Rosną kary za naruszenia ochrony danych osobowych. W 2025 roku UODO nałożył blisko 64,5 mln zł sankcji

0

W 2025 roku Urząd Ochrony Danych Osobowych nałożył blisko 64,5 mln zł kar na przedsiębiorców i instytucje za naruszenia przepisów o ochronie danych osobowych. Najczęstsze naruszenia dotyczą problemów organizacyjnych i technicznych w zabezpieczaniu danych, lecz także nieprawidłowego powiadamiania o incydentach naruszenia ochrony danych osób, których dane dotyczą.

W ubiegłym roku UODO wydał ponad 2 tys. decyzji administracyjnych i nałożył 32 kary pieniężne o wartości blisko 64,5 mln zł. Dla porównania w 2024 roku było 1719 decyzji, w tym ponad 20 o nałożeniu administracyjnych kar pieniężnych, których łączna wartość wyniosła ponad 13,9 mln zł. Pokazuje to wyraźny wzrost zarówno liczby, jak i wysokości nakładanych sankcji w 2025 roku.

 Najpoważniejsze uchybienia dotyczą problemów w zabezpieczeniu danych, czyli wad związanych z kwestiami organizacyjnymi, technicznymi. To kwestie często bardzo ściśle powiązane z zabezpieczeniami przed cyberatakami. Kary dotyczą także niepowiadamiania urzędu i osób, których dane dotyczą, o naruszeniach ochrony danych – mówi agencji Newseria Mirosław Wróblewski, prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych. – To są także kwestie związane z niewłaściwym zabezpieczeniem statusu inspektorów ochrony danych osobowych czy funkcjonującym monitoringiem wizyjnym.

Najwyższa kara – ponad 27 mln zł – została nałożona na Pocztę Polską za bezprawne udostępnienie i przetwarzanie danych osobowych ok. 30 mln obywateli z rejestru PESEL w związku z przygotowaniami do tzw. wyborów kopertowych, które miały się odbyć w 2020 roku.

Z raportu „GDPR Fines and Data Breach Survey January 2026”, przygotowanego przez kancelarię DLA Piper, wynika, że od 28 stycznia 2025 roku do 27 stycznia 2026 roku organy nadzorcze w Unii Europejskiej i Europejskim Obszarze Gospodarczym nałożyły około 1,2 mld euro kar za naruszenia unijnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych. Łączna wartość kar od momentu wejścia rozporządzenia w życie w 2018 roku przekroczyła już 7 mld euro.

Raport wskazuje również na wyraźny wzrost liczby zgłoszeń naruszeń danych w całej Unii. W badanym okresie wyniosła ona 443 dziennie, czyli ok. 22 proc. więcej rok do roku. W tym obszarze widoczna jest także rosnąca aktywność obywateli w Polsce. W 2025 roku do UODO wpłynęło około 13 tys. skarg od osób fizycznych, czyli znacząco więcej niż w latach poprzednich. W 2023 roku było to ok. 7 tys., a w 2024 roku – ok. 8 tys. skarg.

– Obywatele są świadomi swoich praw i mam nadzieję, że mają także zaufanie do Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Liczba zgłaszanych skarg być może świadczy też o tym, że naruszeń jest więcej, również z użyciem nowych technologii. Dotyczą one licznych obszarów: to są kwestie naszego codziennego życia, obszaru sektora finansowego, bankowego, ubezpieczeniowego, ale także szkolnictwa – szkół wyższych i powszechnych. Jest to więc bardzo szeroki obszar działalności państwa i biznesu. W zasadzie nie ma takiej dziedziny, w której przetwarzane są dane osobowe osób fizycznych i w których nie dochodziłoby do naruszeń – ocenia Mirosław Wróblewski.

Skargi najczęściej dotyczą nieuprawnionego ujawnienia danych, błędów ludzkich oraz niewystarczających zabezpieczeń systemów informatycznych.

Zdaniem prezesa UODO w kolejnych latach wyzwania związane z ochroną danych osobowych będą coraz poważniejsze, m.in. w związku z dynamicznymi zmianami legislacyjnymi na poziomie Unii Europejskiej.

 Funkcjonowanie w zmieniającym się otoczeniu prawnym jest wyzwaniem dla bardzo wielu podmiotów i administratorów. Nowe akty prawne Unii Europejskiej na pewno nie ułatwiają życia, ale są bardzo potrzebne z wielu powodów. UODO stara się wspierać zarówno ustawodawcę w tworzeniu odpowiedniego oprzyrządowania prawnego, jak i administratorów i podmioty w funkcjonowaniu w zmieniających się warunkach – wskazuje prezes UODO.

Dyskusja o przyszłości ochrony danych osobowych coraz częściej toczy się w kontekście rozwoju sztucznej inteligencji i wykorzystywania danych do trenowania algorytmów.

– Jeżeli chodzi o stworzenie odpowiednich podstaw prawnych dla wykorzystywania danych w kontekście trenowania algorytmów sztucznej inteligencji, te reguły muszą być jasne i przejrzyste, ale jednocześnie umożliwiające konkurowanie europejskich przedsiębiorców z amerykańskimi. Trzeba także zmniejszyć pewne obciążenia, które nie są potrzebne dla realnej ochrony danych osobowych – wskazuje ekspert.

Ważnym elementem działań urzędu pozostaje edukacja, która ma znaczenie nie tylko dla administratorów danych, lecz także dla samych obywateli. Szczególną uwagę UODO zwraca na dzieci i młodzież, które coraz częściej korzystają z usług cyfrowych i nowych technologii, często nie mając pełnej świadomości konsekwencji związanych z przetwarzaniem danych osobowych.

– Stąd też bardzo szeroki program „Twoje dane – Twoja sprawa”, w którym uczestniczy już blisko pół tysiąca szkół – wskazuje Mirosław Wróblewski.

Rok 2026 przynosi także symboliczne podsumowanie dotyczące unijnych przepisów o ochronie danych osobowych. Mija bowiem 10 lat od przyjęcia rozporządzenia o ochronie danych osobowych, które weszło w życie dwa lata później (w maju 2018 roku) i ujednoliciło standardy ochrony danych w całej Unii Europejskiej. Zdaniem prezesa urzędu doświadczenia ostatnich lat pokazują, że choć regulacje te znacząco wzmocniły prawa obywateli, to część obowiązków nałożonych na administratorów danych wymaga dziś ponownej oceny.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rosna-kary-za-naruszenia,p1041423465

Polska przyciąga coraz więcej migrantów zarobkowych. Pracodawcy gubią się jednak w zmieniających się przepisach

0

Na polskim rynku pracy przybywa migrantów zarobkowych, którzy pomagają wypełnić luki wynikające z niedoboru pracowników lokalnych w zawodach deficytowych. W tym kontekście bolączką pracodawców są nie tylko braki kadrowe, ale także procedury, które muszą spełnić, by zatrudnić pracownika z zagranicy, oraz nadążanie za zmieniającymi się przepisami migracyjnymi. Dlatego wśród najważniejszych oczekiwań wymieniają przewidywalność otoczenia prawnego i usprawnienie procedur migracyjnych.

Ubiegły rok to przede wszystkim wdrożenie polskiej strategii migracyjnej i tzw. pakietu ustaw, które mają wpływ na legalizację pobytu i pracy cudzoziemców w Polsce. Z perspektywy pracodawców był to bardzo wymagający rok, ponieważ musieliśmy się zmierzyć z nowymi zasadami i uszczelnieniem systemu. Natomiast teraz widzimy też pierwsze efekty wdrożenia nowych przepisów. Dla pracodawców oznaczają one niestety większą biurokrację, niejednolite interpretacje w urzędach, które procesują wnioski złożone przez pracodawców, i niestety wydłużenie procedur – mówi agencji Newseria Nadia Winiarska, ekspertka ds. zatrudnienia w Konfederacji Lewiatan.

Dokument „Odzyskać kontrolę. Zapewnić bezpieczeństwo. Kompleksowa i odpowiedzialna strategia migracyjna Polski na lata 2025–2030” został przyjęty przez Radę Ministrów w październiku 2024 roku. Zgodnie z założeniami jego celem jest przywrócenie kontroli nad migracją, która ma być bardziej przejrzysta, bezpieczna i uwzględniać zarówno potrzeby państwa, jak i rynku pracy. Elementem strategii są przepisy regulujące zatrudnienie i pobyt cudzoziemców w Polsce, które weszły w życie 1 czerwca 2025 roku. Na ich mocy legalizacja pracy jest możliwa tylko przez internet. Osoby przebywające w Polsce na podstawie wiz wydanych przez inne państwa strefy Schengen czy też np. w celach turystycznych czy zdrowotnych nie mogą podejmować pracy. Do tego dochodzą nowe obowiązki informacyjne dla pracodawców, takie jak m.in. dostarczenie kopii umowy z cudzoziemcem do urzędu, który wydał zezwolenie czy też przyjął oświadczenie. 

Widać, że nowe przepisy są zaskoczeniem nie tylko dla pracodawców, ale też na przykład urzędów, które zajmują się całym procesem legalizacji pracy migrantów zarobkowych. Spotykamy się z tym, że one różnie interpretują te przepisy, co później się przekłada na czas oczekiwania na dokumenty. Widzimy niestety, że zdecydowanie wykracza to poza ramy ustawowe i okresy przewidziane w przepisach – alarmuje Nadia Winiarska. – Na zezwolenie na pracę czekamy nawet kilka miesięcy. Na zezwolenie pobytowe, które też ma wpływ na legalność pracy, cudzoziemcy czekają ponad rok. Proces wizowy jest bardzo wydłużony w niektórych krajach, a sam czas oczekiwania na wizytę w konsulacie może wynieść nawet kilkanaście miesięcy.

Od 1 czerwca ubiegłego roku w Polsce obowiązuje system fast track, czyli przyspieszona ścieżka legalizacji pobytu i pracy dla zagranicznych specjalistów, jednak obejmuje jedynie wąską grupę firm i wybrane profesje. Przewidziano ją dla przedsiębiorstw o znaczeniu strategicznym dla gospodarki, które korzystały z rządowego wsparcia inwestycji. W praktyce oznacza to, że wiele firm wciąż nie odczuwa realnych korzyści z wprowadzonych ułatwień.

