Strona główna Blog Strona 61

PFR planuje przegląd ustawy o pracowniczych planach kapitałowych. Możliwa aktualizacja przepisów

0

– Przepisy dotyczące kwestii technicznych, np. terminów wpłat lub innych rozwiązań, które mogą ułatwiać bądź utrudniać życie pracodawcom, trzeba zrewidować i zmienić, żeby spełniały swoją funkcję jeszcze lepiej – zapowiada Robert Zapotoczny, prezes spółki PFR Portal PPK. Taki przegląd ma być zrobiony do końca tego roku. W planach uczestniczy 2,3 mln osób, które w ciągu 2,5 roku oszczędziły łącznie ponad 8 mld zł. Reforma programu ma zachęcić kolejnych zatrudnionych do partycypacji w PPK.

– Do końca tego roku planujemy wykonać przegląd ustawy, a w przyszłym roku, na przełomie pierwszego i drugiego kwartału, zostanie uruchomiony ponowny powszechny zapis wszystkich zatrudnionych. Oczywiście osoby, które nie będą chciały oszczędzać w ramach pracowniczych planów kapitałowych, będą mogły zrezygnować, natomiast liczymy, że zdecydowanie więcej osób zostanie – mówi agencji Newseria Biznes Robert Zapotoczny.

Jak wyjaśnia, każde wprowadzane prawo powinno być skonsultowane z interesariuszami. W przypadku PPK są to przedstawiciele Rady Dialogu Społecznego, a zatem organizacje związków zawodowych i pracodawców.

– Konsultacje z przedstawicielami Rady Dialogu Społecznego były przeprowadzane odpowiednio i dostaliśmy bardzo wysokie oceny tego procesu. Ale pewne rozwiązania trzeba przejrzeć i być może zmienić, żeby spełniały swoją funkcję jeszcze lepiej – dodaje prezes spółki PFR Portal PPK, która jest operatorem portalu MojePPK.pl oraz pełni funkcję centrum wiedzy i kompetencji w programie PPK.

Od uruchomienia programu 1 lipca 2019 roku do końca 2021 roku instytucje finansowe zarobiły dla uczestników PPK ponad 425 mln zł (różnica między wpłatami do PPK a wartością aktywów zgromadzonych w tym programie). Udział w planach oferuje swoim pracownikom prawie 281 tys. podmiotów, a liczba uczestników programu to blisko 2,3 mln osób. To oznacza, że partycypacja w programie jest na poziomie 30,80 proc. zatrudnionych. Najwyższa charakteryzuje podmioty duże, zatrudniające co najmniej 250 pracowników (44,93 proc.), które wdrożyły program jako pierwsze, jeszcze w 2019 roku.

Najwięcej uczestników PPK (73,10 proc. ogółu) to osoby między 30. a 54. rokiem życia. Kolejne prawie 21 proc. to osoby w wieku między 18 a 29 lat, a z kolei pracownicy powyżej 55. roku życia stanowią jedynie niecałe 6 proc. ogółu. Oprócz Polaków (95,81 proc.) uczestnikami PPK są m.in. 51,21 tys. osób narodowości ukraińskiej i 5,98 tys. osób narodowości białoruskiej. Udział pozostałych narodowości nie przekracza 2 tys. osób. W podziale na województwa najwięcej pracowników zdecydowało się przystąpić do PPK w województwie mazowieckim – 41,56 proc., a najmniej w świętokrzyskim – 18,92 proc.

– Na pewno chcemy upowszechnić ideę i dotychczasowe korzyści, ponieważ rozwiązania funkcjonujące w polskich pracowniczych planach kapitałowych są zdecydowanie korzystniejsze i mają dużo bardziej elastyczne podejście do oszczędzania niż podobne rozwiązania w Wielkiej Brytanii, Turcji, we Włoszech czy w Nowej Zelandii – mówi  Robert Zapotoczny.

Jak podkreśla, PPK to pierwszy instrument wspierający oszczędzanie, na który składają się zarówno wpłaty od pracownika, jak i od pracodawcy oraz od państwa. Fundusz Pracy finansuje bowiem wpłaty powitalne (250 zł) oraz dopłaty roczne (240 zł). Według danych z końca 2021 roku wartość wpłat powitalnych przekazanych uczestnikom to 506,58 mln zł, a dopłat rocznych – 251,64 mln zł.

Wspólnie tworzymy oszczędności. Pierwszy raz w Polsce mamy do czynienia z tworzeniem rzeczywistej wartości nawet na wypadek zmiany pracy. Zmieniając pracodawcę, oprócz wspomnień, kontaktów i wiedzy zabieramy rzeczywiste pieniądze na swoim rachunku w PPK – mówi prezes PFR Portal PPK

Jak wylicza PFR Portal PPK, na rachunku pracownika, który zarabia 5,3 tys. zł miesięcznie i który oszczędza w PPK od grudnia 2019 roku, pod koniec ubiegłego roku znajdowało się średnio od 2,5 tys. do prawie 3,5 tys. zł więcej (w zależności od funduszu, w którym gromadzone są środki), niż gdyby tylko sam wpłacał na PPK. To oznacza zysk od 100 do 130 proc. Mimo to nie wszyscy pracownicy postrzegają ten model oszczędzania jako atrakcyjny, na co z pewnością ma wpływ ograniczone zaufanie do takich instrumentów czy dotychczasowa historia otwartych funduszy emerytalnych.

Czy dostrzegają tutaj potencjał benefitu pracowniczego? Niektórzy tak, ale jest ich stanowczo mniej, niż powinno być. Mam nadzieję, że to się będzie w przyszłości zmieniać, np. przez dopłacenie wyższej składki po stronie pracodawcy lub, jeżeli nie mogą sobie na to pozwolić, przez wykonanie bardzo ciężkiej pracy upowszechniania PPK. Bardzo takich pracodawców doceniamy i staramy się ich dostrzegać na każdym kroku i promować – mówi Robert Zapotoczny. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pfr-planuje-przeglad,p1077404497

Rząd na razie nie przewiduje nowelizacji budżetu w związku z wysoką inflacją. Wyższe wpływy do budżetu częściowo pochłoną wydatki na tarcze antyinflacyjne

0

W 2021 roku inflacja przybierała na sile na tyle szybko, że Polacy zaczęli odczuwać jej wpływ na realną siłę nabywczą swoich oszczędności i wynagrodzeń. Z kolei wzrost realnych stóp procentowych, które mają tę inflację łagodzić, przełożył się na wzrost rat złotowych kredytów hipotecznych. Rząd korzysta na inflacji poprzez nominalnie wyższe wpływy do budżetu, jednak nadwyżkę tę „zjedzą” wprowadzone tarcze antyinflacyjne. Osłabią one wzrost cen w najbliższych miesiącach, jednak po ich zakończeniu inflacja może pozostać na poziomie wyższym, niż byłaby ostatecznie bez tarcz.

– Na chwilę obecną mamy taką sytuację w budżecie, że z jednej strony mamy znacznie wyższe dochody, też częściowo dzięki inflacji, ale też ze względu na bardzo silne odbicie gospodarcze, jakie obserwujemy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Czernicki, główny ekonomista Ministerstwa Finansów. – Z drugiej strony częściowo te nadwyżki bieżące, jeżeli tak można to nazwać, konsumowane są przez wydatki związane z tarczami inflacyjnymi, więc na chwilę obecną nie widzimy potrzeby nowelizacji budżetu.

3 lutego prezydent podpisał ustawę budżetową na 2022 rok. Zakłada ona, że w przyszłym roku dochody budżetu państwa wyniosą 491,9 mld zł, a wydatki – 521,8 mld zł. Deficyt ma więc wynieść nie więcej niż 29,9 mld zł. Resort finansów założył, że PKB Polski w tym roku urośnie o 4,6 proc., a średnioroczna inflacja ukształtuje się na poziomie 3,3 proc., co wydaje się mało prawdopodobnym scenariuszem. Według prof. Adama Glapińskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego, wzrost cen sięgnie średnio 7,6 proc. Nowe prognozy na temat inflacji Ministerstwo Finansów zapowiedziało na kwiecień.

W tegorocznym budżecie zabezpieczono 6,4 mld zł w rezerwie celowej na wydatki związane z łagodzeniem skutków inflacji, w tym na dodatki osłonowe oraz ochronę odbiorcy wrażliwego energii elektrycznej jako jedno z działań w ramach rządowej Tarczy Antyinflacyjnej. Pierwsza odsłona tarczy zakłada m.in. obniżenie stawki VAT na gaz ziemny z 23 proc. do 8 proc. w I kwartale 2022 roku, zniesienie akcyzy na energię elektryczną i obniżenie stawki VAT na energię elektryczną z 23 na 5 proc., obniżkę VAT na ciepło systemowe (ogrzewanie z kaloryferów) z 23 do 8 proc., obniżenie ceny paliwa przez maksymalne zmniejszenie akcyzy do końca maja oraz dodatek osłonowy dla najbiedniejszych. W ramach tarczy 2.0 od lutego zniesiono VAT na podstawowe produkty spożywcze, obniżono VAT na gaz do zera oraz na ciepło z 8 proc. do 5 proc., wprowadzono też zerowy VAT na nawozy (do ich wytwarzania potrzebny jest bardzo drogi gaz, co przełożyłoby się na dalszy wzrost cen żywności).

Departament Analiz Makroekonomicznych Banku Pekao SA ocenia, że w scenariuszu bazowym, który zakłada utrzymanie Tarczy Antyinflacyjnej w długim okresie, średnioroczna inflacja w 2022 roku wyniesie ok. 7 proc. ze szczytem inflacji na początku roku w wysokości ok. 9,5 proc. Ekonomiści banku podkreślają, że wzrosty cen energii i innych pozycji w rachunku kosztów będą przenoszone przez sprzedawców na ceny towarów i usług, co podbije inflację bazową do ok. 6 proc.

