistyki i jakości przestrzeni publicznej.

– Oczekujemy, że pojawi się dokument strategiczny, który będzie wyznaczał ramy dla wielu aktów prawa materialnego, które mają bezpośredni wpływ na nasze życie. Taka wielobranżowa koordynacja uporządkuje sytuację i wykorzysta potencjał, który tkwi w wielu resortach oraz dziedzinach życia i który architekci będą potrafili wykorzystać – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Piotr Fokczyński, prezes Krajowej Rady Izby Architektów RP.

Według zapowiedzi resortu polityka ma objąć m.in. standardy projektowania budynków i infrastruktury, ochronę dziedzictwa kulturowego, rozwój ekologicznego budownictwa oraz zasady zrównoważonego zarządzania przestrzenią. Przedstawiciele środowiska wskazują, że celem jest również poprawa jakości przestrzeni publicznej jako dobra wspólnego.

 Czasami szczegół potrafi zablokować nawet bardzo dobry projekt architektoniczny. Dlatego oczekujemy polityki architektonicznej i zmian nie tylko punktowych, ale takich, które obejmują inne dziedziny życia, nawet w innych resortach. Są ważne, bo będą decydowały o sprawczości polityki architektonicznej i – na przykład – będą dawały szansę przywrócenia zabytku do życia i wykorzystania jego potencjału. Jedna z powszechnych bolączek architektów projektujących na substancji zabytkowej dotyczy tego, jak połączyć skomplikowane wymagania techniczne z charakterem historycznego budynku, pod którym nie ma szans przykładowo wybudować parkingu podziemnego – mówi Piotr Fokczyński.

Według danych Narodowego Instytutu Dziedzictwa do rejestru wpisanych jest ok. 90 tys. zabytków nieruchomych, w tym historyczne układy urbanistyczne, obiekty przemysłowe, kamienice czy budynki użyteczności publicznej. Znaczna część z nich wymaga modernizacji i dostosowania do współczesnych standardów użytkowych. Architekci od lat zwracają uwagę na trudności związane z łączeniem wymogów ochrony zabytków z obowiązującymi przepisami technicznymi.

– Państwo ma politykę zdrowotną, obronną, transportową, energetyczną, czyli dokumenty, które są bardzo wyspecjalizowane i dokądś nas prowadzą, ale nie ma polityki architektonicznej. To powoduje, że funkcjonujemy w żywiole, który chcemy opanować. Polityka architektoniczna to tak naprawdę deklaracja rządu, że chce taki dokument mieć. Gdybyśmy mieli powiedzieć, co jest najważniejsze, to można to streścić do dwóch słów: legislacja i edukacja. To się musi skończyć dokumentami rządowymi w postaci ustaw czy rozporządzeń. Podnoszenie świadomości społecznej i zawodowej to bieg długodystansowy. Kongres da temu impuls – przekonuje Piotr Gadomski, wiceprezes Krajowej Rady Izby Architektów RP.

Kongres Architektury Polskiej, organizowany pod hasłem „Przestrzeń – wartość i odpowiedzialność” przez Izbę Architektów RP, Stowarzyszenie Architektów Polskich oraz Narodowy Instytut Architektury i Urbanistyki, ma być miejscem rozmów nie tylko o jakości projektowania, ale również o zmianach legislacyjnych i edukacji architektonicznej. Program wydarzenia obejmuje kilkanaście paneli dotyczących m.in. planowania przestrzennego, ochrony dziedzictwa, mieszkalnictwa, transformacji energetycznej oraz wpływu architektury i przestrzeni na zdrowie psychiczne i fizyczne oraz codzienne funkcjonowanie mieszkańców.

Jednym z głównych tematów kongresu mają być problemy związane z planowaniem przestrzennym i ładem urbanistycznym. Najwyższa Izba Kontroli wskazywała, że w 2020 roku miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego obejmowały jedynie 32 proc. powierzchni Polski. Na terenach bez planów inwestycje realizowane są na podstawie decyzji o warunkach zabudowy. Tylko w 2022 roku wydano ich prawie 140 tys. NIK podkreślała, że brak spójnego gospodarowania przestrzenią prowadzi do rozproszenia zabudowy, degradacji krajobrazu i wysokich kosztów infrastrukturalnych.

– Czasami świetna architektura wykadrowana wygląda inaczej, niż kiedy odejdziemy na 100–200 m czy kilometr i zobaczymy ją z szerszej perspektywy. Niestety otoczenie nie wygląda tak dobrze. Teraz trzeba ten potencjał wykorzystywać do budowania harmonijnie ułożonej przestrzeni. To będzie mocny krok do przodu – podkreśla Piotr Fokczyński.

Projekty z Polski regularnie pojawiają się na listach nominacji do Nagrody Unii Europejskiej im. Miesa van der Rohe, jednej z najważniejszych europejskich nagród architektonicznych. W ostatnich latach wyróżnienia zdobywały m.in. realizacje związane z rewitalizacją przestrzeni publicznych, architekturą mieszkaniową, obiektami edukacyjnymi czy kulturalnymi. Według przedstawicieli branży poprawił się również poziom wykonawstwa i współpracy między projektantami różnych specjalizacji.

– Współczesne usługi projektowe, które świadczą usługi państwu w zamówieniach publicznych i indywidualnym odbiorcom, zostały stworzone od zera po 1989 roku. Ta gałąź została zbudowana przez projektantów, architektów, konstruktorów i pracownie projektowe różnych specjalizacji. Przez te lata doprowadziliśmy od zera do bardzo wysokiego poziomu biur projektowych, które dzisiaj mają swoich liderów współpracujących z największymi markami światowymi i europejskimi – podkreśla Piotr Gadomski. – Jednym z paneli na Kongresie Architektury Polskiej będzie „Architektura ambasadorem Polski w świecie”. Na tych przykładach chcemy pokazać, że dotrzymujemy tym markom kroku, chociaż przez kilkadziesiąt lat budowaliśmy te usługi od zera.

– Pod względem rzemiosła budowlanego jesteśmy na dobrym europejskim poziomie, co jeszcze 10–20 lat temu nie było takie powszechne. Wobec tego architektura ma się dobrze, natomiast ważne jest, żeby potraktować ją jako silnik dla stworzenia jak najlepszych warunków dla życia obywateli, żeby nie były to jednostkowe przypadki, bo niestety tu jest problem – dodaje Piotr Fokczyński.

W programie Kongresu Architektury Polskiej znalazły się również wydarzenia skierowane do mieszkańców i osób spoza branży. Między 9 a 17 maja w Warszawie i innych miastach odbędą się spacery miejskie, projekcje filmów, wystawy i wydarzenia edukacyjne organizowane przy współpracy z okręgowymi izbami architektów. Mają one pokazać mieszkańcom, jak architektura wpływa na codzienne funkcjonowanie i jakość przestrzeni wokół nich.

