Cyfryzacja firm mocno przyspiesza. W tych warunkach cyberodporność i suwerenność danych stają się koniecznością

0

Chmura i sztuczna inteligencja coraz mocniej zmieniają sposób, w jaki firmy organizują pracę. Im większa zależność biznesu od technologii, tym większego znaczenia nabiera nie tylko cyberbezpieczeństwo, ale też kontrola nad tym, gdzie dane są przechowywane, jakiej jurysdykcji podlegają i czy w razie potrzeby można je przenieść do innego środowiska. Eksperci Play podczas Forum Ekonomicznego w Karpaczu podkreślali, że te czynniki coraz częściej decydują o odporności cyfrowej przedsiębiorstw.

Jeszcze pięć–sześć lat temu rozwiązania z zakresu IT były czymś innym niż rozwiązania z zakresu telekomunikacji. Dzisiaj wraz z rozwojem technologii, szczególnie przy wprowadzeniu rozwiązań zarządzanych software’owo, przy przechodzeniu do chmury, telekomunikacja i IT to jest jedno. Do tego w ostatnim okresie bardzo ważnym elementem stało się cyberbezpieczeństwo, które nie tylko pełni funkcję zabezpieczenia, ale tak naprawdę stało się jednym z elementów systemów IT firm – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Marcin Kubit, dyrektor Departamentu Marketingu i Sprzedaży B2B w Play.

Z „Raportu o stanie sektora małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce (2026)” przygotowanego przez  PARP na podstawie m.in. danych GUS wynika, że odsetek polskich firm, które korzystają z usług chmurowych, wzrósł z 7,3 proc. w 2015 roku do 54,9 proc. w 2025 roku. Najwyższy poziom wykorzystania usług chmurowych występuje w dużych przedsiębiorstwach (ponad 86 proc.). Z kolei raport PwC „Chmura w biznesie” wskazuje, że w ubiegłym roku 27 proc. firm w Polsce oceniło jako wysoką dojrzałość chmurową swojej organizacji, a prawie połowa (47 proc.) – jako średnią. Blisko jedna trzecia (30 proc.) firm planuje wdrożyć rozwiązania chmurowe.

W przypadku sztucznej inteligencji, jak podaje PARP za GUS, w 2025 roku 8,7 proc. firm deklarowało wykorzystanie tej technologii (+2,8 pp. w porównaniu do 2024 roku). Największe zainteresowanie narzędziami opartymi na AI wykazują firmy duże (42 proc.) oraz podmioty z branży informacja i komunikacja (37,8 proc.).

Podczas panelu „Cyberbezpieczeństwo 360 stopni: jak chronić państwo, biznes i obywateli w epoce cyfrowych zagrożeń?” na Forum Ekonomicznym w Karpaczu ekspert Play zwrócił uwagę na to, że odporność cyfrowa staje się dziś warunkiem dalszego skalowania biznesu i budowania zaufania. Tym bardziej że dziś firmy nie zastanawiają się, czy korzystać z chmury i AI, ale jak robić to skutecznie i bezpiecznie, z zachowaniem kontroli nad danymi i infrastrukturą.

Coraz większego znaczenia w dzisiejszych rozwiązaniach nabiera bezpieczeństwo. Wynika to z tego, że coraz więcej danych nie przechowujemy na naszych własnych zasobach, ale powierzamy je firmom trzecim. W przypadku chmury publicznej bardzo często są to rozwiązania dostarczane przez duże międzynarodowe korporacje i tutaj dochodzi kwestia suwerenności danych, czyli miejsca, gdzie one są przechowywane, jakiej jurysdykcji są poddawane i czy jesteśmy w stanie w łatwy sposób je odzyskać przy zmianie dostawcy. Przy każdej migracji, przy każdym nowym rozwiązaniu musimy być pewni, że dane nie wyjdą poza nasz ekosystem IT – tłumaczy dyrektor Departamentu Marketingu i Sprzedaży B2B Play.

Jak wynika z „Barometru cyberbezpieczeństwa 2026” KPMG, w 2025 roku 96 proc. ankietowanych firm doświadczyło przynajmniej jednego incydentu bezpieczeństwa. Oznacza to wzrost o 13 pp. względem 2024 roku. Zwiększyła się także liczba firm doświadczających wielokrotnych naruszeń bezpieczeństwa, szczególnie tych, które odnotowały od czterech do dziewięciu incydentów (+20 pp.).

Zmienia się też sposób dostępu do tych danych. Dzisiaj to nie tylko ludzie, osoby pracujące zdalnie, ale coraz częściej urządzenia wykorzystujące rozwiązania IoT mają dostęp do naszych sieci korporacyjnych. Przy tak rozległych rozwiązaniach musimy być pewni, że dane są bezpieczne, czyli nikt spoza naszej organizacji nie będzie miał do nich dostępu, ale także że są one przechowywane w określonym miejscu – wyjaśnia Marcin Kubit.

Ekspert podkreśla, że same zabezpieczenia techniczne nie wystarczą. Niewystarczająca jest także sama zgodność z regulacjami z zakresu bezpieczeństwa i ochrony danych, takimi jak NIS2, DORA czy RODO. Ważniejsze jest praktyczne przygotowanie organizacji do działania w sytuacji kryzysowej: musi ona umieć wykryć incydent, zareagować i utrzymać ciągłość działania.

Na suwerenność danych składają się trzy główne elementy. Po pierwsze, lokalizacja: gdzie na fizycznych urządzeniach dostawcy rozwiązań chmurowych przechowują nasze dane. Każdy dostawca buduje swoje rozwiązanie, opierając się na tzw. regionach. Najwięksi z nich, czyli firmy amerykańskie, ponieważ de facto one zdominowały ten rynek, mają lokalizacje w Europie, natomiast wszystkie dane, które są przechowywane na ich serwerach, podlegają prawu amerykańskiemu – tłumaczy dyrektor Departamentu Marketingu i Sprzedaży B2B Play.

Głównymi dostawcami usług chmurowych na świecie są amerykańskie firmy Amazon, Microsoft i Google. Ich udział w światowym rynku w II kwartale 2026 roku wyniósł odpowiednio 28, 20 i 15 proc. – wynika z danych Synergy Research Group.

Tu dochodzimy do kolejnej ważnej kwestii związanej z suwerennością, czyli jurysdykcji. W sytuacji gdy w Stanach Zjednoczonych zostanie podjęta jakaś decyzja, że te dane na przykład muszą być udostępnione podmiotom amerykańskim, to te firmy będą musiały to zrobić – podkreśla Marcin Kubit. – Trzecia rzecz, jeżeli chodzi o suwerenność danych, to jest łatwość migracji do nowego rozwiązania. Czyli jeżeli się zdecydujemy na przejście na inne zasoby, to obecny dostawca musi nam umożliwić, po pierwsze, łatwą migrację, a po drugie, musimy mieć pewność, że wszystkie dane faktycznie zostały zmigrowane.

Jak podkreśla, suwerenności danych nie trzeba postrzegać w kategorii zamykania się w jednym środowisku czy rezygnacji z rozwiązań chmury publicznej, ale właśnie świadomego decydowania o powyższych trzech czynnikach: lokalizacji, jurysdykcji i możliwości migracji.