– Tarcza inflacyjna w pierwszym wydaniu, ta tzw. tarcza inflacyjna 1.0, to koszt dla budżetu około 10 mld zł. Działania polegające na obniżce VAT-u na paliwa to koszt dla budżetu około 1,5 mld zł. Z drugiej strony oczywiście inflacja pozytywnie wpływa na dochody budżetowe – wyjaśnia główny ekonomista resortu finansów. – Przeprowadziliśmy robocze szacunki na nasze potrzeby i wyliczyliśmy, że w zeszłym roku ta inflacja wyższa od zakładanej oznaczała wyższe wpływy do budżetu rzędu kilkunastu miliardów złotych.

W grudniu 2021 roku inflacja wyniosła 8,6 proc. rok do roku, a ceny wzrosły najmocniej od listopada 2000 roku. Najbardziej podrożał gaz LPG i inne – poza benzyną i dieslem – paliwa do prywatnych środków transportu (+52,3 proc. wobec grudnia 2020 roku), a także opał (+39,8 proc.), olej napędowy (32,0 proc.), benzyna (30,5 proc.) oraz mięso drobiowe (+30,1 proc.). Powyżej celu inflacyjnego – z uwzględnieniem dopuszczalnego pasma wahań – wzrost cen pozostaje od kwietnia 2021 roku. Przekraczał go również w I kwartale 2020 roku, ale pandemia wpłynęła na obniżenie inflacji. Tymczasem Rada Polityki Pieniężnej dopiero w październiku rozpoczęła cykl podwyżek stóp procentowych, była też ostro krytykowana przez ekonomistów za sposób komunikacji z rynkiem aż do grudnia, gdy stała się bardziej przewidywalna. Na ostatnim posiedzeniu – 8 lutego – Rada po raz kolejny podniosła stopy procentowe o 0,50 pkt proc., referencyjna wynosi dziś 2,75 proc.

Zdaniem zarówno specjalistów zewnętrznych, jak i głównego ekonomisty resortu finansów tarcze antyinflacyjne pozwolą obniżyć szczyt inflacji na początku roku, ale spowodują, że później pozostanie ona trwale podwyższona na dłuższy okres.

Oczywiście cały czas będziemy na bieżąco monitorować sytuację, jeżeli zajdzie taka potrzeba, to tarcze antyinflacyjne będą wydłużane – deklaruje Łukasz Czernicki. – Natomiast pamiętajmy, że wszelkie działania podjęte teraz przez rząd, mające na celu ograniczenie wzrostu cen, mogą mieć wpływ na tempo schodzenia z tej górki inflacyjnej, która pewnie w najbliższych dwóch kwartałach się zrealizuje, więc to też jest działanie, które może nam opóźnić schodzenie z inflacją do bardziej akceptowalnych poziomów.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rzad-na-razie-nie,p1132131521

Pandemia zwiększyła skalę wyłudzeń w e-handlu. Firmy kurierskie przestrzegają przed internetowymi oszustami

0

Badania pokazują, że pandemia przyczyniła się do wzrostu cyberprzestępczości, zwłaszcza w sektorze e-commerce, którego popularność w dobie koronawirusa skokowo wzrosła. Aby przechwycić dane, które posłużą np. do wykradzenia środków zgromadzonych na koncie bankowym albo późniejszego wyłudzenia kredytu bądź pożyczki, przestępcy łączą sprawdzone techniki manipulacji z potencjałem nowych technologii. Najpopularniejsze są SMS-y z linkiem do fałszywych stron płatności, przez które rzekomo trzeba dopłacić za paczkę. Eksperci podkreślają, by uważnie sprawdzać otrzymywane wiadomości.

– Świadomość na temat cyberbezpieczeństwa wśród naszych klientów stale rośnie, klienci zamawiają coraz więcej rzeczy w internecie, coraz więcej paczek otrzymują, coraz więcej jest komunikacji różnego rodzaju, więc z każdą taką sytuacją uczą się nowych rzeczy. Jednocześnie cyberprzestępcy również nie stoją w miejscu i wymyślają coraz to nowe sposoby na wyłudzenie pieniędzy – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Łukasz Sibielak, dyrektor ds. systemów informatycznych w DHL Parcel Polska.

Pandemia COVID-19, która spowodowała, że duża część życia prywatnego i zawodowego Polaków przeniosła się do online’u, okazała się też czasem żniw dla cyberprzestępców. Według danych przytaczanych przez Agencję UE ds. Cyberbezpieczęństwa (ENISA) tylko w ciągu jednego miesiąca pandemii odnotowano ponad 660 proc. więcej przypadków oszustw z użyciem wyłudzania informacji. 

Jak wynika z badań Krajowego Rejestru Długów i serwisu ChronPESEL.pl, w czasie pandemii prawie co czwarty Polak zetknął się z telefonicznym phishingiem – zadzwonił do niego ktoś, kto prosił go o podanie numeru PESEL, serii dowodu osobistego lub danych do logowania w bankowości elektronicznej. Z problemem internetowych oszustw boryka się coraz więcej branż. Przestępcy najczęściej podszywali się właśnie pod pracowników banków albo przedstawicieli firmy gazowniczej, energetycznej lub dostawcy internetu. Ten proceder nie omija także branży kurierskiej.

 Podszywanie się pod firmy kurierskie jest idealnym sposobem oszustwa dla internetowych przestępców. Coraz więcej osób robi zakupy w internecie, więc jeżeli klient, który zamówił jakiś produkt i oczekuje na przesyłkę, dostanie fałszywego SMS-a, to jest duże prawdopodobieństwo, że kliknie w zawarty w nim link. Zwłaszcza teraz, w trakcie pandemii bardzo dużo czasu spędzamy w internecie, robimy zakupy i płacimy w sieci – mówi Marlena Dziemińska, specjalistka ds. komunikacji i marketingu w CyberRescue. – Liczba takich wyłudzeń stale rośnie, codziennie przyjmujemy jakieś zgłoszenie od klientów, którzy otrzymali fałszywe wiadomości.

Jedną z najczęściej stosowanych przez internetowych oszustów metod jest tzw. phishing, bazujący na socjotechnice. Klient otrzymuje fałszywego maila lub SMS-a np. z informacją, że musi dopłacić do wysyłki zamówionego przez siebie produktu, i linkiem przekierowującym do strony płatności, która łudząco przypomina stronę banku. 

– Jeżeli ktoś da się nabrać i poda dane swojej karty płatniczej albo dane logowania do bankowości, wtedy trafiają one w ręce przestępców, którzy są dzięki temu w stanie wypłacić z naszego konta wszystkie pieniądze – przestrzega Marlena Dziemińska. – Dość popularne jest również oszustwo SMS-owe, w którym jesteśmy zachęcani do tego, żeby pobrać aplikację, aby móc odebrać swoje zamówienie internetowe. Jeżeli pobierzemy taką aplikację, na naszym telefonie zostaje zainstalowane złośliwe oprogramowanie, które jest w stanie śledzić każdy nasz ruch i wykraść dane logowania do bankowości internetowej.

Aby przechwycić dane, które posłużą do wykradzenia środków zgromadzonych na koncie bankowym albo późniejszego wyłudzenia kredytu bądź pożyczki, przestępcy łączą sprawdzone techniki manipulacji socjotechnicznych z potencjałem nowych technologii.

Rosnącą w pandemii skalę oszust pokazuje styczniowe badanie IMAS International, przeprowadzone na zlecenie KRD i serwisu ChronPESEL.pl. Wynika z niego, że ponad 45 proc. Polaków otrzymało w ciągu ostatnich sześciu miesięcy podejrzaną wiadomość e-mail lub SMS-a z prośbą o udostępnienie swoich danych osobowych. Ponad 43 proc. uważa też, że w ostatnim półroczu byli bardziej niż wcześniej narażeni na wyłudzenie swoich danych. Problem w tym, że tylko 17 proc. nie ma żadnych wątpliwości, że potrafi rozpoznać, kiedy ma do czynienia z oszustem. Co więcej, 11 proc. przyznało, że zdarzyło im się przekazać dane do logowania osobom trzecim. Wśród tych osób najwięcej było osób młodych (między 18. a 24. rokiem życia).

– Aby nie dać się oszukać, klienci firm kurierskich powinni być bardzo uważni na każdym etapie dokonywania zakupu w internecie. Jeżeli oczekują na paczkę i otrzymują jakikolwiek komunikat, warto zwrócić uwagę, czy on wygląda na prawdziwy, z jakiego numeru telefonu pochodzi albo czy został wysłany z prawdziwej domeny. W przypadku DHL-a jest to domena dhl.com – podkreśla Łukasz Sibielak. – Na pewno nie powinni wysyłać żadnych pieniędzy ani dokumentów. Paczka na pewno do nas dotrze, więc żadna interakcja z naszej strony nie jest potrzebna.

Ekspert DHL Parcel Polska wskazuje też, że aby zwiększyć swoje cyberbezpieczeństwo, klienci dokonujący zakupów przez internet powinni na początek pamiętać o dochowywaniu kilku prostych zasad.

– Przede wszystkim należy używać komputera lub telefonu z legalnym oprogramowaniem i ciągle je aktualizować. Po drugie, nie można podłączać do tych sprzętów żadnych obcych narzędzi typu pendrive, których pochodzenia nie jesteśmy pewni. Po trzecie, lepiej ograniczyć używanie publicznej sieci Wi-Fi, ponieważ są one bardzo popularnym wektorem ataku na nasz sprzęt. I po czwarte, trzeba być bardzo uważnym przy otwieraniu wszelkiej komunikacji mailowej i załączników, które również są używane do tego, aby przejąć kontrolę nad naszym komputerem – podkreśla.