– To będzie bardzo dobry rok dla architektury i przestrzeni. Splotły się bardzo pozytywne okoliczności – mieliśmy prezydencję w Unii Europejskiej i w jej ramach pojawił się wątek polityk architektonicznych w krajach UE. Postanowiliśmy przygotować kongres, w którym będziemy mówili o architekturze, ale nie  ograniczając się do zachwytów nad jej stanem, ale poszukując potencjału dalszego rozwoju – ocenia prezes Krajowej Rady Izby Architektów RP.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polska-nadal-bez-polityki,p1940031863

Wielka rozbudowa lotniska w Katowicach. W tym roku powstanie infrastruktura zwiększająca bezpieczeństwo paliwowe

0

Jeszcze sześć lat potrwa realizacja największego programu inwestycyjnego w historii lotniska Katowice-Pyrzowice. Jego kulminacyjnym momentem będzie budowa nowego terminalu pasażerskiego, która rozpocznie się w 2029 roku. W tym roku spółka GTL, zarządca portu lotniczego, skupia się na ukończeniu budowy nowego multimodalnego węzła do przeładunku towarów i paliw wraz z infrastrukturą kolejową. Inwestycja, która ma zwiększyć bezpieczeństwo paliwowe, zostanie oddana do użytku pod koniec roku.

– W tym roku realizujemy inwestycje za ponad 170 mln zł. Główną inwestycją jest multimodalny węzeł do przeładunku towarów i paliw oparty na bocznicy kolejowej. Oddamy go do użytku już w październiku tego roku. To ważna, strategiczna infrastruktura – mówi agencji Newseria Artur Tomasik, prezes Górnośląskiego Towarzystwa Lotniczego, podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach.

Prace nad tym projektem trwają od września 2024 roku, a jego wartość sięga 130 mln zł. Inwestycja uzyskała dofinansowanie ponad 10 mln euro ze środków UE w ramach instrumentu „Łącząc Europę” (CEF) 2021–2027 Military Mobility.

– Rozbudowa multimodalnego węzła do przeładunku towarów, a głównie do składowania paliwa, jest ważna w kontekście wydarzeń na Bliskim Wschodzie. Jednym z ważnych elementów ciągłości działania portu jest dostęp do infrastruktury, która tę ciągłość gwarantuje, a paliwo to kluczowy czynnik. Budujemy infrastrukturę, która ma pojemność 4 tys. m3. Sprzedajemy ponad 200 tys. m3 paliwa, więc dokładnie spełnimy wszystkie warunki wynikające z zaleceń, zgodnie z którymi 2 proc. paliw będziemy mogli składować w tym obiekcie. Wzmocnimy tym samym bezpieczeństwo i ciągłość tankowania samolotów w Pyrzowicach – zapowiada Artur Tomasik.

Kolejne realizowane inwestycje mają poprawić pozycję lotniska w Katowicach w segmencie MRO, który obejmuje serwisowanie samolotów, działania konserwacyjne i eksploatacyjne. W kwietniu oddano do użytku nowy hangar techniczny H4, który pomieści dwa samoloty wielkości Airbusa A321. GTL zapowiada, że uruchomienie nowego obiektu oznacza około 200 nowych miejsc pracy. W obszarze mechaniki lotniczej Katowice Airport będzie pracować łącznie blisko 900 osób. Lotnisko do tej pory dysponowało czterema hangarami o łącznej powierzchni 33,5 tys. mkw., w których można było jednocześnie serwisować osiem maszyn.

– Ważny obszar to także cargo. Podpisaliśmy porozumienie z DHL na budowę pod klucz terminalu towarowego dla firmy DHL Express, z którą współpracujemy już od 30 lat. DHL skupi się na części operacyjnej, na wyposażeniu tego nowoczesnego obiektu, który chcielibyśmy oddać na początku 2029 roku – zapowiada prezes GTL.

Operator kurierski ma ponad 30-proc. udział w katowickim rynku przewozów towarowych. Nowy obiekt – o powierzchni ok. 4,5 tys. mkw. – ma powstać w południowo-wschodniej części lotniska, przy płycie postojowej dla samolotów cargo. Realizacja inwestycji rozpocznie się w przyszłym roku. GTL liczy, że nowy terminal towarowy wzmocni silną pozycję katowickiego lotniska w segmencie cargo. W ubiegłym roku obsłużono tu rekordowe 64,3 tys. t przewozów towarowych, a ten rok ma się zamknąć powyżej 50 tys. t. W I kwartale br. lotnisko odnotowało ponad 35-proc. wzrost cargo.  

Naszym core biznesem jest obsługa ruchu pasażerskiego. W związku z tym wszystkie wysiłki, które będziemy w najbliższych latach kłaść na rozwój infrastruktury, mają na celu poprawić komfort obsługi pasażerów, zwiększyć przepustowość i bezpieczeństwo, a jednocześnie zwiększyć możliwości generowania przychodów z powierzchni, które będą przeznaczone do handlu w tym obiekcie – wyjaśnia Artur Tomasik.

Głównym obiektem będzie nowy terminal pasażerski, którego budowa ma się rozpocząć w 2029 roku. Pierwsi podróżni zostaną z niego odprawieni trzy lata później.

– Prowadzimy cały czas przetarg na wybór projektanta nowej infrastruktury terminalowej. Mam nadzieję, że uda nam się w tym roku wybrać najlepszego projektanta z sześciu, których mamy, podpisać umowę i rozpocząć fizyczne prace nad projektem – mówi prezes GTL.

W międzyczasie przeprowadzona zostanie rozbudowa terminalu pasażerskiego C. W IV kwartale 2025 roku spółka podpisała w tej sprawie umowę z firmą Budimex. Powierzchnia obiektu zwiększy się z ok. 7 tys. mkw. do prawie 10,5 tys. mkw. Powiększona zostanie hala odbioru bagażu, w której liczba karuzel wzrośnie z trzech do pięciu. Inwestycja ma się zakończyć przed wakacjami 2027 roku.

Jednym z dużych zadań zaplanowanych w programie rozwoju infrastruktury katowickiego lotniska na lata 2024–2032 jest budowa nowych parkingów terenowych oraz parkingu wielopoziomowego. W kwietniu rozpoczął się drugi etap budowy parkingu P5, w ramach którego powstanie 1,1 tys. nowych miejsc postojowych. Po zakończeniu inwestycji parking pomieści w sumie prawie 2 tys. samochodów.

