Strona główna Blog Strona 62

Ponad 1,7 tys. e-rezydentów z Polski założyło w Estonii 450 firm. Na taki krok decyduje się coraz więcej przedsiębiorców

0

Przybywa polskich firm, które planują przeniesienie działalności do Estonii. To kraj, który ze względu na przejrzysty system podatkowy czy niskie koszty prowadzenia działalności coraz częściej staje się pierwszym wyborem. Często decyduje o tym także potencjał tego rynku jako bramy do Skandynawii. Inna zaleta to łatwość założenia firmy w Estonii. Najprostszą metodą na przeniesienie działalności jest uzyskanie e-rezydencji. Z tego rozwiązania chętnie korzystają również Polacy, którzy założyli w Estonii już 450 firm.

– Polskie firmy coraz przychylniej patrzą na estoński rynek jako rynek docelowy, ale też tranzytowy. Rynek docelowy jest przez nas jeszcze trochę nieodkryty, ale posiadający ogromny potencjał. Mówimy tutaj o sektorze chociażby nowych technologii, infrastrukturze, budowlance – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Artur Kuczmowski, członek zarządu Polsko-Estońskiej Izby Gospodarczej.

Coraz więcej polskich przedsiębiorstw postrzega Estonię jako atrakcyjny rynek zbytu dla swoich produktów czy usług. Obroty handlowe między Polską a Estonią w 2020 roku wyniosły ok. 1,3 mld euro. Raport KUKE i SpotData wskazuje, że Estonia jest jednym z krajów o największym wzroście udziału w polskim eksporcie w ostatnich dwóch dekadach. Wciąż udział ten jest jednak niewielki i wynosi ok. 0,5 proc. (import z Estonii to 0,1 proc. importu Polski). Najpopularniejsze kategorie eksportowanych produktów to pojazdy, samoloty, statki i inne środki transportu, metale nieszlachetne oraz produkty przemysłu chemicznego. Z kolei w ramach importu z Estonii na polski rynek trafiają maszyny i urządzenia mechaniczne, elektryczne, drewno i artykuły z drewna oraz kamienie szlachetne i półszlachetne, a także metale szlachetne.

Strategiczne inwestycje energetyczne realizują w tym kraju Grupa Azoty oraz Control Process. Z kolei Orlen Eesti, czyli estońska spółka Orlenu, jest największym hurtowym dostawcą paliw w regionie.

– Polskie firmy patrzą na Estonię z perspektywy potencjalnych możliwości rozwoju, mówimy tutaj o dużych inwestycjach infrastrukturalnych, takich jak chociażby Rail Baltica, Via Baltica. Te projekty nas czekają w ciągu najbliższych pięciu–sześciu lat – zaznacza Artur Kuczmowski. – Nie ma jednak jednej, specyficznej branży, która wybiera Estonię. Spośród całej masy branż szczególnie wybijają się firmy związane z nowymi technologiami, kryptowalutami, dlatego że one są uregulowane w Estonii w określony sposób. Zresztą ten kraj słynie z tego, że licencjonuje podmioty funkcjonujące w branży krypto.

Wielu przedsiębiorców postrzega Estonię jako ważny przyczółek w regionie oraz drzwi do ekspansji na rynki skandynawskie.

– Estonia jest stosunkowo małym państwem i 1,3 mln obywateli może nie robić wrażenia jako rynek docelowy, ale to jest świetna piaskownica testowa dla nowych technologii, wdrażania nowych inwestycji i dla firm, które chcą szczególnie się rozwijać w sektorze cyfrowym. To świetne miejsce, w którym można bardzo łatwo, w bardzo czytelny sposób komunikować się z administracją państwową – wyjaśnia członek zarządu Polsko-Estońskiej Izby Gospodarczej.

Estonię określa się jako europejski hub blockchainu. Dzięki odpowiednim regulacjom można tam prowadzić działalność gospodarczą zupełnie online, a sukcesem okazał się program e-rezydencji wprowadzony w 2014 roku.

– E-rezydencja to zasadniczo cyfrowy dowód osobisty wydawany przez rząd osobom niebędącym obywatelami w Estonii, który daje im dostęp do estońskich e-usług oraz możliwość podpisywania niezbędnych dokumentów podpisem cyfrowym – tłumaczy Sergei Zunajev z Enterprise Estonia, rządowej agencji wspierającej eksport i inwestycje.

– Działa to na podobnej zasadzie jak uzyskanie tamtejszego dokumentu tożsamości. Daje nam dostęp do środowiska elektronicznego, które zasadniczo jest tym, czego potrzebujemy, aby uruchomić działalność gospodarczą w Estonii. Jeśli przenosimy do Estonii działalność, możemy założyć firmę, która będzie działać operacyjnie jako zupełnie nowa spółka, albo możemy też połączyć polską spółkę z estońską, czyli w Estonii zakładamy holding, który jest właścicielem polskiej spółki – wymienia Dawid Wiktor, dyrektor generalny Media Scope Group.

Republika Estońska jest pierwszym krajem na świecie oferującym e-rezydencję. W celu jej uzyskania wystarczy wypełnić wniosek online. Decyzja w tej sprawie jest podejmowana w ciągu 30 dni. Kilka tygodni później wymagane jest spotkanie i osobisty odbiór karty np. w jednej z estońskich placówek dyplomatycznych.

– Główne korzyści odnoszą przedsiębiorcy, którzy chcieliby rozszerzyć swoją działalność poza Polskę. E-rezydencja umożliwi im włączenie swojego podmiotu gospodarczego pod estońską jurysdykcję, w pełni zdalnie, bez konieczności przyjazdu na miejsce. Dzięki e-rezydencji możliwe jest też zdalne zarządzanie firmą z każdego miejsca na świecie – wyjaśnia Sergei Zunajev.

E-rezydent może całkowicie online zarejestrować w Estonii firmę, a cały proces zajmuje do trzech dni roboczych. Najczęściej o e-rezydencję występują Rosjanie (5,8 tys.), Finowie (5,3 tys.), Niemcy i Ukraińcy (po ok. 5 tys.) oraz Chińczycy (4,3 tys.). Rosjanie także przodują pod względem liczby założonych w Estonii firm (1,6 tys.), przed Ukraińcami, Niemcami i Turkami. W statystykach programu Polska jest na 16. miejscu. Do tej pory e-rezydencję uzyskało ponad 1,7 tys. osób, które założyły w Estonii 450 firm. 

W rankingu Banku Światowego Doing Business 2020 Estonia zajęła 18. miejsce na 190 państw (dla porównania Polska znalazła się na 40. pozycji) pod względem łatwości prowadzenia działalności. W kategorii rozpoczynania biznesu sklasyfikowana została na 14. miejscu, a w kategorii dotyczącej podatków – dwa oczka wyżej (Polska w tych kategoriach zajęła odpowiednio 128. oraz 77. pozycję).

Potencjał rynku estońskiego był jednym z tematów Thursday Gathering. To cykliczne spotkania, które co czwartek przyciągają do warszawskiego Varso społeczność innowatorów. Organizatorem bezpłatnych i otwartych dla wszystkich chętnych eventów jest Fundacja Venture Café Warsaw.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/ponad-17-tys,p1631656422

Rekordowa wymiana handlowa z Chinami. Bez odpowiedniego przygotowania ekspansja na tamtejszy rynek jest niemożliwa [DEPESZA]

0

– Azja staje się motorem wzrostu gospodarczego w XXI wieku – mówi Andrzej Juchniewicz, szef biura zagranicznego PAIH w Szanghaju. Jak podkreśla, zwłaszcza Chiny – które już w tej chwili są dla Polski głównym partnerem handlowym w tamtejszym regionie – stwarzają ogromny potencjał rozwoju polskim firmom. Ekspansja wiąże się jednak z szeregiem barier, niuansów i formalności, przez co nie jest tak łatwa jak prowadzenie działalności w obrębie UE. Rodzime przedsiębiorstwa nie powinny jednak rezygnować z ekspansji w Chinach, która może przynieść duże korzyści, zwłaszcza firmom z sektora spożywczego, kosmetycznego czy branży nowych technologii.

 Chiny są już drugą największą gospodarką świata. Stają się w pewien sposób języczkiem u wagi – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Juchniewicz, kierownik biura Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu (PAIH) w Szanghaju. – Sektory, w których widzimy największe możliwości dla polskiego eksportu, to przede wszystkim branża spożywcza i kosmetyczna, które już w tej chwili dość dobrze radzą sobie na chińskim rynku. To też automotive, hi-tech i technologie. Z całą pewnością produkty, które mają pewną markę, renomę i mieszczą się w kategorii FMCG, można sprzedawać do tej szeroko rozumianej klasy średniej w Chinach.

Według danych, które podał chiński urząd celny, w 2021 roku wyraźnie wzrosła wartość wymiany handlowej między Polską i Chinami i przekroczyła już 42 mld dol. (wzrost o 35,7 proc. r/r). Tradycyjnie główny udział miał w niej import z Chin do Polski – jego wartość wyniosła 36,6 mld dol. i była wyższa o prawie 37 proc. r/r. Z kolei polskie firmy sprzedały do Państwa Środka towary i usługi warte 5,5 mld dol., czyli o 28,3 proc. więcej niż jeszcze rok wcześniej. To zaś przełożyło się na rekordowy deficyt w bilansie handlowym, który przekroczył 31 mld dol. (wobec 22,4 mld dol. w 2020 roku).

