GUS chce policzyć udział krajowych firm w wielkich inwestycjach. Pilotaż rusza w czerwcu w energetyce

0

Local content, czyli udział krajowych firm, pracy i kosztów w dużych inwestycjach, ma w Polsce przestać być wyłącznie politycznym hasłem. Główny Urząd Statystyczny pracuje nad metodyką, która pozwoli mierzyć, jaka część wartości strategicznych projektów rzeczywiście zostaje w krajowej gospodarce.

 Od kilku miesięcy pracujemy nad metodyką pomiaru local content – mówi agencji informacyjnej Newseria Marek Cierpiał-Wolan, prezes Głównego Urzędu Statystycznego. – Wypracowanie efektywnej metodyki pomiaru nie jest łatwe, dlatego że musimy połączyć dwa aspekty. Jeden aspekt związany jest z klasyczną sprawozdawczością, czyli będziemy pytać zarówno zamawiającego, jak i wykonawcy i podwykonawców o pewne koszty i ponoszone wydatki związane z inwestycją: na wynagrodzenia, towary, materiały i usługi. Planujemy także wykorzystać na przykład dane z JPK, z eFaktur, jeśli ten system już wejdzie w sposób efektywny do polskiej gospodarki, żeby zapewnić precyzję informacji.

Krajowy System e-Faktur właśnie przechodzi etapowe wdrażanie: od 1 kwietnia 2026 roku obejmuje przedsiębiorców, których sprzedaż w 2024 roku nie przekroczyła 200 mln zł, a najmniejsi podatnicy o bardzo niskiej miesięcznej sprzedaży mają wejść do systemu od 1 stycznia 2027 roku. To oznacza, że administracyjne źródła danych mogą w kolejnych kwartałach stać się dla statystyki publicznej realnym wsparciem przy precyzyjniejszym badaniu local content.

Problem polega jednak na tym, że w Europie nie ma prostego, gotowego wzorca. GUS zaczął od przeglądu rozwiązań stosowanych za granicą, ale szybko się okazało, że przeniesienie ich na grunt unijny nie jest łatwe.

W Unii Europejskiej zamówienia publiczne opierają się na zasadach równego traktowania, przejrzystości i niedyskryminacji wykonawców. Dyrektywy unijne obejmują zarówno klasyczne zamówienia publiczne, jak i zamówienia w sektorach takich jak energetyka. Oznacza to, że państwo nie może po prostu wpisać do przetargu prostego wymogu „kupuj krajowe”, tak jak się to robi w części systemu amerykańskiego.

– Zaczynamy od energetyki. Jest to sektor wybrany przez Ministerstwo Aktywów Państwowych ze względu na to, że jest ważny, strategiczny, ale także ze względu na to, że firmy, które są zainteresowane i zostały zaproszone przez ministerstwo, Agencję Rozwoju Przemysłu i GUS do konsultacji tej metodyki pomiaru, pochodzą z sektora energetycznego – wyjaśnia Marek Cierpiał-Wolan.

Wybór energetyki ma też mocne uzasadnienie gospodarcze. Rząd w dokumentach strategicznych wprost wskazuje sektor energii jako dźwignię rozwoju gospodarki i obszar wykorzystania krajowego potencjału technologicznego, przemysłowego i kadrowego.

 W ciągu 30 dni zamawiający będzie miał obowiązek przesłać informacje na temat wybranych podwykonawców. Wykonawca i podwykonawcy na poszczególnych poziomach też będą musieli przesyłać sprawozdania do GUS-u odpowiednio 30 dni po uzyskaniu informacji od wyższego podwykonawcy. Chcemy w czerwcu uruchomić pilotaż, jak najszybciej go skończyć oraz przygotować systemy metodologiczne i informatyczne do tego, żeby można już było zacząć produkcję – mówi prezes GUS.

Local content to istotny aspekt w projekcie budowy pierwszej polskiej elektrowni jądrowej. Jak niedawno informował Marek Woszczyk, prezes spółki Polskie Elektrownie Jądrowe, z krajowymi firmami zawarto już ponad 400 kontraktów na szacowaną łączną wartość ponad 1 mld zł. Wiele z nich to przedsiębiorstwa z Pomorza, gdzie powstanie elektrownia. Zdaniem prezesa udział local contentu przy budowie pierwszej instalacji jądrowej w Polsce może wynieść nawet 50 proc.

Rządowa zasada „Local First” jest wdrażana także w projekcie offshore. Jak wyjaśniają eksperci Baker Tilly TPA oraz CEE Energy w raporcie „Wpływ ekonomiczny budowy morskich farm wiatrowych w Polsce”, local content – dziś wynoszący ok. 20 proc. – wzrośnie docelowo do około 40 proc. wraz z budową krajowych kompetencji, rozwojem łańcuchów dostaw oraz rozbudową niezbędnej infrastruktury przemysłowej. Około 500 polskich przedsiębiorstw posiada dziś potencjał produkcyjny i usługowy dla tego sektora. Autorzy raportu podkreślają, że zasada wiodąca jest jasna: środki publiczne inwestowane w infrastrukturę energetyczną powinny wzmacniać potencjał krajowy, budować zrównoważone łańcuchy dostaw i przyczyniać się do długoterminowej konkurencyjności, a nie wypływać z kraju bez wygenerowania wartości dodanej dla polskiej gospodarki. W celu wdrożenia tego podejścia w MAP powstał międzyresortowy Zespół ds. local content.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/gus-chce-policzyc-udzial,p945084487

Wojsko rozwija systemy sztucznej inteligencji do wsparcia dowodzenia i cyberobrony. Ważna współpraca z przemysłem i nauką

0

Sztuczna inteligencja coraz mocniej wchodzi do polskiej armii – od analizy danych wywiadowczych po obronę przed cyberatakami. Działające od roku centrum wdrożeniowe ma już za sobą pierwsze projekty łączące kompetencje wojska, nauki i przemysłu. Współpraca tych trzech obszarów jest kluczowa, by budować własne kompetencje technologiczne.

– Centrum Implementacji Sztucznej Inteligencji rozpoczęło swoją działalność w zeszłym roku. Od tego czasu rozpoczęliśmy współpracę w ramach hubu technologicznego z przemysłem, nauką i wojskiem. Naszą ambicją jest to, żeby te trzy podmioty łączyć i zwiększać zdolności związane z wdrażaniem sztucznej inteligencji w siłach zbrojnych. W tym zakresie mocno współpracujemy z dostawcami sprzętu i platform dla wojska, aby rozszerzać te nowoczesne platformy wojskowe o elementy sztucznej inteligencji – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria płk Piotr Turek, szef Centrum Implementacji Sztucznej Inteligencji Dowództwa Komponentu Wojsk Obrony Cyberprzestrzeni w Ministerstwie Obrony Narodowej.

Funkcjonujące od roku Centrum Implementacji Sztucznej Inteligencji odpowiada za rozwój i wdrażanie rozwiązań AI w kluczowych obszarach działania Sił Zbrojnych RP, w tym w analizie danych wywiadowczych i rozpoznawczych, wsparciu dowodzenia oraz cyberbezpieczeństwie. Projekty rozwijane w ramach centrum mają charakter wdrożeniowy i są testowane w warunkach zbliżonych do operacyjnych. Ich celem jest szybkie przejście od etapu badań do praktycznego zastosowania w siłach zbrojnych, przy ścisłej współpracy z instytutami badawczymi i partnerami przemysłowymi.

– Zrealizowaliśmy pierwsze projekty pilotażowe z polską nauką, w szczególności z instytutami badawczymi, np. Instytutem Badawczym IDEAS. Udało nam się wspólnie zrealizować pięć projektów. Jeden z nich dotyczył budowania świadomości sytuacyjnej na polu walki, a cztery pozostałe dotyczyły obszaru wzmacniania cyberbezpieczeństwa z wykorzystaniem sztucznej inteligencji. Mocno współpracujemy też z naszymi partnerami i sojusznikami NATO – wskazuje szef CISI DKWOC.

Rozwój projektów AI w wojsku wpisuje się w szerszy trend zacieśniania współpracy między sektorem cywilnym a obronnym. W Polsce powstają elementy tego ekosystemu, w tym akcelerator NATO DIANA w Krakowie, który łączy naukę, start-upy i wojsko w rozwijaniu technologii o podwójnym zastosowaniu – zarówno dla bezpieczeństwa, jak i gospodarki.

Rozwiązania rozwijane w tym modelu znajdują zastosowanie bezpośrednio w działaniach operacyjnych. Na współczesnym polu walki kluczowe znaczenie ma szybkie łączenie i analiza danych z wielu źródeł, w tym systemów rozpoznania i sensorów. Rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji pozwalają przekształcać te informacje w spójny obraz sytuacji operacyjnej i wspierać proces podejmowania decyzji.

– Stworzyliśmy Inkubator Projektów AI, gdzie nasi inżynierowie budują pewne rozwiązania od podstaw. Naszym celem jest zbudowanie również w zakresie sztucznej inteligencji autonomii technologicznej, żeby w newralgicznych obszarach, gdzie mówimy o wsparciu dowodzenia, nasze wojska były autonomiczne, żeby były w stanie wykorzystywać technologie, które daje zarówno polski przemysł, polska nauka, jak i te elementy, które wytworzyliśmy w naszych zespołach DKWOC – mówi płk Piotr Turek.