Biorąc pod uwagę sytuację geopolityczną, coraz częściej mówimy o suwerenności danych, również o chmurze europejskiej. Wspólnie ze spółką Scaleway, która jest także częścią Grupy iliad, jesteśmy w stanie takie rozwiązania budować: w pełni europejską chmurę, zbudowaną wyłącznie poprzez lokalizację w Europie i podlegającą w pełni jurysdykcji europejskiej – mówi dyrektor Departamentu Marketingu i Sprzedaży B2B w Play.

W kwietniu 2025 roku Play i Scaleway ogłosiły strategiczne partnerstwo, którego celem było przyspieszenie wdrażania chmury publicznej i rozwiązań z dziedziny sztucznej inteligencji (AI) w Polsce. W kwietniu br. Komisja Europejska wybrała Scaleway, wraz z trzema innymi europejskimi dostawcami, do świadczenia suwerennych usług chmurowych dla unijnych instytucji. Jak podkreśla Play, dla klientów operatora oznacza to dostęp do rozwiązań opartych na technologii, która spełniła europejskie wymogi w zakresie suwerenności cyfrowej i bezpieczeństwa danych.

Na Forum Ekonomicznym w Karpaczu rozmawialiśmy z naszymi klientami i partnerami głównie o rozwiązaniach z zakresu cyberbezpieczeństwa, związanych z suwerennością danych, a także rozwiązaniach IT. Każdy z nich, mimo że wykorzystuje podobną infrastrukturę, ma trochę inne potrzeby. Cyberbezpieczeństwo czy suwerenność czym innym jest dla instytucji państwowych czy samorządów, a czym innym dla firm – mówi Marcin Kubit.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/cyfryzacja-firm-mocno,p1348786946

Darmowe szczepienia dla seniorów mogą zniknąć. Niepokojące plany Ministerstwa Zdrowia

0

AOTMiT w analizie z 2024 roku podał, że osoby po 65. roku życia stanowiły 90 proc. dorosłych hospitalizowanych z powodu RSV w Polsce.Z bezpłatnych szczepień przeciw RSV skorzystało dotychczas ok. 6,9 proc. osób 65+. Program działa od kwietnia 2025 roku, a planowane zmiany na liście bezpłatnych leków dla seniorów mogą objąć także to szczepienie. Eksperci przestrzegają, że u osób starszych RSV może prowadzić do hospitalizacji, zaostrzenia chorób przewlekłych i utraty wcześniejszej sprawności. Początek sezonu infekcyjnego to dobry moment na szczepienie, które można przyjąć razem ze szczepionką przeciw grypie. 

Początek sezonu infekcyjnego, czyli wrzesień, październik, to moment, kiedy powinniśmy pomyśleć o szczepieniu na grypę, ale również można wtedy pacjenta zaszczepić na RSV. Liczba infekcji wzrasta, w związku z czym trzeba pacjenta zabezpieczyć, żeby w tym najgorszym okresie nie trafił na zakażenie, które może doprowadzić do zaostrzenia choroby kardiologicznej, takiej jak niewydolność serca czy choroba wieńcowa, albo zwiększyć liczbę napadów migotania przedsionków – mówi agencji Newseria prof. dr hab. n. med. i n. o zdr. Paweł Balsam, kierownik Oddziału Klinicznego Elektrokardiologii Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego WUM.

Szczepienie przeciw RSV można przyjąć podczas tej samej wizyty co szczepienie przeciw grypie. Preparaty podaje się w dwa różne miejsca, bez konieczności zachowywania odstępu między szczepieniami.

Koadministracja szczepień przeciwko RSV i grypie ma duże uzasadnienie, bo ułatwia logistycznie życie pacjenta. Nie musi dwa razy iść do apteki, wykupować szczepionki, nie musi dwa razy iść na szczepienie. Odbywa się to za jednym razem, oczywiście w oddzielne miejsca, i dzięki temu mamy zabezpieczone dwie jednostki chorobowe jednocześnie – mówi prof. Paweł Balsam.

W pierwszych 14 tygodniach 2026 roku w Polsce zarejestrowano 102,2 tys. zakażeń RSV. Rok wcześniej w tym samym okresie było ich 141,6 tys. GIS wskazuje, że rzeczywista liczba zachorowań może być wyższa ze względu na niepełne raportowanie.

RSV (respiratory syncytial virus), czyli syncytialny wirus oddechowy, wywołuje zakażenia dróg oddechowych u osób w każdym wieku, ale na ciężki przebieg szczególnie narażeni są seniorzy. Ryzyko rośnie wraz z wiekiem oraz w przypadku współistnienia chorób przewlekłych.

Zakażenie wirusem RSV u osób po 65. roku życia wiąże się z dużo gorszym rokowaniem. Wynika to z obniżonej odporności, a dodatkowo bardzo często współistnieją u tych osób choroby sercowo-naczyniowe: nadciśnienie tętnicze, migotanie przedsionków, niewydolność serca czy choroba wieńcowa. Infekcja RSV sprzyja dekompensacji i zaostrzeniu tych chorób. Bardzo często pacjent po takiej infekcji nie wraca już do swojej wyjściowej wydolności fizycznej. Dlatego te infekcje u osób starszych przebiegają dużo gorzej i niestety mogą kończyć się nawet zgonem – wskazuje prof. Paweł Balsam.

AOTMiT w analizie z 2024 roku podał, że osoby po 65. roku życia stanowiły 90 proc. dorosłych hospitalizowanych z powodu RSV w Polsce.

RSV to potencjalnie groźna infekcja układu oddechowego, która może znacznie pogorszyć stan ogólny pacjenta. Śmiertelność wewnątrzszpitalna wśród osób po 60. roku życia wynosi 6–8 proc., czyli nawet trochę więcej niż w przypadku grypy. O grypie wszystko wiemy, grypy się boimy, a RSV nie, bo kojarzy się z chorobą dziecięcą. Tak nie jest. Duża część osób w przebiegu tej infekcji doznaje znacznego pogorszenia stanu zdrowia i wymaga hospitalizacji – mówi prof. dr hab. n. med. Leszek Czupryniak, kierownik Kliniki Diabetologii i Chorób Wewnętrznych Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego WUM.

Szczepienie przeciw RSV zmniejsza ryzyko ciężkiego przebiegu zakażenia i jego powikłań, które u osób starszych mogą zagrażać życiu. W poprzednim sezonie przeciw grypie zaszczepiło się 2,3 mln osób, a w grupie 65+ odsetek zaszczepionych wyniósł ok. 16 proc. Od kwietnia 2025 roku szczepienie przeciw RSV jest bezpłatne dla osób od 65. roku życia, ale dotychczas skorzystało z niego ok. 500 tys. osób, czyli niespełna 7 proc. tej populacji.

Dane z badań prowadzonych w innych krajach wskazują również na wpływ szczepień przeciw RSV na liczbę hospitalizacji z przyczyn oddechowych i sercowo-płucnych.