Co roku widzimy wzrosty polskiego eksportu do Chin. Jednak wejście na tamtejszy rynek pociąga za sobą pewne problemy. Polskie firmy zazwyczaj nie mają pod ręką informacji dotyczących chińskiego rynku, nawiązanej współpracy z chińskimi firmami, zwykle nie mają też własnego teamu osobowego, który jest zaznajomiony z rynkami azjatyckimi – mówi Andrzej Juchniewicz. – Nie ma co oczekiwać, że w ciągu dwóch czy trzech miesięcy zrobię biznes z Chińczykami, ale trzeba myśleć długofalowo, że to raczej będzie perspektywa roku, dwóch, póki pojawią się we współpracy większe wolumeny eksportowe.

Wśród barier w ekspansji na chiński rynek eksperci wymieniają nie tylko odległość i związane z tym utrudnienia w logistyce, lecz także m.in. różnice kulturowe, które sprawiają, że rozpoczęcie działalności na chińskim rynku nie należy do najłatwiejszych. Wiąże się ono także z koniecznością dopełnienia szeregu formalnych procedur, które chińskie władze stawiają dla zagranicznych produktów.

Jeżeli firma rzeczywiście ma potencjał i myśli perspektywicznie o ekspansji, to na pewno bierze pod uwagę rynek chiński. Jednak on gra według swoich zasad. To nie wygląda tak jak w Unii Europejskiej, gdzie podniesiemy słuchawkę, wyślemy maila, znajdziemy klienta w Niemczech, we Włoszech czy Francji i będzie można szybko, bez papierkowej roboty, rozpocząć eksport. Niestety eksport poza Unię Europejską – zwłaszcza do krajów takich jak Chiny, gdzie wielu producentów musi być precertyfikowanych, produkty muszą być sprawdzone, certyfikowane i dopuszczone na rynek – jest trudniejszy, co powoduje, że wolumen tego eksportu nie jest aż tak znaczący jak w przypadku krajów ościennych i innych państw UE – wyjaśnia kierownik biura PAIH w Szanghaju.

Polskim przedsiębiorcom często umykają też niuanse tamtejszego rynku, które mogą utrudnić im start. Dlatego ekspansję warto zaplanować w szczegółach, z wyprzedzeniem i już na etapie przygotowań dokładnie zapoznać się m.in. z wymaganymi procedurami i formalnościami, certyfikacją czy kwestiami dotyczącymi ochrony znaków towarowych i patentów.

– Ważne jest przede wszystkim przygotowanie do tego rynku. Jeżeli mamy produkt bądź usługę, trzeba sprawdzić, czy wymagana jest certyfikacja tego produktu albo całego zakładu. To wszystko są przygotowania przed pierwszym eksportem. Dodatkowa kwestia to rejestracja znaków towarowych i patentów na miejscu, w Chinach, żeby być w pełni chronionym przy współpracy z chińskimi klientami i partnerami – mówi Andrzej Juchniewicz.

Co istotne, rozpoczęcie ekspansji na tak dużym rynku jak Chiny niejednokrotnie wiąże się z koniecznością posiadania w strukturach firmy dedykowanego zespołu i środków finansowych na pokrycie wszystkich początkowych kosztów. Firmy, które zdecydują się na taki krok, mogą ubiegać się o wsparcie PAIH, która – jako część Grupy Polskiego Funduszu Rozwoju – oferuje szereg bezpłatnych narzędzi pomocowych.

– Mamy w tej chwili dwa biura handlowe: w Szanghaju oraz na zachodzie Chin w Chengdu – mówi ekspert PAIH. – Po pierwsze, dokonujemy weryfikacji potencjalnych partnerów na miejscu, mamy dostęp do bazy rejestrowej firm działających na chińskim rynku. Jeżeli kontaktuje się z nami polski przedsiębiorca, oferujący usługę czy produkt, możemy go wesprzeć w znalezieniu potencjalnego dystrybutora. W kwestiach prawnych – dotyczących np. ochrony znaków towarowych – możemy z kolei pokierować do odpowiednich usługodawców. Dodatkowo, już po kontakcie z potencjalnym dystrybutorem, możemy wesprzeć polskiego przedsiębiorcę w negocjacjach umowy. Jeżeli dochodzi do sporu na tle umowy, jako instytucja możemy wesprzeć negocjacje oraz mediacje z obydwu stron.

PAIH prowadzi także cykl bezpłatnych szkoleń „Twoja marka w Chinach. Cykl praktycznych wykładów”. Najbliższe webinarium dotyczące rejestracji znaku towarowego odbędzie się 3 lutego. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rekordowa-wymiana-handlowa,p1892050119

Pod koniec stycznia zaczną obowiązywać ułatwienia dla pracowników z zagranicy. Wiele zależy jednak od wydolności urzędów

0

Liczba cudzoziemców, którzy legalnie pracują w Polsce, już w tej chwili jest rekordowa, ale i popyt na pracowników z zagranicy jest coraz większy. W trakcie pandemii to zapotrzebowanie dodatkowo wzrosło – deklaruje 41 proc. powiatowych urzędów pracy. Pozyskiwanie zagranicznych pracowników ma ułatwić znowelizowana ustawa o cudzoziemcach, która zacznie obowiązywać od 29 stycznia br. Eksperci oceniają, że nowe przepisy ułatwią zatrudnianie takich osób w Polsce, ale wdrożenie regulacji w dużej mierze będzie zależeć od wydolności urzędów. Dziś bariery formalne i długie terminy są jedną z największych obaw zarówno po stronie pracowników, jak i pracodawców. 

Jeszcze w lutym 2020 roku, czyli tuż przed startem pandemii, liczba cudzoziemców zgłoszonych do ubezpieczeń społecznych w ZUS nieznacznie przekraczała 688 tys. Na koniec września ub.r. ich liczba sięgnęła już 864,6 tys. To ponad 20-proc. wzrost, który w największym stopniu dotyczył obywateli Ukrainy, Białorusi i Gruzji. Według danych resortu pracy w 2021 roku obcokrajowcom zostało wydanych ponad 572,3 tys. zezwoleń na pracę. Dodatkowo pracodawcy złożyli do urzędów pracy ok. 2 mln oświadczeń o powierzeniu wykonywania pracy cudzoziemcom. To specjalny, uproszczony tryb zatrudniania, który dotyczy obywateli sześciu państw: Armenii, Białorusi, Gruzji, Mołdawii, Rosji i Ukrainy.

Mimo stałego wzrostu liczba pracujących w Polsce obcokrajowców wciąż jest niewystarczająca, bo i popyt na ich pracę ciągle rośnie. Potwierdzają to też wyniki badania przeprowadzonego przez MRiPS wśród 332 powiatowych urzędów pracy na przełomie października i listopada ub.r. Większość z nich (78,4 proc.) zadeklarowała, że zatrudnianie cudzoziemców wynika głównie z braku polskich kandydatów na oferowane miejsce pracy. Według 41 proc. PUP w wyniku pandemii zapotrzebowanie na pracowników z zagranicy dodatkowo wzrosło. Taki sam odsetek ocenia, że będzie rosło także w kolejnych miesiącach.

Pozyskiwanie pracowników ma ułatwić nowelizacja ustawy o cudzoziemcach, która wejdzie w życie pod koniec stycznia. Celem nowych przepisów jest usprawnienie postępowań administracyjnych w zakresie legalizacji pobytu cudzoziemców w Polsce, szczególnie w przypadku łączonych zezwoleń na pobyt i pracę, które są najczęściej udzielanym rodzajem zezwoleń na pobyt czasowy.

Ta zmiana ustawy nie będzie jakimś game changerem. Dotychczasowe przepisy są już w tej kwestii dość liberalne i wiele będzie zależało raczej od kondycji polskiej gospodarki, inflacji, poziomu płac i sytuacji u naszych sąsiadów – mówi agencji Newseria Biznes Karol Wysocki, kierownik Działu Global Mobility Desk w JP Business Law Firm. – Niemniej to pierwsza tak duża zmiana od kilku lat, choć niestety nie wszystkie rozwiązania, które były proponowane przez pracodawców, zostały w niej przyjęte. Zmiany w ustawie o cudzoziemcach można podzielić na kilka bloków, które faktycznie znacząco ułatwią pozyskiwanie cudzoziemców na polski rynek pracy. Przede wszystkim uporządkowano terminy administracyjne i szczegółowo wskazano, że zezwolenia na pobyt czasowy i pracę mają zostać wydane w terminie 60 dni od uzupełnienia całego materiału dowodowego.