Rozwój własnych rozwiązań technologicznych ma ograniczać zależność od zewnętrznych dostawców w kluczowych obszarach bezpieczeństwa. W systemach dowodzenia i cyberobrony oznacza to większą kontrolę nad danymi i algorytmami oraz szybsze dostosowywanie narzędzi do potrzeb operacyjnych.

– Obszar cyberbezpieczeństwa po roku 2016 po konferencji NATO został uznany za jedną z domen, kolejną po lądzie, powietrzu, morzu i kosmosie. Jak ważny jest to obszar oddziaływań operacyjnych, dowiedzieliśmy się m.in. w trakcie trwającej wojny Rosji z Ukrainą – podkreśla szef Centrum Implementacji Sztucznej Inteligencji.

Jak dodaje, od czasu rozpoczęcia pełnoskalowej inwazji liczba cyberataków na wojskowe sieci i systemy teleinformatyczne w Polsce wzrosła około pięciokrotnie. Coraz częściej ich celem stają się także infrastruktura krytyczna i systemy państwa, od których zależy funkcjonowanie gospodarki i administracji.

– Jako Siły Zbrojne RP odpowiadamy za sektor defence, natomiast współpracujemy również z innymi CSIRT-ami, które odpowiadają za zagrożenia w kierunku przemysłu, nauki i administracji państwowej. Ten połączony wysiłek sprawia, że pokrywamy w 100 proc. polską cyberprzestrzeń – przekonuje płk Piotr Turek. – Naszą odpowiedzią jest mitygacja tych zagrożeń w trybie 24/7. Nasi specjaliści w specjalnych zespołach ds. cyberbezpieczeństwa na bieżąco mitygują najważniejsze zagrożenia z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa. Co istotne, również do obrony naszej cyberprzestrzeni wykorzystujemy narzędzia z wykorzystaniem sztucznej inteligencji.

Również współpraca międzynarodowa odgrywa istotną rolę w budowaniu zdolności cyberobronnych. 12 stycznia br. DKWOC podpisało list intencyjny o partnerstwie z Dowództwem Sił Zbrojnych USA w Europie, który tworzy ramy współpracy w zakresie wzmacniania zdolności i koordynacji działań w cyberprzestrzeni oraz przygotowania do reagowania na coraz bardziej złożone zagrożenia cyfrowe. W ramach NATO realizowane są wspólne działania, ćwiczenia oraz wymiana doświadczeń i technologii, które wspierają reagowanie na zagrożenia o charakterze transgranicznym.

– Dowództwo Komponentów Wojsk Obrony Cyberprzestrzeni ma podpisane porozumienia między innymi z ośrodkami cyberdefence w Stanach Zjednoczonych. Prowadzimy wspólne działania, wymieniamy się doświadczeniami, technologią, również w krytycznych obszarach, w których może dojść do pewnej korelacji zdarzeń. Działamy tak, żeby z naszymi sojusznikami bronić natowskiej cyberprzestrzeni – podkreśla szef Centrum Implementacji Sztucznej Inteligencji Dowództwa Komponentu Wojsk Obrony Cyberprzestrzeni w MON.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/wojsko-rozwija-systemy,p13440525

Europejskim firmom brakuje globalnego podejścia. W Polsce produkty tworzone są najczęściej z myślą o rynku krajowym

0

Europejskie firmy mają potencjał, by budować globalne marki. Pokazują to przykłady mniejszych państw, np. skandynawskich i bałtyckich. W większych gospodarkach, takich jak Polska z 37 mln konsumentów, wciąż jednak dominuje model rozwoju oparty na rynku krajowym. Bez myślenia o globalnej ekspansji od początku działalności skalowanie biznesu może być poważnym wyzwaniem.

Globalizacja i postęp technologiczny otwierają przed firmami szanse na rynkach zagranicznych. Zdaniem ekspertów to jednak wymaga podejścia „born global”, czyli zakładania rozwoju międzynarodowego od początku działalności. Raporty gospodarcze wskazują, że w małych gospodarkach takie podejście jest bardziej powszechne, ponieważ krajowy rynek – kilku milionów mieszkańców – od początku może się dla firm wydawać zbyt wąski.

Europejskie przedsiębiorstwa potrafią być globalne. Jeżeli spojrzymy na to, jak funkcjonują Szwecja, Finlandia, Litwa, Łotwa – to są kraje, w których powstawały firmy o charakterze globalnym. Dlaczego? Ponieważ od samego początku wiedziały o tym, że ich własny rynek – 8 mln ludzi w Szwecji, 7 mln ludzi w Finlandii, 2 mln ludzi w Litwie – jest niewystarczający, żeby skomercjalizować produkt. W związku z tym od samego początku projekty powstawały globalnie. I tak mamy takie marki jak Ikea, Nordea, Bolt czy Skype, Nokia i Angry Birds. Te firmy powstały w naszym regionie i są markami absolutnie globalnymi – mówi agencji Newseria dr Maciej Kawecki, prezes Instytutu Lema, dyrektor Centrum Innowacji Uniwersytetu WSB Merito w Warszawie.

Z badania PayPala i Startup Hub Poland „Early-Stage Startup Index. Wyzwania w dobie transgraniczności”, przeprowadzonego w 2023 roku, wynika, że prawie połowa badanych start-upów na wczesnym rozwoju sprzedawała swoje produkty lub usługi w Polsce, a większość z nich planowała ekspansję międzynarodową po osiągnięciu silnej pozycji na lokalnym rynku. W przypadku start-upów założonych przez imigrantów ponad 70 proc. rozpoczynało działalność, od razu kierując swoją ofertę do zagranicznych klientów

– Żaden z wymienionych krajów nie miał obciążenia kraju średniej wielkości. Polska niestety takie obciążenie ma. 40 mln mieszkańców wystarczało na to, żeby się godnie skomercjalizować, w związku z tym firmy od samego początku nie tworzyły produktów globalnie – podkreśla dr Maciej Kawecki. – Trzeba tworzyć je globalnie, tworzyć strukturę, która się opiera na języku angielskim, a nie na języku polskim, strukturę, która od razu otwiera się na rynek amerykański. Na pewnym poziomie bez dotarcia do rynku amerykańskiego my w kręgu kultury zachodniej nie jesteśmy w stanie tworzyć firmy globalnej. Zatem najlepsza rada, jaką mogę dać, to myśleć globalnie od samego początku.

To wyzwanie ma szerszy – europejski – wymiar. Wiele firm ze Starego Kontynentu nie tylko uwzględnia USA w swojej globalnej strategii, ale też przenosi tam swoją działalność. Rynek amerykański jest dla nich szczególnie perspektywiczny ze względu na możliwości rozwoju i skalowania działalności. Do jego przewag należą m.in. mniej restrykcyjna legislacja, znacznie łatwiejszy dostęp do kapitału oraz nastawienie na rozwój innowacji. Widać to szczególnie w branży technologii cyfrowych.

– Europejskie firmy, szczególnie cyfrowe, potrzebują trzech elementów do wejścia i uzyskania mocnej pozycji na globalnym rynku. Po pierwsze, mądrych regulacji i reguł funkcjonowania, ale nie barier regulacyjnych. Po drugie, budowania silnych kompetencji cyfrowych przez całe społeczeństwo, żebyśmy mogli z jednej strony mówić, że mamy przedsiębiorców, którzy wiedzą, jak wykorzystać technologię do budowania nowych produktów i usług albo do zarządzania swoją firmą, ale też z drugiej musimy kształcić konsumentów, w jaki sposób efektywnie, bezpiecznie korzystać z usług cyfrowych – podkreśla Michał Kanownik, prezes Związku Cyfrowa Polska. – Trzeci element, nieodzowny w budowaniu biznesu, to pieniądze. Potrzebujemy bardzo jasnego, klarownego modelu wspierania innowacyjności poprzez stworzenie silnego, europejskiego funduszu inwestycyjnego.

Jak podkreśla, takie zmiany mogą wzmocnić pozycję europejskich firm w zestawieniu z amerykańskimi.

– Europa musi być partnerem na globalnym rynku technologicznym, a nie klientem jak dzisiaj. Stąd pracujmy nad tym, żebyśmy wspólnymi siłami zbudowali na tyle silną europejską gospodarkę, szczególnie cyfrową, żebyśmy mogli na równych warunkach być partnerem dla Stanów Zjednoczonych, Japonii, Korei Południowej w budowaniu nowych cyfrowych usług – mówi Michał Kanownik.

W tym tygodniu Związek Cyfrowa Polska przedstawił swoje rekomendacje do planowanego przez Komisję Europejską przeglądu regulacji cyfrowych (Digital Fitness Check). Zdaniem ekspertów związku powinna to być okazja do tego, by uprościć przepisy i stworzyć przyjaźniejsze warunki do rozwoju innowacji w UE. W ich ocenie obecny model regulacji cyfrowych staje się coraz bardziej skomplikowany. Kolejne akty prawne regulują podobne zakresy działalności technologicznej, co zwiększa koszty utrzymywania zgodności z przepisami, potęguje niepewność prawną i utrudnia rozwój nowych technologii w Europie.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/europejskim-firmom-brakuje,p1257368384

Potencjał eksportowy Polski wzrósł siedmiokrotnie od akcesji do UE. Korzyści ze wspólnego rynku mogą być jeszcze większe

0

Wartość eksportu towarów z Polski w 2025 roku wyniosła 366,2 mld euro, co oznacza wzrost o 3,7 proc. w stosunku do 2024 roku – wynika z danych GUS. To też kilkukrotnie więcej niż w 2004 roku, kiedy wstępowaliśmy do Unii Europejskiej. Blisko 75 proc. produktów wysyłamy do państw członkowskich, a ich swobodny przepływ umożliwia wspólny rynek. Zdaniem ekspertów stał się on trampoliną dla polskiego eksportu, na czym korzystają zarówno firmy, jak i konsumenci. Wciąż jednak napotyka on szereg wewnętrznych barier.