Inwestycje związane z obsługą pasażerów mają przygotować lotnisko na dynamicznie rosnący ruch. W ubiegłym roku liczba podróżnych wzrosła o 14 proc., do blisko 7,3 mln, a w tym roku prognozy zakładają obsługę co najmniej 7,9 mln osób.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/wielka-rozbudowa-lotniska,p685835675

Nierówności na europejskim rynku pracy to zmarnowany potencjał dla gospodarki. Na ich zniwelowanie potrzeba co najmniej pół wieku

0

Równość kobiet i mężczyzn pozostaje bardziej celem niż rzeczywistością w Polsce i Unii Europejskiej, choć i tak na tle świata wypadamy relatywnie dobrze. Kobiety częściej niż mężczyźni są lepiej wykształcone, ale rzadziej awansują, mniej zarabiają i częściej „znikają” z rynku pracy ze względów rodzinnych. Eksperci ostrzegają, że to nie tylko problem społeczny, lecz także realna strata dla innowacyjności i konkurencyjności gospodarki. Wdrażane unijne regulacje dotyczące jawności płac i udziału kobiet we władzach spółek mogą się stać impulsem do zmian.

Z Gender Equality Index 2025, przygotowanego przez EIGE (Europejski Instytut ds. Równości Kobiet i Mężczyzn), wynika, że mimo postępów osiągnięcie pełnej równości płci w Europie zajmie co najmniej 50 lat. Polska pod względem stopnia równości płci plasuje się znacznie poniżej średniej unijnej w obszarze władzy (politycznej, ekonomicznej i społecznej).

Nadal mamy do czynienia z nierównościami ze względu na płeć. Ważne, żeby podkreślić, że te nierówności występują zarówno u mężczyzn, jak i u kobiet. W przypadku mężczyzn rozmawiamy często o m.in. nierównościach w edukacji, u kobiet zaś najczęściej o rynku pracy. Dlatego też w Konfederacji Lewiatan podejmujemy temat aktywności zawodowej kobiet i tego, że ich potencjał nie jest w pełni wykorzystywany – ocenia Alicja Wejdner-Cichy, ekonomistka, ekspertka ds. DEI w Konfederacji Lewiatan, w rozmowie z agencją Newseria przeprowadzonej podczas Europejskiego Forum Nowych Idei, które odbyło się w kwietniu w Warszawie.

Z ekspertyzy wykonanej w ramach realizowanego przez Konfederację Lewiatan projektu „Wzmocnienie dialogu społecznego w Polsce – model inicjowania dialogu społecznego przez stronę pracodawców” wynika, że zatrudnienie kobiet w relacji do mężczyzn wyraźnie spada w dwóch okresach: reprodukcyjnym (20–39 lat) oraz emerytalnym (60–64 lat). Hipoteza, że rodzicielstwo oddala Polki od rynku pracy, znajduje potwierdzenie we współczynnikach zatrudnienia. W grupie 25–54 lata luka w zatrudnieniu kobiet i mężczyzn wśród osób bezdzietnych jest minimalna i wynosi 1,5 pp. Rośnie natomiast wraz z liczbą dzieci: przy jednym sięga 13,9 pp., przy trójce – 34,3 pp. (na niekorzyść pań).

– Nie wykorzystując w pełni potencjału kobiet, odczuwamy negatywne skutki w kontekście innowacyjności i konkurencyjności gospodarki. Ten potencjał jest obecny, bo mówimy o kobietach, które częściej niż mężczyźni są lepiej wykształcone, mają wysokie kompetencje, więc niejako tracimy ten talent – ocenia Alicja Wejdner-Cichy.

Poważnym problemem kobiet na rynku pracy wciąż są nierówności płacowe. Z raportu przygotowanego przez Stowarzyszenie Kongres Kobiet wynika, że 67 proc. ankietowanych pań uznaje, że w Polsce na tych samych stanowiskach i z tymi samymi obowiązkami kobiety zarabiają mniej od mężczyzn. Taką odpowiedź wskazało natomiast zaledwie 39 proc. mężczyzn. Różnica w percepcji problemów związanych z równością płci może być przeszkodą we wdrażaniu projektów równościowych. Rozwiązania mające poprawić sytuację planuje Unia Europejska.

– Będziemy wdrażać dwie dyrektywy. Pierwsza dotyczy równowagi płci w spółkach giełdowych, a druga – transparentności i równości wynagrodzeń. Jest to impuls do zmiany i rozpoczęcia dyskusji o tym, że nierówności w wynagrodzeniach występują. To 15–18 proc. skorygowanej luki płacowej. Patrząc na największe spółki giełdowe, widzimy, że udział kobiet w zarządach jest bardzo niski, bo wynosi około 14 proc. Jesteśmy nadal na etapie dyskusji o tym, co możemy zrobić. Jeszcze nie doszliśmy do tego punktu, w którym mamy równość w społeczeństwie – mówi ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Chodzi o dyrektywę Women on Boards, która na spółki giełdowe (zatrudniające co najmniej 250 osób, osiągające obrót powyżej 50 mln euro lub sumę bilansową powyżej 43 mln euro) nałożyła obowiązek osiągnięcia do 30 czerwca 2026 roku jednego z dwóch celów. Pierwszym jest 40-proc. udział kobiet wśród dyrektorów niewykonawczych (czyli w radach nadzorczych), a drugim – 33-proc. udział kobiet we wszystkich stanowiskach zarządczych (zarówno wykonawczych, czyli w zarządach, jak i niewykonawczych). Z badania Fundacji Liderek Biznesu „Kobiety we władzach spółek giełdowych w Polsce. Gdzie jesteśmy po 10 latach?” wynika, że w 2024 kobiety stanowiły 13,6 proc. członków zarządów i 18,7 proc. członków rad nadzorczych. Ponad 60 proc. spółek nie miało ani jednej kobiety w zarządzie.

Druga ze wspomnianych regulacji wprowadza nowe obowiązki w zakresie transparentności zasad zarządzania wynagrodzeniami. Jawne mają być informacje o średnich wynagrodzeniach w poszczególnych kategoriach pracowników, a także kryteria ustalania wynagrodzeń i ich progresji. Dyrektywa przewiduje obowiązek raportowania różnic płacowych pomiędzy kobietami i mężczyznami. Termin jej wdrożenia przypada na 7 czerwca br.

– Wszystko wskazuje na to, że te terminy będą przesuwane i jeszcze chwilę na to poczekamy. Firmy dopiero zaczynają się przygotowywać do tych działań. Nadal pojawia się wiele punktów, które mogą być problematyczne i stanowią ciężar dla pracodawców. Potrzebujemy tu mądrych regulacji, ale nie ma co ukrywać, że te zmiany będą czasochłonne – ocenia Alicja Wejdner-Cichy.