Do tej pory w postępowaniach w sprawie udzielenia cudzoziemcowi zezwolenia na pobyt czasowy i pracę stosowano przepisy ogólne Kodeksu postępowania administracyjnego. Te zaś wskazywały, że zezwolenie powinno być wydane w terminie 30 dni, a w sprawach bardziej skomplikowanych (gdy do wydania decyzji potrzebna jest np. jeszcze opinia Policji lub Straży Granicznej) w terminie 60 dni. Jednak w praktyce urzędy wojewódzkie często nie trzymały tych terminów, co rodziło szereg komplikacji choćby dla pracodawców. Są przypadki, że cudzoziemcy czekają na pozwolenia nawet rok czy dwa. Takich osób dotyczy kolejna zmiana w ustawie.

To reset urzędów wojewódzkich. Ustawodawca wprowadził przepis, na podstawie którego wszystkie postępowania, które zostały złożone przed dniem 1 stycznia 2021 roku, będą rozpatrywane w trybie specjalnym. Będą wydawane zezwolenia bez szczególnych wymagań, potrzebny będzie na dzień złożenia takiego wniosku legalny pobyt i złożony wniosek w oparciu o zezwolenie na pobyt czasowy i pracę – wyjaśnia ekspert JP Business Law Firm.

Co istotne, zgodnie z nowymi przepisami cudzoziemcy, ubiegając się o pozwolenie na pobyt czasowy i pracę, nie będą musieli już na starcie wykazywać w dokumentach, że mają zapewnione miejsce zamieszkania oraz źródło stabilnego i regularnego dochodu. To duże uproszczenie, które zdaniem eksperta może realnie przyspieszyć rozpatrywanie wniosków. Kolejną ważną zmianą jest rozszerzenie katalogu okoliczności niewymagających zmiany zezwolenia na pobyt czasowy i pracę. Przykładowo, kiedy pracownik będzie zmieniał wymiar zatrudnienia z pół na pełny etat, a także przy zmianie nazwy stanowiska.

Nowe rozwiązanie będzie dla wielu firm nowym ułatwieniem. Dotychczas zezwolenia na pracę, jak i tzw. zezwolenia jednolite (czyli na pobyt i pracę) były bowiem wydawane ze wskazaniem konkretnego pracodawcy, stanowiska pracy i wynagrodzenia. Każde odstępstwo mogło być zakwalifikowane jako nielegalne wykonywanie pracy przez cudzoziemca. W efekcie zmiana nazwy stanowiska pracownika wiązała się z koniecznością uzyskania nowego zezwolenia lub jego zmiany. To długotrwały proces, dlatego przedsiębiorstwa, np. prowadząc reorganizację obejmującą usystematyzowanie nazewnictwa stanowisk pracy, musiały szczegółowo planować swoje kroki w stosunku do zagranicznych pracowników.

W nowych przepisach wprowadzono też rozwiązanie przyspieszające uzyskanie zezwolenia przez cudzoziemców zamierzających wykonywać pracę w podmiotach o szczególnym znaczeniu strategicznym dla polskiej gospodarki.

Minister właściwy do spraw zagranicznych po zasięgnięciu opinii ministra do spraw pracy będzie mógł wskazać konkretne państwa, konkretne stanowiska pracy i zawody, w stosunku do których będzie specjalny, przyspieszony tryb wydawania wiz. W tym momencie trudno jest wskazać szczegóły, gdyż w uzasadnieniu projektu ustawy wskazano jedynie, iż będzie specjalna ścieżka, o której jeszcze zbyt dużo nie wiemy. Musimy poczekać na rozporządzenie – mówi Karol Wysocki.

Specjalny tryb wydawania zezwoleń na pobyt czasowy dla zawodów szczególnie poszukiwanych dla polskiej gospodarki obowiązuje już od kilku lat, ale – jak wyjaśnia ekspert – do tej pory nie był on wykorzystywany przez brak odpowiedniego rozporządzenia.

– Trudno nam powiedzieć, czy taki przepis będzie w praktyce obowiązywał, czy po prostu będzie konkretnym pustym zapisem, który nie będzie realizowany – mówi ekspert.

Jak wskazuje, w znowelizowanej ustawie dużą zmianą na plus jest też wydłużenie terminów obowiązywania oświadczeń o zamiarze powierzenia wykonywania pracy cudzoziemcom.

Dotychczas takie oświadczenie można było zarejestrować tylko na okres sześciu miesięcy. Natomiast po zmianach będzie można je rejestrować nawet na okres 24 miesięcy – mówi kierownik Działu Global Mobility Desk w JP Business Law Firm. – Co więcej, do tej pory cudzoziemcy mogli pracować na takim oświadczeniu jedynie przez okres sześciu miesięcy w okresie 12 miesięcy. To oznacza, że po upływie pół roku cudzoziemiec musiał zrezygnować z pracy i wrócić do swojego kraju, a potem mógł przyjechać ponownie dopiero po okresie kolejnych sześciu miesięcy. Teraz te terminy zostaną skasowane i na takim oświadczeniu, wydawanym w trybie uproszczonym, będzie można pracować przez czas nieograniczony.

Nowe przepisy zaczną obowiązywać od 29 stycznia br. Ekspert ocenia, że ułatwią pozyskiwanie i zatrudnianie cudzoziemców do pracy w Polsce, ale nie spowodują masowej imigracji zarobkowej. Wiele zależeć będzie jednak od praktyki.

– Same przepisy nie przyspieszą załatwiania tych spraw, to może nastąpić raczej dzięki ograniczeniu liczby wymaganych dokumentów – mówi Karol Wysocki. – Tutaj najwięcej będzie jednak zależało od praktyki urzędów wojewódzkich, od tego, jak przeorganizują swoją pracę, jak podejdą do nowych przepisów i czy znajdą zasoby kadrowe, które będą rejestrowały oświadczenia i wydawały nowe zezwolenia na pracę, bo w tym momencie największy problem mamy właśnie z terminowością wydawania tych dokumentów. Niestety zasoby kadrowe dla urzędów zostały w ustawie zwiększone i zagwarantowane, ale tylko w przypadku wydawania wiz.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pod-koniec-stycznia,p858086761

Potrzeby pożyczkowe Polaków coraz większe. Rośnie też liczba nadmiernie zadłużonych pożyczkobiorców

0

Dane KRD pokazują, że nadmierne zadłużenie u kilku wierzycieli to problem dotyczący ok. 590 tys. Polaków, których łączny dług sięga prawie 22 mld zł. Multidłużnicy często zaciągają kolejne zobowiązania, żeby spłacić poprzednie. Widać to także w statystykach programu oddłużeniowego Ulga od Długu. – Nasi klienci mają średnio siedem pożyczek u sześciu wierzycieli na kwotę około 50 tys. zł. Często znaleźli się w trudnej sytuacji finansowej, głównie ze względu na chorobę, utratę pracy – mówi Sylwia Pawlina, rzeczniczka prasowa programu. Organizatorzy programu pod koniec listopada ub.r. trafili na listę ostrzeżeń Komisji Nadzoru Finansowego, ale – jak podkreślają – sytuacja jest przede wszystkim wynikiem nieuczciwej walki rynkowej ze strony firm pożyczkowych, które po pandemicznym zastoju właśnie wróciły do okresu żniw.

– Z badań wynika, że 28 proc. Polaków ma obawy o to, czy będzie w stanie spłacić dług w wysokości 10 tys. zł. Dotyczy to głównie osób starszych, ale nie tylko. Chwilówki są w stanie zniszczyć życie każdemu i mówię to absolutnie bez żadnej przesady. Klienci, którzy przystępują do programu oddłużania, mają nerwicę, depresję, bardzo często myśli samobójcze. Samej zdarzyło mi się dwukrotnie wzywać patrol policji do klientów, którzy mówili o chęci popełnienia samobójstwa m.in. przez nachalne działania wierzycieli. Ta cała spirala zadłużenia, w którą zostali wpędzeni, nieetyczna windykacja – wszystko to doprowadza ich do bardzo trudnego stanu emocjonalnego – mówi agencji Newseria Biznes Sylwia Pawlina.

Z danych Biura Informacji Kredytowej wynika, że w grudniu 2021 roku firmy pożyczkowe udzieliły łącznie 295,9 tys. nowych pożyczek na łączną kwotę 768 mln zł. To o 45 proc. więcej niż rok temu. Średnia wartość nowo udzielonej pożyczki pozabankowej wyniosła w grudniu 2307 zł i też wzrosła – o 14,5 proc. r/r. W całym ubiegłym roku liczba pożyczek udzielonych przez takie instytucje przekroczyła 2,94 mln (wzrost o 47,8 proc. r/r). BIK wskazuje, że rynek pożyczkowy wrócił już do kondycji sprzed pandemii, a tak dobre wyniki to po części efekt niskiej bazy z 2020 roku, ale w głównej mierze – wysokiego popytu na finansowanie.

Niekontrolowane zadłużenie, zwłaszcza w połączeniu z trudną sytuacją gospodarczą, która rodzi np. ryzyko utraty pracy i dochodów, dla wielu klientów może być jedną prostą drogą do tzw. spirali zadłużenia i braku możliwości regulowania na bieżąco swoich zobowiązań. Dane Krajowego Rejestru Długów pokazują, że nie jest to marginalny problem. Pod koniec ubiegłego roku Polacy mieli do spłacenia 46,8 mld zł. Połowę tej kwoty stanowią zobowiązania multidłużników, czyli konsumentów, którzy zalegają co najmniej trzem wierzycielom. W KRD figuruje prawie 590 tys. takich osób, a ich łączny dług to blisko 22 mld zł. Eksperci wskazują, że w takich przypadkach korzystnym rozwiązaniem może być m.in. konsolidacja bądź oddłużanie.