– Potencjał eksportowy polskich firm znacznie wzrósł od momentu wejścia na rynek europejski. Jeżeli mielibyśmy się odnosić do liczb, to był to wzrost siedmiokrotny w stosunku do 2003 roku, czyli ostatniego roku przed wejściem na rynek unijny. Trzeba sobie uświadomić, że to ponad 450 mln potencjalnych odbiorców naszych produktów. Tak jak USA i Chiny to jeden z największych rynków świata  mówi agencji Newseria Justyna Lipczyńska, kierownik Wydziału Europy Północnej z Departamentu Wsparcia Eksportu Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu (PAIH).

Łączna wartość polskiego eksportu produktów na koniec 2004 roku wyniosła 59,7 mld euro. Od stycznia do grudnia 2025 roku natomiast 366,2 mld euro. Naszym największym partnerem są Niemcy, które odpowiadają za ponad jedną czwartą krajowego eksportu, a następnie Czechy, Francja, Wielka Brytania i Holandia.

– Szczególnie silny wzrost po wejściu Polski do Unii Europejskiej był widoczny w trzech branżach: meblarskiej – gdzie nasz kraj stał się jednym z globalnych liderów eksportu, motoryzacyjnej – opartej głównie na produkcji komponentów i integracji z europejskimi łańcuchami dostaw – oraz w sektorze rolno-spożywczym, w tym przetwórstwie owocowo-warzywnym. Polska należy dziś do czołowych eksporterów drobiu i jabłek w Unii Europejskiej – podkreśla Justyna Lipczyńska.

Jak podaje Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa, w 2025 roku wartość sprzedaży towarów rolno-spożywczych za granicę osiągnęła rekordowy poziom 58,4 mld euro. To o 8,6 proc. więcej niż rok wcześniej. Łącznie ich wartość wyniosła 43,9 mld euro. Największymi odbiorcami były Niemcy (14,8 mld euro), Francja (4 mld euro) i Holandia (3,4 mld euro). 

Jak wynika z danych PFR, dla polskich eksporterów mebli kluczowe znaczenie ma rynek krajów Unii Europejskiej, który odpowiada za ok. 80 proc. polskiego eksportu mebli, w tym zwłaszcza rynek niemiecki (ok. 1/3 polskiego eksportu mebli).

Z danych AutomotiveSuppliers.pl wynika, że także w eksporcie przemysłu motoryzacyjnego prym wiodą Niemcy, dokąd w ciągu trzech kwartałów 2025 roku trafiły towary o wartości 11,3 mld euro, co stanowiło prawie 34 proc. całości. Następnymi rynkami zbytu są: Francja (7,5 proc.), Czechy (7,39 proc.) oraz Włochy (6,41 proc.).

Jednolity rynek unijny oznacza brak ceł, a także swobodny przepływ kapitału i osób. To są jednolite regulacje dla wszystkich krajów, które są częścią Unii Europejskiej. Polskie firmy zyskały na tym nie tylko wprost, poprzez łatwiejszy eksport swoich produktów, ale również poprzez wzrost konkurencyjności. Po pierwszym okresie, kiedy konkurowaliśmy głównie ceną, mając niższe koszty produkcji, zaczęliśmy konkurować również jakością. Dziś możemy się pochwalić eksportem produktów nawet w markach premium na rynki dojrzałe ekonomicznie jak Francja, Niemcy czy Skandynawia – podkreśla przedstawicielka PAIH.

Jednolity rynek europejski działa od 1993 roku. Umożliwia swobodny przepływ towarów, usług, osób i kapitału nie tylko między 27 państwami członkowskimi, ale również państwami EFTA (Norwegią, Islandią, Liechtensteinem i Szwajcarią) dzięki zawartym umowom.

– Bardzo często polskie firmy dopiero na etapie praktycznym orientują się, ile zyskują na tym, że Polska jest w Unii Europejskiej. Brexit pokazał, co Polska mogłaby stracić po wyjściu z UE, dlatego że brytyjskie firmy po brexicie przestały eksportować w takim stopniu jak wcześniej – zaznacza Justyna Lipczyńska.

Wielka Brytania opuściła unię celną i wewnętrzny rynek europejski 1 stycznia 2021 roku. W 2024 roku eksport towarów z Wielkiej Brytanii do Unii Europejskiej był o 18 proc. niższy niż w 2019 roku. 

– Polskie firmy mają możliwość zobaczenia na własne oczy, z czym się muszą borykać, w momencie kiedy nagle pojawiają się bariery celne, związane na przykład z przepisami fitosanitarnymi przy eksporcie produktów rolno-spożywczych, kiedy muszą wypełnić dodatkowe dokumenty. Oczywiście cła to również wzrost cen za konkretny produkt, więc konkurencyjność cenowa polskich produktów nie byłaby już tak dobra, gdybyśmy nie byli częścią Unii – uważa przedstawicielka PAIH.

Za sprawą powstania w 1968 roku unii celnej cła między państwami członkowskimi przestały istnieć. Dzięki temu firmy ponoszą niższe koszty, mogą łatwiej rozpoczynać działalność za granicą i mają dostęp do liczniejszej bazy klientów. Konsumenci zyskują większy wybór, lepsze ceny i wysokie standardy bezpieczeństwa produktów i usług.

Wspólny rynek pomaga nie tylko polskim eksporterom produktów czy usług, ale jest też bardzo dobry dla konsumentów w Polsce. Bardzo duży rynek oznacza większą konkurencję firm, a co za tym idzie – możliwość obniżania cen na konkretnych produktach – podkreśla Justyna Lipczyńska. – Konsumenci zyskali również dzięki temu, że Polska jako część Unii Europejskiej podlega regulacjom w zakresie certyfikacji jakościowych. To szczególnie widać przy żywności czy kosmetykach, ponieważ polskie produkty muszą spełniać te same normy, które spełniają produkty z krajów starej Unii. Dzięki wejściu do Wspólnoty produkty, które trafiają do polskich konsumentów, są zdrowsze, bardziej konkurencyjne cenowo, często też bezpieczniejsze.

Europejski Bank Centralny zwraca uwagę, że mimo istnienia jednolitego rynku handel wewnątrz UE nadal ograniczają bariery regulacyjne, których skutki są porównywalne do ceł. Ich ekwiwalent taryfowy szacowany jest na ok. 95 proc. w usługach i 67 proc. w handlu towarami.

Wspólny rynek unijny to również wspólne problemy, natomiast siłą instytucji unijnych jest to, że starają się te problemy rozwiązywać wspólnie, często słuchając głosu przedsiębiorców, potencjalnych eksporterów z różnych krajów. To, co jest w tej chwili ogromnym wyzwaniem, to niewprowadzanie wszystkich regulacji unijnych tak samo we wszystkich krajach należących do Unii. Powoduje to, że nie można swojej produkcji przygotować w taki sam sposób na wszystkie rynki unijne – podkreśla ekspertka.

EBC wśród źródeł barier zidentyfikował takie jak: różnice w krajowych regulacjach, uciążliwe procedury administracyjne, niespójne stosowanie przepisów Unii Europejskiej i ich nadmierne wdrażanie, a także krajowe praktyki protekcjonistyczne, które stawiają firmy zagraniczne w niekorzystnej sytuacji.

– Mimo braku barier, zwłaszcza w okresach recesji, poszczególne kraje starają się chronić lokalnych producentów. Jednym z największych wyzwań, które wzbudziło ogromną dyskusję, był Zielony Ład. Poza oczywistymi skutkami pozytywnymi dla środowiska i zrównoważonego rozwoju, również w zakresie zasobów ludzkich, okazał się on bardzo kosztowny, na co wiele polskich i unijnych firm, szczególnie małych i średnich, nie było i nadal nie jest przygotowanych – podsumowuje przedstawicielka PAIH.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/potencjal-eksportowy,p2022566559

Sztuczna inteligencja w rekrutacji pod lupą. Firmy będą musiały ujawnić użycie narzędzi AI i przeszkolić HR

0

Unijny AI Act wymusi na pracodawcach zmianę podejścia do sztucznej inteligencji w procesach HR. Narzędzia wykorzystujące AI do rekrutacji, selekcji kandydatów czy oceny pracowników zostały zakwalifikowane jako systemy wysokiego ryzyka. To oznacza dodatkowe obowiązki nie tylko dla dostawców takich rozwiązań, ale też dla firm, które je wdrażają – od nadzoru człowieka i monitorowania działania systemu po przygotowanie zespołów HR do odpowiedzialnego korzystania z algorytmów.

Z ubiegłorocznych danych serwisu eRecruiter wynika, że wykorzystanie przez firmy rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji w procesie rekrutacji wzrosło czterokrotnie od 2023 roku – do poziomu 25 proc. spośród prawie 500 badanych firm. Mimo tej dynamiki tylko 15 proc. z nich posiadało wewnętrzne wytyczne dotyczące etycznego wykorzystania technologii w rekrutacji, a 62 proc. nie podjęło jeszcze systemowych działań w tym zakresie.