Z badania przeprowadzonego wśród firm w ramach Obserwatorium DEI w Konfederacji Lewiatan wynika, że prawie połowa ankietowanych uważa, że raportowanie luki płacowej pomoże ograniczyć dyskryminację. Podobny odsetek ocenia, że nie wpłynie to na sytuację kobiet na rynku pracy. Najczęściej wskazywane obawy związane z ujawnianiem wynagrodzeń dotyczą możliwych napięć i konfliktów w zespole (62,3 proc.), presji płacowej (39,3 proc.) i podkupywania pracowników przez konkurencję (35,3 proc.).

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/nierownosci-na,p1924901827

GUS chce policzyć udział krajowych firm w wielkich inwestycjach. Pilotaż rusza w czerwcu w energetyce

0

Local content, czyli udział krajowych firm, pracy i kosztów w dużych inwestycjach, ma w Polsce przestać być wyłącznie politycznym hasłem. Główny Urząd Statystyczny pracuje nad metodyką, która pozwoli mierzyć, jaka część wartości strategicznych projektów rzeczywiście zostaje w krajowej gospodarce.

 Od kilku miesięcy pracujemy nad metodyką pomiaru local content – mówi agencji informacyjnej Newseria Marek Cierpiał-Wolan, prezes Głównego Urzędu Statystycznego. – Wypracowanie efektywnej metodyki pomiaru nie jest łatwe, dlatego że musimy połączyć dwa aspekty. Jeden aspekt związany jest z klasyczną sprawozdawczością, czyli będziemy pytać zarówno zamawiającego, jak i wykonawcy i podwykonawców o pewne koszty i ponoszone wydatki związane z inwestycją: na wynagrodzenia, towary, materiały i usługi. Planujemy także wykorzystać na przykład dane z JPK, z eFaktur, jeśli ten system już wejdzie w sposób efektywny do polskiej gospodarki, żeby zapewnić precyzję informacji.

Krajowy System e-Faktur właśnie przechodzi etapowe wdrażanie: od 1 kwietnia 2026 roku obejmuje przedsiębiorców, których sprzedaż w 2024 roku nie przekroczyła 200 mln zł, a najmniejsi podatnicy o bardzo niskiej miesięcznej sprzedaży mają wejść do systemu od 1 stycznia 2027 roku. To oznacza, że administracyjne źródła danych mogą w kolejnych kwartałach stać się dla statystyki publicznej realnym wsparciem przy precyzyjniejszym badaniu local content.

Problem polega jednak na tym, że w Europie nie ma prostego, gotowego wzorca. GUS zaczął od przeglądu rozwiązań stosowanych za granicą, ale szybko się okazało, że przeniesienie ich na grunt unijny nie jest łatwe.

W Unii Europejskiej zamówienia publiczne opierają się na zasadach równego traktowania, przejrzystości i niedyskryminacji wykonawców. Dyrektywy unijne obejmują zarówno klasyczne zamówienia publiczne, jak i zamówienia w sektorach takich jak energetyka. Oznacza to, że państwo nie może po prostu wpisać do przetargu prostego wymogu „kupuj krajowe”, tak jak się to robi w części systemu amerykańskiego.

– Zaczynamy od energetyki. Jest to sektor wybrany przez Ministerstwo Aktywów Państwowych ze względu na to, że jest ważny, strategiczny, ale także ze względu na to, że firmy, które są zainteresowane i zostały zaproszone przez ministerstwo, Agencję Rozwoju Przemysłu i GUS do konsultacji tej metodyki pomiaru, pochodzą z sektora energetycznego – wyjaśnia Marek Cierpiał-Wolan.

Wybór energetyki ma też mocne uzasadnienie gospodarcze. Rząd w dokumentach strategicznych wprost wskazuje sektor energii jako dźwignię rozwoju gospodarki i obszar wykorzystania krajowego potencjału technologicznego, przemysłowego i kadrowego.

 W ciągu 30 dni zamawiający będzie miał obowiązek przesłać informacje na temat wybranych podwykonawców. Wykonawca i podwykonawcy na poszczególnych poziomach też będą musieli przesyłać sprawozdania do GUS-u odpowiednio 30 dni po uzyskaniu informacji od wyższego podwykonawcy. Chcemy w czerwcu uruchomić pilotaż, jak najszybciej go skończyć oraz przygotować systemy metodologiczne i informatyczne do tego, żeby można już było zacząć produkcję – mówi prezes GUS.

Local content to istotny aspekt w projekcie budowy pierwszej polskiej elektrowni jądrowej. Jak niedawno informował Marek Woszczyk, prezes spółki Polskie Elektrownie Jądrowe, z krajowymi firmami zawarto już ponad 400 kontraktów na szacowaną łączną wartość ponad 1 mld zł. Wiele z nich to przedsiębiorstwa z Pomorza, gdzie powstanie elektrownia. Zdaniem prezesa udział local contentu przy budowie pierwszej instalacji jądrowej w Polsce może wynieść nawet 50 proc.

Rządowa zasada „Local First” jest wdrażana także w projekcie offshore. Jak wyjaśniają eksperci Baker Tilly TPA oraz CEE Energy w raporcie „Wpływ ekonomiczny budowy morskich farm wiatrowych w Polsce”, local content – dziś wynoszący ok. 20 proc. – wzrośnie docelowo do około 40 proc. wraz z budową krajowych kompetencji, rozwojem łańcuchów dostaw oraz rozbudową niezbędnej infrastruktury przemysłowej. Około 500 polskich przedsiębiorstw posiada dziś potencjał produkcyjny i usługowy dla tego sektora. Autorzy raportu podkreślają, że zasada wiodąca jest jasna: środki publiczne inwestowane w infrastrukturę energetyczną powinny wzmacniać potencjał krajowy, budować zrównoważone łańcuchy dostaw i przyczyniać się do długoterminowej konkurencyjności, a nie wypływać z kraju bez wygenerowania wartości dodanej dla polskiej gospodarki. W celu wdrożenia tego podejścia w MAP powstał międzyresortowy Zespół ds. local content.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/gus-chce-policzyc-udzial,p945084487

Wojsko rozwija systemy sztucznej inteligencji do wsparcia dowodzenia i cyberobrony. Ważna współpraca z przemysłem i nauką

0

Sztuczna inteligencja coraz mocniej wchodzi do polskiej armii – od analizy danych wywiadowczych po obronę przed cyberatakami. Działające od roku centrum wdrożeniowe ma już za sobą pierwsze projekty łączące kompetencje wojska, nauki i przemysłu. Współpraca tych trzech obszarów jest kluczowa, by budować własne kompetencje technologiczne.