– Oddłużanie to próba uwolnienia od problemu osoby, która ma trudności ze spłatą swoich zobowiązań finansowych. Jest to szereg działań prawnych, które obejmują najpierw część przedprocesową – negocjacje z wierzycielami, sprawdzenie i ocenę sytuacji finansowej dłużnika oraz pomoc w tym, aby odpowiednio zarządzał swoim budżetem i środkami, które ma do dyspozycji. W drugiej kolejności są to oczywiście działania prawne, sądowe. I to dotyczy zarówno procesów, które są inicjowane przez wierzycieli, jak i przez nas jako pełnomocnika klientów. My również pozywamy wierzycieli o zmiany w sposobie traktowania klienta i zobowiązania, jeżeli jest taka konieczność – mówi Marta Janowicz-Stradomska, partner i radca prawny w Kancelarii Prawnej CERTO.

Na polskim rynku od półtora roku działa prowadzony przez Kancelarię CERTO program oddłużeniowy Ulga od Długu. Jego adresatami są konsumenci znajdujący się w trudnej bądź bardzo trudnej sytuacji finansowej. Program ma im pomóc w zmniejszeniu, spłaceniu lub umorzeniu zadłużenia wobec firm pożyczkowych. Kancelaria wskazuje, że w imieniu swoich klientów zawarła już setki ugód, w niektórych przypadkach umożliwiających redukcję zadłużenia nawet o 80 proc.

– Klienci przystępujący do programu Ulga od Długu mają średnio siedem pożyczek u sześciu wierzycieli na kwotę około 50 tys. zł. Bardzo często znaleźli się w trudnej sytuacji finansowej, głównie ze względu na chorobę, utratę pracy, a pandemia też odegrała tutaj dużą rolę. Z drugiej strony równie często spotykamy się z nieetycznymi, nielegalnymi działaniami wierzycieli, którzy wpędzają klientów w tak ogromne zadłużenie, bo nie da się inaczej wytłumaczyć sytuacji, w której klient naszego programu – z dochodem socjalnym w wysokości 1,5 tys. zł – ma 29 pożyczek na kwotę 150 tys. zł. Nasi klienci naprawdę są w bardzo trudnej sytuacji i często stoją rano przed wyborem, czy stać ich na chleb. Dopiero przystępując do programu, zyskują ochronę prawną i widzą szansę na wyjście z długów – mówi Sylwia Pawlina.

W ramach programu Ulga od Długu zapewniamy klientom całe spektrum usług prawnych związanych z oddłużaniem. Z tą różnicą, że naszego przeciętnego klienta – dłużnika wielu firm pożyczkowych – w normalnych warunkach nie byłoby stać na tego typu obsługę, chociażby ze względu na narzędzia, których używamy. Dzięki m.in. narzędziom informatycznym jesteśmy w stanie obsłużyć dość sporą liczbę klientów a przez to koszty są niższe – dodaje Marta Janowicz-Stradomska.

Infrastrukturę technologiczną i zaplecze organizacyjne na rzecz programu Ulga od Długu dostarcza LoanMe, wcześniej firma pożyczkowa, która w ubiegłym roku zaczęła wycofywać się z tego segmentu działalności. Pod koniec listopada ub.r. – razem z Kancelarią CERTO i całym programem Ulga od Długu – trafiła jednak na listę ostrzeżeń publicznych Komisji Nadzoru Finansowego. To pokłosie zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, które złożyły do prokuratury organizacje zrzeszające firmy pożyczkowe. KNF przystąpiła do tego postępowania i – jak podkreśla – wpis na listę ostrzeżeń nie jest w tym wypadku działaniem uznaniowym Komisji, tylko wynika z przepisów ustawy o nadzorze nad rynkiem finansowym

Decyzja KNF-u w sprawie CERTO jest w mojej ocenie błędna. Działania przez nią podejmowane nie stanowią przestępstwa, wobec tego wpisanie kancelarii na listę ostrzeżeń publicznych jest niezasadne – ocenia dr hab. Michał Królikowski, prof. Uniwersytetu Warszawskiego, adwokat z Kancelarii KMD Legal.

Kancelaria CERTO i partnerzy programu Ulga od Długu podkreślają, że ich działalność w żaden sposób nie narusza przepisów prawa oraz dysponują dokumentami i opiniami prawnymi, które to potwierdzają. Cała sytuacja ma już przełożenie na wizerunek programu i budzi niepokój po stronie klientów. Dlatego kancelaria jest w trakcie wyjaśniania sprawy z KNF i prokuraturą. Jednocześnie podkreśla, że jest ona przede wszystkim wynikiem nieuczciwej walki rynkowej ze strony firm pożyczkowych, dla których program Ulga od Długu stał się solą w oku i w ten sposób próbują ukrócić jego działalność.

Kancelaria CERTO pomagała swoim klientom prowadzić negocjacje w sprawie oddłużenia w określonym modelu finansowym, w którym środki przeznaczone na oddłużenie były deponowane na rachunku kancelarii radcowskiej. To zaś nie podlega nadzorowi Komisji Nadzoru Finansowego, te środki nie są obarczone ryzykiem, nie są też deponowane w celu dalszego udzielania pożyczek. Dlatego w mojej ocenie nie doszło tu do naruszenia przepisów prawa bankowego. Ten model działania kancelarii po prostu nie jest często spotykany i być może dlatego wzbudził jakieś wątpliwości, które zamiast uprzedniego wyjaśnienia skończyły się zawiadomieniem o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Wydaje się jednak, że jest to zbyt intruzywne działanie organu nadzoru – wskazuje adwokat Michał Królikowski.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/potrzeby-pozyczkowe,p1100064794

Wrocławska spółka zwiększa tempo prac nad innowacjami dla największych światowych koncernów. W ciągu dwóch lat chce zatrudnić kolejnych 500 inżynierów

0

– Każdego roku rośniemy o ok. 20–30 proc. i to tempo chcemy utrzymać – mówi Marek Matysiak, dyrektor operacyjny GlobalLogic Poland. Wrocławska spółka jest częścią globalnego koncernu, który tworzy innowacyjne rozwiązania dla największych światowych marek. To sprawia, że praktycznie w każdej branży są widoczne efekty pracy polskich inżynierów. Dziś w spółce pracuje ich 2000. W samym Wrocławiu 500, a w ciągu dwóch lat ta liczba ma się podwoić. Z myślą o dalszym rozwoju spółka przeniosła się właśnie do nowego biura.

 Dziś wszystkie branże, z którymi mamy styczność w codziennej pracy, czyli np. branża motoryzacyjna, telekomunikacyjna, przemysł, branża medyczna i tzw. consumer market, wykorzystują innowacyjne rozwiązania. W czasie pandemii ich rozwój mocno przyspieszył. Dziś wszyscy starają się, żeby ich rozwiązania były dopasowane do potrzeb klientów, elastyczne i dostępne z każdego miejsca na świecie, co również znacząco napędza nasz rozwój i daje nam możliwość wzrostu – mówi agencji Newseria Biznes Marek Matysiak.

Wrocławska spółka jest częścią globalnego koncernu GlobalLogic. To lider w branży usług inżynierii cyfrowej – pomaga światowym markom projektować i tworzyć innowacyjne produkty, usługi i platformy cyfrowe. Współpracuje z firmami z niemal każdej branży – od motoryzacji i komunikacji, przez usługi finansowe, opiekę zdrowotną, produkcję, media i rozrywkę, aż po półprzewodniki i nowe technologie.

– Te rozwiązania, nad którymi pracujemy, można spotkać wszędzie w ramach codziennego życia. W zasadzie prawie każdy samochód, który możemy dziś spotkać na ulicy czy parkingu, ma w sobie jakieś kawałki software’u, który napisaliśmy albo przetestowaliśmy, upewniając się, że będzie działał i będzie bezpieczny dla użytkowników. To też pralki, suszarki, ekspresy do kawy oraz rozwiązania, które możemy spotkać w przemyśle, przepływomierze, sterowniki, a także różnego rodzaju rozwiązania, z którymi stykamy się wielokrotnie każdego dnia, choćby płacąc kartą. Nasz zespół jako jeden z niewielu w Polsce pracuje przy programowaniu chipów, które są w kartach. Kiedy terminal nawiązuje połączenie GPRS, najprawdopodobniej wykorzystuje wtedy moduł, który powstał we Wrocławiu – wymienia dyrektor operacyjny spółki.

GlobalLogic ma 400 aktywnych klientów, w tym producentów sprzętu, oprogramowania czy największe marki produktów detalicznych. Na liście znajdują się m.in. Volvo, Adobe, Ericsson, Oracle, HP, Panasonic, Samsung czy Continental. Nad innowacyjnymi rozwiązaniami pracuje we Wrocławiu ok. 500 inżynierów.