Jak wynika z badania Polskiego Forum HR „HR Tech Changer 2025” przeprowadzonego na ponad 300 respondentach z branży, najczęściej narzędzia technologiczne są wykorzystywane do selekcji kandydatów, ich rekrutacji, oceny kompetencji, a także zarządzania bazą kandydatów.

–  Sztuczna inteligencja jest wykorzystywana w rekrutacji nie tylko do selekcji kandydatów, ale też na późniejszych etapach. Systemy są coraz częściej automatyzowane, niektóre zadania są powierzane technologiom, co usprawnia pracę działów HR i cały proces rekrutacji. W takich branżach jak chociażby przemysł, gospodarka magazynowa, gdzie na bieżąco trzeba uzupełniać potrzeby kadrowe, trudno sobie wyobrazić zarządzanie zasobami ludzkimi i procesem rekrutacji bez wykorzystania sztucznej inteligencji – mówi agencji Newseria Nadia Winiarska, ekspertka ds. zatrudnienia w Konfederacji Lewiatan. – Z perspektywy rynku pracy AI Act ma duże znaczenie, ponieważ wykorzystanie sztucznej inteligencji w systemach zarządzania zasobami ludzkimi, czyli systemach HR-owych, zostało uznane za systemy wysokiego ryzyka, co wymaga dodatkowych działań.

AI Act (rozporządzenie UE 2024/1689) to pierwszy w Unii Europejskiej kompleksowy zestaw zasad dla AI. Przepisy wchodzą w życie etapami: rozporządzenie zaczęło formalnie obowiązywać 1 sierpnia 2024 roku, ale kluczowe wymogi są rozłożone w czasie – m.in. od 2 lutego 2025 roku stosuje się zakazy wybranych praktyk i przepisy ogólne (w tym dotyczące „AI literacy”), od 2 sierpnia 2025 roku – część regulacji dotyczących modeli ogólnego przeznaczenia i ram nadzoru. Większość obowiązków (w tym dla systemów wysokiego ryzyka w HR) zacznie być stosowana od 2 sierpnia 2026 roku, a pełne „dociągnięcie” harmonogramu przewidziano rok później.

W załączniku III AI Act wskazano, że do kategorii wysokiego ryzyka należą m.in. systemy AI przeznaczone do rekrutacji lub selekcji osób, w tym do konstruowania ogłoszeń, analizowania i filtrowania aplikacji oraz oceny kandydatów. Jak podkreśla ekspertka, w praktyce oznacza to m.in. konieczność lepszego monitorowania procesu wdrożenia i eksploatacji: zarządzania systemem, monitorowania jego działania oraz informowania o tym, że narzędzie AI jest wykorzystywane – zwłaszcza wtedy, gdy wspiera selekcję kandydatów i kandydatek. Pracodawca korzystający z takiego narzędzia w miejscu pracy będzie mieć obowiązek poinformowania osób, których to dotyczy, zanim system zostanie uruchomiony lub użyty.

– Są tutaj też dodatkowe obowiązki dotyczące szkolenia personelu, który ma do czynienia z tymi systemami – podkreśla Nadia Winiarska.

AI Act akcentuje także jakość danych i ograniczanie uprzedzeń algorytmicznych: w przypadku systemów wysokiego ryzyka wymagane są praktyki zarządzania danymi (m.in. reprezentatywność zbiorów danych, wykrywanie i łagodzenie ryzyka stronniczości, tzw. biasu). To jeden z filarów regulacji w HR, gdzie ryzyko dyskryminacji jest szczególnie wrażliwe. Stronniczość może wynikać z natury algorytmów, które uczą się na istniejących już schematach, również takich, które mogą być krzywdzące. Jak wskazują eksperci eRecruiter, przykładowo, jeśli na danym stanowisku historycznie zatrudniano w większości mężczyzn, algorytm może domyślnie odrzucać kobiety, aby wpisać się w ten schemat.

– Sztuczna inteligencja w rekrutacji jest narzędziem wspierającym, natomiast jednocześnie warto pamiętać o tym, aby te nowe narzędzia wykorzystywać odpowiedzialnie, żeby AI nie powodowała zachowań niepożądanych, czyli na przykład dyskryminacji – wskazuje ekspertka Konfederacji Lewiatan. – Znane są przypadki, kiedy błędne algorytmy w procesie rekrutacji prowadziły właśnie do dyskryminacji, faworyzowania niektórych kandydatów lub kandydatek, których CV miały jakieś wspólne cechy.

Badanie Polskiego Forum HR wskazuje, że 29 proc. spośród 300 respondentów branży uważa, że błędy algorytmiczne i stronniczość AI są największym wyzwaniem w obszarze stosowania HR Tech. 19 proc. obawia się halucynacji AI.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/sztuczna-inteligencja-w,p1605415326

Cyberprzemoc coraz większym zagrożeniem dla dzieci. UE ogłosiła plan działania

0

Hejt, szantaż i nękanie w internecie coraz mocniej odbijają się na zdrowiu psychicznym dzieci i młodzieży, prowadząc do wzrostu liczby samookaleczeń i prób samobójczych. Z danych Policji wynika, że w 2025 roku nastąpił wzrost liczby samobójstw w tej grupie o niemal 27 proc. rok do roku. Komisja Europejska uruchamia plan działania przeciwko cyberprzemocy, zakładający m.in. stworzenie unijnej aplikacji wsparcia dla ofiar oraz większą odpowiedzialność platform internetowych za treści. Kluczowe jest uznanie cyberprzemocy za przestępstwo.

Nękanie, wszechobecny hejt, szantaż w internecie – to wszystko bardzo źle wpływa na zdrowie psychiczne dzieci i młodzieży. Stąd taki gwałtowny wzrost nie tylko samookaleczeń, ale niestety również samobójstw. Niewątpliwie potrzebna jest prewencja, uświadamianie i kampanie informacyjne, które dotrą nie tylko do dzieci, ale również do nauczycieli, którzy spędzają z dziećmi dużo czasu w szkole, oraz do rodziców – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Ewa Kopacz, wiceprzewodnicząca Parlamentu Europejskiego, koordynatorka PE ds. praw dziecka.

Z danych podawanych przez Komisję Europejską (na podstawie raportu Światowej Organizacji Zdrowia) wynika, że mniej więcej jedno na sześcioro dzieci w wieku 11–15 lat zgłasza, że padło ofiarą cyberprzemocy, a około jednego na osiem przyznaje się do cyberprzemocy wobec innych.

– Dzisiaj dzieci nie potrafią sobie same poradzić ze swoimi problemami, ale tylko 40 proc. z nich zwraca się o pomoc do rodziców, a 25 proc. do nauczycieli. Poraża mnie, że 11 proc. dzieci, z którymi przedstawiciele Komisji Europejskiej konsultowali nowe przepisy, przyznało, że nie mówi o tym nikomu, czyli w swoim nieszczęściu zostają zupełnie same – mówi Ewa Kopacz.

Raport Polskiego Towarzystwa Suicydologicznego, na podstawie danych Komendy Głównej Policji, podaje, że w grupie wiekowej poniżej 19 lat liczba zgonów w wyniku samobójstwa wzrosła ze 127 w 2024 roku do 161 w 2025 roku. To wzrost o niemal 27 proc., w dodatku nieoczekiwany, ponieważ przez poprzednie dwa lata (2023–2024) obserwowany był trend spadkowy.

Komisja Europejska poinformowała na początku lutego, że uruchamia unijny plan działania przeciwko cyberprzemocy, który ma na celu ochronę zdrowia psychicznego dzieci i nastolatków w internecie. Podstawą planu ma być wprowadzenie unijnej aplikacji, w której ofiary nękania w internecie będą mogły łatwo uzyskać pomoc. W ocenie KE niezbędna będzie też koordynacja krajowych strategii zwalczania szkodliwych zachowań w internecie oraz zapobieganie cyberprzemocy poprzez zachęcanie do lepszych i bezpieczniejszych praktyk cyfrowych.

– Platformy ponoszą szczególną odpowiedzialność za bezpieczeństwo dzieci w internecie. Tylko że one od tego umywają ręce i mówią: to nie jest nasza sprawa. Wolą się bogacić, nawet kosztem utraty zdrowia psychicznego dzieci, niż zająć się realnym naprawieniem tego, co jest w zasięgu ich ręki. Chociażby kwestią niebezpiecznych informacji, treści, które namawiają do przemocy, które sugerują, jak się okaleczyć, jak dokonać samobójstwa. Tego rodzaju niebezpieczne treści często nie są usuwane mimo zgłoszeń. Zdarza się, że pozostają dostępne nawet przez dwa–trzy miesiące, przez co tysiące dzieci mogą być wystawione na ich działanie – podkreśla wiceprzewodnicząca PE.

Z ubiegłorocznego badania Eurobarometru wynika, że ponad 90 proc. Europejczyków uważa, że działania na rzecz ochrony dzieci w internecie są sprawą pilną, zwłaszcza w odniesieniu do negatywnego wpływu mediów społecznościowych na zdrowie psychiczne (93 proc.), cyberprzemocy (92 proc.) oraz potrzeby skutecznych sposobów ograniczania dostępu do treści nieodpowiednich dla wieku (92 proc.).