– Centrum Implementacji Sztucznej Inteligencji rozpoczęło swoją działalność w zeszłym roku. Od tego czasu rozpoczęliśmy współpracę w ramach hubu technologicznego z przemysłem, nauką i wojskiem. Naszą ambicją jest to, żeby te trzy podmioty łączyć i zwiększać zdolności związane z wdrażaniem sztucznej inteligencji w siłach zbrojnych. W tym zakresie mocno współpracujemy z dostawcami sprzętu i platform dla wojska, aby rozszerzać te nowoczesne platformy wojskowe o elementy sztucznej inteligencji – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria płk Piotr Turek, szef Centrum Implementacji Sztucznej Inteligencji Dowództwa Komponentu Wojsk Obrony Cyberprzestrzeni w Ministerstwie Obrony Narodowej.

Funkcjonujące od roku Centrum Implementacji Sztucznej Inteligencji odpowiada za rozwój i wdrażanie rozwiązań AI w kluczowych obszarach działania Sił Zbrojnych RP, w tym w analizie danych wywiadowczych i rozpoznawczych, wsparciu dowodzenia oraz cyberbezpieczeństwie. Projekty rozwijane w ramach centrum mają charakter wdrożeniowy i są testowane w warunkach zbliżonych do operacyjnych. Ich celem jest szybkie przejście od etapu badań do praktycznego zastosowania w siłach zbrojnych, przy ścisłej współpracy z instytutami badawczymi i partnerami przemysłowymi.

– Zrealizowaliśmy pierwsze projekty pilotażowe z polską nauką, w szczególności z instytutami badawczymi, np. Instytutem Badawczym IDEAS. Udało nam się wspólnie zrealizować pięć projektów. Jeden z nich dotyczył budowania świadomości sytuacyjnej na polu walki, a cztery pozostałe dotyczyły obszaru wzmacniania cyberbezpieczeństwa z wykorzystaniem sztucznej inteligencji. Mocno współpracujemy też z naszymi partnerami i sojusznikami NATO – wskazuje szef CISI DKWOC.

Rozwój projektów AI w wojsku wpisuje się w szerszy trend zacieśniania współpracy między sektorem cywilnym a obronnym. W Polsce powstają elementy tego ekosystemu, w tym akcelerator NATO DIANA w Krakowie, który łączy naukę, start-upy i wojsko w rozwijaniu technologii o podwójnym zastosowaniu – zarówno dla bezpieczeństwa, jak i gospodarki.

Rozwiązania rozwijane w tym modelu znajdują zastosowanie bezpośrednio w działaniach operacyjnych. Na współczesnym polu walki kluczowe znaczenie ma szybkie łączenie i analiza danych z wielu źródeł, w tym systemów rozpoznania i sensorów. Rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji pozwalają przekształcać te informacje w spójny obraz sytuacji operacyjnej i wspierać proces podejmowania decyzji.

– Stworzyliśmy Inkubator Projektów AI, gdzie nasi inżynierowie budują pewne rozwiązania od podstaw. Naszym celem jest zbudowanie również w zakresie sztucznej inteligencji autonomii technologicznej, żeby w newralgicznych obszarach, gdzie mówimy o wsparciu dowodzenia, nasze wojska były autonomiczne, żeby były w stanie wykorzystywać technologie, które daje zarówno polski przemysł, polska nauka, jak i te elementy, które wytworzyliśmy w naszych zespołach DKWOC – mówi płk Piotr Turek.

Rozwój własnych rozwiązań technologicznych ma ograniczać zależność od zewnętrznych dostawców w kluczowych obszarach bezpieczeństwa. W systemach dowodzenia i cyberobrony oznacza to większą kontrolę nad danymi i algorytmami oraz szybsze dostosowywanie narzędzi do potrzeb operacyjnych.

– Obszar cyberbezpieczeństwa po roku 2016 po konferencji NATO został uznany za jedną z domen, kolejną po lądzie, powietrzu, morzu i kosmosie. Jak ważny jest to obszar oddziaływań operacyjnych, dowiedzieliśmy się m.in. w trakcie trwającej wojny Rosji z Ukrainą – podkreśla szef Centrum Implementacji Sztucznej Inteligencji.

Jak dodaje, od czasu rozpoczęcia pełnoskalowej inwazji liczba cyberataków na wojskowe sieci i systemy teleinformatyczne w Polsce wzrosła około pięciokrotnie. Coraz częściej ich celem stają się także infrastruktura krytyczna i systemy państwa, od których zależy funkcjonowanie gospodarki i administracji.

– Jako Siły Zbrojne RP odpowiadamy za sektor defence, natomiast współpracujemy również z innymi CSIRT-ami, które odpowiadają za zagrożenia w kierunku przemysłu, nauki i administracji państwowej. Ten połączony wysiłek sprawia, że pokrywamy w 100 proc. polską cyberprzestrzeń – przekonuje płk Piotr Turek. – Naszą odpowiedzią jest mitygacja tych zagrożeń w trybie 24/7. Nasi specjaliści w specjalnych zespołach ds. cyberbezpieczeństwa na bieżąco mitygują najważniejsze zagrożenia z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa. Co istotne, również do obrony naszej cyberprzestrzeni wykorzystujemy narzędzia z wykorzystaniem sztucznej inteligencji.

Również współpraca międzynarodowa odgrywa istotną rolę w budowaniu zdolności cyberobronnych. 12 stycznia br. DKWOC podpisało list intencyjny o partnerstwie z Dowództwem Sił Zbrojnych USA w Europie, który tworzy ramy współpracy w zakresie wzmacniania zdolności i koordynacji działań w cyberprzestrzeni oraz przygotowania do reagowania na coraz bardziej złożone zagrożenia cyfrowe. W ramach NATO realizowane są wspólne działania, ćwiczenia oraz wymiana doświadczeń i technologii, które wspierają reagowanie na zagrożenia o charakterze transgranicznym.

– Dowództwo Komponentów Wojsk Obrony Cyberprzestrzeni ma podpisane porozumienia między innymi z ośrodkami cyberdefence w Stanach Zjednoczonych. Prowadzimy wspólne działania, wymieniamy się doświadczeniami, technologią, również w krytycznych obszarach, w których może dojść do pewnej korelacji zdarzeń. Działamy tak, żeby z naszymi sojusznikami bronić natowskiej cyberprzestrzeni – podkreśla szef Centrum Implementacji Sztucznej Inteligencji Dowództwa Komponentu Wojsk Obrony Cyberprzestrzeni w MON.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/wojsko-rozwija-systemy,p13440525

Europejskim firmom brakuje globalnego podejścia. W Polsce produkty tworzone są najczęściej z myślą o rynku krajowym

0

Europejskie firmy mają potencjał, by budować globalne marki. Pokazują to przykłady mniejszych państw, np. skandynawskich i bałtyckich. W większych gospodarkach, takich jak Polska z 37 mln konsumentów, wciąż jednak dominuje model rozwoju oparty na rynku krajowym. Bez myślenia o globalnej ekspansji od początku działalności skalowanie biznesu może być poważnym wyzwaniem.