Z racji skali pokrywamy większość domen, w których pracuje dzisiaj GlobalLogic – podkreśla Marek Matysiak. – Wkład pracy naszych inżynierów jest najbardziej widoczny w motoryzacji. Ta branża rozwija się w ostatnich latach bardzo dynamicznie, a w latach 2013–2014 przeszła diametralne przemiany po to, żeby nadążać za oczekiwaniami klientów. I w związku z tym ma w tej chwili ogromne potrzeby, jeśli chodzi o dostępność inżynierów, wiedzy i rozwój konkretnych technologii.

Dlatego spółka planuje we Wrocławiu intensywny rozwój – w ciągu najbliższych dwóch lat zamierza co najmniej podwoić liczbę zatrudnionych inżynierów.

– Wrocławski rynek wydaje się mieć bardzo duży potencjał. Uczelnie intensywnie pracują nad rozwojem absolwentów, a migracje do Wrocławia znacząco poprawiają możliwości wzrostu nie tylko naszej, ale i wszystkich organizacji – mówi dyrektor operacyjny GlobalLogic Poland.

Główną siedzibę GlobalLogic ma w Dolinie Krzemowej, ale firma prowadzi studia projektowe i centra inżynieryjne na całym świecie, a poza nimi ma też 30 własnych centrów technologicznych i ponad 70 laboratoriów dedykowanych konkretnym klientom. W sumie zatrudnia ok. 23,6 tys. pracowników w 14 krajach świata. Część z nich pracuje również w Polsce, z wrocławskiego centrum technologicznego.

GlobalLogic zazwyczaj rośnie od 20 do 30 proc. każdego roku i to tempo też bardzo chcielibyśmy utrzymać – mówi Marek Matysiak.

Z myślą o rozwoju i zwiększaniu zatrudnienia GlobalLogic otworzył właśnie we Wrocławiu swoje nowe biuro. Nowoczesna siedziba ma odpowiedzieć na potrzeby rynku pracy IT, jest dostosowana do realiów pracy zdalnej i hybrydowej, a przy tym wyposażona w cały wachlarz technologii i wygodnych rozwiązań, np. specjalny parking dla elektryków. Firma pomaga pracownikom zachować zdrowy work–life balans dlatego zbudowała centrum rekreacyjne z bogato wyposażoną siłownią oraz strefą relaksacyjną. Do dyspozycji jest również taras widokowy na dachu budynku o powierzchni ponad 300 m2.

– Nowy budynek pozwoli nam wykorzystać przestrzeń nie tylko do pracy, chcemy integrować inżynierów i wspierać ich w pracy kreatywnej. Dzisiaj praca dzieli się pomiędzy dom a biuro. Dlatego biurowa przestrzeń dziś to miejsce, które skupia się bardziej na współpracy, wspólnym myśleniu, burzach mózgów, trochę mniej na samej pracy. W klasycznym trybie pracy zmieści się tu ponad 1 tys. inżynierów, a biorąc pod uwagę hybrydowy model, w który pracujemy, myślę, że ok. 1,5–2 tys. inżynierów będziemy w stanie w tej przestrzeni pomieścić – mówi dyrektor operacyjny GlobalLogic Poland.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/wroclawska-spolka,p1760940834

Część mikro- i małych firm może nie przetrwać podwyżek cen gazu. Kiepskie nastroje przedsiębiorców

0

370 proc. – o tyle zgodnie z cennikiem PGNiG wzrosły stawki za gaz dla przedsiębiorstw w ciągu ostatniego półrocza. Taki wzrost kosztów z pewnością przełoży się na ceny produktów i usług, o czym mówią pesymistyczne prognozy dotyczące inflacji, ale nie wszystkim firmom uda się w ten sposób zrekompensować podwyżki. To z kolei może wpłynąć na większą skalę upadłości, szczególnie wśród mniejszych podmiotów. Doraźne krótkoterminowe inicjatywy rządu mogą nie poprawić sytuacji – ocenia Konfederacja Lewiatan.

– Podwyżki cen gazu i prądu, które obecnie obserwujemy w Polsce, na pewno przełożą się w jakimś stopniu na ceny produktów i usług, które przedsiębiorstwa albo sprzedają, albo proponują. Tym samym należałoby oczekiwać, że inflacja będzie jeszcze wyższa. Istnieją również branże, które są mocniej narażone na wzrosty cen gazu czy prądu, np. wszystkie branże energochłonne, które w tej chwili po zapowiedziach rządu mogą liczyć na pewne rekompensaty w prowadzeniu działalności. To dobrze, ponieważ uchroni je to przed potencjalnym zamykaniem działalności, a jednocześnie pozwoli nie zwiększać importu z krajów spoza Unii Europejskiej – mówi agencji Newseria Biznes Mariusz Zielonka, ekspert ekonomiczny Konfederacji Lewiatan.

Zwiększenie rekompensat, nad którym pracuje Ministerstwo Rozwoju i Technologii, ma jednak dotyczyć branż energochłonnych. Pozostałe będą musiały zmierzyć się z kolejnymi podwyżkami cen gazu. Jak podaje ekspert Konfederacji Lewiatan, od lipca 2021 do stycznia 2022 roku wzrosły one w cenniku PGNiG o 370 proc. Wprawdzie od ubiegłego tygodnia obowiązuje 25-proc. obniżka stawek opłat za gaz dla przedsiębiorców, ale zdaniem Mariusz Zielonki nie spowoduje ona znaczącej ulgi dla przedsiębiorców.

 Nawet konstrukcja tej obniżki, czyli działanie przez dwa miesiące, jest wprost działaniem po to, żeby ulżyć przedsiębiorcom, którzy wykorzystują gaz głównie do ogrzewania, a nie do produkcji np. żywności czy różnych produktów. Tym samym nic dla przedsiębiorców w tej chwili rząd nie oferuje i ciężko byłoby jeszcze coś zrobić poza wprowadzeniem większych ulg, niż obecnie są proponowane, jeśli chodzi o krótki termin działania i ulgi dla przedsiębiorców – mówi ekspert ekonomiczny.

Jak dodaje, skala podwyżek cen gazu ziemnego w Polsce nie koresponduje z sytuacją na światowych rynkach. Kiedy u nas stawki dla firm wzrosły o 370 proc., na międzynarodowych giełdach wzrost wyniósł 118 proc., a w szczytowym okresie, pod koniec września, sięgnął 243 proc. Eksperci Lewiatana oceniają, że różnice w skali podwyżek mogą wynikać z kilku przyczyn. Jedną z nich są „stosunkowo niskie” wzrosty cen dla klientów indywidualnych – to segment rynku regulowany przez Urząd Regulacji Energetyki, który zatwierdził podwyżki o 54 proc. Druga przyczyna to monopolistyczny charakter państwowego dystrybutora gazu. Trzecia – zmiana sposobu ustalania stawek za dostawy gazu do Polski w kontrakcie z Gazpromem.

Aby poprawić sytuację przedsiębiorców, w tej chwili powinniśmy się skupić na działaniach przynajmniej średnioterminowych, a nie krótkoterminowych, jak w tej chwili zapowiedział rząd. Jeśli chodzi o długoterminowe działania i ceny gazu, w tej chwili konieczne wydaje się rozluźnienie polityki dotyczącej importu gazu z zagranicy. Przepisy prawa są tak skonstruowane, że w zasadzie żadnej zewnętrznej firmie poza spółką Skarbu Państwa nie opłaca się dostarczanie gazu do polskich przedsiębiorstw. W długim terminie postulujemy więc rozluźnienie tych przepisów, które umożliwiają import gazu i stworzenie konkurencyjnego rynku w Polsce – mówi Mariusz Zielonka.

Podwyżki cen gazu i energii, w opinii ekspertów, będą wpływać na konkurencyjność polskich firm, ale także przedsiębiorstw w całej Europie. Wynika to z polityki klimatycznej UE i limitów dotyczących emisji dwutlenku węgla.

Ten aspekt konkurencyjności w całej UE jest szeroko dyskutowany w samej Komisji Europejskiej, która wprowadza różne mechanizmy zabezpieczające konkurencyjność przedsiębiorstw. Są kraje na świecie, których nie obowiązują limity emisji dwutlenku węgla do atmosfery, tym samym mogą produkować tyle, ile im się podoba i na jaką skalę im się podoba, tym samym obniżając cenę, co powoduje, że polski przedsiębiorca jest mniej konkurencyjny od tego z zagranicy. Tę sytuację trochę zmieniła pandemia. Przez przerwane łańcuchy dostaw koszty sprowadzenia jakiegokolwiek towaru z zagranicy, a szczególnie z Azji, wzrosły blisko trzykrotnie – podkreśla ekspert.

Nastroje przedsiębiorców w Polsce nie są najlepsze. Dane GUS wskazują, że w grudniu wskaźnik ogólnego klimatu koniunktury w większości obszarów gospodarki kształtował się na poziomie niższym niż w listopadzie. Przykładowo w przetwórstwie przemysłowym spadł w ciągu miesiąca z -10,5 do -12,2, a w budownictwie z -11,9 do -15,4. Najbardziej pesymistyczne oceny koniunktury deklarowali przedstawiciele sekcji zakwaterowania (-27,5) i gastronomii (-14,2). Najlepiej i jednocześnie korzystnie koniunkturę oceniają jednostki z sekcji działalność finansowa i ubezpieczeniowa (+15) oraz informacja i komunikacja (+13,7). Wzrost kosztów jest najczęściej wskazywanym przez firmy negatywnym skutkiem pandemii odczuwanym między wrześniem a listopadem ub.r. Deklarowała tak ponad połowa przedstawicieli wszystkich badanych branż.