Szczepienie przeciwko RSV powoduje, że wszystkich zdarzeń powodujących hospitalizację z powodu chorób układu oddechowego jest w tej wrażliwej populacji o 10 proc. mniej, a wszystkich zdarzeń dotyczących układu sercowo-płucnego – o 15 proc. mniej. To oznacza, że dzięki szczepieniu przeciwko RSV możemy mieć o 10 proc. mniej hospitalizacji z przyczyn zakażeń układu oddechowego i o jedną szóstą mniej z przyczyn sercowo-płucnych. To jest bardzo dużo – mówi prof. dr hab. n. med. Ernest Kuchar, kierownik Kliniki Pediatrii z Oddziałem Obserwacyjnym WUM, przewodniczący Polskiego Towarzystwa Wakcynologii.

W Szkocji w pierwszym sezonie szczepień przeciw RSV zaszczepiło się ok. 70 proc. uprawnionych seniorów, a liczba hospitalizacji związanych z RSV w tej grupie spadła o 62 proc. W sezonie 2025/2026 wyszczepialność nadal sięgała blisko 70 proc. Dane z Wielkiej Brytanii wskazują, że skuteczność szczepienia w zapobieganiu hospitalizacjom związanym z RSV u osób w wieku 75–79 lat wynosi ok. 75 proc.

Ministerstwo Zdrowia analizuje zmiany na liście bezpłatnych leków dla seniorów, które mogą objąć także szczepienie przeciw RSV.

W przestrzeni medialnej pojawiły się informacje, że szczepienie przeciwko RSV, jednemu z najważniejszych patogenów układu oddechowego, groźnemu zwłaszcza dla osób starszych, ma być usunięte z listy 65+. Uważam, że to jest bardzo niepokojące – mówi prof. Ernest Kuchar. – To, co udało nam się dotychczas uzyskać, zawdzięczamy głównie temu, że szczepienia dla populacji 65+ są bezpłatne. Nowe szczepionki są drogie, podobnie jak nowe terapie, dlatego bariera cenowa jest chyba najważniejszą barierą, poza przekonaniem, w dostępie do szczepień. Bezpłatność była pierwszym krokiem, który był bardzo zachęcający.

Zasadność finansowania szczepień przeciw RSV oceniał AOTMiT. Agencja uznała je za uzasadnione w populacji osób 65+. W analizie opłacalności szczepień znaczenie mają nie tylko same zakażenia, ale również ich następstwa, w tym zaostrzenia chorób przewlekłych i związane z nimi hospitalizacje.

Pieniędzy nigdy nie ma na wszystko i rząd powinien inwestować je w to, co z punktu widzenia zdrowia populacji jest najbardziej opłacalne. Dlatego powołano AOTMiT, która na zlecenie rządu przeprowadza takie analizy. To bardzo skomplikowany proces, bo szczepiąc przeciwko RSV, unikamy nie tylko samego zachorowania, ale też powikłań, które dla populacji senioralnej polegają przede wszystkim na rozchwianiu cukrzycy, zaostrzeniu POChP, choroby wieńcowej czy niewydolności krążenia. Trzeba też uwzględnić zgony, utratę jakości życia czy utratę samodzielności przez seniora – tłumaczy prof. Ernest Kuchar.

Szczepienia przeciw RSV można wykonać nie tylko w placówkach medycznych, ale również w aptekach. Od sierpnia 2025 roku farmaceuci mogą wystawiać recepty na szczepionki finansowane ze środków publicznych i podawać je na miejscu. Dotyczy to m.in. szczepień przeciw RSV i grypie. Zdaniem ekspertów przy niskiej wyszczepialności potrzebna jest także aktywna rekomendacja szczepień przez lekarzy.

Jeśli pacjent zapyta, czy ma się zaszczepić, lekarz powinien powiedzieć „tak”, ale tak naprawdę kolejność powinna być częściej odwrotna. To lekarz powinien proaktywnie zapytać pacjenta, czy się szczepił, oceniając go pod kątem tego, co mu najbardziej grozi i co może go najbardziej zdekompensować w jego chorobach towarzyszących – mówi prof. Leszek Czupryniak. – Popełniamy wielki grzech zaniechania, nie rekomendując szczepionek tak często i tak wielu pacjentom, jak powinniśmy to robić.

 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/darmowe-szczepienia-dla,p215123722

Głód, epidemie i brak czystej wody. Największe potrzeby humanitarne są w Sudanie i Strefie Gazy

0

W Gazie pomocy potrzebuje niemal cała licząca 2,1 mln osób populacja, a większość mieszkańców musiała opuścić swoje domy. W Sudanie liczba osób potrzebujących wsparcia wzrosła do 33,7 mln. Jednocześnie coraz mniej uwagi i środków trafia do krajów dotkniętych długotrwałymi kryzysami, m.in. Somalii, Afganistanu, Jemenu i państw Sahelu. Organizacje humanitarne muszą ograniczać pomoc, choć potrzeby nadal rosną.

Obecnie mamy do czynienia zarówno z nowymi konfliktami i kryzysami, jak i z takimi, które się przeciągają. W Strefie Gazy praktycznie każdy potrzebuje pomocy humanitarnej, a możliwość jej dostarczania jest bardzo ograniczona. Drugim takim miejscem jest Sudan, który wyrasta obecnie na największy kryzys humanitarny. Ogromnym problemem są tam niedożywienie, zagrożenie dla kobiet i dzieci, przemoc seksualna oraz masowe przemieszczenia ludności – mówi agencji Newseria Helena Krajewska, rzeczniczka prasowa Polskiej Akcji Humanitarnej.

W Strefie Gazy większość mieszkańców jest wewnętrznie przesiedlona. Według Biura ONZ ds. Koordynacji Pomocy Humanitarnej (OCHA) na początku lipca 90 proc. ludności miało ograniczony dostęp do bezpiecznej wody, wobec 84 proc. miesiąc wcześniej. Zwiększenie dostaw pomocy i towarów komercyjnych poprawiło sytuację żywnościową, jednak większość mieszkańców wciąż jest uzależniona od wsparcia.

Większość osób mieszka w tymczasowych schronieniach, dlatego dużym problemem jest zapewnienie im odpowiedniego schronienia przed zimą. Polska Akcja Humanitarna prowadzi w Strefie Gazy projekt, który ma odpowiadać na tę potrzebę. Potrzebny jest również dostęp do żywności i czystej wody, bez której trudno przygotować odżywcze mieszanki dla niedożywionych dzieci. Nieco ponad połowa szpitali i klinik funkcjonuje, ale tylko w ograniczonym zakresie, a na północy Strefy Gazy dostęp do opieki medycznej jest szczególnie utrudniony. Problemy dotyczą także dostaw pomocy humanitarnej. Nawet wcześniej zatwierdzone transporty bywają na przejściach granicznych odrzucane lub opóźniane – wskazuje Helena Krajewska.

Od początku roku do 6 sierpnia 2026 roku Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) odnotowała 45 ataków na opiekę zdrowotną w Strefie Gazy. W 33 przypadkach utrudniano udzielanie pomocy medycznej. Zginęło 10 osób, a 44 zostały ranne. Wiele z tych zdarzeń miało miejsce podczas ewakuacji medycznych w pobliżu przejścia granicznego w Rafah. Według OCHA konwoje były zatrzymywane, opóźniane lub przeszukiwane, a niekiedy zatrzymywano także pacjentów lub ich opiekunów.