Pracodawcy oczekują skutecznych procedur migracyjnych. Chodzi nie tylko o skrócenie czasu oczekiwania na poszczególne dokumenty, ale też przewidywalność otoczenia prawnego. W ciągu ostatnich lat bardzo często zmieniano przepisy migracyjne. Niektóre firmy, szczególnie te mniejsze, które nie mają wyspecjalizowanych działów prawnych, nie nadążają za tymi zmianami, a ryzyko nieświadomego nielegalnego powierzenia pracy cudzoziemcom jest bardzo wysokie – podkreśla Nadia Winiarska. – Oczekiwalibyśmy więc, żeby strategia migracyjna bardziej uwzględniała wyzwania na polskim rynku pracy, oczekujemy też usprawnienia procedur migracyjnych, zarówno jeśli chodzi o legalizację pracy, jak i legalizację pobytu, w tym uzyskanie polskich wiz pracowniczych, bo tutaj pozostaje jeszcze dużo do zrobienia.

Zgodnie z danymi GUS w lipcu 2025 roku w Polsce pracę wykonywało 1,1 mln cudzoziemców, z czego 59,7 proc. stanowili mężczyźni. 428 tys. osób pracowało na podstawie umów-zleceń i pokrewnych. Najwięcej osób wykonujących u nas pracę mieszkało w regionie warszawskim stołecznym (20 proc.).  

– W ciągu ostatniej dekady Polska z kraju emigracyjnego przekształciła się w kraj imigracyjny, co wskazuje na to, że coraz częściej migranci zarobkowi wybierają Polskę jako kierunek swojej imigracji ekonomicznej. Coraz częściej przyjeżdżają do nas nie tylko z krajów zza wschodniej granicy, ale bardziej odległych kontynentów: z Afryki i Azji. Widzimy to w statystykach – podkreśla ekspertka ds. zatrudnienia w Konfederacji Lewiatan.

Jak wynika z raportu ZUS „Cudzoziemcy w polskim systemie ubezpieczeń społecznych 2024”, liczba osób, które posiadają obywatelstwo inne niż polskie i podlegają ubezpieczeniom emerytalnemu i rentowym, wzrosła z 184,2 tys. na koniec 2015 roku do 1192,9 tys. w grudniu 2024 roku. To oznacza ponadsześciokrotny wzrost na przestrzeni 10 lat.

– W niektórych sektorach polskiej gospodarki wysokie zapotrzebowanie na pracowników zagranicznych wynika przede wszystkim z niedoboru pracowników dostępnych na rynku lokalnym. Widzimy, że bezrobocie pozostaje niskie. Dla pracodawców oznacza to poważny problem ze znalezieniem kandydatów do pracy. W sektorach przemysłowych, logistyki i transportu oraz usług przedsiębiorstwa coraz częściej nie są w stanie zaspokoić zapotrzebowania, zatrudniając wyłącznie pracowników lokalnych, dlatego coraz częściej sięgają do rekrutacji międzynarodowych i pozyskują pracowników zagranicznych. Inaczej wypełnienie luk kadrowych nie byłoby możliwe – podkreśla Nadia Winiarska.

Jak wynika z raportu ZUS, w 2024 roku najwięcej cudzoziemców zgłoszonych do ubezpieczeń emerytalnego i rentowych zatrudnionych było w obszarze działalności w zakresie usług administrowania i działalności wspierającej – 214 670 osób. Na drugim miejscu znalazło się przetwórstwo przemysłowe z 202 212 zatrudnionymi. Trzecie miejsce należy do transportu i gospodarki magazynowej – 165 560 osób, a czwarte do budownictwa – 143 926 osób.

– Trendy demograficzne wskazują jednoznacznie na to, że liczba osób w wieku produkcyjnym będzie coraz mniejsza. Luka między osobami, które wchodzą na polski rynek pracy i go opuszczają, coraz bardziej się pogłębia. Jest to problem znany nie tylko w Polsce, ale też w innych krajach Unii Europejskiej, więc w niektórych branżach, jak chociażby IT, pracodawcy z całego rynku unijnego muszą ze sobą konkurować o pracowników z zagranicy – mówi ekspertka.

Jak wynika z danych GUS „Polska w liczbach 2025”, osoby w wieku produkcyjnym w 2024 roku stanowiły 58,2 proc. ludności. W 2010 roku było to 64,4 proc. W przygotowanej przez GUS „Prognozie ludności na lata 2023–2060” w skrajnych scenariuszach szacuje się, że liczba osób w wieku produkcyjnym w 2060 roku wyniesie odpowiednio 13,3 i 16,6 mln, co w porównaniu do 22,2 mln w 2022 roku oznacza spadek o 25 proc. w scenariuszu wysokim i o 40 proc. w niskim.

– Wyzwania demograficzne niestety będą miały negatywny wpływ na produktywność polskich przedsiębiorstw. Szacuje się, że jedynie przez deficyt rąk do pracy w przemyśle wartość PKB może być niższa nawet o 8 proc. – mówi ekspertka. – Słyszymy postulat, który jest także w naszej strategii migracyjnej, że polscy pracodawcy powinni więcej inwestować w robotyzację, automatyzację i tym samym zmniejszać negatywne skutki demograficzne, natomiast w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw nie jest to do końca możliwe, ponieważ jest to proces czasochłonny i bardzo kosztowny.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polska-przyciaga-coraz,p1264297360

Unijne miliardy mają przygotować samorządy na ekstremalne zjawiska pogodowe. Z nowej puli mogą skorzystać regiony Polski Wschodniej

0

Z różnych programów w trwającej perspektywie finansowej Unii Europejskiej ponad 11 mld zł trafi na budowanie odporności klimatycznej w polskich miastach i gminach. Potrzeba zwiększonego inwestowania w ten obszar to efekt rosnącej częstotliwości występowania ekstremalnych zjawisk pogodowych i coraz poważniejszych skutków takich zdarzeń. W ramach uruchomionego w grudniu 2025 roku naboru w nowej edycji programu adaptacji do zmian klimatu z dotacji mogą skorzystać miasta i gminy Polski Wschodniej. W sumie ponad 200 mln zł trafi do nich m.in. na rozwój zielono-niebieskiej infrastruktury i innych projektów ograniczających skutki suszy, powodzi i fal upałów.

Program – prowadzony przez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej i finansowany ze środków Funduszy Europejskich dla Polski Wschodniej – jest skierowany do samorządów z sześciu województw Polski Wschodniej (lubelskiego, części mazowieckiego, podkarpackiego, podlaskiego, świętokrzyskiego i warmińsko-mazurskiego). Ze wsparcia mogą korzystać m.in. średnie miasta (20–100 tys. mieszkańców), gminy uzdrowiskowe oraz wybrane miasta województwa podlaskiego powyżej 10 tys. mieszkańców.

 Są regiony Polski, które potrzebują szczególnego wsparcia i dofinansowania. Na budowę zabezpieczenia przeciwpowodziowego i walki z suszą, ale też zabezpieczenia infrastruktury przed skutkami huraganów, dużych wiatrów gminy mogą pozyskać bezzwrotne dofinansowanie nawet do 85 proc. wartości projektu – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Urszula Zielińska, sekretarz stanu w Ministerstwie Klimatu i Środowiska.

Program obejmuje szerokie spektrum inwestycji. Samorządy mogą sięgać po środki m.in. na systemy retencji wód opadowych, zagospodarowanie terenów zalewowych, rozszczelnianie powierzchni miejskich, tworzenie tzw. miast-gąbek, ale także na parki kieszonkowe, zielone skwery czy rozwiązania poprawiające mikroklimat w gęsto zabudowanych częściach miast. Jak podkreśla resort klimatu, kluczowe jest to, że projekty mogą łączyć funkcje przeciwpowodziowe i przeciwdziałania suszy z poprawą komfortu życia mieszkańców.

– Projekty powinny wykorzystywać to, co jest w zasobach danej gminy i miasta najłatwiejsze do wykorzystania. To często rozwiązania najprostsze, oparte na przyrodzie. Jeżeli mamy zadrzewienia w środku miasta, to nie pozbywajmy się ich na rzecz wybetonowania skweru, to już nie jest rozwiązanie na te czasy. Betonowe skwery oznaczają kilka stopni upału latem więcej, a drzewa – kilka stopni więcej chłodu i ulgę dla mieszkańców i miejskiego mikroklimatu – mówi Urszula Zielińska.

W dwóch pierwszych naborach programu na projekty adaptacyjne przyznano już 413 mln zł na 24 projekty w 18 miejscowościach. Nowy nabór trwa od 15 grudnia 2025 roku do 16 marca 2026 roku.

Wsparcie finansowe ma przełamać jedną z głównych barier po stronie samorządów, czyli ograniczone możliwości finansowe przy realizacji projektów adaptacyjnych. Nowa edycja programu wpisuje się w szerszy pakiet instrumentów wspierających adaptację miast do zmieniających się warunków pogodowych.

– Sumarycznie w bieżącej unijnej perspektywie finansowania zabezpieczyliśmy ponad 11 mld zł środków w różnego typu programach budowania odporności na zmiany klimatu i bezpieczeństwa klimatycznego. Bardzo dużo mówimy jako rząd o budowie bezpieczeństwa i nie możemy zapominać, że obejmuje to też dostępność wody, walkę z suszą, bezpieczeństwo naszej infrastruktury, ale przede wszystkim bezpieczeństwo ludzi – wyjaśnia sekretarz stanu w MKiŚ.

Raport Koalicji Klimatycznej „Wpływ zmiany klimatu na bezpieczeństwo narodowe Polski” wskazuje, że zmiana klimatu wynikająca z działalności człowieka to rosnące zagrożenie dla bezpieczeństwa obywateli oraz społeczeństwa jako całości i struktur państwa. Ma ono wiele wymiarów – od geostrategicznego i zdrowotnego, przez energetyczny, żywnościowy, przemysłowy i transportowy, po środowiskowy. Brak adekwatnej odpowiedzi na zagrożenia w każdym z tych wymiarów może nieść za sobą konsekwencje ekonomiczne, społeczne i polityczne.

– Mamy rok po roku coraz bardziej rekordowe raporty czy to o upałach, czy o opadach. Mamy zjawisko zwane niżem genueńskim, które w 2024 roku przyniosło nam powódź na południu Polski. Zmiany klimatu wzmacniają istniejące zjawiska pogodowe, powodują, że są one coraz gwałtowniejsze i częstsze. Coś takiego jak powódź nazywana kiedyś powodzią tysiąclecia dzisiaj występuje z dużo większą częstotliwością – ocenia Urszula Zielińska.