Nasza gospodarka jest napędzana głównie przez bardzo duże firmy, mimo że tych mikro- i małych mamy zdecydowaną większość. Odpowiadają one za blisko 98 proc. w całej gospodarce. W jednostkowych przypadkach ich działalność gospodarcza może się po prostu w tej chwili już nie opłacać, co może się wiązać z zakończeniem działalności, czego już sygnały też dostajemy – podkreśla Mariusz Zielonka.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/czesc-mikro-i-malych,p31376740

Polskie firmy planują ekspansję do Chin. Pandemia zwiększyła zainteresowanie Państwem Środka [DEPESZA]

0

– W okresie pandemii wiele firm szuka nowych rynków zbytu, a Chiny jako ogromny rynek działają na wyobraźnię – mówi Barbara Bujny z Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu. Tym bardziej że chińska gospodarka bardzo dobrze radzi sobie z pandemią COVID-19, co tylko wzmacnia zainteresowanie polskich przedsiębiorców ekspansją na tamtejszy rynek. Przejawiają je głównie firmy z branży spożywczej, kosmetycznej i FMCG. Choć dziś w Chinach wciąż operuje relatywnie niewiele rodzimych przedsiębiorstw, to tym, które chciałyby podbijać tamtejszy rynek, PAIH oferuje kompleksowe wsparcie na każdym etapie działalności.

 Polskie firmy planują ekspansję na chiński rynek, choć to planowanie jest na różnych etapach. Część z nich postrzega Chiny jako rynek perspektywiczny, ale wciąż odległy. Natomiast coraz więcej firm planuje już tę ekspansję w szczegółach, przygotowuje się do niej z wyprzedzeniem. Jako Polska Agencja Inwestycji i Handlu staramy się tym firmom pomagać – mówi agencji Newseria Biznes Barbara Bujny, kierownik regionu Centrum Eksportu w Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu (PAIH), odpowiedzialna za rynek chiński. 

Chiny są największym partnerem handlowym Polski w regionie Azji. To drugie co do wielkości największe źródło polskiego importu, choć wśród rynków eksportowych dla polskich towarów zajmuje znacznie odleglejszą pozycję. Ze względu na rosnącą rolę Chin w światowej gospodarce tamtejszy rynek – z dostępem do 1,4 mld bogacących się konsumentów i solidnym wzrostem PKB – jest jednak dla polskich firm bardzo perspektywiczny.

– W okresie pandemii wiele firm szuka nowych rynków zbytu, nowych pomysłów na ekspansję i alternatywnych ścieżek rozwoju. Chiny jako ogromny rynek działają na wyobraźnię. Faktycznie widzimy, że zainteresowanie ze strony polskich przedsiębiorców jest bardzo duże – mówi ekspertka.

PAIH tylko w ubiegłym roku obsłużyła kilkaset zapytań związanych z ekspansją na tamtejszy rynek. Większość z nich pochodziła z sektora MŚP. Ze statystyk agencji wynika też, że największe zainteresowanie ekspansją w Chinach przejawiają firmy z branży spożywczej, kosmetycznej i FMCG, ale są w tym gronie również branże: budowlana, medyczna, biotechnologiczna czy producenci części samochodowych.

– Polskie firmy widzą, że mimo pandemii chińska gospodarka cały czas bardzo dobrze sobie radzi. Rynek konsumencki, jeśli chodzi o klasę średnią, to ok. 700 mln potencjalnych klientów, którzy mogą być odbiorcami produktów z Polski – wyjaśnia kierowniczka regionu w Centrum Eksportu PAIH. – Zagraniczne produkty kojarzą im się z lepszą jakością, są ich ciekawi i chętni, żeby ich spróbować. Zwłaszcza jeśli chodzi o żywność, bo wysoka jakość produktów z Polski powoli przebija do świadomości społecznej. Chiny były w ubiegłym roku trzecim rynkiem zbytu dla polskich produktów mleczarskich. Ich sprzedaż bardzo dynamicznie rosła jeszcze przed pandemią, a polskie mleko jest już rozpoznawalne na tamtejszym rynku.

Mimo obiecujących perspektyw w Chinach operuje wciąż relatywnie niewiele rodzimych przedsiębiorstw. Z niedawnej analizy Klubu Jagiellońskiego („Gospodarcza ekspansja do Chin? Przegląd barier dla polskiego biznesu”) wynika, że przyczyną jest zarówno niechęć polskich przedsiębiorstw do podejmowania ryzyka i ponoszenia stosunkowo wysokich kosztów związanych z eksportem na Daleki Wschód, jak i procedury oraz formalne i nieformalne bariery, które chińskie władze stawiają dla eksportu zagranicznych produktów.

Zdecydowana większość firm stara się przeprowadzić ekspansję na rynek chiński na własną rękę. Nierzadko na pewnym etapie muszą jednak zwrócić się do nas o pomoc. Niekoniecznie dlatego, że mają problemy z wejściem na rynek chiński, ale ze względu na trudne do wyjaśnienia kwestie, na które poszukują odpowiedzi – mówi Barbara Bujny.

PAIH jako część Grupy Polskiego Funduszu Rozwoju oferuje polskim eksporterom szeroki wachlarz bezpłatnych narzędzi pomocowych. Firmy, które planują ekspansję na chińskim rynku, mogą liczyć na wsparcie w postaci np. analizy swojego potencjału eksportowego czy pakietu informacji niezbędnych, aby rozpocząć tam działalność.

Pomagamy firmom w opracowywaniu strategii ekspansji do Chin, znalezieniu i weryfikacji potencjalnych partnerów biznesowych. Często jest tak, że firmy przychodzą do nas z nazwą przyszłego chińskiego partnera i proszą o sprawdzenie, czy jest on wiarygodny – wyjaśnia ekspertka. – Poza tym prowadzimy też działania na miejscu, w Chinach. Organizujemy spotkania B2B, choć w tym momencie ze względu na pandemię wjazd do Chin jest utrudniony, więc odbywają się one głównie online. Pomagamy też przedsiębiorcom, spotykając się z ich kontrahentami. Wspieramy firmy w kontaktach z lokalną administracją, organizujemy misje biznesowe, targi i konferencje na terenie Chin.

W odbywających się na początku listopada 2021 roku targach China International Import Expo w Szanghaju wzięły udział 32 firmy z Polski, co potwierdza skalę zainteresowania tamtejszym rynkiem. Z kolei w grudniowych, branżowych targach Hi-Tech Fair w Shenzhen uczestniczyło sześć polskich przedsiębiorstw z branży nowoczesnych technologii. Jak wskazuje Barbara Bujny, część z nich ma już swoich dystrybutorów i partnerów na chińskim rynku.

– PAIH jest w stanie pomóc przedsiębiorcom, aby mogli w takich targach uczestniczyć. Nawet jeżeli miałaby być to obecność hybrydowa, np. poprzez ambasadora marki. Jest to warte zachodu, ponieważ na rynku chińskim warto zaistnieć, warto się tam pokazywać i być przygotowanym na otwarcie granic Chin, na kontynuowanie tam ekspansji już w bardziej tradycyjny sposób – podkreśla Barbara Bujny.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polskie-firmy-planuja,p986517971

Czeska kopalnia od roku działała bez oceny oddziaływania na środowisko. Polski rząd wykorzysta ten fakt podczas negocjacji w sprawie Turowa

0

Polska i Czechy wznowiły negocjacje dotyczące działalności kopalni węgla brunatnego w Turowie. Przedstawiciel MSZ Paweł Jabłoński wskazuje, że konflikt wciąż jest daleki od rozwiązania, ale mimo to rząd liczy na wypracowanie satysfakcjonującego dla obu stron porozumienia. Asem w rękawie polskich negocjatorów może okazać się kwestia położonej tuż przy granicy czeskiej kopalni węgla kamiennego ČSM. Polska chce zarzucić Czechom, że pod koniec 2021 roku przedłużyli jej koncesję bez przeprowadzenia nowej oceny oddziaływania na środowisko i konsultacji transgranicznych. – Zareagowaliśmy niezwłocznie, kiedy dowiedzieliśmy się o tej decyzji, bo uważamy, że ta sprawa wymaga wyjaśnienia – mówi Paweł Jabłoński.

30 grudnia ub.r. została wydana pewna decyzja administracyjna dotycząca jednej z kopalni położonych na terenie Republiki Czeskiej. Mamy powody uważać, że ta decyzja została wydana bez koniecznych uzgodnień środowiskowych. Będziemy chcieli również tę sprawę niezwłocznie wyjaśnić, zwróciliśmy się już o to do strony czeskiej. I mam nadzieję, że uda się tę sprawę rozwiązać w drodze rozmów dwustronnych – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Jabłoński, podsekretarz stanu w MSZ ds. współpracy ekonomicznej i rozwojowej.