W ostatnich miesiącach wiele firm z różnych branż prowadzi kampanie, które mają na celu uświadamiać klientów na temat zagrożeń ze strony oszustów, pokazywać metody ich działania i pomagać w ich unikaniu. Jest w tym gronie również branża kurierska, w której skala takich incydentów znacząco wzrosła. Z jednej strony konieczne są działania na rzecz podnoszenia świadomości klientów, z drugiej – inicjatywy i procedury, które zwiększą bezpieczeństwo wewnętrznych procesów.

Cyberbezpieczeństwo jest w tej chwili bardzo ważne dla każdej firmy kurierskiej. Mamy coraz więcej klientów, przesyłamy coraz więcej materiałów, więc i nasza uważność jest coraz większa. Wciąż testujemy nasze procesy i systemy, a jednocześnie zachęcamy klientów do większej ostrożności – mówi Łukasz Sibielak. – Jako DHL podejmujemy wielotorowe działania w obszarze cyberbezpieczeństwa. Przede wszystkim informujemy klientów o aktualnych próbach ataków na nich lub na naszą firmę, aby ich przed nimi ostrzec. Po drugie, budujemy bezpieczne systemy, wciąż je aktualizujemy i testujemy pod kątem bezpieczeństwa. Również tworząc nasze produkty, robimy to w taki sposób, aby uniemożliwić próby oszustwa naszych klientów.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pandemia-zwiekszyla,p1061524503

W trakcie pandemii coraz więcej firm inwestuje w prywatną opiekę medyczną. Dla większości pracowników to najważniejszy benefit

0

Okres pandemii zwiększył zainteresowanie pracodawców benefitami zdrowotnymi. Co trzecia firma, która zwiększyła ofertę benefitów, zainwestowała we wsparcie psychologiczne dla pracowników, a 17 proc. postawiło na prywatną opiekę medyczną – wynika z raportu ManpowerGroup. Popularność tego rozwiązania rośnie, bo pracodawcy coraz częściej zdają sobie sprawę z korzyści, jakie przynosi taka inwestycja w pracowników. Przekłada się to przede wszystkim na spadek liczby zwolnień lekarskich i większą wydajność pracowników.

– Dobrze wdrożony program grupowego ubezpieczenia zdrowotnego to wizytówka dla pracodawcy. Pracownicy – porównując pracodawców na lokalnych rynkach – często wybierają właśnie tych, którzy oferują im dostęp do prywatnej opieki medycznej. O tym, jak ważny jest to benefit, świadczy też fakt, że jeżeli firma raz wdroży program prywatnej opieki medycznej, to już z niego nie rezygnuje. Może zmieniać dostawcę i jego ofertę, ale program zostaje, bo dla pracowników jest to bardzo ważny benefit – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Rybarczyk, kierownik w Departamencie Ubezpieczeń Zdrowotnych w Compensa TU SA Vienna Insurance Group.

Prywatna opieka medyczna od lat króluje na listach najbardziej pożądanych, a zarazem najczęściej oferowanych benefitów pracowniczych. COVID-19 spowodował, że zainteresowanie grupowymi ubezpieczeniami zdrowotnymi i na życie wzrosło jeszcze bardziej. Potwierdza to nowy raport ManpowerGroup („Ocena nowej rzeczywistości rynku pracy – perspektywa pracowników i pracodawców”), który pokazuje, że pandemia zmieniła oczekiwania pracowników w zakresie benefitów. Wskazywali oni najczęściej na malejącą rolę kart uprawniających do korzystania z obiektów sportowych czy spotkań integracyjnych, a z drugiej strony – na coraz większą wagę prywatnej opieki medycznej. W badaniu ManpowerGroup jako najważniejszy benefit wskazało ją 65 proc. ankietowanych pracowników, podczas gdy szkolenia i możliwość rozwoju wybrało 59 proc., a dodatkowe dni urlopowe – 36 proc.

Te zmiany wpłynęły również na ofertę benefitów proponowaną przez pracodawców. W czasie pandemii 9 proc. badanych przez ManpowerGroup firm powiększyło swój pakiet benefitów, najczęściej o dodatkowe szkolenia wewnętrze. Co trzecia z nich postawiła na wsparcie psychologiczne pracownika, a 17 proc. – na prywatną opiekę medyczną. W tym samym czasie 22 proc. pracodawców zdecydowało się na zmniejszenie oferty benefitów, z czego 7 proc. właśnie z prywatnej opieki medycznej. Dla porównania 72 proc. z tej grupy firm wycofało karty sportowe, a 31 proc. zrezygnowało ze szkoleń dla pracowników.

Koszt pakietu indywidualnego w ramach grupowego ubezpieczenia zdrowotnego, w zależności od specyfiki firmy, waha się od 50–60 do 100–110 zł. Jeżeli pracodawca da pracownikowi podwyżkę tego rzędu, to ona zwykle rozmyje się w domowym budżecie, pracownik nawet jej nie odczuje. Natomiast jeśli zainwestuje te pieniądze w grupowe ubezpieczenie zdrowotne, da pracownikowi dostęp do efektywnej, prywatnej opieki medycznej – mówi Marcin Rybarczyk. – Jeżeli pracownik będzie musiał skorzystać z konsultacji lekarskiej, to prywatnie zapłaci za nią przynajmniej 250–300 zł. Podobne koszty poniesie w przypadku badań takich jak tomografia komputerowa czy rezonans magnetyczny, więc oszczędność dla jego budżetu domowego będzie zdecydowanie wyższa.

Co istotne, jak wynika z raportu Medicovera („Praca. Zdrowie. Ekonomia. Perspektywa 2021”), prywatna opieka medyczna to korzyść nie tylko dla pracowników, ale i pracodawców. Taka inwestycja oznacza bowiem zwykle spadek liczby absencji chorobowych i prezenteizmu, czyli kosztów związanych z obniżoną wydajnością pracy. Statystyki Medicovera pokazują, że w 2020 roku pracodawcy zyskali dzięki temu benefitowi średnio 4,4 produktywnego dnia i 1408 zł w przeliczeniu na każdego statystycznego pracownika. To o 403 zł więcej niż jeszcze rok wcześniej.

Dobrze przygotowany program prywatnej opieki medycznej musi być dopasowany do charakteru pracy pracownika, do którego ten program kierujemy. Przykładowo inny wariant ubezpieczenia jest dedykowany pracownikom biurowym, którzy potrzebują szerokiego katalogu specjalistów, dostępu m.in. do dermatologa, diagnostyki cukrzycy czy chorób endokrynologicznych. Inny zakres ubezpieczenia będzie z kolei potrzebny pracownikom fizycznym, którzy rzadziej chodzą do lekarza, ale pojawiają się tam z poważniejszymi problemami. Dlatego zakres ich programu powinien zawierać konsultację u neurologa, ortopedy, ale również rezonans magnetyczny, tomografię komputerową czy badania endoskopowe – wymienia ekspert Compensy. – Kluczowe w doborze wariantu ubezpieczenia do potrzeb pracowników jest to, żeby miał on kompleksowy charakter. W Compensie nawet podstawowy wariant ubezpieczenia obok dostępu do konsultacji lekarskich daje również dostęp do podstawowych badań, które lekarz zleca w ramach swojej codziennej pracy.

Rosnącą z każdym rokiem popularność prywatnej opieki medycznej potwierdzają również dane Polskiej Izby Ubezpieczeń. Wynika z nich, że na koniec III kwartału 2021 roku już prawie 3,7 mln Polaków miało wykupione polisy zdrowotne, co oznacza 17-proc. wzrost rok do roku. Polacy wydali na nie łącznie ponad 760 mln zł, czyli o 15 proc. więcej r/r. PIU wskazuje, że głównym kryterium przemawiającym za wyborem takich polis jest atrakcyjna cena, a także łatwiejsze umówienie wizyty z lekarzem pierwszego kontaktu i szybka diagnostyka. Dodatkowym ubezpieczeniem objętych jest też coraz więcej osób spoza dużych miast.

Grupowe ubezpieczenie zdrowotne to program, który sprawdza się zarówno w firmach, które mają swoje siedziby w dużych miastach, jak i tych z małych miejscowości. 43 proc. klientów Compensy to firmy, które mają swoje siedziby właśnie poza dużymi aglomeracjami. One wybierają nasze ubezpieczenie dlatego, że mamy jedną z najbardziej rozbudowanych sieci prywatnych placówek medycznych w Polsce. Zdarzają się oczywiście miejscowości, gdzie tych placówek medycznych jest mniej, ale korzystając z ubezpieczenia zdrowotnego, pracownik może umówić się za pośrednictwem infolinii na konkretny termin świadczenia w mieście oddalonym o kilka czy kilkanaście kilometrów – mówi Marcin Rybarczyk.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/w-trakcie-pandemii-coraz,p2141286728

W tym roku ponownie wzrosły limity wpłat na IKE i IKZE. To oznacza wyższe ulgi w rocznym rozliczeniu podatkowym [DEPESZA]

0

Wpłaty na IKE i IKZE, czyli indywidualne konta emerytalne i indywidualne konta zabezpieczenia emerytalnego, dokonane w danym roku podatkowym można odliczyć od podstawy opodatkowania, dzięki czemu obniży się kwota należnej do zapłacenia daniny. Dobrą informacją dla podatników jest więc fakt, że w tym roku limit wpłat na IKZE znowu będzie wyższy, co jest efektem wzrostu prognozowanego, przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej. – Maksymalne obniżenie podatku dla osób w drugim progu podatkowym może w tym roku sięgnąć nawet 2274 zł – mówi Danuta Musiał z Generali Investments TFI.