Europejska Agencja Środowiska podaje, że w latach 1980–2024 w Unii Europejskiej ekstremalne zjawiska pogodowe i klimatyczne spowodowały straty ekonomiczne o wartości 822 mld euro, z czego ponad 208 mld euro (25 proc.) wystąpiło między 2021 a 2024 rokiem. Analiza Instytutu Ochrony Środowiska – Państwowego Instytutu Badawczego wskazała, że w Polsce w latach 2001–2019 koszty ekstremalnych zjawisk pogodowych wynosiły średnio 6 mld zł rocznie, co łącznie daje 115 mld zł strat bezpośrednich. Susze odpowiadały w latach 2017–2019 za ponad 70 proc. strat w rolnictwie. Prognozy Polskiej Izby Ubezpieczeń wskazują, że zmiany klimatu mogą wpłynąć na spadek PKB o 3–10 proc., w zależności od przyjętego scenariusza wzrostu temperatur. W poprzednich latach samorządy coraz częściej sygnalizowały, że skutki ekstremalnych zjawisk pogodowych generują dla nich rosnące koszty.

 Tylko w zeszłym roku co najmniej 1/4 regionów i mieszkańców Europy była w niebezpieczeństwie lub w jakiś sposób dotknięta gwałtownymi zjawiskami pogodowymi. Oznacza to, że wszystkich nas to dotyczy, aczkolwiek badania mówią, że uboższe grupy społeczne, bardziej wrażliwe dochodowo, mają większe potrzeby i mogą być bardziej dotknięte – wskazuje ekspertka.

Rząd ocenia, że inwestycje realizowane w ramach programu adaptacji do zmian klimatu mają ograniczać koszty związane ze zmianami klimatu w dłuższym horyzoncie. Przykładowo rozwiązania oparte na retencji i zieleni miejskiej pozwalają zmniejszyć ryzyko podtopień podczas nawalnych opadów, a jednocześnie obniżają temperaturę w miastach w czasie fal upałów, co przekłada się na mniejsze zapotrzebowanie na chłodzenie budynków i energię elektryczną. W praktyce oznacza to niższe wydatki zarówno po stronie samorządów, jak i mieszkańców.

Jeżeli mamy dobrze zaizolowane budynki i zieleń w mieście, to samorządy nie muszą przeznaczać tylu pieniędzy na chłodzenie, rozkładanie kurtyn wodnych chłodzących, czy na ogrzewanie albo łatanie dziur w budynkach. Tak że to są jak najbardziej inwestycje w przyszłość, żeby nasze miasta nie generowały takich kosztów i żebyśmy sobie lepiej radzili z wyzwaniami, które jednorazowo mogą być bardzo kosztowne. Przygotowanie kosztuje znacznie mniej – mówi przedstawicielka MKiŚ.

Ważnym elementem takiego przygotowania jest tworzenie miejskich planów adaptacji do zmian klimatu, dokumentu obowiązkowego dla miast o liczbie mieszkańców powyżej 20 tys., który określa działania na rzecz budowania odporności klimatycznej, konkretne cele i koncepcje w tym zakresie. W związku z uruchomieniem trzeciego naboru na projekty w gminach w Polsce Wschodniej szczególnego znaczenia nabiera projekt resortu „Wsparcie działań adaptacyjnych dla Polski Wschodniej”, który między innymi pomaga samorządom skutecznie się przygotować do aplikowania o środki.

– Samorządy mogą pozyskać pełne finansowanie na stworzenie miejskiego planu adaptacji i dofinansowanie do 85 proc. wartości na wdrożenie projektów z tym związanych. Dobra wiadomość jest taka, że nawet bardzo małe gminy szykują albo już mają świetne, bardzo nowoczesne miejskie plany adaptacji, a te, które ich nie mają, dostają od nas pełne wsparcie. Powołaliśmy w Ministerstwie Klimatu i Środowiska zespół, który jeździ od gminy do gminy, pomagając, szkoląc i wspierając. Udostępniamy też finansowanie – mówi Urszula Zielińska.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/unijne-miliardy-maja,p932200200

Biznes wspiera przygotowania na wypadek klęsk i katastrof. Potrzeba długofalowej współpracy

0

Rozszerza się zaangażowanie biznesu w akcje pomocowe. Firmy wspierają nie tylko inicjatywy, które są reakcją na jakieś tragiczne zdarzenie, np. wystąpienie powodzi we wrześniu 2024 roku, ale również takie, które mają na celu przygotowanie na wypadek wystąpienia klęski żywiołowej czy katastrofy naturalnej. Ze względu na rosnącą częstotliwość takich zdarzeń wsparcie biznesu będzie potrzebne w większej skali niż do tej pory. Z obserwacji Polskiego Czerwonego Krzyża wynika, że coraz częściej zaangażowanie dotyczy długofalowych projektów, które biznes wspiera nie tylko finansowo, lecz także poprzez wolontariat.

Polski Czerwony Krzyż działa nieprzerwanie od 18 stycznia 1919 roku. W swoich działaniach kieruje się siedmioma zasadami Międzynarodowego Ruchu Czerwonego Krzyża i Czerwonego Półksiężyca: humanitaryzmem, bezstronnością, neutralnością, dobrowolnością, jednością, niezależnością i powszechnością. W 2024 roku wsparcie PCK w zakresie m.in. dożywiania, dostarczania paczek żywnościowych, odzieży czy zapomóg pieniężnych trafiło do ponad miliona osób w całej Polsce

– Polski Czerwony Krzyż od lat współpracuje z biznesem w ramach różnych inicjatyw społecznych, projektów i programów. Przede wszystkim jest to finansowanie tych inicjatyw, które pozwala nam nieść pomoc potrzebującym, bardzo wielowątkową i wieloobszarową. Poza środkami finansowymi współpracujemy też z biznesem w ramach wymiany doświadczeń, wnoszenia doświadczeń biznesu do działań Polskiego Czerwonego Krzyża. Często są to współprace, które polegają np. na użyczaniu powierzchni magazynowej w sytuacjach, kiedy jest duża akcja pomocy humanitarnej – mówi agencji Newseria Małgorzata Szukała, kierowniczka Działu Komunikacji i Fundraisingu w Polskim Czerwonym Krzyżu.

PCK od lat współpracuje z firmami z różnych sektorów gospodarki w ramach długofalowych, ogólnopolskich projektów czy też kampanii informacyjnych. 

– Jest to również wolontariat pracowniczy, ponieważ pracownicy firm włączają się w nasze działania, pomagają nam przygotowywać pomoc dla potrzebujących. Tych działań i możliwości jest bardzo wiele – podkreśla Małgorzata Szukała.

W ramach wolontariatu pracownicy dobrowolnie biorą udział w akcjach społecznych, takich jak zbiórki żywności, przygotowywanie paczek, organizowanie warsztatów edukacyjnych czy też wsparcie inicjatyw polegających na pomocy seniorom i dzieciom.

„Strategia 2030” PCK opiera się na trzech filarach działań. Są to: gotowość do działania w czasach kryzysu, działania na rzecz zdrowia i profilaktyki, jak również aktywizacja społeczeństwa i niwelowanie nierówności społecznych. 

– W ostatnim czasie obserwujemy, że biznes zaczął rozumieć i wspierać inicjatywy, które służą przygotowaniu się na wypadek klęsk i katastrof. Oczywiście jeżeli coś się wydarzało w Polsce, np. powódź, czy pojawiały się inne inicjatywy, które wymagały wsparcia biznesu, to on się zawsze angażował. My jako organizacja humanitarna próbujemy edukować i zachęcać biznes, żeby włączał się przed ewentualnymi wydarzeniami. Przygotowujemy się na ich wystąpienie jako organizacja i nasze służby, magazyny czy działania wymagają finansowania wcześniej – tłumaczy kierowniczka Działu Komunikacji i Fundraisingu w PCK.

Polski Czerwony Krzyż utworzył Fundusz na Ratunek, czyli stałą rezerwę finansową, aby móc natychmiast zareagować i udzielić pomocy na wypadek katastrof takich jak nagłe powodzie, rozległe pożary czy trzęsienia ziemi. Środki przeznaczone są m.in. na mobilizację zespołów ratunkowych, szkolenia i sprzęt dla wolontariuszy, długoterminową pomoc dla poszkodowanych – zarówno materialną, jak i psychologiczną, a także edukację i działania zapobiegawcze.

To jest inwestycja w przyszłość nas wszystkich. Środki biznesu, które wpływają na nasz Fundusz na Ratunek, pomagają nam być gotowymi wtedy, kiedy coś się dzieje. Te działania muszą być wówczas bardzo szybkie i skoordynowane, organizacje nie mogą czekać. Oczywiście zaczynamy wtedy zbiórkę i inne działania, w których wspierają nas darczyńcy indywidualni i biznes, ale ważne jest, żeby przed takimi działaniami już mieć pewne wsparcie – podkreśla Małgorzata Szukała.

Dzięki zgromadzonym funduszom przedstawiciele PCK mogli aktywnie działać w regionach południowo-zachodniej Polski dotkniętych powodzią we wrześniu 2024 roku, na skutek której ucierpiało 238 tys. osób, a 11,7 tys. budynków zostało zniszczonych. Straty oszacowano na prawie 1,4 mld zł. Główna fala powodziowa przeszła 14 i 15 września, jednak jednostki Systemu Ratownictwa PCK oraz Systemu Pomocy Humanitarnej działały już od 12 września. Pierwszy raz w historii Systemu Pomocy Humanitarnej w działania zaangażowane zostały wszystkie jego jednostki. Pomagały one m.in. w umacnianiu wałów czy organizowały miejsca tymczasowe dla ewakuowanych mieszkańców. Tuż po katastrofie uczestniczyły w dostarczaniu żywności i wody, przygotowywaniu pakietów żywnościowych czy transporcie najpotrzebniejszych rzeczy. 

Wyzwaniem jest przygotowanie się na nadchodzące kryzysy, bo będzie ich coraz więcej. Kiedyś powódź występowała co 10–15 lat, teraz to, co się wydarzyło w zeszłym roku na południu Polski, może się powtórzyć za rok czy dwa, więc potrzeba więcej środków, zaangażowania również biznesu na wyższym poziomie niż dotychczas – podkreśla ekspertka

Jak wynika z raportu z działań PCK „Powódź 2024. Rok po kataklizmie”, na już zrealizowane i wciąż trwające działania pomocowe organizacja przeznacza ponad 42 mln zł zgromadzone dzięki zbiórce HASHNaRatunekPowódź. Pomagają nie tylko darczyńcy indywidualni, ale również korporacyjni.