– Na dorosłych, zarówno rodzicach, nauczycielach, jak i politykach, którzy tworzą prawo unijne czy krajowe, spoczywa obowiązek opieki nad dziećmi. Pamiętajmy, że prawa dziecka nie dotyczą dzieci tylko w życiu realnym, ale również w sieci. Dzisiaj dorośli muszą skonstruować prawo i przepisy, które będą proste, przejrzyste, ale też skuteczne. Oczywiście nie mogą działać w odosobnieniu, czyli zarówno prawo europejskie, jak i prawo krajowe muszą ze sobą współpracować – uważa Ewa Kopacz.

Narzędzia do walki z nielegalnymi treściami daje unijny akt o usługach cyfrowych. W Polsce ustawa wdrażająca te przepisy nadal jest procedowana po tym, gdy jej poprzednią wersję zawetował na początku stycznia prezydent Karol Nawrocki. Jak podaje Ministerstwo Cyfryzacji, nowe przepisy przewidywały mechanizm odwoływania się od decyzji platform internetowych dotyczących blokowania treści, a dzięki temu większą przejrzystość moderacji treści. Prezydent swoje weto argumentował tym, że założenia ustawy oddają kontrolę nad treściami w internecie urzędnikom podległym rządowi, a nie niezależnym sądom. W jego ocenie proponowane przepisy godziły w wolność słowa.

Mówimy „tak” dla ograniczania treści, które mają charakter przestępczy, takich jak pedofilia czy próby zabójstwa. Natomiast jesteśmy zdecydowanie przeciw ograniczaniu wolności słowa – deklaruje Piotr Müller, poseł do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości.

Jak podkreśla, kontrowersje wśród niektórych frakcji w PE budzi poszerzanie kompetencji Komisji Europejskiej i państw członkowskich w zakresie zwalczania treści uznanych za nielegalne lub za mowę nienawiści. Definicja takich treści rodzi bowiem pole do nadużyć.

– Kasowanie treści przez portale społecznościowe powinno być możliwe wyłącznie w najbardziej skrajnych przypadkach, a nie w takim przypadku, w którym ktoś wyraża inne zdanie na przykład na temat migracji czy środowisk związanych z lewicą, bo to jest po prostu ograniczanie wolności słowa – mówi Piotr Müller.

Z taką argumentacją nie zgadza się Bogdan Zdrojewski, europoseł z Koalicji Obywatelskiej. Jak mówi, Parlament nie jest za cenzurą treści, lecz za wyznaczeniem jasnych zasad dotyczących tego, co publikować można, a co jest zwyczajnie szkodliwe.

Co by było, gdybyśmy nagle wyrzucili do kosza kodeks drogowy, zlikwidowali przejścia dla pieszych, światła, sygnalizatory świetlne. Mielibyśmy do czynienia z pełnym chaosem. Chodzi więc o zasady, a nie brak dostępności. Chodzi o regulacje, które powodują unikanie zagrożeń, a nie redukowanie możliwości dostępu do tych treści, które mają charakter ewidentnie edukacyjny, naukowy, poznawczy. Ważne jest także, aby otwarta dyskusja nie była zamykana w stopniu niepozwalającym na walkę ze zjawiskami wręcz patologicznymi – podkreśla Bogdan Zdrojewski.

Europejski plan działania w zakresie cyberprzemocy został opracowany po konsultacjach przeprowadzonych z udziałem ponad 6 tys. dzieci. Ważnym jego elementem jest wspomniany już wcześniej i niewdrożony w Polsce akt o usługach cyfrowych, który zobowiązuje platformy internetowe do zapewnienia wysokiego poziomu prywatności, bezpieczeństwa i ochrony małoletnich w sieci. W wytycznych zaleca się środki dla platform, które umożliwią dzieciom blokowanie lub wyciszanie każdego użytkownika oraz uniemożliwią dodawanie dzieci do grup bez ich zgody.

– To, co możemy zrobić w kraju, to przede wszystkim skutecznie implementować prawo unijne, a potem je egzekwować, bo to nie jest takie proste – przekonuje Ewa Kopacz.

 Jesteśmy mocno spóźnieni z regulacjami. Na rynek wchodzi sztuczna inteligencja, więc młodzi ludzie, jeszcze niewystarczająco wykształceni, zwłaszcza dzieci, muszą być chronieni. To nie jest zadanie dzieci, tylko rodziców, nauczycieli, krótko mówiąc dorosłych. Musimy doprowadzić do sytuacji, że dzieci będą chronione przed treściami, które dewastują ich osobowość, ich potencjał. Musimy doprowadzić do takiej sytuacji, aby te regulacje były efektywne – mówi europoseł KO.

Komisja Europejska zapowiedziała kolejne inicjatywy w tym obszarze, m.in. pilotaż unijnego narzędzia do weryfikacji wieku w internecie, z zachowaniem prywatności, oraz prace nad aktem w sprawie sprawiedliwości cyfrowej. Panel ekspertów ma pomóc Komisji w opracowaniu strategii na rzecz ochrony dzieci w internecie oraz w badaniu wpływu kwestii społecznych na zdrowie psychiczne.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/cyberprzemoc-coraz,p665411409

Rosną kary za naruszenia ochrony danych osobowych. W 2025 roku UODO nałożył blisko 64,5 mln zł sankcji

0

W 2025 roku Urząd Ochrony Danych Osobowych nałożył blisko 64,5 mln zł kar na przedsiębiorców i instytucje za naruszenia przepisów o ochronie danych osobowych. Najczęstsze naruszenia dotyczą problemów organizacyjnych i technicznych w zabezpieczaniu danych, lecz także nieprawidłowego powiadamiania o incydentach naruszenia ochrony danych osób, których dane dotyczą.

W ubiegłym roku UODO wydał ponad 2 tys. decyzji administracyjnych i nałożył 32 kary pieniężne o wartości blisko 64,5 mln zł. Dla porównania w 2024 roku było 1719 decyzji, w tym ponad 20 o nałożeniu administracyjnych kar pieniężnych, których łączna wartość wyniosła ponad 13,9 mln zł. Pokazuje to wyraźny wzrost zarówno liczby, jak i wysokości nakładanych sankcji w 2025 roku.

 Najpoważniejsze uchybienia dotyczą problemów w zabezpieczeniu danych, czyli wad związanych z kwestiami organizacyjnymi, technicznymi. To kwestie często bardzo ściśle powiązane z zabezpieczeniami przed cyberatakami. Kary dotyczą także niepowiadamiania urzędu i osób, których dane dotyczą, o naruszeniach ochrony danych – mówi agencji Newseria Mirosław Wróblewski, prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych. – To są także kwestie związane z niewłaściwym zabezpieczeniem statusu inspektorów ochrony danych osobowych czy funkcjonującym monitoringiem wizyjnym.

Najwyższa kara – ponad 27 mln zł – została nałożona na Pocztę Polską za bezprawne udostępnienie i przetwarzanie danych osobowych ok. 30 mln obywateli z rejestru PESEL w związku z przygotowaniami do tzw. wyborów kopertowych, które miały się odbyć w 2020 roku.

Z raportu „GDPR Fines and Data Breach Survey January 2026”, przygotowanego przez kancelarię DLA Piper, wynika, że od 28 stycznia 2025 roku do 27 stycznia 2026 roku organy nadzorcze w Unii Europejskiej i Europejskim Obszarze Gospodarczym nałożyły około 1,2 mld euro kar za naruszenia unijnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych. Łączna wartość kar od momentu wejścia rozporządzenia w życie w 2018 roku przekroczyła już 7 mld euro.

Raport wskazuje również na wyraźny wzrost liczby zgłoszeń naruszeń danych w całej Unii. W badanym okresie wyniosła ona 443 dziennie, czyli ok. 22 proc. więcej rok do roku. W tym obszarze widoczna jest także rosnąca aktywność obywateli w Polsce. W 2025 roku do UODO wpłynęło około 13 tys. skarg od osób fizycznych, czyli znacząco więcej niż w latach poprzednich. W 2023 roku było to ok. 7 tys., a w 2024 roku – ok. 8 tys. skarg.

– Obywatele są świadomi swoich praw i mam nadzieję, że mają także zaufanie do Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Liczba zgłaszanych skarg być może świadczy też o tym, że naruszeń jest więcej, również z użyciem nowych technologii. Dotyczą one licznych obszarów: to są kwestie naszego codziennego życia, obszaru sektora finansowego, bankowego, ubezpieczeniowego, ale także szkolnictwa – szkół wyższych i powszechnych. Jest to więc bardzo szeroki obszar działalności państwa i biznesu. W zasadzie nie ma takiej dziedziny, w której przetwarzane są dane osobowe osób fizycznych i w których nie dochodziłoby do naruszeń – ocenia Mirosław Wróblewski.

Skargi najczęściej dotyczą nieuprawnionego ujawnienia danych, błędów ludzkich oraz niewystarczających zabezpieczeń systemów informatycznych.

Zdaniem prezesa UODO w kolejnych latach wyzwania związane z ochroną danych osobowych będą coraz poważniejsze, m.in. w związku z dynamicznymi zmianami legislacyjnymi na poziomie Unii Europejskiej.

 Funkcjonowanie w zmieniającym się otoczeniu prawnym jest wyzwaniem dla bardzo wielu podmiotów i administratorów. Nowe akty prawne Unii Europejskiej na pewno nie ułatwiają życia, ale są bardzo potrzebne z wielu powodów. UODO stara się wspierać zarówno ustawodawcę w tworzeniu odpowiedniego oprzyrządowania prawnego, jak i administratorów i podmioty w funkcjonowaniu w zmieniających się warunkach – wskazuje prezes UODO.