W Sudanie ciężkie ostre niedożywienie może w 2026 roku dotknąć 825 tys. dzieci poniżej piątego roku życia, o 7 proc. więcej niż rok wcześniej. Według IPC, międzynarodowego systemu oceny bezpieczeństwa żywnościowego, w 14 rejonach Darfuru i Kordofanu istnieje ryzyko klęski głodu.

Polska Akcja Humanitarna pomaga na granicy Sudanu i Sudanu Południowego. Wiemy, w jakim stanie ludzie docierają do tej granicy – są absolutnie wycieńczeni – podkreśla rzeczniczka PAH.

Według danych Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych ds. Uchodźców (UNHCR) pod koniec 2025 roku liczba sudańskich uchodźców i osób ubiegających się o azyl sięgała niemal 3,8 mln, o 35 proc. więcej niż rok wcześniej. Najwięcej przebywało ich w Czadzie – 1,3 mln, Egipcie – 834,2 tys. oraz Sudanie Południowym – 571,1 tys. Łącznie państwa regionu przyjęły 96 proc. sudańskich uchodźców.

Brakuje również pieniędzy na prowadzenie działań pomocowych. Według danych OCHA plan pomocy humanitarnej dla Sudanu był pod koniec sierpnia sfinansowany w niespełna 41 proc.

Zainteresowanie mediów kryzysami humanitarnymi jest największe wtedy, gdy coś się wydarza, na przykład wybucha wojna. Później stopniowo spada, chociaż potrzeby nie znikają. Widzieliśmy to w przypadku Ukrainy. Przed 2022 rokiem niewiele osób interesowało się tym, że pomocy nadal potrzebowało tam ponad 3 mln ludzi. Po rozpoczęciu pełnoskalowej wojny zainteresowanie gwałtownie wzrosło, a teraz znowu spada. Podobnie jest z przedłużającymi się kryzysami w Sudanie i Strefie Gazy, mimo że potrzeby pozostają ogromne – ocenia Helena Krajewska.

Niski poziom finansowania dotyczy także wielu kryzysów, o których rzadko informują media. Według danych OCHA pod koniec sierpnia plan pomocy dla Somalii był sfinansowany w niespełna 31 proc. Organizacje działające w Afganistanie otrzymały ok. 29 proc. potrzebnych środków, a w Jemenie – ok. 20 proc. Pod koniec kwietnia finansowanie działań w Burkina Faso, Mali i zachodniej części Nigru wynosiło 28 proc. zgłoszonych potrzeb.

Są niedofinansowane kryzysy, o których niemal się nie mówi, na przykład w Ameryce Środkowej, w tym w Hondurasie, w Sahelu Centralnym czy Somalii. Sytuacja w Somalii bardzo się w tym roku pogłębiła, ale zainteresowanie tym kryzysem jest niewielkie – wskazuje rzeczniczka PAH.

W Somalii pomocy humanitarnej potrzebuje 4,8 mln osób. W 2026 roku ostre niedożywienie może dotknąć 1,85 mln dzieci poniżej piątego roku życia, a u 421 tys. z nich może wystąpić jego najcięższa postać. W Afganistanie wsparcia potrzebuje ok. 21,9 mln osób, czyli blisko 45 proc. ludności kraju.

W 2026 roku pomocy humanitarnej w Ukrainie potrzebuje 10,8 mln osób. Ze względu na ograniczone środki plan ONZ zakłada dotarcie do 4,1 mln osób znajdujących się w najtrudniejszej sytuacji, przede wszystkim mieszkańców terenów przyfrontowych, osób przesiedlonych, starszych i z niepełnosprawnościami.

Wojna w Ukrainie wkroczyła w trudną fazę, ponieważ jest to kryzys, który się przeciąga, a pomocy nadal potrzebuje bardzo wiele osób. W miejscowościach położonych przy linii frontu potrzeba praktycznie wszystkiego: żywności, artykułów higienicznych i materiałów do zabezpieczania uszkodzonych domów, zwłaszcza przed zimą. W innych częściach kraju potrzebne są pomoc psychologiczna i finansowa oraz wsparcie po nalotach, m.in. w Kijowie, Charkowie, Dnieprze i Zaporożu. Wraz ze zbliżającą się zimą tej pomocy będzie potrzeba znacznie więcej. Obawiamy się, że zabraknie na nią środków – mówi Helena Krajewska.

Duże kryzysy humanitarne trwają w Demokratycznej Republice Konga i Haiti. Według OCHA w DR Konga pomocy potrzebuje blisko 15 mln osób, ale plan działań humanitarnych obejmuje 7,3 mln z nich. Na trwający od lat kryzys nałożyła się epidemia eboli. Według Światowej Organizacji Zdrowia do 12 sierpnia 2026 roku potwierdzono 4665 przypadków choroby i 2184 zgony. Epidemia objęła 54 strefy zdrowotne w sześciu prowincjach i jest największą w historii kraju.

W Haiti pomocy potrzebuje 6,4 mln osób, a ok. 1,5 mln mieszkańców musiało opuścić swoje domy z powodu przemocy gangów. Plan działań humanitarnych zakłada objęcie wsparciem 4,2 mln osób i wymaga 880 mln dol. Grupy zbrojne kontrolują główne drogi, co utrudnia organizacjom humanitarnym dotarcie do potrzebujących.

W Demokratycznej Republice Konga trwa ogromna epidemia eboli, która przekroczyła już poziom poprzednich epidemii w tym kraju. Nakłada się ona na istniejący kryzys humanitarny i może doprowadzić do dalszego pogorszenia sytuacji. Na Haiti dużym problemem są przemoc gangów oraz ograniczone możliwości udzielania pomocy humanitarnej. Są też kraje, o których niemal się już nie mówi, mimo że potrzeby pozostają ogromne, jak Jemen i Afganistan – wymienia rzeczniczka PAH.

Trzęsienia ziemi pogłębiły kryzysy trwające już w Kolumbii i Wenezueli. W Kolumbii wstrząs o magnitudzie 7,4, który nastąpił 10 sierpnia, dotknął ponad 282,7 tys. osób. Według danych OCHA z 20 sierpnia zginęło 319 osób, a ponad 31,4 tys. domów zostało zniszczonych. Jeszcze przed katastrofą pomocy humanitarnej w kraju potrzebowało 10,4 mln osób.

W Wenezueli 24 czerwca doszło do dwóch silnych trzęsień ziemi. Jeszcze przed nimi pomocy humanitarnej potrzebowało tam 7,9 mln osób. Do 14 sierpnia ponad 304 tys. poszkodowanych otrzymało pomoc lub skorzystało z podstawowych usług.

Tak jest z nagłymi kryzysami, że interesujemy się nimi przede wszystkim wtedy, gdy dochodzi do katastrofy. Później media wyjeżdżają, kończy się główna faza pomocy humanitarnej, ale kryzys nadal trwa i często się pogłębia. Dlatego nie możemy zapominać także o tych miejscach – podsumowuje Helena Krajewska.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/glod-epidemie-i-brak,p1292400053

Chiny coraz mocniej wspierają Rosję. Bez Pekinu Moskwie byłoby znacznie trudniej kontynuować wojnę

0

Mimo że Chiny nie są formalnym sojusznikiem Rosji, współpraca obu państw od początku pełnoskalowej wojny w Ukrainie wyraźnie się zacieśniła. Ośrodek Studiów Wschodnich wskazuje, że Pekin jest dziś najważniejszym partnerem gospodarczym Rosji, głównym dostawcą technologii i komponentów dla przemysłu oraz produktów podwójnego zastosowania. Zdaniem analityków bez wsparcia Pekinu Rosji byłoby znacznie trudniej utrzymywać potencjał gospodarczy i wojskowy.