– Jesteśmy organizacją sieciową, ogólnopolską, dlatego ogólnopolskie inicjatywy i duże zaangażowanie biznesu w długofalowe projekty jest dla nas najistotniejsze. Oczywiście współprace jednorazowe też sobie bardzo cenimy, ale w momencie kiedy biznes angażuje się w długofalowy projekt, ta pomoc jest bardziej efektywna i wzmacniamy lokalne społeczności. To jest dla nas najcenniejsze. Dlatego że my, mając oddziały, wolontariuszy i pracowników w całej Polsce, znamy lokalne potrzeby społeczności i od lat jako Polski Czerwony Krzyż staramy się na nie odpowiadać – podkreśla Małgorzata Szukała.

W 2024 roku w PCK działało 37 861 członków zrzeszonych w poszczególnych oddziałach okręgowych i jednostkach podstawowych. Ponadto ponad 3,9 tys. osób podpisało porozumienie na wolontariat stały, a do tego dochodzą również wolontariusze akcyjni. Angażują się oni w konkretne działania i aktywności związane z wydarzeniami, które wymagają niesienia pomocy osobom w trudnej sytuacji.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/biznes-wspiera,p129501378

Komisja Europejska walczy z kryzysem dostępności mieszkań. Zapowiada wsparcie dla miliardowych inwestycji w mieszkalnictwo

0

W ostatnich 12 latach ceny mieszkań w Unii Europejskiej wzrosły średnio o nieco ponad 60 proc., a czynsze – o prawie 30 proc. Dostęp do przystępnych cenowo mieszkań dla Europejczyków staje się coraz trudniejszy, a Dan Jørgensen, europejski komisarz ds. energii i mieszkalnictwa, mówi już otwarcie o kryzysie i stanie wyjątkowym. To dlatego Komisja Europejska przygotowała plan działań, po raz pierwszy obejmujący ten rynek na poziomie wspólnotowym.

Wielu mieszkańców Europy, widząc, jak bardzo brakuje mieszkań, chciałoby, aby to było trochę centralistycznie sterowane, przez Komisję Europejską czy Parlament Europejski. Z drugiej strony my jesteśmy w obszarze wolnego rynku, gdzie popyt i podaż kształtują ceny. Rzeczywiście mieszkania są dziś często niedostępne dla młodego pokolenia, dla ludzi uboższych – mówi agencji Newseria Elżbieta Łukacijewska, posłanka do Parlamentu Europejskiego z Koalicji Obywatelskiej, z frakcji Europejska Partia Ludowa.

Plan przygotowany przez Komisję Europejską to odpowiedź na rosnące koszty zakupu, ale też wynajmu nieruchomości w całej Europie, szczególnie w dużych miastach. Dodatkowym problemem jest poważny niedobór nieruchomości.

Ceny mieszkań są nieprzyzwoicie wysokie. Każde dofinansowanie dla tych, którzy mieszkania budują, wcale nie czyni tych mieszkań tańszymi. Popyt przewyższa podaż na rynku i dlatego deweloperzy często kształtują ceny z kosmosu. Gdy popatrzymy na młode rodziny i młodych ludzi, mieszkanie dla nich jest absolutnie niedostępne, więc powinna się zmienić polityka, ale w stosunku do tych, którzy budują, a nie w stosunku do tych, którzy kupują. Także gdy popatrzymy na osiedla, chociażby w Polsce, brakuje tam często przestrzeni zielonej, dróg i całej infrastruktury, które czynią to osiedle dostępne i nowoczesne, ale też przyjazne rodzinie – uważa Elżbieta Łukacijewska.

Jak wynika z raportu „To my. Polacy o nieruchomościach. IV kwartał 2025” serwisu Nieruchomosci-online.pl, ośmiu na 10 badanych jest zdania, że obecne ceny nieruchomości są wysokie lub bardzo wysokie. 71 proc. uważa, że obecnie niewiele osób z ich otoczenia może pozwolić sobie na zakup mieszkania lub domu.

– Jest jakaś cena, którą ludzie powinni płacić za metr kwadratowy, bo te ceny urastają do tragicznych wysokości i chyba nikt nie umie powiedzieć dlaczego. Może mniej zarobku dla tych, którzy budują, więcej szans dla tych, którzy chcieliby kupić, ale mam świadomość, że nie jest to łatwy temat, bo nie mamy gospodarki nakazowo-rozdzielczej, nie mamy gospodarki socjalnej. To rynek kształtuje ceny, ale pewne propozycje legislacyjne na pewno mogłyby spowodować, że ten obszar będzie przyjaźniejszy konsumentowi i trochę tańszy – przyznaje europosłanka KO.

Przedstawiony 16 grudnia „Europejski plan na rzecz przystępnych cenowo mieszkań” zakłada przede wszystkim zwiększanie podaży przystępnych cenowo mieszkań, które jednocześnie będą zrównoważone i wysokiej jakości. Zaproponowano w nim środki na rzecz wydajniejszego i bardziej innowacyjnego sektora budownictwa i renowacji, które rozwiążą problem niedopasowania podaży mieszkań do popytu w ramach europejskiej strategii na rzecz budownictwa mieszkaniowego. Plan zakłada zwiększenie podaży mieszkań dzięki nowym budynkom i renowacjom, a co się z tym wiąże – także zmniejszenie obciążeń administracyjnych, wspieranie innowacji w sektorze budowlanym, działania na rzecz poprawy efektywności energetycznej budynków, a tym samym niższych rachunków, mobilizację inwestycji publicznych i prywatnych.

Przedstawione szacunki mówią o konieczności budowania ponad 2 mln mieszkań rocznie, aby zaspokoić obecny popyt. To o ok. 650 tys. więcej, niż jest budowanych obecnie. Komisja Europejska ocenia, że realizacja tych dodatkowych inwestycji będzie wymagać 153 mld euro rocznie.

Ta dyskusja i głosowanie kwestii mieszkaniowej w Parlamencie Europejskim rodzi od razu oczekiwania, zwłaszcza samorządów, że będzie specjalna linia finansowa, która będzie wspierała samorządy i miasta finansowo w budowie tańszych mieszkań. Nie jest to łatwe, natomiast ja się bardzo cieszę, że Komisja Europejska dostrzega problem mieszkaniowy w Europie i że zakłada różne cele, ile więcej powinno się budować mieszkań, jakie są potrzebne uproszczenia w zamówieniach publicznych i wsparcie dla państw członkowskich – podkreśla Elżbieta Łukacijewska.

Komisja Europejska zmobilizowała ponad 43 mld euro na budownictwo mieszkaniowe w perspektywie finansowej 2021–2027. W latach 2026 i 2027 planuje dodatkowo przeznaczyć na ten cel 10 mld euro. KE zapowiedziała, że opracowuje nową ogólnoeuropejską platformę inwestycyjną we współpracy z Europejskim Bankiem Inwestycyjnym, krajowymi i regionalnymi bankami prorozwojowymi oraz innymi międzynarodowymi instytucjami finansowymi. Do 2029 roku 375 mld euro ma zostać zmobilizowane przez partnerskie instytucje finansowe.

 W sytuacji, którą mamy, trudno oczekiwać, że powstanie dodatkowy fundusz, ale dyskusja w Parlamencie Europejskim daje nadzieję, że zwłaszcza tam, gdzie powstaje budownictwo socjalne, powinny iść za tym specjalne fundusze. Cały czas pracujemy nad nową perspektywą finansową i zobaczymy, co ostatecznie tam się znajdzie, ale problem jest duży i to w każdym kraju członkowskim – mówi posłanka do PE.

Jak podaje Komisja Europejska, tylko około 6–7 proc. wszystkich mieszkań w UE to lokale socjalne. Zaproponowany plan zakłada zmianę unijnych zasad pomocy państwa, które mają ułatwić finansowe wspieranie zasobów przystępnych cenowo mieszkań, w tym socjalnych.

Samorząd może cały czas budować mieszkania socjalne, ważne, żeby miał dostęp do dobrych linii kredytowych i tanich obszarów. Być może to, co jest w zasobach spółek Skarbu Państwa i w różnych instytucjach, mogłoby być przekazane dla gminy z przeznaczeniem na cele mieszkaniowe, aby nie musiała kupować ziemi. Pewnie specjaliści musieliby się wypowiedzieć na ten temat, ja nie jestem specjalistką, więc tutaj nie chcę wymyślać, ale na pewno jest wiele rozwiązań, które w różnych krajach funkcjonują i fajnie im się przyjrzeć – podkreśla Elżbieta Łukacijewska.

Plan koncentruje się także na rozwiązaniu problemu najmu krótkoterminowego na obszarach znajdujących się w trudnej sytuacji mieszkaniowej. Z danych KE wynika, że w latach 2019–2024 nastąpił prawie 70-proc. wzrost czynszów krótkoterminowych.  

– To dobry pomysł, aby ograniczyć możliwość wynajmowania w dużych skupiskach mieszkaniowych mieszkań, które są wynajmowane na jedną, dwie, trzy doby. Tutaj dotykamy nie tylko kwestii dostępu do mieszkań, ale też spokoju, odpoczynku tych, którzy dookoła takich lokali mieszkają z rodzinami. Ten problem jest dostrzegalny w Europie – mówi europosłanka z Koalicji Obywatelskiej.

Jak wynika z opracowania Parlamentu Europejskiego, w 2025 roku na platformach cyfrowych w całej UE znajdowało się około 4 mln ofert wynajmu krótkoterminowego. Dane Eurostatu pokazują, że liczba rezerwacji za ich pośrednictwem w 2024 roku osiągnęła rekordowy poziom 854 mln noclegów. To o 18,8 proc. więcej niż w 2023 roku.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/komisja-europejska-walczy,p628694777

Innowacje przyspieszą transformację energetyczną i walkę ze zmianą klimatu. Ich twórcy mogą liczyć na wsparcie

0

Transformacja energetyczna w Polsce to zaplanowany na wiele lat proces, który będzie wymagać nie tylko dużych nakładów, ale i innowacji. Jednym z jej kluczowych elementów jest przeciwdziałanie zmianom klimatu. To na ten aspekt nakierowane są działania start-upów z sektora climate tech. Tegoroczna edycja Szkoły Pionierów PFR koncentrowała się na wsparciu właśnie dla innowatorów z tej branży.

Transformacja energetyczna będzie wymagała od nas nie tylko dużych nakładów, ale też szukania wśród lokalnych dostawców rozwiązań. Możemy wykorzystać wiedzę i potencjał polskich inżynierów, naukowców, innowatorów, ludzi, którzy odważnie podejmują wiele różnych prób i działań w celu zmiany bieżącej sytuacji, by udoskonalać procesy i urządzenia. To ważne, żeby otwierać drzwi i stwarzać szanse dla polskich firm i start-upów w procesie transformacji energetycznej – mówi agencji Newseria Michał Jaros, sekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju i Technologii. – Między innymi Szkoła Pionierów PFR może takim osobom dać szansę na dołączenie do wielkiego procesu transformacji energetycznej w Polsce. 