Dyskusja o przyszłości ochrony danych osobowych coraz częściej toczy się w kontekście rozwoju sztucznej inteligencji i wykorzystywania danych do trenowania algorytmów.

– Jeżeli chodzi o stworzenie odpowiednich podstaw prawnych dla wykorzystywania danych w kontekście trenowania algorytmów sztucznej inteligencji, te reguły muszą być jasne i przejrzyste, ale jednocześnie umożliwiające konkurowanie europejskich przedsiębiorców z amerykańskimi. Trzeba także zmniejszyć pewne obciążenia, które nie są potrzebne dla realnej ochrony danych osobowych – wskazuje ekspert.

Ważnym elementem działań urzędu pozostaje edukacja, która ma znaczenie nie tylko dla administratorów danych, lecz także dla samych obywateli. Szczególną uwagę UODO zwraca na dzieci i młodzież, które coraz częściej korzystają z usług cyfrowych i nowych technologii, często nie mając pełnej świadomości konsekwencji związanych z przetwarzaniem danych osobowych.

– Stąd też bardzo szeroki program „Twoje dane – Twoja sprawa”, w którym uczestniczy już blisko pół tysiąca szkół – wskazuje Mirosław Wróblewski.

Rok 2026 przynosi także symboliczne podsumowanie dotyczące unijnych przepisów o ochronie danych osobowych. Mija bowiem 10 lat od przyjęcia rozporządzenia o ochronie danych osobowych, które weszło w życie dwa lata później (w maju 2018 roku) i ujednoliciło standardy ochrony danych w całej Unii Europejskiej. Zdaniem prezesa urzędu doświadczenia ostatnich lat pokazują, że choć regulacje te znacząco wzmocniły prawa obywateli, to część obowiązków nałożonych na administratorów danych wymaga dziś ponownej oceny.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rosna-kary-za-naruszenia,p1041423465

Polska przyciąga coraz więcej migrantów zarobkowych. Pracodawcy gubią się jednak w zmieniających się przepisach

0

Na polskim rynku pracy przybywa migrantów zarobkowych, którzy pomagają wypełnić luki wynikające z niedoboru pracowników lokalnych w zawodach deficytowych. W tym kontekście bolączką pracodawców są nie tylko braki kadrowe, ale także procedury, które muszą spełnić, by zatrudnić pracownika z zagranicy, oraz nadążanie za zmieniającymi się przepisami migracyjnymi. Dlatego wśród najważniejszych oczekiwań wymieniają przewidywalność otoczenia prawnego i usprawnienie procedur migracyjnych.

Ubiegły rok to przede wszystkim wdrożenie polskiej strategii migracyjnej i tzw. pakietu ustaw, które mają wpływ na legalizację pobytu i pracy cudzoziemców w Polsce. Z perspektywy pracodawców był to bardzo wymagający rok, ponieważ musieliśmy się zmierzyć z nowymi zasadami i uszczelnieniem systemu. Natomiast teraz widzimy też pierwsze efekty wdrożenia nowych przepisów. Dla pracodawców oznaczają one niestety większą biurokrację, niejednolite interpretacje w urzędach, które procesują wnioski złożone przez pracodawców, i niestety wydłużenie procedur – mówi agencji Newseria Nadia Winiarska, ekspertka ds. zatrudnienia w Konfederacji Lewiatan.

Dokument „Odzyskać kontrolę. Zapewnić bezpieczeństwo. Kompleksowa i odpowiedzialna strategia migracyjna Polski na lata 2025–2030” został przyjęty przez Radę Ministrów w październiku 2024 roku. Zgodnie z założeniami jego celem jest przywrócenie kontroli nad migracją, która ma być bardziej przejrzysta, bezpieczna i uwzględniać zarówno potrzeby państwa, jak i rynku pracy. Elementem strategii są przepisy regulujące zatrudnienie i pobyt cudzoziemców w Polsce, które weszły w życie 1 czerwca 2025 roku. Na ich mocy legalizacja pracy jest możliwa tylko przez internet. Osoby przebywające w Polsce na podstawie wiz wydanych przez inne państwa strefy Schengen czy też np. w celach turystycznych czy zdrowotnych nie mogą podejmować pracy. Do tego dochodzą nowe obowiązki informacyjne dla pracodawców, takie jak m.in. dostarczenie kopii umowy z cudzoziemcem do urzędu, który wydał zezwolenie czy też przyjął oświadczenie. 

Widać, że nowe przepisy są zaskoczeniem nie tylko dla pracodawców, ale też na przykład urzędów, które zajmują się całym procesem legalizacji pracy migrantów zarobkowych. Spotykamy się z tym, że one różnie interpretują te przepisy, co później się przekłada na czas oczekiwania na dokumenty. Widzimy niestety, że zdecydowanie wykracza to poza ramy ustawowe i okresy przewidziane w przepisach – alarmuje Nadia Winiarska. – Na zezwolenie na pracę czekamy nawet kilka miesięcy. Na zezwolenie pobytowe, które też ma wpływ na legalność pracy, cudzoziemcy czekają ponad rok. Proces wizowy jest bardzo wydłużony w niektórych krajach, a sam czas oczekiwania na wizytę w konsulacie może wynieść nawet kilkanaście miesięcy.

Od 1 czerwca ubiegłego roku w Polsce obowiązuje system fast track, czyli przyspieszona ścieżka legalizacji pobytu i pracy dla zagranicznych specjalistów, jednak obejmuje jedynie wąską grupę firm i wybrane profesje. Przewidziano ją dla przedsiębiorstw o znaczeniu strategicznym dla gospodarki, które korzystały z rządowego wsparcia inwestycji. W praktyce oznacza to, że wiele firm wciąż nie odczuwa realnych korzyści z wprowadzonych ułatwień.

Pracodawcy oczekują skutecznych procedur migracyjnych. Chodzi nie tylko o skrócenie czasu oczekiwania na poszczególne dokumenty, ale też przewidywalność otoczenia prawnego. W ciągu ostatnich lat bardzo często zmieniano przepisy migracyjne. Niektóre firmy, szczególnie te mniejsze, które nie mają wyspecjalizowanych działów prawnych, nie nadążają za tymi zmianami, a ryzyko nieświadomego nielegalnego powierzenia pracy cudzoziemcom jest bardzo wysokie – podkreśla Nadia Winiarska. – Oczekiwalibyśmy więc, żeby strategia migracyjna bardziej uwzględniała wyzwania na polskim rynku pracy, oczekujemy też usprawnienia procedur migracyjnych, zarówno jeśli chodzi o legalizację pracy, jak i legalizację pobytu, w tym uzyskanie polskich wiz pracowniczych, bo tutaj pozostaje jeszcze dużo do zrobienia.

Zgodnie z danymi GUS w lipcu 2025 roku w Polsce pracę wykonywało 1,1 mln cudzoziemców, z czego 59,7 proc. stanowili mężczyźni. 428 tys. osób pracowało na podstawie umów-zleceń i pokrewnych. Najwięcej osób wykonujących u nas pracę mieszkało w regionie warszawskim stołecznym (20 proc.).  

– W ciągu ostatniej dekady Polska z kraju emigracyjnego przekształciła się w kraj imigracyjny, co wskazuje na to, że coraz częściej migranci zarobkowi wybierają Polskę jako kierunek swojej imigracji ekonomicznej. Coraz częściej przyjeżdżają do nas nie tylko z krajów zza wschodniej granicy, ale bardziej odległych kontynentów: z Afryki i Azji. Widzimy to w statystykach – podkreśla ekspertka ds. zatrudnienia w Konfederacji Lewiatan.

Jak wynika z raportu ZUS „Cudzoziemcy w polskim systemie ubezpieczeń społecznych 2024”, liczba osób, które posiadają obywatelstwo inne niż polskie i podlegają ubezpieczeniom emerytalnemu i rentowym, wzrosła z 184,2 tys. na koniec 2015 roku do 1192,9 tys. w grudniu 2024 roku. To oznacza ponadsześciokrotny wzrost na przestrzeni 10 lat.

– W niektórych sektorach polskiej gospodarki wysokie zapotrzebowanie na pracowników zagranicznych wynika przede wszystkim z niedoboru pracowników dostępnych na rynku lokalnym. Widzimy, że bezrobocie pozostaje niskie. Dla pracodawców oznacza to poważny problem ze znalezieniem kandydatów do pracy. W sektorach przemysłowych, logistyki i transportu oraz usług przedsiębiorstwa coraz częściej nie są w stanie zaspokoić zapotrzebowania, zatrudniając wyłącznie pracowników lokalnych, dlatego coraz częściej sięgają do rekrutacji międzynarodowych i pozyskują pracowników zagranicznych. Inaczej wypełnienie luk kadrowych nie byłoby możliwe – podkreśla Nadia Winiarska.

Jak wynika z raportu ZUS, w 2024 roku najwięcej cudzoziemców zgłoszonych do ubezpieczeń emerytalnego i rentowych zatrudnionych było w obszarze działalności w zakresie usług administrowania i działalności wspierającej – 214 670 osób. Na drugim miejscu znalazło się przetwórstwo przemysłowe z 202 212 zatrudnionymi. Trzecie miejsce należy do transportu i gospodarki magazynowej – 165 560 osób, a czwarte do budownictwa – 143 926 osób.