– Główną korzyścią gromadzenia środków finansowych w IKE i IKZE są ulgi podatkowe. Oba te instrumenty zwalniają z podatku od zysków kapitałowych, potocznie zwanego podatkiem Belki, którego stawka wynosi 19 proc. od zysku z inwestycji – mówi agencji Newseria Biznes Danuta Musiał, dyrektor Departamentu Marketingu i Komunikacji w Generali Investments TFI. – Dodatkowo pieniądze wpłacane na IKZE można odliczyć od podstawy swojego opodatkowania w rozliczeniu PIT-0, dzięki czemu kwota należnej do zapłacenia daniny będzie niższa. Co istotne, jest to jedyna forma oszczędzania, która oferuje takie korzyści.

Poręczna zgrzewarka opakowań na jedzenie.

Indywidualne konto emerytalne (IKE) oraz indywidualne konto zabezpieczenia emerytalnego (IKZE) to instrumenty długoterminowego oszczędzania na emeryturę w ramach dobrowolnego III filara. Można je założyć po ukończeniu 16. roku życia w jednym z kilkudziesięciu banków, domów maklerskich czy towarzystw funduszy inwestycyjnych. IKE i IKZE umożliwiają gromadzenie i pomnażanie kapitału na emeryturę, ale mogą być też efektywnym sposobem na oszczędzanie i pomniejszenie należnego do zapłacenia podatku, bo wpłaty na IKZE można odliczyć od podstawy opodatkowania w rozliczeniu rocznym. Przy wypłacie środków po 65. roku życia zapłacimy zryczałtowany podatek w wysokości 10% wysokości wypłacanych środków.

– Roczny limit wpłat na IKE i IKZE to maksymalna kwota, którą można wpłacić na te konta w danym roku kalendarzowym. Te kwoty zmieniają się co roku, ponieważ są obliczane na podstawie prognoz przeciętnego wynagrodzenia miesięcznego w gospodarce narodowej na dany rok . Dla IKZE roczny limit wpłat nie może przekroczyć 1,2-krotności tego prognozowanego wynagrodzenia. Z kolei w przypadku IKE kwota wpłat nie może przekroczyć trzykrotności przeciętnego wynagrodzenia miesięcznego w gospodarce narodowej na dany rok – wyjaśnia ekspertka.

Dobrą informacją dla podatników jest to, że w tym roku limity wpłat na IKE i IKZE są znacząco wyższe niż w ubiegłym. Zgodnie z obwieszczeniem ministra rodziny i polityki społecznej w przypadku IKZE tegoroczny limit wynosi 7106,40 zł, co oznacza, że jest o 795,60 zł wyższy. Z kolei w przypadku IKE limit sięgnie 17 766 zł, czyli o prawie 2 tys. zł więcej niż jeszcze w ubiegłym roku. Wyższe limity to właśnie efekt wzrostu prognozowanego, przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej, które według MRiPS wyniesie w tym roku 5922 zł.

– Co istotne, w ubiegłym roku pojawiło się też ułatwienie dla samozatrudnionych, jakim jest wyższy limit wpłat na IKZE dla osób prowadzących pozarolniczą działalność gospodarczą. Do tej grupy należą m.in. twórcy, artyści, osoby wykonujące wolne zawody czy przedsiębiorcy. To udogodnienie obowiązuje również w roku 2022. Roczny limit wpłat na IKZE dla tej grupy wynosi 1,8-krotność przeciętnego prognozowanego wynagrodzenia miesięcznego w gospodarce narodowej na dany rok, a więc samozatrudnieni będą mogli wpłacić na IKZE nawet 10 659,60 zł. To aż o 1193,40 zł więcej niż w ubiegłym roku – mówi dyrektor Departamentu Marketingu i Komunikacji w Generali Investments TFI.

Wpłaty dokonane na IKZE w danym roku podatkowym mogą odliczyć osoby uzyskujące dochód, osoby fizyczne, przedsiębiorcy, a także emeryci. Podstawę do rozliczenia ulgi stanowią dowody wpłat zawierające dane identyfikacyjne płatnika.

– Wpłaty na IKE i IKZE nie muszą być dokonywane regularnie. Można wpłacić dowolną kwotę w ramach limitu, ale co najmniej 100 zł w dowolnym momencie w roku. Warto jednak oszczędzać systematycznie przez cały rok i wpłacać określone kwoty co miesiąc, np. robiąc zlecenie stałe z banku – mówi Danuta Musiał.

Jak wskazuje, kwota oszczędności podatkowych będzie zależna zarówno od wysokości wpłaty dokonanej na IKZE, jak i stawki, którą są obłożone nasze dochody.

– Maksymalne obniżenie podatku dla osób w drugim progu podatkowym (32 proc.) może sięgnąć nawet 2274 zł – mówi ekspertka Generali Investments TFI.

Oszczędności zgromadzone na IKE i IKZE są prywatną własnością oszczędzającego, więc nie trzeba się obawiać, że zostaną przejęte przez państwo. Ponadto podlegają dziedziczeniu tak samo jak pieniądze zgromadzone na koncie bankowym. W praktyce, otwierając konto, właściciel może wskazać osoby uprawnione, które w przypadku jego śmierci będą upoważnione do otrzymania środków. Może też wskazać więcej niż jedną osobę i określić ich procentowy udział.

– Inwestując w III filar, nie trzeba martwić się o niekorzystne zmiany w polskim systemie emerytalnym. Gromadzone pieniądze są prywatną własnością osoby oszczędzającej i stanowią gwarancję dodatkowej emerytury – mówi Danuta Musiał.


Materiał informacyjno-reklamowy Generali Investments Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych SA, które działa na podstawie decyzji KPW (obecnie: Komisja Nadzoru Finansowego) z dnia 1 czerwca 1995 r., nr decyzji KPW-4073-195. Ze względu na fakt, że obowiązki podatkowe zależą od indywidualnej sytuacji, w celu ustalenia obowiązków podatkowych wskazane jest zasięgnięcie porady doradcy podatkowego lub porady prawnej.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/w-tym-roku-ponownie,p1764120491

Branża piwowarska pomimo pandemii zachowała stabilne zatrudnienie. Niepokój budzi jednak wzrost kosztów produkcji, podwyżka akcyzy i kurczący się rynek

0

W 2020 roku branża piwowarska odprowadziła do budżetu państwa ponad 11 mld zł z tytułu podatków, wygenerowała wartość dodaną sięgającą 18,5 mld zł i utrzymywała łącznie ponad 115 tys. miejsc pracy – wynika z raportu Deloitte’​a. Mimo pandemii oraz związanych z nią zawirowań rynkowych i gospodarczych wsparcie browarnictwa dla polskiej gospodarki okazało się nawet większe niż w poprzednich latach. Trudna sytuacja pandemiczna, duży wzrost akcyzy z początkiem tego roku i szybki wzrost kosztów surowców powodują jednak, że polscy browarnicy z dużym niepokojem patrzą na nadchodzące miesiące. Sytuację pogarsza także kiepska kondycja powiązanej z browarami branży gastronomiczno-hotelarskiej (HoReCa).

– Pod względem wielkości produkcji polska branża piwowarska zajmuje trzecie miejsce w Europie. Ustępujemy tylko takim gigantom jak Niemcy czy Wielka Brytania. W ostatnich latach ta produkcja dochodziła do 40 mln hektolitrów piwa rocznie. To jest ogromny potencjał i ogromny wpływ na polską gospodarkę, chociażby poprzez liczbę osób zatrudnionych w branży czy daniny płacone bezpośrednio do budżetu państwa – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Julia Patorska, Partner Associate w Deloitte.

Branża piwowarska jest w Polsce jednym z silniejszych sektorów przemysłu. Bezpośrednio zatrudnia ok. 9,5 tys. osób, ale z produkcją i sprzedażą piwa związane są też miejsca pracy w przemyśle lekkim, handlu, transporcie czy branży HoReCa. Łączne zatrudnienie, utrzymywane dzięki branży piwowarskiej, w 2020 roku sięgnęło więc aż 115 tys. miejsc pracy.

Co więcej, browarnictwo generuje też znaczne wpływy do budżetu państwa z tytułu podatków, które w 2020 roku wyniosły 11,14 mld zł. Jednak produkując piwo, dokonując zakupów u polskich dostawców i wypłacając wynagrodzenia, branża piwowarska wytwarza również tzw. wartość dodaną, czyli najważniejszą składową PKB. Ta w 2020 roku osiągnęła z kolei wartość 18,5 mld zł.

 W tym trudnym, pandemicznym roku wiele wpływów do budżetu spadało. Natomiast branża piwowarska nie tylko zdołała utrzymać poziom zatrudnienia i produkcji, ale nawet zwiększyła wpływy do budżetu w stosunku do 2019 roku – zauważa Julia Patorska.

Analizy Deloitte’a (raport „Podsumowanie analizy wybranych wskaźników wpływu przemysłu piwowarskiego na polską gospodarkę i otoczenie”) pokazują, że kiedy w 2020 roku całkowite dochody budżetowe państwa spadły o 1 proc., wpływy podatkowe z browarów rosły w tym czasie całościowo o 2 proc. Podatek akcyzowy, wpłacony przez browary, był większy o ponad 5 proc., podatek PIT – o 1,3 proc., a VAT – aż o 11 proc. rok do roku.

– Ostatnie dwa lata pokazały, że mimo trudności rynkowych związanych z pandemią branża piwowarska pozostała stabilnym płatnikiem podatków, stabilizującym finanse publiczne poprzez wpłaty z tytułu akcyzy czy innych podatków do budżetu centralnego i budżetów lokalnych. Spodziewamy się, że w tym roku będzie podobnie – mówi Bartłomiej Morzycki, dyrektor generalny ZPPP – Browary Polskie. – Jednocześnie to, że jesteśmy dobrym i stabilnym płatnikiem podatków, nie oznacza, że branża nie przeżywa trudnych chwil. Wręcz przeciwnie, ostatnie dwa lata wpłynęły na nas bardzo negatywnie.