Jak wynika z szacunków Banku Gospodarstwa Krajowego (BGK), łączny koszt transformacji energetycznej do 2040 roku może się wahać między 1,5 a 1,7 bln zł. Tylko rozwój OZE i magazynów będzie kosztować nas około 600 mld zł, a transformacja sektora ciepłowniczego – ok. 450 mld zł. Ten proces stawia przed Polską nie tylko wyzwania finansowe, lecz również technologiczne.

W przypadku transformacji energetycznej start-upy i technologie związane z climate tech są absolutnie kluczowe dla przyszłości – po pierwsze, żeby zabezpieczyć przyszłość cywilizacji i naszego bezpiecznego życia, po drugie, żeby stymulować gospodarkę. Te rozwiązania wpływają również na rozwój innych technologii i pośrednio stymulują rozwój gospodarki. Skupienie się na tym, co jest związane ze środowiskiem, jak je zabezpieczać i jak lepiej żyć, ale też jak przez to rozwijać gospodarkę, jest naszym priorytetem – mówi Marcin Kuśmierz, prezes zarządu Allegro, które od początku jest partnerem Szkoły Pionierów PFR.

Climate tech to sektor start-upów, które koncentrują się na problemach klimatycznych, zwłaszcza tych dotyczących ograniczania wysokiej emisji gazów cieplarnianych. Szczególną rolę odgrywa tu sztuczna inteligencja, która może wspierać zrównoważony rozwój i przyspieszać wdrażanie rozwiązań mających realny wpływ na środowisko. Z danych Dealroom wynika, że łączna wartość przedsiębiorstw działających na światowym rynku climate tech w 2024 roku wyniosła 3,4 bln dol., podczas gdy w 2022 roku było to 2 bln dol.

To właśnie na tym obszarze koncentrowała się tegoroczna edycja Szkoły Pionierów PFR. Tematyka programu wpisywała się w realizację wybranych Celów Zrównoważonego Rozwoju ONZ, m.in.: 2. (Zero głodu), 6. (Czysta woda i warunki sanitarne), 7. (Czysta i dostępna energia) czy 11. (Zrównoważone miasta i społeczności).

Program ma za zadanie znaleźć tych ludzi, którzy chcą w Polsce budować innowacje. To muszą być ludzie nie tylko kreatywni, ale też odważni, bardzo konsekwentni w swoich działaniach, którzy wiedzą, że jest początek i koniec procesu, że ważna jest determinacja i wola działania w zmienianiu rzeczywistości – podkreśla Michał Jaros. – Trzeba też ośmielić tych, którzy mają marzenia, pomysły i chęć zmian, ale nie mają możliwości finansowych, nie mają też mentorów, trenerów, którzy są w stanie im pomóc. Szkoła Pionierów PFR takie możliwości daje.

Szkoła Pionierów PFR to pierwszy krok przed akceleracją dla początkujących przedsiębiorców i wizjonerów technologicznych. Podczas trzech tygodni trwa proces generowania pomysłów, ich walidacji i prototypowania aż do prezentacji przed inwestorami i akceleratorami w trakcie finału. 

– Szkołę Pionierów PFR wyróżnia przede wszystkim to, że stawiamy tutaj na realne doświadczenie budowy start-upu. Przychodzą do nas ludzie, którzy się dopiero poznają, poznają także swoje mocne strony, szukają co-founderów i pracują nad pomysłami. Na początku te pomysły są na kartkach papieru, a po trzech miesiącach, po próbie testów, wdrożeń, rozmów z klientami, uczestnicy przychodzą z konkretnymi rozwiązaniami. Jest to prawdziwe doświadczenie, jak zbudować start-up. Część z nich odnosi sukces – mówi Paweł Huras, p.o. menedżer Zespołu Rozwoju Innowacji w Startupach i MŚP z Polskiego Funduszu Rozwoju.

Gala finałowa Szkoły Pionierów PFR odbyła się 9 grudnia br. w Warszawie. Najlepszym projektem spośród ośmiu rozwijanych propozycji okazał się Baltic Jungle Lab – rozwiązanie zamieniające niewidoczne zanieczyszczenie mikroplastikiem w mierzalne dane dla branży tekstylnej. Wyróżnienie przyznano FlowIQ, czyli inteligentnej platformie do zarządzania energią w przedsiębiorstwach wodociągowych. Dzięki niej można optymalizować pracę pomp i procesy napowietrzania. Wyróżniony został również samouczący się model sztucznej inteligencji Reactive AI, który rozwiązuje problemy znane z dużych asystentów, takich jak np. ChatGPT. Nie zapomina on kontekstu rozmów, działa taniej i bezpieczniej, a do tego lepiej chroni dane użytkowników. 

W tegorocznej edycji skupialiśmy się na projektach zielonych, które mają z jednej strony generować zyski i oszczędności biznesowe, ale z drugiej  wpływać pozytywnie na zmiany klimatyczne mówi Paweł Huras. – Z bardzo ciekawych rozwiązań mamy też monitorowanie infrastruktury krytycznej rurociągów, ich utrzymania i ewentualnych uszkodzeń, przewidywania, jak długo dana infrastruktura będzie w stanie funkcjonować. Mamy także modele AI nowej generacji, które zużywają dużo mniej energii.

Nagrodę publiczności zdobył zespół tworzący aplikację Vata, która analizuje dane z inteligentnego licznika energii. 

– Łącznie w poprzednich edycjach Szkoły Pionierów PFR powstało ponad 40 rozwiązań, które zebrały łączne finansowanie z rynku venture capital o wartości 290 mln zł. W ciągu ośmiu edycji udało się stworzyć co najmniej kilkanaście start-upów, chociażby Jutro Medical, który zajmuje się branżą healthcare, jak i niedawno powstały Sales Patriot, który automatyzuje zamówienia w sektorze obronnym – wymienia przedstawiciel PFR.

Wspieramy Szkołę Pionierów PFR od ośmiu lat i zamierzamy wspierać w przyszłości, bo to jeden z najbardziej innowacyjnych i najambitniejszych projektów rozwojowych w Polsce. Jesteśmy jego integralną częścią, wspieramy w ujęciu merytorycznym i coachingowym start-upy, przedsiębiorców, żeby kreowali innowacje, żeby mieli jak największy wpływ na gospodarkę – podkreśla Marcin Kuśmierz.

Według raportu „Co blokuje polskich startupowców”, przygotowanego na podstawie doświadczeń z projektu Szkoła Pionierów PFR, stabilne otoczenie podatkowe oraz skuteczny system zachęt inwestycyjnych powinny stanowić fundament polskiego ekosystemu innowacji. Z przytaczanych tam badań Fundacji Startup Poland „Polskie Startupy 2024” wynika, że jako najtrudniejsze do pokonania bariery w ekosystemie innowacji w Polsce 55 proc. respondentów wskazuje brak źródeł finansowania, a 38 proc. – trudności w pozyskaniu finansowania w kolejnych rundach rozwoju.

Żeby rozwijać innowacje, Ministerstwo Rozwoju i Technologii utworzyło program Innovate Poland, w którym na początku będzie kilka miliardów złotych dla innowatorów. W ten program będą zaangażowani przedstawiciele administracji publicznej, także spółki Skarbu Państwa, ale jest on otwarty dla różnych, polskich i zagranicznych firm, które docelowo będą wzmacniały innowacje w Polsce i innowatorów – podkreśla przedstawiciel resortu technologii.

Innovate Poland ma pobudzić rozwój krajowych innowacji z kapitału publicznego (PFR, BGK, EFI) i prywatnego (PZU). Na pierwszą fazę programu przeznaczono 4 mld zł, które zostaną zainwestowane w około 250 przedsiębiorstw – zarówno poprzez fundusze private equity, jak i venture capital.

– Ministerstwo Rozwoju i Technologii widzi potrzebę zmian w obszarze innowacji. Zależy nam też na tym, żeby one się rozwijały w przemyśle i przedsiębiorstwach, tak jak to ma miejsce m.in. w Azji. Tam dzisiaj jest najwięcej innowacji, dużo nowych technologii. My jako Europa i Europejczycy, a przede wszystkim jako Polki i Polacy, też powinniśmy być w tym trendzie obecni – podkreśla Michał Jaros. – Jako Ministerstwo Rozwoju i Technologii musimy być w jakimś stopniu odpowiedzialni za stworzenie ekosystemu innowatorów. Stąd program Innovate Poland, Szkoła Pionierów PFR i wiele innych, które mają wzmocnić innowacyjność polskiej gospodarki.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/innowacje-przyspiesza,p1882173312

Rząd chce zakazu sprzedaży smakowych saszetek nikotynowych. Mimo że produkt ten został uregulowany zaledwie kilka miesięcy temu

0

Projekt UD213, zakładający m.in. zakaz sprzedaży smakowych saszetek nikotynowych oraz innych niezdefiniowanych wyrobów nikotynowych, według opinii prawnej kancelarii Rymarz Zdort Maruta nie spełnia żadnego z wymogów konstytucyjnej proporcjonalności. Radcy prawni wskazują, że ustawodawca nie wykazał skuteczności proponowanego zakazu ani nie uzasadnił odpowiednio konieczności jego wprowadzenia. Ponadto nie uwzględnił takich aspektów jak ryzyko wzrostu szarej strefy i osłabienia kontroli nad rynkiem, który niedawno zresztą został uregulowany.

Projekt ustawy o wyrobach tytoniowych pojawił się zaledwie kilka miesięcy po wejściu w życie nowelizacji, która zgodnie z praktyką unijną uregulowała rynek saszetek – zakazała ich sprzedaży osobom poniżej 18. roku życia, sprzedaży przez internet i wprowadziła dopuszczalny poziom nikotyny nieprzekraczający 20 mg/g. Projekt ten został przyjęty po konsultacjach ze stroną społeczną i podlegał procedurze notyfikacji w Komisji Europejskiej. Radcy prawni oceniają, że nowa propozycja narusza zasadę ochrony zaufania do państwa i stanowionego przez nie prawa.

– Dlaczego najpierw w maju wprowadzamy regulacje, które kontrolują rynek, a kilka miesięcy później wprowadzamy całkowity zakaz? Czy to jest racjonalny ustawodawca? Wydaje się, że nie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria dr Anna Partyka-Opiela, radca prawny, partner w kancelarii Rymarz Zdort Maruta.