– Trendy demograficzne wskazują jednoznacznie na to, że liczba osób w wieku produkcyjnym będzie coraz mniejsza. Luka między osobami, które wchodzą na polski rynek pracy i go opuszczają, coraz bardziej się pogłębia. Jest to problem znany nie tylko w Polsce, ale też w innych krajach Unii Europejskiej, więc w niektórych branżach, jak chociażby IT, pracodawcy z całego rynku unijnego muszą ze sobą konkurować o pracowników z zagranicy – mówi ekspertka.

Jak wynika z danych GUS „Polska w liczbach 2025”, osoby w wieku produkcyjnym w 2024 roku stanowiły 58,2 proc. ludności. W 2010 roku było to 64,4 proc. W przygotowanej przez GUS „Prognozie ludności na lata 2023–2060” w skrajnych scenariuszach szacuje się, że liczba osób w wieku produkcyjnym w 2060 roku wyniesie odpowiednio 13,3 i 16,6 mln, co w porównaniu do 22,2 mln w 2022 roku oznacza spadek o 25 proc. w scenariuszu wysokim i o 40 proc. w niskim.

– Wyzwania demograficzne niestety będą miały negatywny wpływ na produktywność polskich przedsiębiorstw. Szacuje się, że jedynie przez deficyt rąk do pracy w przemyśle wartość PKB może być niższa nawet o 8 proc. – mówi ekspertka. – Słyszymy postulat, który jest także w naszej strategii migracyjnej, że polscy pracodawcy powinni więcej inwestować w robotyzację, automatyzację i tym samym zmniejszać negatywne skutki demograficzne, natomiast w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw nie jest to do końca możliwe, ponieważ jest to proces czasochłonny i bardzo kosztowny.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polska-przyciaga-coraz,p1264297360

Unijne miliardy mają przygotować samorządy na ekstremalne zjawiska pogodowe. Z nowej puli mogą skorzystać regiony Polski Wschodniej

0

Z różnych programów w trwającej perspektywie finansowej Unii Europejskiej ponad 11 mld zł trafi na budowanie odporności klimatycznej w polskich miastach i gminach. Potrzeba zwiększonego inwestowania w ten obszar to efekt rosnącej częstotliwości występowania ekstremalnych zjawisk pogodowych i coraz poważniejszych skutków takich zdarzeń. W ramach uruchomionego w grudniu 2025 roku naboru w nowej edycji programu adaptacji do zmian klimatu z dotacji mogą skorzystać miasta i gminy Polski Wschodniej. W sumie ponad 200 mln zł trafi do nich m.in. na rozwój zielono-niebieskiej infrastruktury i innych projektów ograniczających skutki suszy, powodzi i fal upałów.

Program – prowadzony przez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej i finansowany ze środków Funduszy Europejskich dla Polski Wschodniej – jest skierowany do samorządów z sześciu województw Polski Wschodniej (lubelskiego, części mazowieckiego, podkarpackiego, podlaskiego, świętokrzyskiego i warmińsko-mazurskiego). Ze wsparcia mogą korzystać m.in. średnie miasta (20–100 tys. mieszkańców), gminy uzdrowiskowe oraz wybrane miasta województwa podlaskiego powyżej 10 tys. mieszkańców.

 Są regiony Polski, które potrzebują szczególnego wsparcia i dofinansowania. Na budowę zabezpieczenia przeciwpowodziowego i walki z suszą, ale też zabezpieczenia infrastruktury przed skutkami huraganów, dużych wiatrów gminy mogą pozyskać bezzwrotne dofinansowanie nawet do 85 proc. wartości projektu – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Urszula Zielińska, sekretarz stanu w Ministerstwie Klimatu i Środowiska.

Program obejmuje szerokie spektrum inwestycji. Samorządy mogą sięgać po środki m.in. na systemy retencji wód opadowych, zagospodarowanie terenów zalewowych, rozszczelnianie powierzchni miejskich, tworzenie tzw. miast-gąbek, ale także na parki kieszonkowe, zielone skwery czy rozwiązania poprawiające mikroklimat w gęsto zabudowanych częściach miast. Jak podkreśla resort klimatu, kluczowe jest to, że projekty mogą łączyć funkcje przeciwpowodziowe i przeciwdziałania suszy z poprawą komfortu życia mieszkańców.

– Projekty powinny wykorzystywać to, co jest w zasobach danej gminy i miasta najłatwiejsze do wykorzystania. To często rozwiązania najprostsze, oparte na przyrodzie. Jeżeli mamy zadrzewienia w środku miasta, to nie pozbywajmy się ich na rzecz wybetonowania skweru, to już nie jest rozwiązanie na te czasy. Betonowe skwery oznaczają kilka stopni upału latem więcej, a drzewa – kilka stopni więcej chłodu i ulgę dla mieszkańców i miejskiego mikroklimatu – mówi Urszula Zielińska.

W dwóch pierwszych naborach programu na projekty adaptacyjne przyznano już 413 mln zł na 24 projekty w 18 miejscowościach. Nowy nabór trwa od 15 grudnia 2025 roku do 16 marca 2026 roku.

Wsparcie finansowe ma przełamać jedną z głównych barier po stronie samorządów, czyli ograniczone możliwości finansowe przy realizacji projektów adaptacyjnych. Nowa edycja programu wpisuje się w szerszy pakiet instrumentów wspierających adaptację miast do zmieniających się warunków pogodowych.

– Sumarycznie w bieżącej unijnej perspektywie finansowania zabezpieczyliśmy ponad 11 mld zł środków w różnego typu programach budowania odporności na zmiany klimatu i bezpieczeństwa klimatycznego. Bardzo dużo mówimy jako rząd o budowie bezpieczeństwa i nie możemy zapominać, że obejmuje to też dostępność wody, walkę z suszą, bezpieczeństwo naszej infrastruktury, ale przede wszystkim bezpieczeństwo ludzi – wyjaśnia sekretarz stanu w MKiŚ.

Raport Koalicji Klimatycznej „Wpływ zmiany klimatu na bezpieczeństwo narodowe Polski” wskazuje, że zmiana klimatu wynikająca z działalności człowieka to rosnące zagrożenie dla bezpieczeństwa obywateli oraz społeczeństwa jako całości i struktur państwa. Ma ono wiele wymiarów – od geostrategicznego i zdrowotnego, przez energetyczny, żywnościowy, przemysłowy i transportowy, po środowiskowy. Brak adekwatnej odpowiedzi na zagrożenia w każdym z tych wymiarów może nieść za sobą konsekwencje ekonomiczne, społeczne i polityczne.

– Mamy rok po roku coraz bardziej rekordowe raporty czy to o upałach, czy o opadach. Mamy zjawisko zwane niżem genueńskim, które w 2024 roku przyniosło nam powódź na południu Polski. Zmiany klimatu wzmacniają istniejące zjawiska pogodowe, powodują, że są one coraz gwałtowniejsze i częstsze. Coś takiego jak powódź nazywana kiedyś powodzią tysiąclecia dzisiaj występuje z dużo większą częstotliwością – ocenia Urszula Zielińska.

Europejska Agencja Środowiska podaje, że w latach 1980–2024 w Unii Europejskiej ekstremalne zjawiska pogodowe i klimatyczne spowodowały straty ekonomiczne o wartości 822 mld euro, z czego ponad 208 mld euro (25 proc.) wystąpiło między 2021 a 2024 rokiem. Analiza Instytutu Ochrony Środowiska – Państwowego Instytutu Badawczego wskazała, że w Polsce w latach 2001–2019 koszty ekstremalnych zjawisk pogodowych wynosiły średnio 6 mld zł rocznie, co łącznie daje 115 mld zł strat bezpośrednich. Susze odpowiadały w latach 2017–2019 za ponad 70 proc. strat w rolnictwie. Prognozy Polskiej Izby Ubezpieczeń wskazują, że zmiany klimatu mogą wpłynąć na spadek PKB o 3–10 proc., w zależności od przyjętego scenariusza wzrostu temperatur. W poprzednich latach samorządy coraz częściej sygnalizowały, że skutki ekstremalnych zjawisk pogodowych generują dla nich rosnące koszty.

 Tylko w zeszłym roku co najmniej 1/4 regionów i mieszkańców Europy była w niebezpieczeństwie lub w jakiś sposób dotknięta gwałtownymi zjawiskami pogodowymi. Oznacza to, że wszystkich nas to dotyczy, aczkolwiek badania mówią, że uboższe grupy społeczne, bardziej wrażliwe dochodowo, mają większe potrzeby i mogą być bardziej dotknięte – wskazuje ekspertka.

Rząd ocenia, że inwestycje realizowane w ramach programu adaptacji do zmian klimatu mają ograniczać koszty związane ze zmianami klimatu w dłuższym horyzoncie. Przykładowo rozwiązania oparte na retencji i zieleni miejskiej pozwalają zmniejszyć ryzyko podtopień podczas nawalnych opadów, a jednocześnie obniżają temperaturę w miastach w czasie fal upałów, co przekłada się na mniejsze zapotrzebowanie na chłodzenie budynków i energię elektryczną. W praktyce oznacza to niższe wydatki zarówno po stronie samorządów, jak i mieszkańców.