Jak podkreśla, na przestrzeni ostatnich miesięcy branża otrzymała trzy mocne ciosy. Pierwszym była pandemia COVID-19, która spowodowała załamanie optymizmu konsumenckiego, ograniczenie spotkań towarzyskich i wydarzeń masowych oraz zamknięcie na wiele miesięcy lokali gastronomicznych. W efekcie w 2020 roku konsumpcja piwa spadła do poziomu 93,6 l na osobę, najniższego od 10 lat. Równocześnie o ok. 4 proc. zmniejszyła się też produkcja piwa.

 Gastronomia bardzo ucierpiała. Rzadziej wychodzimy do lokali, zmniejszył się ruch turystyczny, centra miast nawet w sezonie bywały opustoszałe. Część lokali nie przetrwała, inne mierzą się z poważnymi wyzwaniami, jak chociażby wzrost kosztów energii i gazu. Obawiam się, że bez mocnej ingerencji państwa gastronomii ciężko będzie wyjść na prostą. Dlatego postulujemy, żeby obniżyć VAT nie tylko na żywność, ale na całość oferty gastronomicznej. To pozwoliłoby tej branży złapać oddech i poprawić płynność finansową – mówi Bartłomiej Morzycki. – O ile my nie oczekujemy wprost sektorowej pomocy ze strony państwa, o tyle powinno ono jednak zaingerować niższym VAT-em na całość oferty gastronomicznej, w tym właśnie na piwo, które jest w gastronomii drugą najpopularniejszą, najczęściej spożywaną kategorią po jedzeniu i mogłoby być impulsem do odbicia się sektora.

Jako browary regionalne uważamy, że to jest ostatni moment, w którym należałoby zastosować jakieś zewnętrzne wsparcie dla branży HoReCa. Zwłaszcza dla punktów hotelowo-restauracyjnych, które zostały bardzo mocno dotknięte przez lockdowny w 2020 roku. Wszystkie ograniczenia w działalności czy nawet ostrzeżenia podawane przez media, żeby się nie spotykać, powodują, że ten segment cierpi. Jeżeli nie dostanie wsparcia zewnętrznego, to możemy się obudzić w sytuacji, kiedy zostanie mniej niż połowa spośród znanych i lubianych restauracji – dodaje Andrzej Olkowski, prezes Stowarzyszenia Regionalnych Browarów Polskich.

Przedstawiciele branży wskazują, że zapaść w sektorze HoReca bezpośrednio przekłada się na polskie browarnictwo, dla którego jest to kolejny cios, po wprowadzanych w ostatnich latach podwyżkach akcyzy. Już 2020 rok rozpoczął się podwyżką akcyzy o 10 proc., a po raptem dwóch latach – od 1 tycznia br. – weszła w życie kolejna, również 10-proc. podwyżka tego podatku. To zaś spowodowało konieczność weryfikacji planów biznesowych w firmach piwowarskich i nie pozostaje bez wpływu na ceny.

 Trzecim ciosem, poniekąd też wynikającym z pandemii, jest obecna sytuacja rynkowa: zdestabilizowane łańcuchy dostaw, ogromna inflacja i wzrost wszystkich kosztów produkcji. Niektóre składowe rosły w tempie trzycyfrowym i to w krótkim czasie – mówi Bartłomiej Morzycki. – Z tymi trzema mocnymi ciosami, które zbiegły się w krótkim czasie, będziemy musieli się mierzyć w bieżącym roku. Wszystko to wpłynie negatywnie na rynek i nie pozwala nam patrzyć w przyszłość zbyt optymistycznie. Mamy nadzieję, że chociaż pogoda nam będzie sprzyjać.

Dyrektor generalny ZPPP – Browary Polskie podkreśla, że branża ma potencjał do dalszego wspierania polskiej gospodarki, ale w tej chwili sama patrzy na nadchodzące miesiące z niepokojem, a jej rozwój będzie uzależniony m.in. od dalszego przebiegu pandemii, możliwości spotkań towarzyskich i organizacji imprez masowych.

– Największy niepokój w branży budzi jednak stale rosnący koszt produkcji piwa. Już w ubiegłym roku mierzyliśmy się z problemem dostępności niektórych surowców, np. aluminium do produkcji puszek, ale też wzrostem cen surowców. Mamy do czynienia z dynamicznym, dwu-, a czasami trzycyfrowym wzrostem wszystkich kosztów produkcji piwa. Jeśli ten trend się nie zatrzyma, to siłą rzeczy będzie musiało przełożyć się na wzrost średniej ceny piwa. A im wyższa cena, tym bardziej rynek będzie spadał – mówi ekspert.

Z raportu Deloitte’a wynika, że w 2020 roku w Polsce funkcjonowały łącznie 363 browary stacjonarne i kontraktowe, a 58 było w budowie lub w planach. Te działające – duże, regionalne i rzemieślnicze – wprowadziły na rynek ponad 2 tys. nowych, premierowych piw.

 Browary regionalne – łącznie z kraftowymi – mają od kilku do kilkunastu procent udziału w rynku – mówi Andrzej Olkowski. – Ich znaczenie dla lokalnych gospodarek jest tym większe, im mniejsza jest miejscowość, w której jest zlokalizowany browar. W dużym mieście to znaczenie ginie w liczbie różnych innych zakładów, które wpływają na gospodarkę regionu. Natomiast w małych miejscowościach bywa, że taki browar jest największym lub jednym z największych zakładów produkcyjnych, które zatrudniają i dają pracę lokalnym przedsiębiorcom z innych branż.

Co istotne, wsparcie browarnictwa dla polskiej gospodarki to nie tylko podatki czy zatrudnienie. W 2020 roku aż 90 proc. materiałów i usług wykorzystywanych przez polskie browary do produkcji piwa pochodziło od krajowych dostawców. W sumie firmy zrzeszone w Związku Browary Polskie zakupiły od rodzimych producentów towary i usługi o wartości prawie 4 mld zł, z czego same zakupy chmielu i słodu uzyskały łączną wartość ponad 340 mln zł. Statystyki pokazują, że równie duże jest też przywiązanie polskich konsumentów do piwa warzonego w Polsce, bo aż 92 proc. całej produkcji trafia właśnie na rodzimy rynek.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/branza-piwowarska-pomimo,p2057465806

Napięcia na linii Rosja–Ukraina wpływają na rynki. Europa powinna się liczyć z ograniczeniami w podaży gazu [DEPESZA]

0

Możliwe ograniczenia w podaży gazu do Europy i przestoje w fabrykach byłyby w ocenie analityków najbardziej dotkliwym na kontynencie skutkiem otwartego konfliktu we wschodniej Ukrainie. I choć większość ekspertów ocenia, że taki scenariusz jest mało prawdopodobny, napięcie polityczne na granicy ukraińsko-rosyjskiej jest w tej chwili jednym z głównych czynników wpływających na rynki finansowe. – Ta sytuacja przyczynia się do słabości całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Widać to chociażby w notowaniach złotego z ostatnich dni – mówi Aleksander Szymerski, zarządzający funduszami Generali Investments TFI. Wyzwaniem dla regionu jest także rosnąca inflacja. 

– Sytuacja za wschodnią granicą wprowadza na rynkach dużo nerwowości. Wprawdzie w opinii ekspertów scenariusz pełnowymiarowej wojny wydaje się mało prawdopodobny, ale jednak prawdopodobieństwo dalszej eskalacji i jakiejś formy rosyjskiej agresji we wschodniej Ukrainie jest relatywnie wysokie. O powadze sytuacji na granicy świadczy fakt, że w ostatnich tygodniach Amerykanie i Brytyjczycy wezwali swoich obywateli, przede wszystkim rodziny dyplomatów, do wyjazdu z Ukrainy – mówi Aleksander Szymerski. – Wojna w każdej postaci będzie mieć potężne implikacje dla Polski i całego regionu. Pociągnie za sobą nałożenie na Rosję sankcji gospodarczych, co w odwecie może spowodować np. zablokowanie przez Rosję dostaw gazu i ropy.

Na możliwe ograniczenia w podaży gazu do Europy wskutek eskalacji we wschodniej Ukrainie zwrócili też uwagę analitycy Goldman Sachs, według których taki scenariusz pociągnąłby za sobą ograniczenia produkcji i przestoje w europejskich fabrykach. Z kolei skutki finansowe i handlowe potencjalnego konfliktu będą ich zdaniem prawdopodobnie dość ograniczone, co wynika m.in. z niewielkiej ekspozycji eksportowej strefy euro na Rosję i Ukrainę. Mimo to napięcie polityczne na granicy ukraińsko-rosyjskiej jest w tej chwili jednym z głównych czynników determinujących zachowanie się aktywów dłużnych.

W naszej ocenie czarny scenariusz, w postaci regularnej wojny, najprawdopodobniej się nie ziści. Niemniej obecna sytuacja przyczynia się do słabości całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Widać to chociażby w notowaniach złotego z ostatnich dni. Trwające od końca listopada umocnienie polskiej waluty, będące konsekwencją zacieśniania polityki monetarnej przez bank centralny, zostało zahamowane i kurs EUR/PLN wrócił w okolice 4,60 – mówi zarządzający funduszami Generali Investments TFI.

Jak wskazuje, kluczowym czynnikiem mającym w tej chwili wpływ na rynki pozostaje też wysoka inflacja i polityka pieniężna banków centralnych.

– Tę inflację napędzają problemy z łańcuchami dostaw, które są efektem piątej fali pandemii, oraz wzrastające ceny surowców, w tym rosyjskiego gazu. Zima w zeszłym roku była relatywnie ciężka, klimat w ciągu roku nie był korzystny dla energetyki wiatrowej, więc i zapasy gazu są dużo niższe niż zwykle o tej porze roku – mówi Aleksander Szymerski.