Według prawników analiza zakazu sprzedaży smakowych saszetek nikotynowych prowadzi do wniosku, że proponowana regulacja nie spełnia wszystkich trzech przesłanek testu proporcjonalności, wypracowanego przez Trybunał Konstytucyjny. Pierwszym jest kryterium przydatności, czyli ocena, czy zakaz jest w stanie doprowadzić do zamierzonych skutków: ochrony zdrowia publicznego i ograniczenia dostępu nieletnich. Kolejne dwa kryteria to ocena konieczności (czy zakaz jest niezbędny dla ochrony zdrowia publicznego i nie ma alternatywnych, mniej restrykcyjnych środków) i proporcjonalności sensu stricto (czy efekty są proporcjonalne względem ciężarów nakładanych na przedsiębiorców i dorosłych konsumentów).

 W mojej ocenie projekt nowej ustawy pod hasłem UD213 nie jest projektem spełniającym podstawowe kryteria proporcjonalności. Dlaczego? Po pierwsze, ustawodawca nie udowodnił w uzasadnieniu do ustawy, że smakowe saszetki nikotynowe powodują zwiększenie spożywania tychże produktów u dzieci. Zupełnie odwrotnie się dzieje i to pokazują nam doświadczenia innych krajów, że ważniejsza jest redukcja szkód właśnie poprzez wprowadzanie produktów mniej szkodliwych niż całkowite zakazy – tłumaczy dr Anna Partyka-Opiela.

Opinia prawna kancelarii wskazuje, że ustawodawca wprowadza jedynie zakaz smakowych saszetek nikotynowych, podczas gdy w obrocie pozostają smakowe papierosy elektroniczne oraz aromatyzowane wyroby podgrzewane. Poza tym nie przedstawiono badań dotyczących tego, czy korzystanie z saszetek przekształca się w inne wzorce konsumpcji wśród różnych grup wiekowych, które umożliwiłyby kompleksową ocenę zasadności zakazu.

Cała regulacja jest prowadzona pod hasłem ochrony dzieci, tymczasem badania pokazują, że ta ochrona powinna się skupiać raczej na egzekucji przepisów niż na kolejnych zakazach – mówi radczyni prawna.

Jak wskazano w opinii prawnej, zgodnie z badaniem zawartym w załączniku do oceny skutków regulacji projektu UD213 57 proc. osób niepełnoletnich (13–17 lat) kupuje wyroby z nikotyną osobiście w sklepie stacjonarnym. 9,1 proc. dzieci, które miały już kontakt z wybranymi wyrobami nikotynowymi, nabyło je online. Eksperci wskazują, że realnym problemem pozostaje niewystarczające egzekwowanie obowiązujących przepisów, a nie brak kolejnych zakazów produktowych.

W dokumencie zwrócono również uwagę, że projekt przepisów opiera się na raporcie Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), jednak prawnicy wskazują, że punkt dotyczący saszetek to tylko jeden z 230 akapitów, w dodatku nie określa on ich szkodliwości jako udowodnionej, tylko jako „potencjalną”. WHO rekomenduje prowadzenie dalszych badań oraz stosowanie działań o łagodniejszym charakterze, takich jak limity nikotyny i kontrola reklamy – rozwiązania te zostały już wdrożone w Polsce w ramach majowej nowelizacji. W tym kontekście proponowany zakaz – według prawników – nie spełnia m.in. kryterium konieczności i proporcjonalności sensu stricto. WHO wskazuje także, że saszetki zawierają znacznie mniej składników i substancji toksycznych niż tradycyjne papierosy i brak dowodów, by stanowiły punkt wejścia do używania innych produktów nikotynowych.

Doświadczenia innych krajów w zakresie redukcji szkód, jeśli chodzi o produkty nikotynowe, i regulacji nie zostały uwzględnione. Świetnym przykładem jest Szwecja, gdzie cały czas promuje się politykę redukcji szkód i która ma świetne wyniki w tym zakresie. Notuje o 41 proc. mniej zachorowań na raka płuc wśród mężczyzn niż inne kraje Unii Europejskiej właśnie przez tę politykę i promowanie mniej szkodliwych produktów nikotynowych – podkreśla dr Anna Partyka-Opiela.

Jednocześnie ustawodawca nie rozważył alternatywnych narzędzi – takich jak skuteczniejsze kontrole, kampanie edukacyjne czy dodatkowe wymogi etykietowania – które są stosowane w innych państwach i uważane za efektywne w ograniczaniu ryzyka.

 Osoby, które używają saszetek, to nie są, jak pokazują badania, dzieci, ale osoby dorosłe, które w ten sposób redukują swoje uzależnienie od tradycyjnych papierosów, więc ten argument jest łatwy do zbicia – wskazuje partner w kancelarii Rymarz Zdort Maruta.

W ocenie prawników w projekcie brakuje też uwzględnienia skutków ekonomicznych zakazów. Jednym z nich jest ryzyko rozwoju szarej strefy. Przytaczane w opinii prawnej doświadczenia Belgii i Holandii, które wprowadziły pełne zakazy, pokazują wzrost nielegalnego obrotu oraz pojawianie się produktów o skrajnie wysokiej zawartości nikotyny, wymykających się jakiejkolwiek kontroli.

 Polska jest czwartym rynkiem w UE, gdzie najlepiej się rozwija szara strefa wyrobów tytoniowych i nikotynowych. Wprowadzenie zakazu naturalnie ją zwiększy. Dzisiaj mamy regulacje, które pozwalają nam kontrolować ten rynek, a po wprowadzeniu zakazu ten rynek będzie poza kontrolą – ocenia ekspertka.

Rozwój szarego i czarnego rynku jest o tyle prosty, że smakowe saszetki nikotynowe pozostają legalne w wielu krajach Unii Europejskiej. Konsumenci mogą więc je kupować podczas podróży zagranicznych lub zamawiać przez internet z zagranicznych sklepów.

Autorzy opinii przypominają, że projekt powstaje w momencie, gdy na poziomie Unii Europejskiej trwają prace nad nową dyrektywą tytoniową, która ma kompleksowo uregulować produkty nikotynowe na unijnym rynku. Wprowadzanie krajowych zakazów przed ustaleniem wspólnych standardów grozi niespójnością regulacyjną i obciążeniem przedsiębiorców kosztami kolejnych zmian. Dlatego też w opinii prawnej znalazła się rekomendacja koordynacji działań krajowych z pracami Komisji Europejskiej. Jako inne propozycje działań, które mogą spełnić cele ustawodawcy przy zachowaniu zgodności z zasadą proporcjonalności, prawnicy wymienili również wznowienie kompleksowych badań dotyczących spożycia tytoniu i nikotyny, opracowanie na ich podstawie kompleksowej i przewidywalnej polityki zdrowotnej, która ograniczy chaos legislacyjny, oraz priorytetowe traktowanie skutecznego egzekwowania istniejącego zakazu sprzedaży nieletnim, np. przez intensyfikację kontroli sklepów stacjonarnych i zaostrzenie odpowiedzialności sprzedawców. Rekomendacje obejmują także m.in. wypracowanie wytycznych dotyczących etykietowania i przekazywania informacji o wyrobach nikotynowych zgodnie z rekomendacjami WHO i praktyką krajów rozwiniętych.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rzad-chce-zakazu,p238237389

Polska gospodarka coraz mniej zależna od węgla, ale wciąż znacząco od importu ropy i gazu. Transformacja wymaga stabilnych źródeł finansowania

0

Według Polskiego Instytutu Ekonomicznego w 2025 roku udział odnawialnych źródeł w produkcji energii elektrycznej osiągnął 29,4 proc., wobec 12,7 proc. w 2018 roku, a moc zainstalowana fotowoltaiki w ciągu niecałych siedmiu lat wzrosła 38-krotnie. Jednocześnie w strukturze zużycia energii wciąż znaczącą rolę odgrywa konsumpcja ropy naftowej i gazu. Jak podkreśla Jacek Kostrzewa, prezes Krajowej Agencji Poszanowania Energii, w ocenie postępu transformacji energetycznej liczy się nie tylko jej tempo, ale też równowaga między ambicją a możliwościami gospodarki.

– Tempo transformacji energetycznej w Polsce jest naturalne. To nie jest tak, że można sobie zadekretować, że zbudujemy coś w ciągu roku, trzech czy 10 lat. Może zbudujemy, ale jest bardzo wiele czynników, które powodują, że następuje taka zmiana: to czynniki legislacyjne, finansowe i ideologiczne. Tym razem ten trend od strony ideologicznej nieco osłabł, a nieco większą wagę, jak widać na rynku, przywiązuje się do ekonomii. Moim zdaniem to jest właściwa sytuacja. Należy robić wszystko na tyle rozsądnie i w sposób zrównoważony, żeby nie powodowało to gigantycznych perturbacji od strony ekonomicznej – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Jacek Kostrzewa.

Analiza Polskiego Instytutu Ekonomicznego, na podstawie danych Forum Energii i ARE, wskazuje, że o ile w 2018 roku energia z OZE odpowiadała za 12,7 proc. produkowanej energii elektrycznej, o tyle w 2025 roku za 29,4 proc. Znacząco spadł udział węgla kamiennego w polskim miksie (z blisko 50 proc. do 32 proc.) i brunatnego (z blisko 30 proc. do 21 proc.). Jednocześnie w ostatnich siedmiu latach nastąpił 38-krotny wzrost fotowoltaiki – z 600 MW mocy zainstalowanej na koniec 2018 roku do 23 GW w lipcu 2025 roku. Rządowa „Polityka energetyczna Polski do 2040 roku” prognozowała 5 GW zainstalowanej mocy na ten rok.

Z drugiej strony raport „Transformacja energetyczna Polski. Edycja 2025” Forum Energii ocenia, że struktura zużycia energii pierwotnej w Polsce nadal pozostaje silnie uzależniona od paliw kopalnych. Przez ostatnie 20 lat, od czasu wejścia Polski do UE, obserwujemy dwa przeciwstawne trendy – zużycie węgla spadło o 38 proc., a konsumpcja ropy i gazu wzrosła odpowiednio o 41 i 43 proc. Transformacja przebiega więc w sposób nierównomierny i nieskoordynowany, co utrudnia skuteczne obniżanie emisyjności gospodarki.

Zdaniem prezesa KAPE utrzymanie tempa zmian wymaga nowych źródeł finansowania – publiczne środki nie wystarczą, by sfinansować skalę modernizacji potrzebnych w energetyce i przemyśle.

