Innowacje przyspieszą transformację energetyczną i walkę ze zmianą klimatu. Ich twórcy mogą liczyć na wsparcie

0

Transformacja energetyczna w Polsce to zaplanowany na wiele lat proces, który będzie wymagać nie tylko dużych nakładów, ale i innowacji. Jednym z jej kluczowych elementów jest przeciwdziałanie zmianom klimatu. To na ten aspekt nakierowane są działania start-upów z sektora climate tech. Tegoroczna edycja Szkoły Pionierów PFR koncentrowała się na wsparciu właśnie dla innowatorów z tej branży.

Transformacja energetyczna będzie wymagała od nas nie tylko dużych nakładów, ale też szukania wśród lokalnych dostawców rozwiązań. Możemy wykorzystać wiedzę i potencjał polskich inżynierów, naukowców, innowatorów, ludzi, którzy odważnie podejmują wiele różnych prób i działań w celu zmiany bieżącej sytuacji, by udoskonalać procesy i urządzenia. To ważne, żeby otwierać drzwi i stwarzać szanse dla polskich firm i start-upów w procesie transformacji energetycznej – mówi agencji Newseria Michał Jaros, sekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju i Technologii. – Między innymi Szkoła Pionierów PFR może takim osobom dać szansę na dołączenie do wielkiego procesu transformacji energetycznej w Polsce. 

Jak wynika z szacunków Banku Gospodarstwa Krajowego (BGK), łączny koszt transformacji energetycznej do 2040 roku może się wahać między 1,5 a 1,7 bln zł. Tylko rozwój OZE i magazynów będzie kosztować nas około 600 mld zł, a transformacja sektora ciepłowniczego – ok. 450 mld zł. Ten proces stawia przed Polską nie tylko wyzwania finansowe, lecz również technologiczne.

W przypadku transformacji energetycznej start-upy i technologie związane z climate tech są absolutnie kluczowe dla przyszłości – po pierwsze, żeby zabezpieczyć przyszłość cywilizacji i naszego bezpiecznego życia, po drugie, żeby stymulować gospodarkę. Te rozwiązania wpływają również na rozwój innych technologii i pośrednio stymulują rozwój gospodarki. Skupienie się na tym, co jest związane ze środowiskiem, jak je zabezpieczać i jak lepiej żyć, ale też jak przez to rozwijać gospodarkę, jest naszym priorytetem – mówi Marcin Kuśmierz, prezes zarządu Allegro, które od początku jest partnerem Szkoły Pionierów PFR.

Climate tech to sektor start-upów, które koncentrują się na problemach klimatycznych, zwłaszcza tych dotyczących ograniczania wysokiej emisji gazów cieplarnianych. Szczególną rolę odgrywa tu sztuczna inteligencja, która może wspierać zrównoważony rozwój i przyspieszać wdrażanie rozwiązań mających realny wpływ na środowisko. Z danych Dealroom wynika, że łączna wartość przedsiębiorstw działających na światowym rynku climate tech w 2024 roku wyniosła 3,4 bln dol., podczas gdy w 2022 roku było to 2 bln dol.

To właśnie na tym obszarze koncentrowała się tegoroczna edycja Szkoły Pionierów PFR. Tematyka programu wpisywała się w realizację wybranych Celów Zrównoważonego Rozwoju ONZ, m.in.: 2. (Zero głodu), 6. (Czysta woda i warunki sanitarne), 7. (Czysta i dostępna energia) czy 11. (Zrównoważone miasta i społeczności).

Program ma za zadanie znaleźć tych ludzi, którzy chcą w Polsce budować innowacje. To muszą być ludzie nie tylko kreatywni, ale też odważni, bardzo konsekwentni w swoich działaniach, którzy wiedzą, że jest początek i koniec procesu, że ważna jest determinacja i wola działania w zmienianiu rzeczywistości – podkreśla Michał Jaros. – Trzeba też ośmielić tych, którzy mają marzenia, pomysły i chęć zmian, ale nie mają możliwości finansowych, nie mają też mentorów, trenerów, którzy są w stanie im pomóc. Szkoła Pionierów PFR takie możliwości daje.

Szkoła Pionierów PFR to pierwszy krok przed akceleracją dla początkujących przedsiębiorców i wizjonerów technologicznych. Podczas trzech tygodni trwa proces generowania pomysłów, ich walidacji i prototypowania aż do prezentacji przed inwestorami i akceleratorami w trakcie finału. 