Relacja między Chinami a Rosją nie jest formalnym sojuszem, to raczej quasisojusz. Jest ona jednak bardzo bliska i z perspektywy Polski niekorzystna, a z roku na rok jeszcze bardziej się zacieśnia. Najlepiej pokazują to słowa Wanga Yi, ministra spraw zagranicznych Chin, który określił relacje chińsko-rosyjskie jako przykład najstabilniejszych, najdojrzalszych i strategicznie ważnych relacji między mocarstwami we współczesnym świecie. Fundamentem tej współpracy jest wspólny cel obu państw – zmiana obecnego ładu międzynarodowego i osłabienie amerykańskich sojuszy zarówno w Europie, jak i w Azji. Dlatego Chinom opłaca się wspierać Rosję w jej wysiłku wojennym przeciwko Ukrainie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Paulina Uznańska, analityczka z Zespołu Chińskiego w Ośrodku Studiów Wschodnich.

Bliskość obu państw potwierdził majowy szczyt w Pekinie, gdzie podpisano szereg porozumień biznesowych i dwa polityczne. Wizyta została oceniona jako sygnał, że partnerstwo to pozostaje jednym z filarów polityki zagranicznej obu krajów. Pekin i Moskwa wzmacniają też w ten sposób swoją pozycję wobec USA.

Nie oznacza to jednak relacji równorzędnych partnerów. Po utracie części zachodnich rynków i dostawców Rosja w dużym stopniu uzależniła się od chińskiego rynku, technologii i komponentów przemysłowych. Przykładem jest projekt gazociągu Siła Syberii 2, w sprawie którego rozmowy toczą się od kilku lat. Pekin wciąż nie zaakceptował warunków oczekiwanych przez Moskwę. Wykorzystuje silniejszą pozycję negocjacyjną, dążąc do uzyskania korzystniejszych dla siebie warunków. Jednocześnie chińskie władze konsekwentnie unikają zawarcia z Moskwą formalnego sojuszu wojskowego, zachowując swobodę działania w relacjach z Zachodem i ograniczając polityczne koszty wspierania Rosji.

– NATO kwalifikuje Chiny jako decydujący czynnik umożliwiający Rosji kontynuowanie wysiłku wojennego przeciwko Ukrainie. Wynika to z kilku elementów. Po pierwsze, Chiny dostarczają ok. 87 proc. produktów dual-use do Rosji, czyli technologii, które wcześniej były sprowadzane m.in. z Zachodu. Drugą kwestią jest wsparcie surowcowe – po 2022 roku Chiny stały się bezpiecznym zapleczem dla Rosji – wskazuje Paulina Uznańska.

Chiny są największym odbiorcą rosyjskich surowców energetycznych – Rosjanie po 2022 roku przekierowali tam znaczną część eksportu z rynków zachodnich. W ubiegłym roku, jak wskazuje analiza OSW z marca br., Chiny były odbiorcą ok. 45 proc.  eksportu rosyjskiej ropy naftowej i 40 proc. węgla.

Analitycy amerykańskiego Center for Strategic and International Studies (CSIS) zwracają uwagę, że wsparcie Pekinu ma przede wszystkim umożliwić Rosji prowadzenie długotrwałej wojny i ograniczyć skutki zachodnich sankcji, a nie przybiera formy bezpośrednich dostaw uzbrojenia. Chiny koncentrują się przede wszystkim na eksporcie technologii, komponentów przemysłowych i produktów podwójnego zastosowania.

W maju Reuters, powołując się na dokumenty oraz źródła w europejskich służbach wywiadowczych, poinformował, że na podstawie podpisanej w 2025 roku umowy około 200 rosyjskich żołnierzy miało zostać przeszkolonych w chińskich ośrodkach wojskowych, m.in. z wykorzystania dronów i prowadzenia działań z użyciem nowych technologii. W czerwcu br. wysoka przedstawicielka Unii Europejskiej do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa Kaja Kallas przekazała, że co najmniej trzy europejskie służby wywiadowcze dysponują dowodami potwierdzającymi szkolenie rosyjskich żołnierzy na terytorium Chin.

– Rosyjscy żołnierze szkolili się m.in. w zakresie wojny dronowej na terenie Chin i później byli kierowani albo do Rosji, gdzie pełnili funkcję instruktorów i przekazywali pozyskaną tam wiedzę, albo część z nich była bezpośrednio kierowana na front na Ukrainie – mówi analityczka OSW.

Coraz częściej współpraca Pekinu z Moskwą przekłada się także na relacje Chin z państwami zachodnimi. Pokazała to reakcja na przyjęty pod koniec lipca 21. pakiet sankcji UE wobec Rosji, w którym objęto restrykcjami kolejne chińskie przedsiębiorstwa wspierające rosyjskie działania wojenne. Chiny niemal natychmiast wprowadziły ograniczenia wobec 14 europejskich podmiotów, zakazując im dostępu do chińskich produktów podwójnego zastosowania. Na liście znalazły się m.in. firmy z sektora obronnego i nowych technologii, w tym dwa podmioty z Polski – Politechnika Wrocławska i Vigo Photonics. Według analityków OSW szybka odpowiedź Pekinu miała pokazać, że kolejne sankcje wobec chińskich firm będą się wiązały z kosztami również dla europejskich przedsiębiorstw.

– Pekin uważa, że jest w stanie strategicznej rywalizacji z Zachodem i Rosja jest mu potrzebna do realizacji jego najważniejszego celu, czyli umacniania pozycji na arenie międzynarodowej. Jednocześnie widzimy to również w reakcji Chin na 21. pakiet sankcji Unii Europejskiej na Rosję, że są one gotowe podnosić cenę, jeżeli Zachód będzie chciał wywierać na nich dalej presję za to, że współpracują z Rosją – tłumaczy Paulina Uznańska.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/chiny-coraz-mocniej,p1307628065

Rośnie presja Chin na europejski przemysł. 14 unijnych podmiotów z nałożonymi ograniczeniami eksportowymi

0

Politechnika Wrocławska i firma VIGO Photonics znalazły się wśród 14 unijnych podmiotów ze strategicznych sektorów objętych chińskimi restrykcjami eksportowymi. To odpowiedź władz w Pekinie na nowy pakiet sankcji Unii Europejskiej wobec Rosji. Analitycy OSW wskazują, że jest to nie tylko sygnał świadczący o gotowości Chin do dalszego popierania rosyjskiej polityki, ale także o coraz większej asertywności wobec działań UE.

Reakcją Pekinu na 21. pakiet sankcji Unii Europejskiej przeciwko Rosji jest wpisanie 14 unijnych podmiotów na de facto listę sankcyjną Ministerstwa Handlu Chińskiej Republiki Ludowej. To oznacza, że natychmiast, od momentu wprowadzenia kontrsankcji przez Chiny zabrania się eksportowania produktów podwójnego zastosowania zarówno przez podmioty chińskie, jak i podmioty zagraniczne korzystające z chińskich półproduktów, komponentów i technologii do przedsiębiorstw wpisanych na tę listę – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Paulina Uznańska, analityczka z Zespołu Chińskiego w Ośrodku Studiów Wschodnich.