W Polsce inflacja za grudzień wyniosła 8,6 proc. i była najwyższa od początku tego stulecia. Inflacja średnioroczna wyniosła natomiast 5,1 proc., czyli wyraźnie powyżej celu Rady Polityki Pieniężnej.

– Ostatnie odczyty z gospodarki pokazują, że inflacja producencka wyniosła 14,2 proc. rok do roku, podczas gdy płace rosną o 11,2 proc. To świadczy o nakręcaniu się spirali cenowo-płacowej – wskazuje ekspert.

Jak wskazuje, dodatkowy element niepewności wprowadza też Polski Ład. Reforma podatkowa nie powinna mieć wprawdzie znaczącego przełożenia na gospodarkę, ale – jak podkreśla zarządzający funduszami Generali Investments TFI – wprowadzanie dodatkowej niepewności w tak trudnym okresie nie jest pożądane.

Ważnym pytaniem jest też to, czy zostaną wprowadzone kolejne lub będą utrzymane aktualnie funkcjonujące tarcze antyinflacyjne. Ich obecne zapisy mają obowiązywać od lutego do końca lipca br. Szacuje się, że tarcza antyinflacyjna pozwoli w tym czasie obniżyć inflację o 2–3 pkt proc. Analitycy przewidują, że bez niej inflacja mogłaby wzrosnąć nawet powyżej 10 proc. – mówi Aleksander Szymerski. – Trzeba mieć jednak świadomość, że wprowadzenie tarcz nie tyle obniża inflację, co przesuwa ją w czasie, rozciągając okres, w którym jest podwyższona, ale pozwalając obniżyć szczyt inflacyjny. Natomiast w długim okresie efekt może być mimo wszystko proinflacyjny, ponieważ mamy do czynienia z dodatkową stymulacją fiskalną wpływającą na popyt.

Według prognoz Narodowego Banku Polskiego w 2022 roku średnioroczna inflacja w Polsce ma wynieść 7,6 proc. Maksymalny poziom ma osiągnąć w czerwcu, kiedy wyniesie 8,3 proc., a następnie inflacja ma się stopniowo obniżać do poziomu 6,2 proc. w grudniu.

– To wydaje się realne założenie – ocenia ekspert. – Paradoksalnie ten czas inflacji może też okazać się dobry dla części przedsiębiorstw, bo dzięki niemu mogą podnieść ceny bardziej, niż wynikałoby to ze wzrostu kosztów. Wcześniej firmy od kilku lat nie miały możliwości podnosić cen, co powodowało spadek marż. Teraz otworzyła się przestrzeń do zmian, choć oczywiście koszty energii i presja płacowa są dużym problemem.

Ekspert Generali Investments TFI wskazuje też, że rynek jest niemal pewien kolejnej podwyżki stóp procentowych na najbliższym posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej. Analitycy spodziewają się wówczas podwyżki o kolejnych 50 punktów bazowych, choć może to być nawet 75 punktów bazowych.

– Tym, co zmieniło oczekiwania dla stóp procentowych, była wypowiedź prezesa NBP Adama Glapińskiego, w której stwierdził, że przy obecnych danych gospodarczych stopy powinny być na poziomie dużo wyższym, niż zakłada to rynek. W ocenie większości ekonomistów oznacza to, że podwyżki nie zakończą się na poziomie 3–3,5 proc., jak wcześniej oczekiwano, ale raczej 4 proc. lub więcej. Tak też sugerują notowania kontraktów na stopę procentową (czyli na ile rynek wycenia stopę za dziewięć miesięcy). Obecnie wartość ta wynosi prawie 4,7 proc., podczas gdy jeszcze w listopadzie było to ok. 3,3 proc. – mówi Aleksander Szymerski.

W Polsce podwyżki stóp zaczęły się jesienią ub.r. Stopa referencyjna NBP wzrosła z poziomu 0,1 proc. w październiku do 2,25 proc. obecnie. Dla gospodarki nawet ważniejsze są jednak wskaźniki WIBOR, które pokazują, jak drogi jest kredyt, i te są znacznie wyższe. WIBOR trzymiesięczny obecnie wynosi prawie 3 proc., WIBOR sześciomiesięczny przekracza 3,40 proc. To najwyższe wartości od przełomu 2012 i 2013 roku.

– Wydaje się, że ten rok jest w ogóle końcem ery zerowych stóp procentowych – mówi zarządzający funduszami Generali Investments TFI. – W marcu, po wygaśnięciu luzowania ilościowego, rynek spodziewa się ze strony amerykańskiego FED co najmniej czterech podwyżek stóp, w sumie o 1 proc. lub więcej. Z kolei Europejski Bank Centralny ma nieco łatwiejszą sytuację, gdyż inflacja bazowa w Europie jest dużo niższa niż w USA i wynika w dużej mierze z szoków podażowych. Dlatego analitycy przewidują, że EBC pierwsze nieśmiałe podwyżki stóp wprowadzi dopiero pod koniec roku.

Ekspert wskazuje jednak, że mimo wszelkich zawirowań w polskiej gospodarce sytuacja wciąż jest bardzo dobra. Dynamika produkcji przemysłowej jest wysoka, w styczniu wyniosła 16,7 proc. r/r, a wzrost PKB za zeszły rok sięgnął 5,7 proc., co jest bardzo dobrym wynikiem, nawet biorąc pod uwagę efekt bazy po trudnym 2020 roku.

– W tym roku rynek spodziewa się spadku PKB w okolice 4 proc., co wciąż jest jednak wynikiem przyzwoitym. Dane z gospodarki to potwierdzają: sprzedaż detaliczna w cenach stałych rośnie o 8 proc. r/r, produkcja przemysłowa o prawie 17 proc., a bezrobocie jest jednym z najniższych w Europie i według Eurostatu wynosi 3,2 proc. – mówi Aleksander Szymerski.


Generali Investments TFI działa na podstawie decyzji KNF z dnia 1 czerwca 1995 roku (nr decyzji KPW-4073-195).

 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/napiecia-na-linii,p1438498928

Sektor finansowy łowi talenty. Połowa firm planuje zwiększać zatrudnienie w kolejnych miesiącach

0

Pracodawcy z sektora finansowego muszą się przygotować na ostrzejszą konkurencję o pracowników. W I kwartale tego roku połowa firm zamierza bowiem rekrutować nowych specjalistów – wynika z badania ManpowerGroup. Jeszcze kwartał temu odsetek ten wynosił 19 proc. Poszukiwani na rynku są zarówno eksperci od księgowości i podatków, jak i analitycy oraz kontrolerzy finansowy, a także specjaliści IT. W walce o talenty firmy stosują różne narzędzia, m.in. wzrost płac i nowe benefity. – Coraz ważniejszą rolę w pozyskaniu i utrzymaniu najlepszych pracowników odgrywa dobra reputacja pracodawcy, która gwarantuje wysokie standardy zarządzania oraz długofalowe perspektywy rozwoju – mówi Monika Milani, dyrektor ds. personalnych w Toyota Financial Services.  

– Z moich obserwacji wynika, że rynek finansowy charakteryzuje pewnego rodzaju dualizm. Z jednej strony firmy nadal przechodzą przez proces konsolidacji, a co za tym idzie restrukturyzacji. Natomiast z drugiej strony instytucje z szeroko rozumianego sektora finansowego – jak np. banki, firmy leasingowe, faktoringowe czy domy maklerskie – prężnie się rozwijają, zwiększają zatrudnienie, tworzą centra usług wspólnych w wyspecjalizowanych obszarach jak np. AML czy ryzyko finansowe – mówi agencji Newseria Biznes Monika Milani.

W ostatnim „Barometrze perspektyw zatrudnienia” eksperci ManpowerGroup wskazują, że coraz więcej globalnych graczy rynku finansowego przenosi swoje operacje do Polski. Z każdym rokiem rośnie też liczba nowych start-upów z zagranicznym kapitałem, zagranicznych funduszy inwestycyjnych, podmiotów z obszaru bankowości inwestycyjnej i centrów usług wspólnych. W efekcie rośnie zapotrzebowanie na pracowników na stanowiskach specjalistycznych, menedżerskich i C-level. Nowo powstające organizacje oferują pełne spektrum stanowisk finansowych: od deal sourcerów, poprzez księgowych, audytorów, analityków, kontrolerów finansowych i doradców podatkowych, aż po transformation leaderów oraz konsultantów strategicznych. Dużą chęć zatrudniania nowych pracowników – zwłaszcza samodzielnych księgowych i specjalistów ds. wynagrodzeń – deklaruje też polski sektor MŚP.

– Dzisiaj trudno jest pozyskać wyspecjalizowanego pracownika w obszarze HR-u czy ryzyka finansowego – mówi dyrektor ds. personalnych w Toyota Financial Services. – Dodatkowo rekordowo niska stopa bezrobocia sprawia, że niedobór pracowników jest bardzo dotkliwy dla większości firm, nie tylko tych z sektora finansowego. Stale rośnie konkurencja w walce o najlepszych, tzw. talenty, i jak wynika z dostępnych raportów, będzie ona jeszcze bardziej intensywna.  

Według badań ManpowerGroup w I kwartale 2022 roku polscy przedsiębiorcy muszą się przygotować na rekordowo dużą konkurencję o talenty, bo aż 43 proc. z nich planuje rekrutować i zatrudniać nowych pracowników. To jeden z najwyższych wyników od początku tego badania w Polsce. Nie inaczej jest w sektorze finansowym, w którym chęć pozyskiwania nowych pracowników w I kwartale br. zgłasza już co druga firma (50 proc.). Zaledwie kwartał temu co piąty pracodawca (19 proc.), reprezentujący sektor bankowości, finansów, ubezpieczeń i nieruchomości, miał zamiar powiększać swoje zespoły. Rok temu takie plany miało tylko 2 proc. Statystyki pokazują więc, że nadchodzące miesiące będą sprzyjały osobom szukającym zatrudnienia w sektorze bankowości, finansów, ubezpieczeń i nieruchomości.