– Szkołę Pionierów PFR wyróżnia przede wszystkim to, że stawiamy tutaj na realne doświadczenie budowy start-upu. Przychodzą do nas ludzie, którzy się dopiero poznają, poznają także swoje mocne strony, szukają co-founderów i pracują nad pomysłami. Na początku te pomysły są na kartkach papieru, a po trzech miesiącach, po próbie testów, wdrożeń, rozmów z klientami, uczestnicy przychodzą z konkretnymi rozwiązaniami. Jest to prawdziwe doświadczenie, jak zbudować start-up. Część z nich odnosi sukces – mówi Paweł Huras, p.o. menedżer Zespołu Rozwoju Innowacji w Startupach i MŚP z Polskiego Funduszu Rozwoju.

Gala finałowa Szkoły Pionierów PFR odbyła się 9 grudnia br. w Warszawie. Najlepszym projektem spośród ośmiu rozwijanych propozycji okazał się Baltic Jungle Lab – rozwiązanie zamieniające niewidoczne zanieczyszczenie mikroplastikiem w mierzalne dane dla branży tekstylnej. Wyróżnienie przyznano FlowIQ, czyli inteligentnej platformie do zarządzania energią w przedsiębiorstwach wodociągowych. Dzięki niej można optymalizować pracę pomp i procesy napowietrzania. Wyróżniony został również samouczący się model sztucznej inteligencji Reactive AI, który rozwiązuje problemy znane z dużych asystentów, takich jak np. ChatGPT. Nie zapomina on kontekstu rozmów, działa taniej i bezpieczniej, a do tego lepiej chroni dane użytkowników. 

W tegorocznej edycji skupialiśmy się na projektach zielonych, które mają z jednej strony generować zyski i oszczędności biznesowe, ale z drugiej  wpływać pozytywnie na zmiany klimatyczne mówi Paweł Huras. – Z bardzo ciekawych rozwiązań mamy też monitorowanie infrastruktury krytycznej rurociągów, ich utrzymania i ewentualnych uszkodzeń, przewidywania, jak długo dana infrastruktura będzie w stanie funkcjonować. Mamy także modele AI nowej generacji, które zużywają dużo mniej energii.

Nagrodę publiczności zdobył zespół tworzący aplikację Vata, która analizuje dane z inteligentnego licznika energii. 

– Łącznie w poprzednich edycjach Szkoły Pionierów PFR powstało ponad 40 rozwiązań, które zebrały łączne finansowanie z rynku venture capital o wartości 290 mln zł. W ciągu ośmiu edycji udało się stworzyć co najmniej kilkanaście start-upów, chociażby Jutro Medical, który zajmuje się branżą healthcare, jak i niedawno powstały Sales Patriot, który automatyzuje zamówienia w sektorze obronnym – wymienia przedstawiciel PFR.

Wspieramy Szkołę Pionierów PFR od ośmiu lat i zamierzamy wspierać w przyszłości, bo to jeden z najbardziej innowacyjnych i najambitniejszych projektów rozwojowych w Polsce. Jesteśmy jego integralną częścią, wspieramy w ujęciu merytorycznym i coachingowym start-upy, przedsiębiorców, żeby kreowali innowacje, żeby mieli jak największy wpływ na gospodarkę – podkreśla Marcin Kuśmierz.

Według raportu „Co blokuje polskich startupowców”, przygotowanego na podstawie doświadczeń z projektu Szkoła Pionierów PFR, stabilne otoczenie podatkowe oraz skuteczny system zachęt inwestycyjnych powinny stanowić fundament polskiego ekosystemu innowacji. Z przytaczanych tam badań Fundacji Startup Poland „Polskie Startupy 2024” wynika, że jako najtrudniejsze do pokonania bariery w ekosystemie innowacji w Polsce 55 proc. respondentów wskazuje brak źródeł finansowania, a 38 proc. – trudności w pozyskaniu finansowania w kolejnych rundach rozwoju.

Żeby rozwijać innowacje, Ministerstwo Rozwoju i Technologii utworzyło program Innovate Poland, w którym na początku będzie kilka miliardów złotych dla innowatorów. W ten program będą zaangażowani przedstawiciele administracji publicznej, także spółki Skarbu Państwa, ale jest on otwarty dla różnych, polskich i zagranicznych firm, które docelowo będą wzmacniały innowacje w Polsce i innowatorów – podkreśla przedstawiciel resortu technologii.

Innovate Poland ma pobudzić rozwój krajowych innowacji z kapitału publicznego (PFR, BGK, EFI) i prywatnego (PZU). Na pierwszą fazę programu przeznaczono 4 mld zł, które zostaną zainwestowane w około 250 przedsiębiorstw – zarówno poprzez fundusze private equity, jak i venture capital.