Chodzi o działalność czeskiej głębinowej kopalni węgla kamiennego ČSM, położonej tuż przy granicy z Polską. Jak podkreśliła w poniedziałek na Twitterze Wanda Buk, członek zarządu PGE, kopalnia przez ostatni rok działała bez oceny środowiskowej, a wydana pod koniec grudnia decyzja nie została poprzedzona obowiązkowymi uzgodnieniami transgranicznymi. Koncesja została przedłużona pomimo uwag zgłaszanych przez polską stronę, dotyczących wpływu kopalni na teren powiatu cieszyńskiego w województwie śląskim. Innymi słowy: Polska na zarzuty w sprawie Turowa ma odpowiedzieć identycznymi zarzutami dotyczącymi kopalni ČSM.

– Zareagowaliśmy niezwłocznie, kiedy dowiedzieliśmy się o tej decyzji, bo uważamy, że ta sprawa wymaga przede wszystkim wyjaśnienia. I na pewno będziemy o tej sprawie ze stroną czeską rozmawiali – mówi podsekretarz stanu w MSZ ds. współpracy ekonomicznej i rozwojowej.

We wtorek do Warszawy przyjechała czeska delegacja na czele z nową minister środowiska Anną Hubaczkovą (wcześniejsze negocjacje prowadził jej poprzednik, Richard Brabec), która spotka się z szefową resortu klimatu i środowiska Anną Moskwą. Będzie to pierwsze spotkanie dotyczące Turowa od ponad dwóch miesięcy.

Zaczynamy na nowo negocjacje ze stroną czeską. W ubiegłym tygodniu w Czechach został zaprzysiężony nowy rząd i teraz mamy powrót do rozmów. Te rozmowy po raz pierwszy odbędą się w Warszawie i mam nadzieję, że to świadczy o zmianie podejścia do tej sprawy z czeskiej strony, bo niestety poprzedni rząd bardzo długo pozorował negocjacje i wolę zawarcia porozumienia. Wydaje się, że nowy chce podejść do tego nieco inaczej – mówi Paweł Jabłoński.

W lutym ubiegłego roku Czechy wniosły do Trybunału Sprawiedliwości UE (TSUE) skargę przeciwko Polsce, dotyczącą rozbudowy przygranicznej kopalni węgla brunatnego Turów. Jednocześnie wystąpiły o zastosowanie tzw. środka tymczasowego, czyli nakaz wstrzymania wydobycia. Czesi zarzucili Polsce niezgodne z unijnym prawem przedłużenie koncesji dla tej kopalni i argumentowali, że wpływa ona na poziom lokalnych wód gruntowych, pozbawiając dostępu do wody mieszkańców pobliskiego Liberca, którzy skarżą się też na hałas, pył i zanieczyszczenia związane z działaniem odkrywki.  

TSUE 21 maja ub.r. przychylił się do wniosku Czechów i nakazał natychmiastowe wstrzymanie wydobycia węgla w Turowie. Rząd Mateusza Morawieckiego nie akceptuje jednak decyzji Trybunału i nie zamierza zamknąć kopalni, wskazując na potrzebę zachowania krajowego bezpieczeństwa energetycznego. W efekcie Polsce naliczana jest dzienna kara w wysokości 500 tys. euro za niedostosowanie się do decyzji TSUE. Rząd wskazuje, że kary płacić nie zamierza, ale jednocześnie podkreśla chęć polubownego rozwiązania sporu z Czechami. Negocjacje w tej sprawie rozpoczęły się w czerwcu ub.r., ale po odbyciu łącznie 18 spotkań zostały przerwane w listopadzie, do czasu ukonstytuowania się w Czechach nowego rządu.

– Jestem daleki od zapowiadania przełomu w negocjacjach. Sam fakt, że ten spór toczy się tak długo i że został wywołany przez stronę czeską poprzez złożenie skargi do Trybunału Sprawiedliwości, to był bardzo poważny cios w dobre stosunki polsko-czeskie. Niestety, poprzedni czeski rząd zdecydował się na coś takiego. My jesteśmy zdania, że spory dwustronne należy rozwiązywać dwustronnie. Mamy nadzieję, że wszystkie sprawy dotyczące Turowa, dotyczące kopalni na pograniczu w Zagłębiu Ostrawsko-Karwińskim, ale także inne sprawy między Polską a Czechami będziemy właśnie w ten sposób rozwiązywali – podkreśla wiceminister spraw zagranicznych.

Jak wskazuje, polsko-czeski konflikt w sprawie Turowa wciąż jest daleki od rozwiązania, ale mimo to rząd liczy na wypracowanie satysfakcjonującego dla obu stron porozumienia, dzięki któremu odkrywka w Turowie będzie mogła kontynuować działalność (w ubiegłym roku Minister Klimatu i Środowiska wydał koncesję na jej rozbudowę, tym samym umożliwiając wydobywanie w niej węgla do 2044 roku). 3 lutego br. ma zostać również ogłoszona opinia rzecznika generalnego TSUE w sprawie dotyczącej kopalni węgla brunatnego Turów.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/czeska-kopalnia-od-roku,p2110148103

W I kwartale podwyżki cen żywności jeszcze przyspieszą. Zniesienie 5-proc. VAT nie przełoży się na zahamowanie inflacji

0

Obok cen energii, kosztów użytkowania mieszkania i paliw to właśnie żywność jest jednym z kół zamachowych rozpędzającej się inflacji. Rosną bowiem koszty wytworzenia produktów, opakowań, surowców i półproduktów. Dodatkowo przerwane globalne łańcuchy dostaw powodują, że są też problemy z dostępnością niektórych produktów. Zdaniem Andrzeja Gantnera z Polskiej Federacji Producentów Żywności szczyt podwyżek jest jeszcze przed nami. Rozwiązaniem problemu nie będzie ani zniesienie VAT-u na podstawowe produkty, ani wprowadzenie cen regulowanych.

– Ceny żywności rosną szybko, ponieważ bardzo szybko rosną koszty jej wytworzenia, przede wszystkim energii, niektórych surowców, dodatkowo mamy bardzo duży wzrost kosztów pracy. Mamy jeszcze podatki wpływające na wzrost cen, chociażby podatek handlowy czy cukrowy, który bardzo gwałtownie podniósł ceny napojów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Gantner, dyrektor generalny i wiceprezes Polskiej Federacji Producentów Żywności. – Zasadniczo podwyżki kosztów produkcji producenci często starają się wkładać we własne koszty i wtedy ceny nie rosną. Natomiast tak wielkich podwyżek przy niskiej marżowości, jaką charakteryzuje się produkcja żywności, w żaden sposób nie można już zamortyzować własnymi kosztami i trzeba przekładać na ceny produktów żywnościowych.

Jak wskazują dane GUS, w grudniu 2021 roku ceny żywności i napojów bezalkoholowych były wyższe niż rok wcześniej o 8,6 proc. Jest to jednak średnia; za niektóre produkty trzeba płacić po kilkanaście albo nawet kilkadziesiąt procent więcej niż w grudniu 2020 roku. Przykładowo mięso drobiowe zdrożało o 30,1 proc., wołowe o 19 proc., cukier o 22 proc., tłuszcze roślinne o 24,5 proc., a zwierzęce o 18,6 proc. Dwucyfrowo wzrosły także ceny innych podstawowych produktów, takich jak pieczywo (14,3 proc.), jaja (11,5) czy warzywa (11,6). Po dotychczasowych odczytach widać, że żywność i napoje bezalkoholowe drożeją w coraz szybszym tempie. W marcu 2021 roku artykuły spożywcze (bez alkoholi) drożały o 0,5 proc., w listopadzie już o 6,4 proc., a w grudniu o 8,6 proc. Całoroczna inflacja w tej kategorii wyniosła 5,1 proc.

– Najgorsze zobaczymy za chwilę, ponieważ do tej pory widzieliśmy głównie inflację handlową. Ceny rosły z powodu podejścia handlu, który zresztą też ma zwiększone koszty. Natomiast z dużym prawdopodobieństwem w I kwartale tego roku zobaczymy już efekt podwyżek producenckich – przekonuje dyrektor generalny i wiceprezes Polskiej Federacji Producentów Żywności. – Raczej będziemy mówili o dwucyfrowych wzrostach niż jednocyfrowych.

Na rosnące koszty produkcji nakłada się również sytuacja na rynkach światowych, niedobór niektórych surowców oraz przerwanie łańcuchów dostaw środków do produkcji żywności. Swój udział w ostatecznych cenach ma też koszt surowców rolnych, podbijany przez kataklizmy spowodowane zmianami klimatycznymi. Na przykład cena kontraktów na kawę w ciągu ostatniego roku się podwoiła. Tymczasem detaliczna cena kawy w polskich sklepach w listopadzie była wyższa tylko o 0,8 proc. niż 12 miesięcy wcześniej, a w okresie styczeń–listopad jedynie o 0,2 proc. To może oznaczać, że szczyt podwyżek tego produktu dopiero nadejdzie.

– Obawiam się, że nawet zejście z 5-proc. VAT-u na niektóre produkty żywnościowe do zera nie spowoduje, że nagle zobaczymy obniżki cen żywności na półkach – ocenia Andrzej Gantner.