W 21. pakiecie sankcji wobec Rosji, który został przyjęty 23 lipca, Unia Europejska objęła restrykcjami 14 podmiotów chińskich i hongkońskich za wspieranie rosyjskiej machiny wojennej. Po raz pierwszy Chiny odpowiedziały bezpośrednio na decyzję UE, stosując zasadę oko za oko, ząb za ząb, i zrobiły to już następnego dnia. Wcześniej, jak wskazuje ekspertka OSW, odpowiedź Pekinu ograniczała się jedynie do sektora bankowego albo do „karania” niektórych przedsiębiorstw Unii, które miały rzekomo brać udział w dostarczaniu broni Tajwanowi.

Chiny uderzają w takie unijne podmioty, które pochodzą ze strategicznych sektorów mających bardzo duże znaczenie dla modernizacji sił zbrojnych państw NATO. Chodzi tutaj o sektor zbrojeniowy, fotoniki, półprzewodników i technologii morskich. Chińczycy bardzo precyzyjnie wybierają przedsiębiorstwa i uderzają w nie po to, żeby ograniczać zdolność do wzmacniania wschodniej flanki NATO – wyjaśnia Paulina Uznańska.

Na liście resortu handlu ChRL znalazły się m.in. przedsiębiorstwa niemieckie, czeskie, włoskie, francuskie, litewskie, holenderskie i bułgarskie. Są wśród nich także dwa podmioty z Polski – firma VIGO Photonics i Politechnika Wrocławska.

Chociaż nie mamy oficjalnego uzasadnienia strony chińskiej, dlaczego wybrano akurat te dwa podmioty, to widzimy, że wybrano instytucje, które są ważne dla sektora obronności. Politechnika Wrocławska to jedyna uczelnia wyższa na tej liście; placówka ta – m.in. z funduszy unijnych – prowadzi badania nad technologiami dronowymi, nad zastosowaniem sztucznej inteligencji na polu walki, ale jednocześnie współpracuje też w ramach innych grantów badawczych z uniwersytetami chińskimi. Z drugiej strony VIGO Photonics to jest strategicznie ważna spółka w zakresie detektorów podczerwieni, która ma duże znaczenie na europejskim rynku obronności – mówi analityczka.

Jak ocenia, jeśli UE będzie wywierać na Pekin presję w związku z jego wsparciem dla Rosji, można się spodziewać dalszego rozszerzania „czarnej listy”.

– Na razie mamy do czynienia z licencjonowaniem, czyli za każdym razem, kiedy chiński eksporter chce sprzedać produkty dual-use czy metale ziem rzadkich, to musi się ubiegać o licencję do Ministerstwa Handlu Chińskiej Republiki Ludowej. Natomiast Chińczycy w swoim wachlarzu ograniczeń eksportowych mają bardzo dużo instrumentów i jest możliwe, że w przyszłości mogą nałożyć zupełny zakaz sprzedaży takich produktów – wskazuje Paulina Uznańska. – Zawsze pozostaje pytanie o to, na ile będą w stanie ten zakaz egzekwować, bo to są niesamowicie skomplikowane układy łańcuchów dostaw, w których nie jest to proste do śledzenia, jednak widzimy, że Chińczycy zdecydowanie idą w tym kierunku.

Mogą o tym świadczyć już ubiegłoroczne decyzje Pekinu w sprawie restrykcji eksportowych na metale ziem rzadkich i produkty z nich wytwarzane. W odpowiedzi na podwyższanie ceł przez administrację Donalda Trumpa w kwietniu 2025 roku Chiny wprowadziły licencje eksportowe na siedem ciężkich metali z tej grupy, m.in. terb, dysproz i samar, które są niezbędne do produkcji m.in. magnesów i elektroniki wojskowej. W październiku 2025 roku rozszerzyły kontrole, obejmując nimi kolejne metale ziem rzadkich czy technologie ich przetwarzania. Część z tych zmian zawieszono do listopada 2026 roku.

– To jest o tyle ważne, że cały świat zależy od metali ziem rzadkich rafinowanych i wydobywanych w Chinach. Mniej więcej 70 proc. ich wydobycia ma miejsce na terenie tego kraju, a w przypadku rafinacji ponad 90 proc. – wskazuje ekspertka Zespołu Chińskiego OSW. – Chiny już w zeszłym roku pokazały, że nie będą się zgadzały na to, żeby ich metale ziem rzadkich były wykorzystywane za granicą do rozwoju sektora obronności. I teraz widzimy ich kolejny krok w tym samym kierunku, czyli najpierw metale ziem rzadkich, teraz przedsiębiorstwa z zakresu dual-use, Chiny po prostu krok po kroku starają się odcinać Zachód od swoich półproduktów, materiałów, komponentów, żeby spowalniać obronność i modernizację państw NATO.

W 2024 roku Chiny wydobywały sześciokrotnie więcej metali ziem rzadkich niż drugie w zestawieniu Stany Zjednoczone. Silna zależność Unii Europejskiej od importu tych surowców z Państwa Środka stała się narzędziem nacisku w rękach władz w Pekinie. Komisja Europejska już zapowiedziała inicjatywy na rzecz zmniejszania tej zależności. Jedną z nich jest przyjęcie rozporządzenia w sprawie surowców krytycznych, które mocno podkreśla potrzebę dywersyfikacji dostaw. Do 2030 roku UE powinna przestać sprowadzać więcej niż 65 proc. rocznego zapotrzebowania na którykolwiek z pierwiastków z jednego kraju trzeciego. Dodatkowo 25 proc. rocznego zużycia powinno pochodzić z recyklingu, a nie z wydobycia.

– My jako Europa szykujemy się na wojnę obronną z Rosją, a jednocześnie uzależniamy się od Chin, które są najlepszym przyjacielem Federacji Rosyjskiej. Problem polega na tym, że w razie konfliktu Chiny z łatwością mogłyby odciąć europejskie firmy od dostępu do strategicznie ważnych dla nich komponentów czy produktów. Dlatego bardzo ważne jest, żeby te firmy wykonały benedyktyńską pracę prześledzenia swoich łańcuchów dostaw, sprawdzenia, z kim dokładnie współpracują, i starały się nie pozyskiwać produktów tylko z jednego źródła – mówi Paulina Uznańska.

Jak ocenia w swojej analizie ekspertka, decyzja Chin sygnalizuje gotowość do dalszego wspierania Rosji w wojnie przeciw Ukrainie. Może też być odczytywana jako rosnąca asertywność Pekinu, zwłaszcza w kontekście zaplanowanego na jesień przyjęcia nowych instrumentów ochrony wspólnego rynku.

Chińczycy będą się starali wywierać presję, żeby Unia nie wprowadzała dodatkowych mechanizmów ochrony własnego rynku. To, z czym obecnie mamy do czynienia w dwustronnych relacjach, to jest ogromna presja przemysłu chińskiego na przemysł unijny. Właściwie przemysł unijny jest obecnie pożerany przez przemysł chiński. Unia obecnie planuje pokazanie nowych instrumentów ochrony wspólnego rynku: to mogą być cła i inne bardzo szeroko zakrojone narzędzia, które miałyby ten jednolity rynek chronić. Ten krok Chin pokazuje, że będą gotowi agresywnie odpowiadać na takie działania Unii Europejskiej – mówi Paulina Uznańska.