Co więcej, w regionie EMEA zbliżone lub nawet wyższe zapotrzebowanie na kadry w sektorze finansowym wykazują też Holandia, Czechy, Słowacja i Niemcy. Polscy specjaliści często otrzymują więc propozycje pracy z innych krajów, które chętnie przyjmują z powodu znacznych różnic w wysokości wynagrodzeń. Dla pracodawców oznacza to jeszcze silniejszą rywalizację o zasoby kadrowe. Aby jej sprostać, firmy nie tylko podnoszą płace i uatrakcyjniają oferty, ale też mocno stawiają na swój employer branding.

– Tym, co dzisiaj ułatwia firmom pozyskanie najlepszych specjalistów, jest dobra i wiarygodna marka pracodawcy, która gwarantuje wysokie standardy zarządzania oraz stabilność zatrudnienia. Wbrew pozorom kandydaci bardzo sobie cenią firmy, które są im w stanie to zapewnić. Toyota cieszy się dobrą reputacją wśród kandydatów, co ułatwia nam pozyskanie i utrzymanie najlepszych. Dzięki temu mamy niską rotację i wysoki poziom zaangażowania wśród pracowników – podkreśla Monika Milani.

Innym ważnym czynnikiem wpływającym na atrakcyjność pracodawcy są oferowane możliwości rozwoju oraz działania w obszarze wellbeingowym.

– Zwłaszcza w czasie pandemii pracownicy szczególnie sobie cenią rozwiązania wspierające ich zdrowie i równowagę mentalną. By im to zapewnić, zdecydowaliśmy się m.in. wdrożyć webinary dotyczące zdrowych nawyków żywieniowych, przyznaliśmy dodatkowy dzień wolny, tzw. Thank You Day, oraz rozszerzyliśmy zakres opieki medycznej o wsparcie psychologiczne – wymienia dyrektor ds. personalnych w Toyota Financial Services.

Jak podkreśla, Toyota Financial Services stawia mocny akcent na budowanie angażującego środowiska pracy, co ma ułatwić pozyskiwanie talentów na rynku pracy. Przejawem tych starań jest otrzymany właśnie certyfikat Top Employer. Stanowi on wyróżnienie dla pracodawców, którzy dbają o pracowników i ich rozwój oraz dążą do doskonalenia praktyk związanych z zarządzaniem.

– Otrzymanie tytułu Top Employer w czasie pandemii to szczególne wyróżnienie, które potwierdza, iż wysiłek, jaki włożyliśmy w dostosowanie się do zmiennych warunków otoczenia, procentuje. To również ogromne zobowiązanie do kontynuowania działań, by zapewnić najwyższe standardy oraz utrzymać przyjazne środowisko pracy – mówi Monika Milani.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/sektor-finansowy-lowi,p635926286

dr M. Szołucha: Nominacja prof. A. Glapińskiego na drugą kadencję w NBP uspokoi rynki. Będzie to dla niego szansa na obniżenie inflacji

0

W ubiegłym tygodniu prezydent Andrzej Duda zawnioskował o powołanie prof. Adama Glapińskiego na drugą kadencję w roli prezesa Narodowego Banku Polskiego. Wniosek trafił już do marszałek Sejmu, a decyzja jest teraz uzależniona od sejmowej większości. Ewentualny wybór prof. Adama Glapińskiego na to stanowisko będzie oznaczał, że pokieruje on bankiem centralnym aż do 2028 roku. – Będzie to dla niego szansa sprowadzenia inflacji w granice celu, a po kolejnych latach jego prezesury można się spodziewać m.in. przywiązania do suwerenności monetarnej i obrony obrotu gotówkowego – wskazuje ekspert Instytutu Prawa Gospodarczego, dr Marian Szołucha.

 Dobrze, że wniosek prezydenta Andrzeja Dudy wpływa do marszałek Sejmu stosunkowo szybko, chociaż teoretycznie prezydentowi zostało na tę decyzję jeszcze kilka miesięcy. Jednak czasy mamy niespokojne, więc wszystkie spekulacje trzeba ucinać możliwie szybko, trzeba uspokajać nastroje, zwłaszcza na tak wrażliwym polu, jakim są rynki finansowe, gdzie Narodowy Bank Polski jest istotnym graczem – mówi agencji Newseria Biznes dr Marian Szołucha.

Aktualna kadencja prof. Adama Glapińskiego na stanowisku szefa NBP upływa 21 czerwca 2022 roku. Prezydent Andrzej Duda zawnioskował jednak o powołanie go na drugą kadencję w tej roli, a wniosek w tej sprawie trafił już do marszałek Sejmu – poinformował 29 stycznia szef gabinetu prezydenta Paweł Szrot. Prezes NBP jest powoływany i odwoływany przez Sejm na wniosek prezydenta RP na sześcioletnią kadencję.

– Spokojna reakcja rynków finansowych, rynków walutowych i Giełdy Papierów Wartościowych świadczy o tym, że ta decyzja prezydenta była oczekiwana – mówi ekspert Instytutu Prawa Gospodarczego.

Jak ocenia, nominacja prof. Adama Glapińskiego na drugą kadencję to dobry ruch, który stabilizuje gospodarkę. Jego zdaniem ta decyzja zapewnia też przewidywalność w polityce pieniężnej i kontynuowanie obranego kierunku, a przy tym kończy ze spekulacjami i niepewnością, co jest kluczowe zwłaszcza teraz, w obliczu rosnącej inflacji, na którą ma wpływ pandemia, oraz sytuacji na wschodzie Europy.

Zawisło nad nami niebezpieczeństwo odpływu części kapitału, ponieważ za wschodnią granicą dzieją się rzeczy niepokojące i nikt nie wie, w jakim kierunku rozwinie się sytuacja. Po drugie, pandemia i konieczność łagodzenia jej skutków spowodowały, że w Polsce pojawiła się inflacja, na którą nałożył się jeszcze cały szereg innych czynników, takich jak polityka energetyczno-klimatyczna UE, podnoszenie cen gazu przez Rosję i pozrywane łańcuchy dostaw w handlu międzynarodowym. Krótko mówiąc, cały zespół czynników złożył się na to, że presja inflacyjna w Polsce jest najwyższa od około 20 lat – mówi dr Marian Szołucha. – Aby uspokoić nastroje, potrzebna była szybka decyzja prezydenta. Ta decyzja jest i mam nadzieję, że parlament też upora się z nią możliwie szybko.

Wskazuje też, że mimo dużego wzrostu inflacji w końcówce prezesury prof. Adama Glapińskiego (w grudniu wyniosła ona 8,6 proc.) średnia w całym okresie sprawowania przez niego tej funkcji ciągle wychodzi bardzo niska, a dotychczasowa polityka NBP owocuje od kilku lat wysokim wzrostem gospodarczym przy znikomym bezrobociu. Na pozytywną ocenę dotychczasowej kadencji szefa banku centralnego jego zdaniem składają się także rekordowy zysk wpłacany przez NBP do budżetu państwa, zakupy złota czynione w odpowiednim czasie czy rekordowe rezerwy walutowe banku. Wśród pojawiających się wątpliwości niektórych ekspertów jest zbyt późna reakcja na inflację w postaci podwyżki stóp procentowych i zbyt późne zacieśnianie polityki monetarnej.

– Ja tak nie uważam, bo trzeba zwrócić uwagę na to, co mogą przynieść Polsce wysokie stopy procentowe. One rzeczywiście mogą zmniejszyć presję inflacyjną, ale z drugiej strony – podniosą koszty życia wielu Polaków i funkcjonowania wielu firm, wzrosną raty kredytów hipotecznych, raty leasingów etc. Ponadto wysokie stopy procentowe działają schładzająco na gospodarkę, obniżają dynamikę jej wzrostu. Dlatego RPP wstrzymywała się – i niektórzy uważają, że zbyt długo – z decyzją o podniesieniu stóp. To jest jednak zawsze bolesne dla gospodarki, bo jest mieczem obosiecznym – podkreśla ekspert Instytutu Prawa Gospodarczego.

To, czy prof. Adam Glapiński pozostanie na stanowisku szefa banku centralnego do 2028 roku, jest teraz uzależnione od sejmowej większości. Zgodnie z prawem ta sama osoba nie może pełnić funkcji szefa NBP dłużej niż przez dwie kolejne kadencje. Jak wskazuje ekspert, priorytetem na kolejne lata będzie sprowadzenie inflacji w granice celu inflacyjnego (2,5 proc. z możliwością odchylenia o 1 pkt proc. w obie strony). Po drugiej kadencji można się spodziewać także m.in. przywiązania do suwerenności monetarnej i obrony obrotu gotówkowego, co było już widoczne w pierwszej kadencji.