Globalizacja i postęp technologiczny otwierają przed firmami szanse na rynkach zagranicznych. Zdaniem ekspertów to jednak wymaga podejścia „born global”, czyli zakładania rozwoju międzynarodowego od początku działalności. Raporty gospodarcze wskazują, że w małych gospodarkach takie podejście jest bardziej powszechne, ponieważ krajowy rynek – kilku milionów mieszkańców – od początku może się dla firm wydawać zbyt wąski.

Europejskie przedsiębiorstwa potrafią być globalne. Jeżeli spojrzymy na to, jak funkcjonują Szwecja, Finlandia, Litwa, Łotwa – to są kraje, w których powstawały firmy o charakterze globalnym. Dlaczego? Ponieważ od samego początku wiedziały o tym, że ich własny rynek – 8 mln ludzi w Szwecji, 7 mln ludzi w Finlandii, 2 mln ludzi w Litwie – jest niewystarczający, żeby skomercjalizować produkt. W związku z tym od samego początku projekty powstawały globalnie. I tak mamy takie marki jak Ikea, Nordea, Bolt czy Skype, Nokia i Angry Birds. Te firmy powstały w naszym regionie i są markami absolutnie globalnymi – mówi agencji Newseria dr Maciej Kawecki, prezes Instytutu Lema, dyrektor Centrum Innowacji Uniwersytetu WSB Merito w Warszawie.

Z badania PayPala i Startup Hub Poland „Early-Stage Startup Index. Wyzwania w dobie transgraniczności”, przeprowadzonego w 2023 roku, wynika, że prawie połowa badanych start-upów na wczesnym rozwoju sprzedawała swoje produkty lub usługi w Polsce, a większość z nich planowała ekspansję międzynarodową po osiągnięciu silnej pozycji na lokalnym rynku. W przypadku start-upów założonych przez imigrantów ponad 70 proc. rozpoczynało działalność, od razu kierując swoją ofertę do zagranicznych klientów

– Żaden z wymienionych krajów nie miał obciążenia kraju średniej wielkości. Polska niestety takie obciążenie ma. 40 mln mieszkańców wystarczało na to, żeby się godnie skomercjalizować, w związku z tym firmy od samego początku nie tworzyły produktów globalnie – podkreśla dr Maciej Kawecki. – Trzeba tworzyć je globalnie, tworzyć strukturę, która się opiera na języku angielskim, a nie na języku polskim, strukturę, która od razu otwiera się na rynek amerykański. Na pewnym poziomie bez dotarcia do rynku amerykańskiego my w kręgu kultury zachodniej nie jesteśmy w stanie tworzyć firmy globalnej. Zatem najlepsza rada, jaką mogę dać, to myśleć globalnie od samego początku.

To wyzwanie ma szerszy – europejski – wymiar. Wiele firm ze Starego Kontynentu nie tylko uwzględnia USA w swojej globalnej strategii, ale też przenosi tam swoją działalność. Rynek amerykański jest dla nich szczególnie perspektywiczny ze względu na możliwości rozwoju i skalowania działalności. Do jego przewag należą m.in. mniej restrykcyjna legislacja, znacznie łatwiejszy dostęp do kapitału oraz nastawienie na rozwój innowacji. Widać to szczególnie w branży technologii cyfrowych.

– Europejskie firmy, szczególnie cyfrowe, potrzebują trzech elementów do wejścia i uzyskania mocnej pozycji na globalnym rynku. Po pierwsze, mądrych regulacji i reguł funkcjonowania, ale nie barier regulacyjnych. Po drugie, budowania silnych kompetencji cyfrowych przez całe społeczeństwo, żebyśmy mogli z jednej strony mówić, że mamy przedsiębiorców, którzy wiedzą, jak wykorzystać technologię do budowania nowych produktów i usług albo do zarządzania swoją firmą, ale też z drugiej musimy kształcić konsumentów, w jaki sposób efektywnie, bezpiecznie korzystać z usług cyfrowych – podkreśla Michał Kanownik, prezes Związku Cyfrowa Polska. – Trzeci element, nieodzowny w budowaniu biznesu, to pieniądze. Potrzebujemy bardzo jasnego, klarownego modelu wspierania innowacyjności poprzez stworzenie silnego, europejskiego funduszu inwestycyjnego.

Jak podkreśla, takie zmiany mogą wzmocnić pozycję europejskich firm w zestawieniu z amerykańskimi.

– Europa musi być partnerem na globalnym rynku technologicznym, a nie klientem jak dzisiaj. Stąd pracujmy nad tym, żebyśmy wspólnymi siłami zbudowali na tyle silną europejską gospodarkę, szczególnie cyfrową, żebyśmy mogli na równych warunkach być partnerem dla Stanów Zjednoczonych, Japonii, Korei Południowej w budowaniu nowych cyfrowych usług – mówi Michał Kanownik.

W tym tygodniu Związek Cyfrowa Polska przedstawił swoje rekomendacje do planowanego przez Komisję Europejską przeglądu regulacji cyfrowych (Digital Fitness Check). Zdaniem ekspertów związku powinna to być okazja do tego, by uprościć przepisy i stworzyć przyjaźniejsze warunki do rozwoju innowacji w UE. W ich ocenie obecny model regulacji cyfrowych staje się coraz bardziej skomplikowany. Kolejne akty prawne regulują podobne zakresy działalności technologicznej, co zwiększa koszty utrzymywania zgodności z przepisami, potęguje niepewność prawną i utrudnia rozwój nowych technologii w Europie.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/europejskim-firmom-brakuje,p1257368384

Potencjał eksportowy Polski wzrósł siedmiokrotnie od akcesji do UE. Korzyści ze wspólnego rynku mogą być jeszcze większe

0

Wartość eksportu towarów z Polski w 2025 roku wyniosła 366,2 mld euro, co oznacza wzrost o 3,7 proc. w stosunku do 2024 roku – wynika z danych GUS. To też kilkukrotnie więcej niż w 2004 roku, kiedy wstępowaliśmy do Unii Europejskiej. Blisko 75 proc. produktów wysyłamy do państw członkowskich, a ich swobodny przepływ umożliwia wspólny rynek. Zdaniem ekspertów stał się on trampoliną dla polskiego eksportu, na czym korzystają zarówno firmy, jak i konsumenci. Wciąż jednak napotyka on szereg wewnętrznych barier.

– Potencjał eksportowy polskich firm znacznie wzrósł od momentu wejścia na rynek europejski. Jeżeli mielibyśmy się odnosić do liczb, to był to wzrost siedmiokrotny w stosunku do 2003 roku, czyli ostatniego roku przed wejściem na rynek unijny. Trzeba sobie uświadomić, że to ponad 450 mln potencjalnych odbiorców naszych produktów. Tak jak USA i Chiny to jeden z największych rynków świata  mówi agencji Newseria Justyna Lipczyńska, kierownik Wydziału Europy Północnej z Departamentu Wsparcia Eksportu Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu (PAIH).