W lipcowym raporcie przygotowanym przez Ośrodek Studiów Wschodnich oraz Związek Przedsiębiorców i Pracodawców (ZPP) analitycy ostrzegają przed skutkami nowej fali chińskiej ekspansji gospodarczej, określanej jako „chiński szok 2.0”. Uderza ona bezpośrednio m.in. w przemysł motoryzacyjny, maszynowy, chemiczny oraz zielonych technologii. Oszacowano, że unijna gospodarka w 2025 roku utraciła z tego powodu 87 mld euro wartości dodanej, a Polska – 11,4 mld euro. Presja ze strony Chin jest widoczna zarówno na rynku unijnym, jak i na rynkach zagranicznych, gdzie europejskie produkty konkurują z tymi „made in China”. Eksperci wskazują na kilka obszarów, które wymagają pilnej zmiany. Obok uzależnienia od importu metali ziem rzadkich jest to równie duże uzależnienie od azjatyckiej produkcji substancji czynnych i składników antybiotyków oraz od dostaw ogniw do instalacji fotowoltaicznych. Autorzy raportu i cytowani w nim przedsiębiorcy podkreślają potrzebę wprowadzenia selektywnego protekcjonizmu, ale też aktywniejszej polityki przemysłowej, ochrony strategicznych łańcuchów dostaw, rozwoju własnych marek oraz premiowania europejskiej wartości dodanej w zamówieniach publicznych.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rosnie-presja-chin-na,p1640287010

Firmy przygotowują się do nowych wymogów cyberbezpieczeństwa. Brak schematu certyfikacji oraz weryfikacja dostawców wśród najważniejszych wyzwań

0

Po wejściu w życie ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa (KSC) podmioty kluczowe i ważne przygotowują się do nowych obowiązków. Mają na to czas do 3 kwietnia 2027 roku, ale przedstawiciele Orange Polska wskazują, że szczególnie weryfikacja dostawców usług i sprzętu może wymagać dodatkowego czasu. Postulują także wprowadzenie systemu certyfikacji na wzór ISO, który ułatwiałby organizacjom ocenę zgodności z nowymi przepisami, a także rozszerzenie weryfikacji pracowników zajmujących się cyberbezpieczeństwem.

– Ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa to regulacja, która stawia przed podmiotami wiele wyzwań, szczególnie przed podmiotami infrastruktury krytycznej, takimi jak Orange Polska. Możemy mówić zarówno o kwestii zgodności wdrożenia ustawy z wymogami ustawodawcy, o aspektach formalno-praktycznych, jak np. zakres weryfikacji kandydatów do pracy przy systemie zarządzania bezpieczeństwem informacji,  jak i o tym, jak dalece powinniśmy sprawdzać dostawców i w jakim czasie powinniśmy to zrobić. Ustawa nakłada różnorakie obowiązki, a ich realizacja to proces trudny i wymaga przeorganizowania wielu obszarów, żeby mogło to zadziałać – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Sławomir Chmielewski, dyrektor bezpieczeństwa i compliance w Orange Polska. – To są nowe rzeczy i bardzo istotne jest, żeby były wdrożone prawidłowo, ale też żeby organizacja podołała, bo obciążenie jest duże.

Nowelizacja ustawy o KSC, która wdraża do polskiego prawa unijną dyrektywę NIS 2, weszła w życie 3 kwietnia br. Nowe przepisy nakładają na podmioty kluczowe i ważne obowiązki w zakresie stosowania odpowiednich środków technicznych, operacyjnych i organizacyjnych w celu zapewnienia bezpieczeństwa sieci i systemów teleinformatycznych. Od 13 kwietnia do 6 maja br. minister cyfryzacji wprowadził do wykazu podmiotów kluczowych i podmiotów ważnych KSC z urzędu dotychczasowych operatorów usług kluczowych, dostawców usług zaufania, przedsiębiorców telekomunikacyjnych i podmioty publiczne. Podmioty, które nie zostały objęte wpisem z urzędu, muszą go dokonać samodzielnie do 3 października br. 

– Ustawa jest bardzo obszernym dokumentem i reguluje wiele obszarów. Z naszego punktu widzenia certyfikacja na wzór ISO jest więc bardzo dobrym pomysłem. Byłaby dla nas istotną wskazówką, dzięki której wiedzielibyśmy, jak poszczególne punkty czy rozdziały ustawy należy adresować w dużej korporacji. Tego typu certyfikat – odpowiednio sprawdzony i zaudytowany – dawałby gwarancję dla naszych partnerów i klientów co do tego, że jesteśmy zgodni z przepisami prawa – podkreśla dyrektor bezpieczeństwa i compliance w Orange Polska.

Ministerstwo Cyfryzacji przygotowało projekt zestawienia norm i standardów, których stosowanie będzie wspierać realizację nowych obowiązków, w szczególności dotyczących obowiązków związanych z Systemem Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji (SZBI). Ma ono ułatwić podmiotom identyfikację standardów dotyczących poszczególnych obszarów funkcjonowania systemu, w tym m.in. bezpieczeństwa systemów, zarządzania ryzykiem, ciągłości działania czy też łańcucha dostaw. Ma to być jednak zestawienie o charakterze pomocniczym i informacyjnym, a nie źródło obowiązującego prawa.  

Do 3 kwietnia 2027 roku podmioty kluczowe i ważne muszą wdrożyć obowiązki wynikające z nowych przepisów. Chodzi przede wszystkim o przygotowanie i wdrożenie SZBI, zgłaszanie incydentów do zespołów CSIRT, zarządzanie incydentami oraz wyznaczanie osób odpowiedzialnych za utrzymywanie kontaktów z podmiotami KSC.

– W aspekcie weryfikacji łańcucha dostaw, czyli tego, od kogo zamawiamy poszczególne komponenty usług lub sprzętu, konieczne jest wydłużenie terminu vacatio legis o 12 miesięcy. To dałoby nam większe prawdopodobieństwo dobrego sprawdzenia dostawców – postuluje Sławomir Chmielewski.

Kolejny postulat dotyczy obowiązku weryfikacji personelu, który będzie wykonywał zadania związane z cyberbezpieczeństwem, pod kątem niekaralności za przestępstwa przeciwko ochronie informacji. Na to również podmioty objęte ustawą mają czas do 3 kwietnia 2027 roku.

– Ważnym elementem jest to, jak weryfikujemy pracowników, którzy będą pracować przy systemie zarządzania bezpieczeństwem informacji lub rozpatrywać incydenty bezpieczeństwa informacji – uważa ekspert. – Ustawa zrobiła pierwszy krok, ale naszym zdaniem powinno to być sformułowane szerzej.

W świetle ustawy zadań związanych z cyberbezpieczeństwem nie mogą wykonywać osoby skazane za przestępstwa przeciwko ochronie informacji, w tym takich jak ujawnienie informacji niejawnych lub służbowych, nielegalne uzyskanie informacji, ich niszczenie czy też zakłócanie sieci i systemów.