– Prof. Glapiński zauważa, że jeśli coraz częściej płacimy elektronicznie, kartą, przelewem, korzystamy z aplikacji i innych fintechowych rozwiązań, które są tanie, szybkie i przyjemne, to jednak one niosą ze sobą określone ryzyka, np. phishingowe, polegające na możliwości okradzenia nas przez hakerów i internetowych oszustów, ale także te związane z bezpieczeństwem systemowym. Gotówka daje to bezpieczeństwo systemowe, w odróżnieniu od elektronicznego obiegu pieniądza tego nikt nie jest nam w stanie wyłączyć, np. w sytuacji jakiegoś kryzysu czy ataku na Polskę z zewnątrz. Dlatego obrót pieniężny powinien mieć – właśnie ze względów bezpieczeństwa – charakter mieszany, gotówkowo-bezgotówkowy. Tego zdania jest prof. Glapiński, za co jest przez niektórych przedstawicieli rynków finansowych i sektora bankowego atakowany. Ma jednak w tym temacie podejście bardzo konserwatywne, moim zdaniem właściwe – ocenia dr Marian Szołucha.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/dr-m-szolucha-nominacja,p1851588150

Ustawa antylichwiarska znacznie ograniczy koszty pożyczek. Ma zmniejszyć problem spirali zadłużenia, zwłaszcza wśród najuboższych

0

– Gdyby firmy pożyczkowe działały zgodnie z prawem i nie omijały go, żeby zarabiać na klientach zdecydowanie więcej, niż przewidują przepisy, to nie trzeba byłoby wprowadzać kolejnych zmian – wskazuje ekonomistka, dr hab. Iwona Przychocka. Jak ocenia, tzw. ustawa antylichwiarska, nad którą pracuje Sejm, może się przyczynić do ucywilizowania rynku pożyczek pozabankowych, które wielu konsumentów wpędziły w spiralę zadłużenia. Choć statystyki pokazują, że w Polsce jest ok. 590 multidłużników, a problemy z terminowym regulowaniem zobowiązań ma nawet 2,5 mln osób, to co roku do sądów trafiały raptem trzy–cztery akty oskarżenia za lichwę. Nowe przepisy mają zapobiec m.in. sytuacjom, w których mała pożyczka mogła doprowadzić do przejmowania mieszkania zadłużonej osoby.

Klientami firm pożyczkowych często są osoby o niższym uposażeniu, korzystające z takich produktów finansowych na realizację swoich podstawowych potrzeb, jak np. lekarstwa, na które po prostu brakuje środków. Pożyczka pozabankowa pozwala je zakupić, natomiast jej koszt jest ogromny, przez co bardzo łatwo popaść w spiralę zadłużenia – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. Iwona Przychocka, ekonomistka i profesor Uczelni Techniczno-Handlowej im. Heleny Chodkowskiej.

Nowe przepisy mają przede wszystkim wzmocnić ochronę pożyczkobiorców i najsłabszych uczestników rynku finansowego, zwłaszcza tych, którzy w przeszłości wpadali w pętlę zadłużenia i tracili dorobek życia. Resort wskazuje, że szczególnie narażone na utratę majątku wyniku lichwy są zwłaszcza osoby o niskich dochodach, często w podeszłym wieku. Tymczasem do tej pory do sądów trafiały rocznie raptem trzy–cztery akty oskarżenia za lichwę.

Tzw. ustawa antylichwiarska ma na celu zmniejszenie kosztów pożyczek, a po drugie, dokładniejsze sprawdzanie wiarygodności potencjalnego kredytobiorcy. Wydaje się, że ona spowoduje pewną regulację rynku firm pożyczkowych, w których nieetyczne działania mogą zostać dzięki niej ograniczone – podkreśla dr hab. Iwona Przychocka. – Jeżeli nie omijałyby one prawa, aby zarabiać na klientach zdecydowanie więcej, niż to przewidują przepisy, nie trzeba by było wprowadzać kolejnych zmian.

Projekt tzw. ustawy antylichwiarskiej, który przygotowało Ministerstwo Sprawiedliwości, w ubiegłym tygodniu trafił na posiedzenie Sejmu. Po pierwszym czytaniu został skierowany do dwóch sejmowych komisji: sprawiedliwości i praw człowieka oraz finansów.

– Te zmiany będą mieć szerokie przełożenie na wszystkich uczestników rynku pożyczkowego, nie tylko pożyczkodawców, ale i konsumentów, a ich najważniejszym efektem będzie zmniejszenie ryzyka popadnięcia w spiralę zadłużenia. Ta ustawa ma ograniczyć właśnie tego typu sytuacje – mówi Marta Janowicz-Stradomska, radca prawny i partner w Kancelarii Prawnej CERTO. – Dane Ministerstwa Sprawiedliwości i ogólnodostępne statystyki pokazują, że jak najbardziej to rozwiązanie ma sens i potwierdzenie w liczbach. Mówimy bowiem o ok. 30 proc., czyli ok. 2,5 mln osób, które mają problem z regularną spłatą swojego zadłużenia i są realnie zagrożone niewypłacalnością. Tak więc ta regulacja ma poparcie czysto matematyczne.

Jak wskazuje, ustawowe ograniczenie maksymalnej wysokości kosztów kredytu konsumenckiego (o ponad 60 proc. w stosunku do wcześniejszego poziomu) zostało wprowadzone już wcześniej, w ustawach covidowych. Tak więc rynek miał czas się do tego przyzwyczaić, a nowa ustawa, nad którą pracuje w tej chwili Sejm, po prostu sankcjonuje część przepisów wprowadzonych na początku pandemii.

Wprowadzenie limitu maksymalnej wysokości kosztów pozaodsetkowych jest głównym założeniem nowych przepisów. W umowie pożyczki pieniężnej zawieranej z osobą fizyczną te koszty w całym okresie spłaty nie będą mogły przekroczyć 25 proc. całkowitej kwoty zobowiązania. Z kolei w przypadku kredytu konsumenckiego limit ten wynosi 45 proc. kwoty zobowiązania. Nowe przepisy znacząco zmniejszą również koszty zależne od okresu kredytowania, które zostaną obniżone z 30 do 10 proc. W przypadku chwilówek, zaciąganych w banku lub instytucji pożyczkowej na okres do 30 dni, koszty pozaodsetkowe w żadnym wypadku nie będą mogły przekraczać 5 proc. wartości pożyczki. Resort wskazuje, że dzięki tym regulacjom w wielu przypadkach koszty spłaty pożyczek spadną niemal trzykrotnie.

Projekt wprowadzi także do Kodeksu cywilnego i karnego definicję kosztów pozaodsetkowych, która ma chronić kredytobiorców przed nakładaniem na nich dodatkowych marż, prowizji, ubezpieczeń i innych opłat związanych z pożyczką. Ministerstwo podkreśla, że takie ukryte koszty często bywały tak wysokie, że realne oprocentowanie zobowiązań kredytowych sięgało kilkuset procent. Zakazane będzie również żądanie zabezpieczenia (np. zastaw lub weksel), którego wartość znacząco przekraczałaby wysokość kwoty pożyczki.

Cel wprowadzenia tych zmian jest prawidłowy i służy temu, aby ukrócić patologię związaną z rynkiem pożyczkowym i z niewłaściwym udzielaniem kredytów, zwłaszcza tym osobom, które nie mają zdolności kredytowej i nie są w stanie udźwignąć rosnącego zadłużenia. Natomiast jak to zadziała w praktyce i czy faktycznie narzędzia wprowadzone przez regulatora spełnią swoją rolę, to zaobserwujemy dopiero na żywym organizmie, w perspektywie kolejnych miesięcy – mówi Marta Janowicz-Stradomska. – Patrząc na sytuację naszych klientów i sposób, w jaki zostali potraktowani przez wierzycieli, widząc, ile przeciętny dłużnik ma zaciągniętych takich pożyczek, co absolutnie nie powinno mieć miejsca, uważam, że ta regulacja jest jak najbardziej wskazana i powinna dobrze wpłynąć na rynek pożyczkowy.

Radca prawny Kancelarii CERTO, która od półtora roku prowadzi program oddłużeniowy Ulga od Długu dla osób w bardzo trudnej sytuacji finansowej, wskazuje też, że w nowej ustawie instytucje pożyczkowe będą zobowiązane do tego, żeby w zrozumiały sposób informować klientów o wszystkich kosztach związanych z udzieleniem finansowania. Dalej, kredytodawca przed udzieleniem kredytu konsumenckiego będzie zobowiązany do rzetelnej oceny zdolności kredytowej osoby starającej się o kredyt oraz zweryfikowania jej dochodów i wydatków. Jeżeli z dokumentów przedstawionych przez klienta będzie wynikać, że ma on zaległości w spłacie innego zobowiązania przekraczające sześć miesięcy, a mimo to instytucja pożyczkowa udzieli mu kredytu, to dalsze zbycie wierzytelności z tej umowy będzie nieważne, a dochodzenie wierzytelności będzie dopuszczalne dopiero po całkowitej spłacie wcześniejszego zobowiązania lub po jego wygaśnięciu.

– Dla tych pożyczkobiorców, którzy już w tej chwili mają problemy ze spłatą zadłużenia, ta nowa ustawa jest raczej neutralna. Oni na pewno w tych nowych warunkach nie będą mogli zaciągnąć kolejnych kredytów na spłatę poprzednich. Niektórzy na pewno mocno to odczują i będą uważać, że jest to zmiana dla nich niekorzystna. Natomiast co do zasady idea edukowania w kwestiach finansów i chronienia przed wpadnięciem w spiralę zadłużenia jest jak najbardziej słuszna – mówi radca prawny Kancelarii CERTO.

Branża pożyczkowa, która jest przeciwna nowej regulacji, argumentuje, że przyjęcie jej w obecnym kształcie będzie de facto oznaczać koniec legalnie działającego sektora pozabankowego w Polsce, a duża część spośród ok. 3 mln jego klientów zacznie szukać dodatkowego finansowania swoich bieżących potrzeb w lombardach i podziemiu lichwiarskim. Branża wskazuje też, że bardzo niekorzystny jest moment procedowania tej regulacji, bo sektor instytucji pożyczkowych już od kilku lat jest nierentowny. Zgodnie z danymi Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego w 2020 roku strata sięgnęła prawie 280 mln zł. Dane CRIF, które przytacza Fundacja, wskazują, że ostatnie dwa miesiące 2021 roku zaczynają przypominać wynikami poziomy obserwowane przed wybuchem pandemii. W grudniu wartość udzielonej pożyczki wyniosła 3609 zł, o 2,9 proc. więcej niż w listopadzie i 12,8 proc. więcej niż rok wcześniej. Większa była także liczba przyznanych pożyczek. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/ustawa-antylichwiarska,p2138514057