Jeżeli mamy dobrze zaizolowane budynki i zieleń w mieście, to samorządy nie muszą przeznaczać tylu pieniędzy na chłodzenie, rozkładanie kurtyn wodnych chłodzących, czy na ogrzewanie albo łatanie dziur w budynkach. Tak że to są jak najbardziej inwestycje w przyszłość, żeby nasze miasta nie generowały takich kosztów i żebyśmy sobie lepiej radzili z wyzwaniami, które jednorazowo mogą być bardzo kosztowne. Przygotowanie kosztuje znacznie mniej – mówi przedstawicielka MKiŚ.

Ważnym elementem takiego przygotowania jest tworzenie miejskich planów adaptacji do zmian klimatu, dokumentu obowiązkowego dla miast o liczbie mieszkańców powyżej 20 tys., który określa działania na rzecz budowania odporności klimatycznej, konkretne cele i koncepcje w tym zakresie. W związku z uruchomieniem trzeciego naboru na projekty w gminach w Polsce Wschodniej szczególnego znaczenia nabiera projekt resortu „Wsparcie działań adaptacyjnych dla Polski Wschodniej”, który między innymi pomaga samorządom skutecznie się przygotować do aplikowania o środki.

– Samorządy mogą pozyskać pełne finansowanie na stworzenie miejskiego planu adaptacji i dofinansowanie do 85 proc. wartości na wdrożenie projektów z tym związanych. Dobra wiadomość jest taka, że nawet bardzo małe gminy szykują albo już mają świetne, bardzo nowoczesne miejskie plany adaptacji, a te, które ich nie mają, dostają od nas pełne wsparcie. Powołaliśmy w Ministerstwie Klimatu i Środowiska zespół, który jeździ od gminy do gminy, pomagając, szkoląc i wspierając. Udostępniamy też finansowanie – mówi Urszula Zielińska.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/unijne-miliardy-maja,p932200200

Biznes wspiera przygotowania na wypadek klęsk i katastrof. Potrzeba długofalowej współpracy

0

Rozszerza się zaangażowanie biznesu w akcje pomocowe. Firmy wspierają nie tylko inicjatywy, które są reakcją na jakieś tragiczne zdarzenie, np. wystąpienie powodzi we wrześniu 2024 roku, ale również takie, które mają na celu przygotowanie na wypadek wystąpienia klęski żywiołowej czy katastrofy naturalnej. Ze względu na rosnącą częstotliwość takich zdarzeń wsparcie biznesu będzie potrzebne w większej skali niż do tej pory. Z obserwacji Polskiego Czerwonego Krzyża wynika, że coraz częściej zaangażowanie dotyczy długofalowych projektów, które biznes wspiera nie tylko finansowo, lecz także poprzez wolontariat.

Polski Czerwony Krzyż działa nieprzerwanie od 18 stycznia 1919 roku. W swoich działaniach kieruje się siedmioma zasadami Międzynarodowego Ruchu Czerwonego Krzyża i Czerwonego Półksiężyca: humanitaryzmem, bezstronnością, neutralnością, dobrowolnością, jednością, niezależnością i powszechnością. W 2024 roku wsparcie PCK w zakresie m.in. dożywiania, dostarczania paczek żywnościowych, odzieży czy zapomóg pieniężnych trafiło do ponad miliona osób w całej Polsce

– Polski Czerwony Krzyż od lat współpracuje z biznesem w ramach różnych inicjatyw społecznych, projektów i programów. Przede wszystkim jest to finansowanie tych inicjatyw, które pozwala nam nieść pomoc potrzebującym, bardzo wielowątkową i wieloobszarową. Poza środkami finansowymi współpracujemy też z biznesem w ramach wymiany doświadczeń, wnoszenia doświadczeń biznesu do działań Polskiego Czerwonego Krzyża. Często są to współprace, które polegają np. na użyczaniu powierzchni magazynowej w sytuacjach, kiedy jest duża akcja pomocy humanitarnej – mówi agencji Newseria Małgorzata Szukała, kierowniczka Działu Komunikacji i Fundraisingu w Polskim Czerwonym Krzyżu.

PCK od lat współpracuje z firmami z różnych sektorów gospodarki w ramach długofalowych, ogólnopolskich projektów czy też kampanii informacyjnych. 

– Jest to również wolontariat pracowniczy, ponieważ pracownicy firm włączają się w nasze działania, pomagają nam przygotowywać pomoc dla potrzebujących. Tych działań i możliwości jest bardzo wiele – podkreśla Małgorzata Szukała.

W ramach wolontariatu pracownicy dobrowolnie biorą udział w akcjach społecznych, takich jak zbiórki żywności, przygotowywanie paczek, organizowanie warsztatów edukacyjnych czy też wsparcie inicjatyw polegających na pomocy seniorom i dzieciom.

„Strategia 2030” PCK opiera się na trzech filarach działań. Są to: gotowość do działania w czasach kryzysu, działania na rzecz zdrowia i profilaktyki, jak również aktywizacja społeczeństwa i niwelowanie nierówności społecznych. 

– W ostatnim czasie obserwujemy, że biznes zaczął rozumieć i wspierać inicjatywy, które służą przygotowaniu się na wypadek klęsk i katastrof. Oczywiście jeżeli coś się wydarzało w Polsce, np. powódź, czy pojawiały się inne inicjatywy, które wymagały wsparcia biznesu, to on się zawsze angażował. My jako organizacja humanitarna próbujemy edukować i zachęcać biznes, żeby włączał się przed ewentualnymi wydarzeniami. Przygotowujemy się na ich wystąpienie jako organizacja i nasze służby, magazyny czy działania wymagają finansowania wcześniej – tłumaczy kierowniczka Działu Komunikacji i Fundraisingu w PCK.

Polski Czerwony Krzyż utworzył Fundusz na Ratunek, czyli stałą rezerwę finansową, aby móc natychmiast zareagować i udzielić pomocy na wypadek katastrof takich jak nagłe powodzie, rozległe pożary czy trzęsienia ziemi. Środki przeznaczone są m.in. na mobilizację zespołów ratunkowych, szkolenia i sprzęt dla wolontariuszy, długoterminową pomoc dla poszkodowanych – zarówno materialną, jak i psychologiczną, a także edukację i działania zapobiegawcze.

To jest inwestycja w przyszłość nas wszystkich. Środki biznesu, które wpływają na nasz Fundusz na Ratunek, pomagają nam być gotowymi wtedy, kiedy coś się dzieje. Te działania muszą być wówczas bardzo szybkie i skoordynowane, organizacje nie mogą czekać. Oczywiście zaczynamy wtedy zbiórkę i inne działania, w których wspierają nas darczyńcy indywidualni i biznes, ale ważne jest, żeby przed takimi działaniami już mieć pewne wsparcie – podkreśla Małgorzata Szukała.

Dzięki zgromadzonym funduszom przedstawiciele PCK mogli aktywnie działać w regionach południowo-zachodniej Polski dotkniętych powodzią we wrześniu 2024 roku, na skutek której ucierpiało 238 tys. osób, a 11,7 tys. budynków zostało zniszczonych. Straty oszacowano na prawie 1,4 mld zł. Główna fala powodziowa przeszła 14 i 15 września, jednak jednostki Systemu Ratownictwa PCK oraz Systemu Pomocy Humanitarnej działały już od 12 września. Pierwszy raz w historii Systemu Pomocy Humanitarnej w działania zaangażowane zostały wszystkie jego jednostki. Pomagały one m.in. w umacnianiu wałów czy organizowały miejsca tymczasowe dla ewakuowanych mieszkańców. Tuż po katastrofie uczestniczyły w dostarczaniu żywności i wody, przygotowywaniu pakietów żywnościowych czy transporcie najpotrzebniejszych rzeczy. 

Wyzwaniem jest przygotowanie się na nadchodzące kryzysy, bo będzie ich coraz więcej. Kiedyś powódź występowała co 10–15 lat, teraz to, co się wydarzyło w zeszłym roku na południu Polski, może się powtórzyć za rok czy dwa, więc potrzeba więcej środków, zaangażowania również biznesu na wyższym poziomie niż dotychczas – podkreśla ekspertka

Jak wynika z raportu z działań PCK „Powódź 2024. Rok po kataklizmie”, na już zrealizowane i wciąż trwające działania pomocowe organizacja przeznacza ponad 42 mln zł zgromadzone dzięki zbiórce HASHNaRatunekPowódź. Pomagają nie tylko darczyńcy indywidualni, ale również korporacyjni.

– Jesteśmy organizacją sieciową, ogólnopolską, dlatego ogólnopolskie inicjatywy i duże zaangażowanie biznesu w długofalowe projekty jest dla nas najistotniejsze. Oczywiście współprace jednorazowe też sobie bardzo cenimy, ale w momencie kiedy biznes angażuje się w długofalowy projekt, ta pomoc jest bardziej efektywna i wzmacniamy lokalne społeczności. To jest dla nas najcenniejsze. Dlatego że my, mając oddziały, wolontariuszy i pracowników w całej Polsce, znamy lokalne potrzeby społeczności i od lat jako Polski Czerwony Krzyż staramy się na nie odpowiadać – podkreśla Małgorzata Szukała.

W 2024 roku w PCK działało 37 861 członków zrzeszonych w poszczególnych oddziałach okręgowych i jednostkach podstawowych. Ponadto ponad 3,9 tys. osób podpisało porozumienie na wolontariat stały, a do tego dochodzą również wolontariusze akcyjni. Angażują się oni w konkretne działania i aktywności związane z wydarzeniami, które wymagają niesienia pomocy osobom w trudnej sytuacji.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/biznes-wspiera,p129501378