Łączna wartość polskiego eksportu produktów na koniec 2004 roku wyniosła 59,7 mld euro. Od stycznia do grudnia 2025 roku natomiast 366,2 mld euro. Naszym największym partnerem są Niemcy, które odpowiadają za ponad jedną czwartą krajowego eksportu, a następnie Czechy, Francja, Wielka Brytania i Holandia.

– Szczególnie silny wzrost po wejściu Polski do Unii Europejskiej był widoczny w trzech branżach: meblarskiej – gdzie nasz kraj stał się jednym z globalnych liderów eksportu, motoryzacyjnej – opartej głównie na produkcji komponentów i integracji z europejskimi łańcuchami dostaw – oraz w sektorze rolno-spożywczym, w tym przetwórstwie owocowo-warzywnym. Polska należy dziś do czołowych eksporterów drobiu i jabłek w Unii Europejskiej – podkreśla Justyna Lipczyńska.

Jak podaje Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa, w 2025 roku wartość sprzedaży towarów rolno-spożywczych za granicę osiągnęła rekordowy poziom 58,4 mld euro. To o 8,6 proc. więcej niż rok wcześniej. Łącznie ich wartość wyniosła 43,9 mld euro. Największymi odbiorcami były Niemcy (14,8 mld euro), Francja (4 mld euro) i Holandia (3,4 mld euro). 

Jak wynika z danych PFR, dla polskich eksporterów mebli kluczowe znaczenie ma rynek krajów Unii Europejskiej, który odpowiada za ok. 80 proc. polskiego eksportu mebli, w tym zwłaszcza rynek niemiecki (ok. 1/3 polskiego eksportu mebli).

Z danych AutomotiveSuppliers.pl wynika, że także w eksporcie przemysłu motoryzacyjnego prym wiodą Niemcy, dokąd w ciągu trzech kwartałów 2025 roku trafiły towary o wartości 11,3 mld euro, co stanowiło prawie 34 proc. całości. Następnymi rynkami zbytu są: Francja (7,5 proc.), Czechy (7,39 proc.) oraz Włochy (6,41 proc.).

Jednolity rynek unijny oznacza brak ceł, a także swobodny przepływ kapitału i osób. To są jednolite regulacje dla wszystkich krajów, które są częścią Unii Europejskiej. Polskie firmy zyskały na tym nie tylko wprost, poprzez łatwiejszy eksport swoich produktów, ale również poprzez wzrost konkurencyjności. Po pierwszym okresie, kiedy konkurowaliśmy głównie ceną, mając niższe koszty produkcji, zaczęliśmy konkurować również jakością. Dziś możemy się pochwalić eksportem produktów nawet w markach premium na rynki dojrzałe ekonomicznie jak Francja, Niemcy czy Skandynawia – podkreśla przedstawicielka PAIH.

Jednolity rynek europejski działa od 1993 roku. Umożliwia swobodny przepływ towarów, usług, osób i kapitału nie tylko między 27 państwami członkowskimi, ale również państwami EFTA (Norwegią, Islandią, Liechtensteinem i Szwajcarią) dzięki zawartym umowom.

– Bardzo często polskie firmy dopiero na etapie praktycznym orientują się, ile zyskują na tym, że Polska jest w Unii Europejskiej. Brexit pokazał, co Polska mogłaby stracić po wyjściu z UE, dlatego że brytyjskie firmy po brexicie przestały eksportować w takim stopniu jak wcześniej – zaznacza Justyna Lipczyńska.

Wielka Brytania opuściła unię celną i wewnętrzny rynek europejski 1 stycznia 2021 roku. W 2024 roku eksport towarów z Wielkiej Brytanii do Unii Europejskiej był o 18 proc. niższy niż w 2019 roku. 

– Polskie firmy mają możliwość zobaczenia na własne oczy, z czym się muszą borykać, w momencie kiedy nagle pojawiają się bariery celne, związane na przykład z przepisami fitosanitarnymi przy eksporcie produktów rolno-spożywczych, kiedy muszą wypełnić dodatkowe dokumenty. Oczywiście cła to również wzrost cen za konkretny produkt, więc konkurencyjność cenowa polskich produktów nie byłaby już tak dobra, gdybyśmy nie byli częścią Unii – uważa przedstawicielka PAIH.

Za sprawą powstania w 1968 roku unii celnej cła między państwami członkowskimi przestały istnieć. Dzięki temu firmy ponoszą niższe koszty, mogą łatwiej rozpoczynać działalność za granicą i mają dostęp do liczniejszej bazy klientów. Konsumenci zyskują większy wybór, lepsze ceny i wysokie standardy bezpieczeństwa produktów i usług.

Wspólny rynek pomaga nie tylko polskim eksporterom produktów czy usług, ale jest też bardzo dobry dla konsumentów w Polsce. Bardzo duży rynek oznacza większą konkurencję firm, a co za tym idzie – możliwość obniżania cen na konkretnych produktach – podkreśla Justyna Lipczyńska. – Konsumenci zyskali również dzięki temu, że Polska jako część Unii Europejskiej podlega regulacjom w zakresie certyfikacji jakościowych. To szczególnie widać przy żywności czy kosmetykach, ponieważ polskie produkty muszą spełniać te same normy, które spełniają produkty z krajów starej Unii. Dzięki wejściu do Wspólnoty produkty, które trafiają do polskich konsumentów, są zdrowsze, bardziej konkurencyjne cenowo, często też bezpieczniejsze.

Europejski Bank Centralny zwraca uwagę, że mimo istnienia jednolitego rynku handel wewnątrz UE nadal ograniczają bariery regulacyjne, których skutki są porównywalne do ceł. Ich ekwiwalent taryfowy szacowany jest na ok. 95 proc. w usługach i 67 proc. w handlu towarami.

Wspólny rynek unijny to również wspólne problemy, natomiast siłą instytucji unijnych jest to, że starają się te problemy rozwiązywać wspólnie, często słuchając głosu przedsiębiorców, potencjalnych eksporterów z różnych krajów. To, co jest w tej chwili ogromnym wyzwaniem, to niewprowadzanie wszystkich regulacji unijnych tak samo we wszystkich krajach należących do Unii. Powoduje to, że nie można swojej produkcji przygotować w taki sam sposób na wszystkie rynki unijne – podkreśla ekspertka.