 Mam taką teorię, że nie należy dawać prezentów, z kilku powodów. Raz, że wtedy się tego specjalnie nie szanuje, a dwa, że po prostu publicznych pieniędzy, polskich czy unijnych, nie starczy na to, żeby zmodernizować kraj. Konieczne jest zaangażowanie kapitału prywatnego, co określa się jako blended finance. To powoduje, że różni aktorzy z rynku finansowego widzą jakiś interes w tym, żeby finansować transformację – tłumaczy prezes Krajowej Agencji Poszanowania Energii.

Eksperci Forum Energii wskazują, że presja na przyspieszenie transformacji energetycznej rośnie ze względu na konieczność ograniczenia emisji, bezpieczeństwo energetyczne oraz konkurencyjność gospodarki. Jacek Kostrzewa wskazuje, że inwestycje w energetykę mają nie tylko wymiar ekonomiczny, ale też społeczny.

– Będzie to miało wielopokoleniowe znaczenie. System energetyczny staje się coraz bardziej rozproszony: z jednokierunkowego systemu, w którym z elektrowni płynął prąd albo z ciepłowni płynęło ciepło do kaloryferów, staje się systemem dwukierunkowym i połączonym. System elektroenergetyczny będzie się przenikał z systemem ciepłowniczym, co wymaga zupełnie innego podejścia i nowej filozofii w zarządzaniu energią – tłumaczy.

Sukcesem ostatnich lat transformacji energetycznej jest uniezależnienie się od dostaw węgla i paliw z Rosji oraz zmiana kierunków importu. Wciąż jednak Polska płaci za zagraniczne surowce znaczące kwoty. Według danych Forum Energii od 2015 roku nasz kraj wydał ok. 1,2 bln zł na import surowców energetycznych, a w samym 2024 roku – 112 mld zł. To pokazuje, jak duży potencjał gospodarczy wiąże się z modernizacją krajowego systemu energetycznego i ograniczaniem zależności od zewnętrznych dostawców. Z danych GUS wynika, że w latach 2013–2023 energochłonność pierwotna PKB w Polsce spadała średnio o 3,8 proc. rocznie. Spadek energochłonności oznacza, że na jednostkę PKB zużywa się mniej energii pierwotnej, co zazwyczaj wskazuje na poprawę efektywności energetycznej.

– Te inwestycje powodują implementację innowacji, nowoczesnych technologii, które są inne, niż były 50 czy nawet 30 lat temu. To spowoduje ogólny postęp poziomu techniki i poziomu cywilizacyjnego – wskazuje ekspert.

W wielu energochłonnych sektorach poprawa efektywności stała się naturalnym elementem strategii rozwojowych firm. Przykładem jest przemysł szklarski, który – jak wskazuje Jacek Kostrzewa – już dekadę temu wdrożył rozwiązania ograniczające zużycie energii, zanim wymusiły to przepisy unijne.

Transformacja energetyczna to z jednej strony wyzwanie inwestycyjne i technologiczne, a z drugiej – kluczowy element budowania bezpieczeństwa państwa. Zmniejszenie importu surowców, rozwój rozproszonych źródeł energii i większa elastyczność systemu to czynniki, które zwiększają odporność kraju na kryzysy energetyczne i zagrożenia geopolityczne.

– Im mniej będziemy importować, tym nasza podatność na wojnę hybrydową zmaleje. Z kolei to, że system jest coraz bardziej rozproszony, utrudnia z jednej strony jego destrukcję, a z drugiej strony umożliwia działanie, nawet jeżeli linia wysokiego napięcia ulegnie zniszczeniu. Szczególnie jeżeli będziemy mało konsumować, to przynajmniej podstawowe potrzeby lokalnie będziemy w stanie pokryć np. ze źródeł odnawialnych – podkreśla prezes Krajowej Agencji Poszanowania Energii.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polska-gospodarka-coraz,p986728931

Instytucje UE pracują nad całkowitym zakazem importu gazu z Rosji. Nie wszyscy wierzą w ten scenariusz

0

Posłowie do Parlamentu Europejskiego na październikowej sesji poparli plan całkowitego zakazu importu gazu z Rosji. Również Rada UE porozumiała się w tej sprawie, przyjmując swoje stanowisko negocjacyjne. Europosłowie mówią, że to istotna i długo oczekiwana decyzja polityczna, która pozwoli skończyć z finansowaniem wojennej gospodarki Rosji. Jednak są też głosy sceptyczne, które krytykują nieskuteczne sankcje i nazywają je wizerunkowymi.

– Zakaz sprowadzania gazu rosyjskiego do Unii Europejskiej od początku 2028 roku jest przesądzony. Dlatego uważam, że i firmy węgierskie, i słowackie, kolaborujące z reżimem Putina, będą musiały wstrzymać dostawy. Każde euro, które wpływa do Rosji, jest wykorzystywane na gospodarkę wojenną Putina. Trzeba to zatrzymać – mówi agencji Newseria Michał Szczerba, poseł do Parlamentu Europejskiego z Koalicji Obywatelskiej i Europejskiej Partii Ludowej.

 Zostały jeszcze tylko dwa kraje, Słowacja i Węgry, i myślę, że one się podporządkują, natomiast to trwało dosyć długo, bo sieć przeróżnych powiązań, nie tylko dostawy surowców, ale również biznesowe relacje powodowały, że ta sprawa się wydłużała – dodaje Mirosława Nykiel, posłanka do PE z KO.

Na październikowej sesji Parlament Europejski poparł decyzję o rozpoczęciu rozmów z duńską prezydencją w Radzie UE na temat zakazu importu rosyjskiego gazu i ropy. Również ministrowie energii państw Unii przyjęli stanowisko negocjacyjne w sprawie wycofywania importu rosyjskiego gazu ziemnego, które ma być podstawą do rozmów z PE. Jak informuje polski resort energii, pełny zakaz ma obowiązywać od 2028 roku, ale cały proces będzie wdrażany etapami: w pierwszym z nich zakaz będzie obejmował zawieranie nowych umów, w drugim etapie – dostawy na bazie zawartych kontraktów krótkoterminowych, a w trzecim – dostawy realizowane na bazie zawartych umów długoterminowych. Ministerstwo Energii wskazuje, że proponowane rozporządzenie ma dotyczyć zarówno gazu rurociągowego, jak i skroplonego gazu ziemnego (LNG). Ten pierwszy trafia dziś do Węgier i do Słowacji, a drugi głównie m.in. do Francji i Belgii.

 Trzeba zabezpieczyć przede wszystkim sytuacje, kiedy gaz czy ropa dociera do nas w innej postaci poprzez kraje pośredniczące. Te wszystkie luki trzeba uszczelnić i specjaliści już nad tym pracują, wiedzą, jak to zrobić. Natomiast trzeba podjąć decyzję polityczną i tutaj już jest zgoda w tym temacie – mówi Mirosława Nykiel.

– Przede wszystkim możemy zmienić źródła dostaw. Mamy amerykański LNG, norweski gaz, to wszystko jest w zasięgu ręki dla krajów, które chcą się uniezależnić od Putina. Tu nie ma żadnej ściemy, to są konkrety i działania, które Węgrzy będą musieli przyjąć do wiadomości, jeżeli chcą być częścią Wspólnoty Europejskiej. To, co komunikuje kanclerz Merz, jest jednoznaczne, rosyjskie dostawy zostaną wstrzymane do Niemiec, co oznacza pełne uniezależnienie się tego kraju od dostaw. Błędy przeszłości, błędy Angeli Merkel są naprawiane przez kanclerza Merza, to stanowisko jest jednoznaczne, konsekwentne i proeuropejskie – dodaje Michał Szczerba.

Nie wszyscy eurodeputowani wierzą jednak w ten scenariusz.

Uważam, że całkowite odejście od zasobów Rosji jest możliwe, ale zadajmy sobie pytanie, czy Europa chce to zrobić, bo sankcje są dla biedniejszych krajów Europy, bogatsze kraje Europy bardzo dobrze współpracują na różnych kierunkach przez pośredników – mówi Daniel Obajtek, europoseł z ramienia Prawa i Sprawiedliwości. – Belgia, Francja, Hiszpania – 100 proc. więcej LNG rosyjskiego. Gdzie ten gaz się pojawił? Poprzez rurociągi, interkonektory w Niemczech. Teraz tworzy się zakaz w zakresie odejścia od gazu rosyjskiego, to ma być 2026, może 2027 rok, a tak naprawdę my nie realizujemy żadnych sankcji. Dajemy Rosji czas na to, by się przygotowywała.

Według danych Komisji Europejskiej na podstawie ENTSO-G i LSEG (przytaczanych na stronie Rady UE) w 2024 roku największym dostawcą gazu dla wspólnoty była Norwegia, która odpowiada za 91,1 mld m3, czyli 33,4 proc. dostaw. Z Rosji pochodziło 51,6 mld m3 (19 proc. całkowitego importu gazu do UE) – zarówno gazu dostarczanego gazociągami, jak i LNG. Gdyby potraktować oba rodzaje gazu łącznie, Rosja znalazłaby się na drugim miejscu za Norwegią.

Z danych Centrum Badań nad Energią i Czystym Powietrzem (CREA) wynika, że w ubiegłym roku Unia Europejska zapłaciła prawie 22 mld euro za rosyjskie paliwa kopalne. Wrześniowy raport tej organizacji wskazuje, że Unia była czwartym odbiorcą rosyjskich paliw kopalnych, odpowiadając za 8 proc. dochodów Rosji z eksportu. Około 70 proc. stanowił gaz rurociągowy i LNG, a 29 proc. – ropa naftowa.

 Chiny importują 58 proc. ropy z kierunku rosyjskiego, Indie prawie 70 proc., około 20 proc. gazu i 15 proc. węgla. Potem Turcja, a Europa jest na czwartym miejscu. Biorąc pod uwagę rok 2024, UE kupiła od Rosji tylko o 1 proc. wolumenu mniej, to o jakich my sankcjach mówimy? – ocenia Daniel Obajtek. – Kolejne pakiety sankcji są pakietami wizerunkowymi. Mamy już ponad trzy lata wojny na Ukrainie, a tak naprawdę nic się nie zmieniło. Rosja rośnie w siłę, przy okazji rosną w siłę Chiny, doskonale im się współpracuje. Pragnę zaznaczyć, że przy tych wszystkich dziwnych sankcjach ropa rosyjska jest zdecydowanie tańsza, gaz rosyjski również, więc czyje gospodarki rozwijają się bardziej? Turecka, chińska, indyjska.