– Uważamy, że kandydat powinien być weryfikowany również pod kątem przestępstw takich jak terroryzm albo szpiegostwo, ponieważ dostęp do informacji automatycznie może kusić do tego typu działań – zaznacza dyrektor bezpieczeństwa i compliance w Orange Polska. – Kolejnym elementem jest to, aby kandydat mógł być sprawdzany pod kątem konfliktu interesów, czy nie jest powiązany z podmiotami czy państwami, z którymi nie chcielibyśmy, żeby był powiązany. Ważne jest też badanie jego rezydentury cyfrowej. Kandydat może mówić o tym, że pracuje z danego kraju, tymczasem wiemy, że cyfrowo można to zorganizować tak, że pracuje z innego.

Zdaniem eksperta taka weryfikacja nie powinna być jednorazowa, ale cykliczna, przeprowadzana przykładowo co dwa lata. Jak podkreśla, ten postulat pojawiał się w trakcie dyskusji na konferencji Urzędu Ochrony Danych Osobowych na temat nowych przepisów NIS 2 i KSC.

Padały też postulaty na temat uproszczenia współpracy pomiędzy organami państwowymi a podmiotami prywatnymi, jeśli chodzi o zgłaszanie incydentów bezpieczeństwa i wiele innych. Mam nadzieję, że przekuje się to również w konkretny legislacyjny materiał – mówi Sławomir Chmielewski.

Ustawa zakłada, że do 3 kwietnia 2028 roku podmioty kluczowe, które nie były wcześniej operatorami usług kluczowych, mają obowiązek przeprowadzić pierwszy zewnętrzny audyt bezpieczeństwa swojego systemu informacyjnego. Takie audyty muszą być powtarzane co najmniej raz na trzy lata, a raporty z ich przebiegu – trafiać do odpowiednich organów. Od 3 kwietnia 2028 roku organy właściwe do spraw cyberbezpieczeństwa (dla telekomunikacji jest to UKE) będą mogły nakładać kary pieniężne za nieprzestrzeganie obowiązków.

– Świadomość firm na temat obowiązków wynikających z ustawy jest bardzo różna. W dużej mierze zależy to od tego, czy firma miała wcześniej do czynienia z infrastrukturą krytyczną, czy jest podmiotem infrastruktury krytycznej, i od tego, jaka jest jej dojrzałość. Niezależnie od świadomości i poziomu dojrzałości tak duża zmiana legislacyjna i jej wdrożenie wymagają czasu. Domyślam się, że firmy, dla których jest to novum, potrzebują jeszcze więcej czasu – uważa dyrektor bezpieczeństwa i compliance w Orange Polska.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/firmy-przygotowuja-sie,p518410038

Polscy producenci owoców zwiększają sprzedaż. Konkurencyjność sadowników zależy teraz od kosztów i ochrony upraw

0

Polska utrzymuje czołową pozycję w Unii Europejskiej w produkcji owoców jagodowych i jabłek, a krajowi producenci z powodzeniem zwiększają eksport. Utrzymanie konkurencyjności na rynku krajowym i za granicą będzie jednak zależeć od inwestycji w automatyzację produkcji, ograniczanie kosztów oraz ochronę plantacji przed skutkami coraz częstszych anomalii pogodowych.

 Miliony ton owoców, które produkują nasi sadownicy, trafiają zarówno na stoły w Polsce, jak i na rynki zagraniczne. Zajmujemy czołowe miejsca, jeśli chodzi o produkcję jabłek i owoców miękkich. Podobnie jak w przypadku całej żywności i produktów rolno-spożywczych, 75 proc. naszych produktów trafia na rynek europejski, pozostałe do krajów trzecich – mówi agencji Newseria Stefan Krajewski, minister rolnictwa i rozwoju wsi.

Według danych GUS w 2025 roku produkcja owoców z krzewów owocowych i plantacji jagodowych wyniosła 489,7 tys. t i była o 1,7 proc. wyższa niż rok wcześniej. Zbiory malin wzrosły do 79,1 tys. t (+2,9 proc.), porzeczek do 112,3 tys. t (+12 proc.), a borówki wysokiej do 64,7 tys. t (+4,3 proc.). Mniejsze były natomiast zbiory truskawek, które wyniosły 150,6 tys. t (-5 proc.), aronii (-5,3 proc.) i agrestu (-9,6 proc.). Polska jest największym producentem malin, porzeczek i wiśni w Unii Europejskiej oraz drugim producentem truskawek. Całkowite zbiory owoców osiągnęły 4,72 mln t, w tym 3,82 mln t jabłek.

Polska systematycznie zwiększa sprzedaż żywności za granicę. Według danych KOWR w 2025 roku wartość eksportu produktów rolno-spożywczych osiągnęła rekordowe 58,4 mld euro i była o 8,6 proc. wyższa niż rok wcześniej. Produkty te odpowiadają już za ok. 16 proc. całego polskiego eksportu.

– Od lat budujemy naszą pozycję, stąd udział naszych firm, przetwórni i producentów w różnego rodzaju targach, w misjach handlowych, żeby otwierać kolejne rynki zagraniczne. To też duże wyzwanie dla naszych służb, które muszą uzgadniać warunki eksportu naszych produktów – mówi Stefan Krajewski.

Przykładem są targi Summer Fancy Food Show, które odbyły się pod koniec czerwca br. w Nowym Jorku. Jak informuje resort rolnictwa, Stany Zjednoczone są jednym z najważniejszych odbiorców polskiej żywności poza Unią Europejską. W czerwcu odbyła się także misja przedstawicieli ministerstwa i przedsiębiorców sektora zbożowego i młynarskiego do Egiptu, podczas której rozmawiano o warunkach dostępu do rynku egipskiego również dla innych towarów rolno-spożywczych z Polski. W ubiegłym roku eksport tej kategorii do Egiptu osiągnął wartość 104 mln euro, a eksportowano głównie jabłka, gruszki i świeże pigwy (ok. 40 proc. wartości eksportu).

Jak podkreślił podczas konferencji w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi Mirosław Maliszewski, przewodniczący Związku Sadowników RP, przewagą polskich producentów – zarówno na rynku krajowym, jak i zagranicznym – ma być jakość. Z badania CBOS z 2025 roku wynika, że dla 55 proc. Polaków jest ona najważniejszym kryterium przy zakupie żywności. Dla 21 proc. kluczowe znaczenie ma polskie pochodzenie produktów, a dla 17 proc. – cena. Jednocześnie 79 proc. respondentów deklaruje, że stara się kupować przede wszystkim żywność wyprodukowaną w Polsce. W przypadku świeżych owoców i warzyw konsumenci mogą łatwo sprawdzić ich pochodzenie, ponieważ zgodnie z obowiązującymi przepisami sprzedawcy mają obowiązek podawania kraju pochodzenia oferowanych produktów.

– Korzystamy z programu informacyjnego „Produkt polski”. Producenci chętnie znakują nim swoje wyroby, co wyróżnia je spośród innych. Obowiązują też przepisy dotyczące oznaczania kraju pochodzenia owoców, dzięki czemu konsumenci wiedzą, które owoce są z Polski, a które z innych krajów i kontynentów – mówi minister rolnictwa.