Rząd stara się powstrzymać wzrost cen administracyjnie, rezygnując z akcyzy na surowce energetyczne czy VAT-u na podstawowe produkty spożywcze i redystrybuując pieniądze do najuboższych (Tarcza Antyinflacyjna i Tarcza Antyinflacyjna 2.0). Jednak zdaniem ekonomistów przy tak wysokiej inflacji, z jaką mamy do czynienia, ruch ten nie wpłynie znacząco na wyhamowanie wzrostu cen, o ich obniżeniu nie wspominając.

– Ideologicznie rezygnacja z poboru VAT-u na żywność jest bardzo dobra, ponieważ przy tym, jak mocno inflacja uderza w kieszenie Polaków, szczególnie tych najgorzej sytuowanych, pobieranie jeszcze dodatkowego podatku wydaje się wręcz niemoralne – ocenia wiceprezes PFPŻ. – Problem tylko polega na tym, że gdybyśmy mieli inflację na poziomie 1–2 proc., to zejście z 5 proc. do zera faktycznie moglibyśmy zauważyć w swoich kieszeniach, szczególnie że mówimy tu o produktach z koszyka podstawowego. Natomiast w sytuacji tak potężnej inflacji ten ruch z podatkiem VAT właściwie pozostanie niezauważony przez konsumentów i nie powstrzyma dalszego wzrostu cen.

Kolejnym pomysłem, o którym politycy zaczęli głośno mówić, jest wprowadzenie cen maksymalnych na najważniejsze produkty spożywcze, tak żeby urzędowo ograniczyć możliwość ich podniesienia ponad wyznaczony poziom. Osoby pamiętające jednak lata 70. i 80. przypominają, że skutkiem sztucznego utrzymywania niskich cen produktów jest brak tych produktów w sklepach i ich reglamentacja. Na taki ruch w przypadku sześciu podstawowych produktów zdecydowały się już Węgry.

– To byłby koniec wolnego rynku w Polsce i powrót do gospodarki, którą mieliśmy za czasów socjalistycznych. Poza tym ktoś to musi wytworzyć, więc jeżeli cena będzie za niska, to przedsiębiorcy przestaną wytwarzać te produkty, bo nie będą w stanie pokryć swoich kosztów. To oznacza, że tych produktów za chwilę zacznie brakować – wskazuje Andrzej Gantner. – Za czasów socjalizmu wszyscy w którymś momencie dostaliśmy kartki, które nam pozwalały kupić tylko określoną liczbę tych produktów, nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek o zdrowych zmysłach chciał wrócić do tego modelu. Szczególnie że ten model kompletnie zbankrutował.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/w-i-kwartale-podwyzki-cen,p593907744

Resort finansów pracuje nad szczegółowymi regulacjami dla emerytów. Dotyczą ulgi dla klasy średniej

0

– Niebawem podzielimy się informacją o tym, jak będzie funkcjonowała ulga dla klasy średniej dla emerytów. Nie wykluczam, że ta ulga będzie obejmowała osoby, u których część dochodu pochodzi z emerytury, a część np. ze stosunku pracy – mówi Łukasz Czernicki, główny ekonomista Ministerstwa Finansów. Założenie jest takie, żeby osoby otrzymujące świadczenie do 12 800 zł brutto nie straciły na Polskim Ładzie. Resort wyliczył, że dla ok. 90 proc. emerytów i rencistów wprowadzone w jego ramach zmiany będą korzystne.

Ulga dla klasy średniej ma ochronić przed skutkami Polskiego Ładu tych podatników, którzy zarabiają od około 68 tys. do 133 tys. zł brutto rocznie. Można powiedzieć, że mamy nawet dwie takie ulgi dla klasy średniej. Pierwsza jest dla osób zatrudnionych na umowie o pracę, druga – dla osób prowadzących działalność gospodarczą i rozliczających się na skali. Po konsultacjach i wielu głosach płynących z różnych środowisk Ministerstwo Finansów podjęło również pracę nad ulgą dla klasy średniej dla emerytów. Chodzi o to, aby emeryci nie tracili na zmianach wprowadzonych w Polskim Ładzie do tej samej kwoty brutto, czyli około 133 tys. zł rocznie – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Czernicki.

Ulga dla klasy średniej to jedno z rozwiązań wprowadzonych w Polskim Ładzie, które – obok PIT-22 i poboru zaliczek na podatek dochodowy – wciąż budzi duże wątpliwości interpretacyjne. Mogą skorzystać z niej osoby, które uzyskują przychody z umowy o pracę na etacie oraz z działalności gospodarczej opodatkowane według skali podatkowej w łącznej wysokości od 68 412 zł do 133 692 zł rocznie. Ministerstwo Finansów opublikowało 9 stycznia przewodniki skierowane do podatników i pracodawców, które mają objaśnić, jak stosować ulgę dla klasy średniej w praktyce.

W praktyce działanie ulgi dla klasy średniej można wytłumaczyć następująco. Możemy ją zastosować na etapie zaliczek, wtedy wystarczy po prostu nie rezygnować z ulgi dla klasy średniej i ona będzie naliczała się automatycznie. Możemy też z niej zrezygnować, co raczej nie jest zalecane, bo na uldze dla klasy średniej nie można nic stracić, tu obowiązuje zasada złotówka za złotówkę – mówi główny ekonomista Ministerstwa Finansów – Z ulgi dla klasy średniej na pewno nie skorzystają osoby zarabiające więcej niż 133 tys. zł brutto rocznie, będące na umowie o pracę. Nie skorzystają też osoby zatrudnione na umowie-zlecenia, przedsiębiorcy rozliczający się ryczałtowo bądź przedsiębiorcy na liniówce.

Przewodnik wydany kilka dni temu przez MF porusza m.in. kwestię rozliczenia zasiłku chorobowego i macierzyńskiego czy kwestię wspólnego rozliczania ulgi dla klasy średniej przez małżeństwa, co wcześniej było przedmiotem rozbieżnych interpretacji ze strony ekspertów. Według informacji resortu ulga ma zastosowanie w przypadku wspólnego rozliczenia przez małżeństwa, w których jeden z małżonków nie pracuje, a drugi uzyskuje dochody w wysokości przekraczającej 133 692 zł rocznie.

 Przykładowo osoba zarabiająca około 200 tys. zł – przy założeniu, że jej małżonek nie pracuje i nie zarabia nic – może podzielić kwotę ulgi dla klasy średniej na dwie osoby. W tym momencie wspólny dochód dzielimy na pół i dzięki temu wpadamy w widełki ulgi dla klasy średniej – mówi Łukasz Czernicki.

Co istotne, do tej pory przeważały głosy, że z ulgi dla klasy średniej przewidzianej w Polskim Ładzie mogą skorzystać tylko i wyłącznie pracownicy oraz przedsiębiorcy rozliczający się z PIT według skali podatkowej. Z dotychczasowych interpretacji Ministerstwa Finansów wynika, że mogą z niej skorzystać również pracujący emeryci i renciści, a jedynymi kryteriami jej stosowania są rodzaj i wysokość uzyskanych przychodów. Resort pracuje jednak nad osobnym rozwiązaniem dedykowanym tej grupie.

Jeżeli mówimy o uldze dla klasy średniej dla emerytów, to na chwilę obecną znamy tylko założenia tego projektu. Nie wykluczam wersji, że ta ulga będzie obejmowała przypadki, w których część dochodu pochodzi z emerytury, a część np. ze stosunku pracy. Natomiast co do konkretnych kształtów to muszę prosić jeszcze o cierpliwość, bo te konkretne rozwiązania wykuwają się teraz w Ministerstwie Finansów – mówi ekspert. – Wiemy natomiast, że osoby będące na emeryturze i rencie, otrzymujące świadczenia w wysokości do 12 800 tys. zł brutto, nie powinny stracić na zmianach zapisanych w Polskim Ładzie.

Według rządowych założeń na rozwiązaniach Polskiego Ładu ma docelowo skorzystać ok. 90 proc. emerytów i rencistów, czyli ponad 8 mln osób – i to mimo braku możliwości odliczania części opłaconej składki zdrowotnej od podatku. W tym roku 2/3 z nich, czyli ok. 6 mln osób, przestanie płacić PIT. Resort finansów oszacował, że dzięki temu w portfelu emeryta, którego świadczenie wynosi 2,5 tys. zł brutto, w ciągu roku pozostanie 2250 zł więcej „na rękę”. Ponadto pracujący seniorzy, którzy czasowo zrezygnują z pobierania emerytury, będą zwolnieni z PIT do kwoty ok. 85,5 tys. zł, niezależnie od tego, czy uzyskują  przychody z pracy na etacie, zleceniu lub działalności gospodarczej. W sumie dzięki reformie podatkowej Polskiego Ładu mają oni zaoszczędzić w tym roku według wyliczeń resortu co najmniej 800 mln zł podatku.

– Według naszych szacunków na Polskim Ładzie zyska około 2/3 podatników, a dla około 1/5 podatników zmiany będą neutralne. Tylko około 10 proc. podatników zapłaci więcej – mówi Łukasz Czernicki. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/resort-finansow-pracuje,p1232096438