Jak podkreśla, działanie floty cieni pokazuje, że Rosja i handlujące z nią podmioty umieją obchodzić sankcje. Podobnie może być i tym razem.

– Jeżeli państwa będą się odcinać [od dostaw z Rosji – red.], to ich firmy będą ten biznes realizować poprzez wymianę papierów, a gaz i ropa będą dalej rosyjskie. Zobaczycie państwo, nie minie 1,5 roku, a przez Nord Stream 1 i Nord Stream 2 popłynie gaz rosyjski, on się może będzie inaczej nazywał, że jest kazachski, ale on będzie rosyjski. Czy po odcięciu Nord Stream 1, Nord Stream 2 Niemcy przyhamowały budowę interkonektorów i sieci gazowych? Budują te sieci gazowe w setkach kilometrów. Po co? Szykują się pod to, by być hubem gazowym dla całej Europy i sprowadzać gaz przy zdecydowanie innych dyskontach niż notowane z Rosji – ocenia polski polityk.

Według europosła jedynym skutecznym sposobem na ograniczenie importu rosyjskich surowców jest wprowadzenie wysokich ceł.

– Rosja szuka innych kierunków, zwiększa dostawy do Chin, Indii i Turcji, doskonale współpracuje z Iranem, buduje floty cieni, robi tradingi, czyli wymiany na morzu. Weszła na wyższy level z logistyką i staje się bardziej odporna. Najuczciwszą rzeczą jest więc „dowalić” odpowiednie cła. Po drugie,  muszą być oclone również towary z krajów trzecich. Cło musi być wysokością różnicy między ceną ropy a kosztem poniesionym z Zielonym Ładem, więc dopiero wtedy będziemy konkurencyjni – postuluje Daniel Obajtek.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/instytucje-ue-pracuja-nad,p777408678

Wielomiliardowe finansowanie i nowe kontrakty mają wzmocnić potencjał produkcyjny PGZ. Borsuk, Baobab i Digital Baltic mogą być eksportowymi hitami

0

Aktualizacja 09:53

Do 2035 roku Polska na sam sprzęt militarny przeznaczy ponad 640 mld zł, a łączny impuls popytowy, z kosztami serwisu i utrzymania, będzie dwukrotnie wyższy – szacują analitycy PKO BP. Z kolei szacunki Deloitte mówią o tym, że 40 proc. zamówień może zostać zrealizowanych fizycznie w Polsce. Dlatego kluczowe jest zwiększanie możliwości produkcyjnych i kompetencyjnych polskiego przemysłu. Inwestycje w sektor już przynoszą efekty, wzmacniając jego pozycję jako eksportera sprzętu wojskowego na rynku międzynarodowym, czego przykładem są kontrakty podpisywane przez Polską Grupę Zbrojeniową.

– Podpisaliśmy już partnerstwa z kluczowymi graczami na rynku światowym, coraz mocniej umacniamy się w ich łańcuchach dostaw i w systemie kooperacji. Niemniej jednak dynamiczne potrzeby, które generuje rozbudowywanie Sił Zbrojnych RP, jak również potrzeby związane z działalnością eksportową, sprawiają, że poszukujemy kolejnych partnerów – mówi agencji Newseria Jacek Matuszak, kierownik Działu Komunikacji w Polskiej Grupie Zbrojeniowej. – Porozumienia, które podpisujemy ze znanymi dużymi koncernami jak Lockheed Martin, Airbus Helicopters, pokazują, że jesteśmy coraz bardziej pożądanym partnerem.

Rok 2024 był dla PGZ okresem rekordowych przychodów – skonsolidowane przychody szacowano na ponad 13 mld zł, wobec ok. 10,2 mld zł rok wcześniej – co potwierdza skalę rozwoju i rosnące znaczenie spółek z grupy na rynku obronnym. W ubiegłym roku grupa podpisała kontrakty na rekordowe 120 mld zł, m.in. na komponenty obrony przeciwlotniczej, czyli produkcję wyrzutni i pocisków do systemu Narew, czy na komponenty lądowe, m.in. na haubice Krab i transportery Rosomak. Jednym z ostatnich przykładów jest podpisanie podczas wrześniowych targów DSEI w Londynie umowy między spółką Mesko wchodzącą w skład PGZ i Szwedzką Agencją Zamówień Obronnych na dostawy przenośnych przeciwlotniczych zestawów rakietowych Piorun. Eksport, choć mniejszy od sprzedaży krajowej, stanowi coraz ważniejszy element strategii wzrostu. To właśnie rosnąca aktywność na rynkach zagranicznych sprawia, że grupa konsekwentnie rozwija współpracę międzynarodową i umacnia się w globalnych łańcuchach dostaw.

– Wiele z naszych wyrobów jest już uznawane za hit, produkt interesujący eksportowo. Takim jest znany od kilku lat zestaw Piorun czy armatohaubica Krab. Jesteśmy przekonani, że do tego grona dołączą nowy bojowy pływający wóz piechoty Borsuk, jak również pojazd minowania narzutowego Baobab, oba pochodzące z Huty Stalowa Wola, gdyż są to topowe rozwiązania w swojej kategorii – wskazuje Jacek Matuszak. – Biorąc pod uwagę potencjał Baobaba oraz to, jaka jest sytuacja na wschodniej flance NATO, jesteśmy przekonani, że nie tylko w Polsce, ale także w innych krajach, które muszą zabezpieczyć swoją granicę, ten sprzęt będzie niezwykle przydatny.

Borsuk, produkowany w Hucie Stalowa Wola, to nowoczesny bojowy wóz piechoty ze zdalnie sterowaną wieżą, wyrzutniami rakiet Spike i zdolnością do poruszania się zarówno po lądzie, jak i po wodzie. Jego wdrożenie rozpocznie proces wymiany ponad 900 BWP-1, które wciąż pozostają na wyposażeniu polskiej armii. Baobab z kolei to system umożliwiający szybkie stawianie pól minowych z użyciem min inteligentnych, które można zaprogramować na określony czas i które następnie ulegają samodezaktywacji. Podobne rozwiązania testowane są już w krajach bałtyckich, gdzie w ramach tzw. Bałtyckiej Linii Obrony Litwa pozyskała nowoczesne miny przeciwpancerne, wzmacniając swoje granice wobec zagrożeń ze strony Rosji i Białorusi. Eksperci wskazują, że technologie tego typu mogą się stać jednym z filarów elastycznej obrony państw regionu, a Baobab dzięki mobilności i automatyzacji wpisuje się w te potrzeby.

Oprócz nowych pojazdów PGZ wiąże też nadzieję z projektem Digital Baltic, czyli cyfrowym zobrazowaniem Morza Bałtyckiego. Digital Baltic łączy dane satelitarne, obserwacje z boi i czujników akustycznych oraz informacje o ruchu statków, tworząc cyfrowy obraz sytuacji w czasie rzeczywistym. Rozwiązanie ma wspierać zarówno ochronę środowiska, jak i bezpieczeństwo infrastruktury krytycznej oraz żeglugi. Podobne inicjatywy, określane mianem digital twin of the ocean, rozwijane są w Danii, Niemczech, Szwecji i Finlandii, a także w ramach unijnych projektów pilotażowych obejmujących Bałtyk i Morze Północne. Integracja strumieni danych i modeli prognostycznych daje państwom regionu narzędzie umożliwiające szybsze reagowanie na zagrożenia oraz skuteczniejsze zarządzanie akwenami morskimi.

– To system informatyczny czy elektroniczny zarządzania informacją, który pozwala strzec bezpieczeństwa Bałtyku za pomocą nowoczesnych urządzeń do obserwacji – wskazuje kierownik Działu Komunikacji w PGZ. – Wiemy, że to rozwiązanie, które opracowało nasze Centrum Techniki Morskiej, może posłużyć nie tylko do ochrony polskiej morskiej granicy, ale także do monitorowania całego Bałtyku. Jeśli połączymy to z budowaniem nowych fregat i innych jednostek dla Marynarki Wojennej, a jednocześnie popatrzymy na rozbudowanie systemu radiolokacji, różnego typu radarów itp., to widać, że kompleksowo podchodzimy do tego, jak należy budować bezpieczeństwo naszego kraju i wzmacniać potencjał nie tylko polskiej armii, ale także innych służb i formacji odpowiedzialnych za bezpieczeństwo granic.

PGZ podczas Międzynarodowego Salonu Przemysłu Obronnego MSPO 2025 w Kielcach podpisała także umowy o współpracy z Bankiem Gospodarstwa Krajowego i PKO BP. Porozumienia mają zapewnić wielomiliardowe finansowanie dla grupy, co umożliwi zwiększenie produkcji, realizację nowych kontraktów, inwestycje w nowoczesny sprzęt wojskowy oraz wsparcie polskiego przemysłu obronnego i bezpieczeństwa państwa.

 Te porozumienia pozwolą nam na zwiększenie dynamiki produkcji, jak również na przyjmowanie kolejnych zamówień, bo będą gwarantowały nam linie kredytowe i pozwolą nam w ten sposób rozwijać nasze portfolio – mówi Jacek Matuszak.

Według raportu PKO „Makro Focus: wydatki militarne – bezpieczeństwo i rozwój” na sam sprzęt Polska przeznaczy do 2035 roku ponad 640 mld zł, a wraz z kosztami utrzymania i serwisu – ponad 1,2 bln zł. Nawet przy założeniu wysokiej importochłonności wydatków zbrojeniowych ich łączny wpływ na PKB Polski będzie pozytywny i wyższy niż poniesione nakłady. Skuteczna realizacja strategii rozwoju krajowego przemysłu obronnego przyczyniłaby się do zwiększenia samowystarczalności Polski w produkcji sprzętu, wzmacniania zdolności obronnych, ale także zacieśniania współpracy z innymi państwami NATO. Inwestycje te mogłyby również pomóc Polsce w uzyskaniu większej niezależności oraz wzmocnić pozycję eksportera sprzętu wojskowego na rynku międzynarodowym. Przeniesienie istotnej części popytu do polskiego przemysłu może doprowadzić do znaczącego wzmocnienia impulsu fiskalnego oraz do zwiększenia skali mnożnika wydatkowego. Przeprowadzona symulacja wskazuje, że założenie spadku importochłonności o połowę przyczyni się do wzrostu PKB o 360 mld zł do 2035 roku, co oznacza wygenerowany wzrost 1,5 raza wyższy niż w scenariuszu bazowym.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/wielomiliardowe,p1034666796