EBC wśród źródeł barier zidentyfikował takie jak: różnice w krajowych regulacjach, uciążliwe procedury administracyjne, niespójne stosowanie przepisów Unii Europejskiej i ich nadmierne wdrażanie, a także krajowe praktyki protekcjonistyczne, które stawiają firmy zagraniczne w niekorzystnej sytuacji.

– Mimo braku barier, zwłaszcza w okresach recesji, poszczególne kraje starają się chronić lokalnych producentów. Jednym z największych wyzwań, które wzbudziło ogromną dyskusję, był Zielony Ład. Poza oczywistymi skutkami pozytywnymi dla środowiska i zrównoważonego rozwoju, również w zakresie zasobów ludzkich, okazał się on bardzo kosztowny, na co wiele polskich i unijnych firm, szczególnie małych i średnich, nie było i nadal nie jest przygotowanych – podsumowuje przedstawicielka PAIH.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/potencjal-eksportowy,p2022566559

Sztuczna inteligencja w rekrutacji pod lupą. Firmy będą musiały ujawnić użycie narzędzi AI i przeszkolić HR

0

Unijny AI Act wymusi na pracodawcach zmianę podejścia do sztucznej inteligencji w procesach HR. Narzędzia wykorzystujące AI do rekrutacji, selekcji kandydatów czy oceny pracowników zostały zakwalifikowane jako systemy wysokiego ryzyka. To oznacza dodatkowe obowiązki nie tylko dla dostawców takich rozwiązań, ale też dla firm, które je wdrażają – od nadzoru człowieka i monitorowania działania systemu po przygotowanie zespołów HR do odpowiedzialnego korzystania z algorytmów.

Z ubiegłorocznych danych serwisu eRecruiter wynika, że wykorzystanie przez firmy rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji w procesie rekrutacji wzrosło czterokrotnie od 2023 roku – do poziomu 25 proc. spośród prawie 500 badanych firm. Mimo tej dynamiki tylko 15 proc. z nich posiadało wewnętrzne wytyczne dotyczące etycznego wykorzystania technologii w rekrutacji, a 62 proc. nie podjęło jeszcze systemowych działań w tym zakresie.

Jak wynika z badania Polskiego Forum HR „HR Tech Changer 2025” przeprowadzonego na ponad 300 respondentach z branży, najczęściej narzędzia technologiczne są wykorzystywane do selekcji kandydatów, ich rekrutacji, oceny kompetencji, a także zarządzania bazą kandydatów.

–  Sztuczna inteligencja jest wykorzystywana w rekrutacji nie tylko do selekcji kandydatów, ale też na późniejszych etapach. Systemy są coraz częściej automatyzowane, niektóre zadania są powierzane technologiom, co usprawnia pracę działów HR i cały proces rekrutacji. W takich branżach jak chociażby przemysł, gospodarka magazynowa, gdzie na bieżąco trzeba uzupełniać potrzeby kadrowe, trudno sobie wyobrazić zarządzanie zasobami ludzkimi i procesem rekrutacji bez wykorzystania sztucznej inteligencji – mówi agencji Newseria Nadia Winiarska, ekspertka ds. zatrudnienia w Konfederacji Lewiatan. – Z perspektywy rynku pracy AI Act ma duże znaczenie, ponieważ wykorzystanie sztucznej inteligencji w systemach zarządzania zasobami ludzkimi, czyli systemach HR-owych, zostało uznane za systemy wysokiego ryzyka, co wymaga dodatkowych działań.

AI Act (rozporządzenie UE 2024/1689) to pierwszy w Unii Europejskiej kompleksowy zestaw zasad dla AI. Przepisy wchodzą w życie etapami: rozporządzenie zaczęło formalnie obowiązywać 1 sierpnia 2024 roku, ale kluczowe wymogi są rozłożone w czasie – m.in. od 2 lutego 2025 roku stosuje się zakazy wybranych praktyk i przepisy ogólne (w tym dotyczące „AI literacy”), od 2 sierpnia 2025 roku – część regulacji dotyczących modeli ogólnego przeznaczenia i ram nadzoru. Większość obowiązków (w tym dla systemów wysokiego ryzyka w HR) zacznie być stosowana od 2 sierpnia 2026 roku, a pełne „dociągnięcie” harmonogramu przewidziano rok później.

W załączniku III AI Act wskazano, że do kategorii wysokiego ryzyka należą m.in. systemy AI przeznaczone do rekrutacji lub selekcji osób, w tym do konstruowania ogłoszeń, analizowania i filtrowania aplikacji oraz oceny kandydatów. Jak podkreśla ekspertka, w praktyce oznacza to m.in. konieczność lepszego monitorowania procesu wdrożenia i eksploatacji: zarządzania systemem, monitorowania jego działania oraz informowania o tym, że narzędzie AI jest wykorzystywane – zwłaszcza wtedy, gdy wspiera selekcję kandydatów i kandydatek. Pracodawca korzystający z takiego narzędzia w miejscu pracy będzie mieć obowiązek poinformowania osób, których to dotyczy, zanim system zostanie uruchomiony lub użyty.

– Są tutaj też dodatkowe obowiązki dotyczące szkolenia personelu, który ma do czynienia z tymi systemami – podkreśla Nadia Winiarska.

AI Act akcentuje także jakość danych i ograniczanie uprzedzeń algorytmicznych: w przypadku systemów wysokiego ryzyka wymagane są praktyki zarządzania danymi (m.in. reprezentatywność zbiorów danych, wykrywanie i łagodzenie ryzyka stronniczości, tzw. biasu). To jeden z filarów regulacji w HR, gdzie ryzyko dyskryminacji jest szczególnie wrażliwe. Stronniczość może wynikać z natury algorytmów, które uczą się na istniejących już schematach, również takich, które mogą być krzywdzące. Jak wskazują eksperci eRecruiter, przykładowo, jeśli na danym stanowisku historycznie zatrudniano w większości mężczyzn, algorytm może domyślnie odrzucać kobiety, aby wpisać się w ten schemat.

– Sztuczna inteligencja w rekrutacji jest narzędziem wspierającym, natomiast jednocześnie warto pamiętać o tym, aby te nowe narzędzia wykorzystywać odpowiedzialnie, żeby AI nie powodowała zachowań niepożądanych, czyli na przykład dyskryminacji – wskazuje ekspertka Konfederacji Lewiatan. – Znane są przypadki, kiedy błędne algorytmy w procesie rekrutacji prowadziły właśnie do dyskryminacji, faworyzowania niektórych kandydatów lub kandydatek, których CV miały jakieś wspólne cechy.

Badanie Polskiego Forum HR wskazuje, że 29 proc. spośród 300 respondentów branży uważa, że błędy algorytmiczne i stronniczość AI są największym wyzwaniem w obszarze stosowania HR Tech. 19 proc. obawia się halucynacji AI.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/sztuczna-inteligencja-w,p1605415326