– Ministerstwo Rozwoju i Technologii widzi potrzebę zmian w obszarze innowacji. Zależy nam też na tym, żeby one się rozwijały w przemyśle i przedsiębiorstwach, tak jak to ma miejsce m.in. w Azji. Tam dzisiaj jest najwięcej innowacji, dużo nowych technologii. My jako Europa i Europejczycy, a przede wszystkim jako Polki i Polacy, też powinniśmy być w tym trendzie obecni – podkreśla Michał Jaros. – Jako Ministerstwo Rozwoju i Technologii musimy być w jakimś stopniu odpowiedzialni za stworzenie ekosystemu innowatorów. Stąd program Innovate Poland, Szkoła Pionierów PFR i wiele innych, które mają wzmocnić innowacyjność polskiej gospodarki.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/innowacje-przyspiesza,p1882173312

Rząd chce zakazu sprzedaży smakowych saszetek nikotynowych. Mimo że produkt ten został uregulowany zaledwie kilka miesięcy temu

0

Projekt UD213, zakładający m.in. zakaz sprzedaży smakowych saszetek nikotynowych oraz innych niezdefiniowanych wyrobów nikotynowych, według opinii prawnej kancelarii Rymarz Zdort Maruta nie spełnia żadnego z wymogów konstytucyjnej proporcjonalności. Radcy prawni wskazują, że ustawodawca nie wykazał skuteczności proponowanego zakazu ani nie uzasadnił odpowiednio konieczności jego wprowadzenia. Ponadto nie uwzględnił takich aspektów jak ryzyko wzrostu szarej strefy i osłabienia kontroli nad rynkiem, który niedawno zresztą został uregulowany.

Projekt ustawy o wyrobach tytoniowych pojawił się zaledwie kilka miesięcy po wejściu w życie nowelizacji, która zgodnie z praktyką unijną uregulowała rynek saszetek – zakazała ich sprzedaży osobom poniżej 18. roku życia, sprzedaży przez internet i wprowadziła dopuszczalny poziom nikotyny nieprzekraczający 20 mg/g. Projekt ten został przyjęty po konsultacjach ze stroną społeczną i podlegał procedurze notyfikacji w Komisji Europejskiej. Radcy prawni oceniają, że nowa propozycja narusza zasadę ochrony zaufania do państwa i stanowionego przez nie prawa.

– Dlaczego najpierw w maju wprowadzamy regulacje, które kontrolują rynek, a kilka miesięcy później wprowadzamy całkowity zakaz? Czy to jest racjonalny ustawodawca? Wydaje się, że nie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria dr Anna Partyka-Opiela, radca prawny, partner w kancelarii Rymarz Zdort Maruta.

Według prawników analiza zakazu sprzedaży smakowych saszetek nikotynowych prowadzi do wniosku, że proponowana regulacja nie spełnia wszystkich trzech przesłanek testu proporcjonalności, wypracowanego przez Trybunał Konstytucyjny. Pierwszym jest kryterium przydatności, czyli ocena, czy zakaz jest w stanie doprowadzić do zamierzonych skutków: ochrony zdrowia publicznego i ograniczenia dostępu nieletnich. Kolejne dwa kryteria to ocena konieczności (czy zakaz jest niezbędny dla ochrony zdrowia publicznego i nie ma alternatywnych, mniej restrykcyjnych środków) i proporcjonalności sensu stricto (czy efekty są proporcjonalne względem ciężarów nakładanych na przedsiębiorców i dorosłych konsumentów).

 W mojej ocenie projekt nowej ustawy pod hasłem UD213 nie jest projektem spełniającym podstawowe kryteria proporcjonalności. Dlaczego? Po pierwsze, ustawodawca nie udowodnił w uzasadnieniu do ustawy, że smakowe saszetki nikotynowe powodują zwiększenie spożywania tychże produktów u dzieci. Zupełnie odwrotnie się dzieje i to pokazują nam doświadczenia innych krajów, że ważniejsza jest redukcja szkód właśnie poprzez wprowadzanie produktów mniej szkodliwych niż całkowite zakazy – tłumaczy dr Anna Partyka-Opiela.

Opinia prawna kancelarii wskazuje, że ustawodawca wprowadza jedynie zakaz smakowych saszetek nikotynowych, podczas gdy w obrocie pozostają smakowe papierosy elektroniczne oraz aromatyzowane wyroby podgrzewane. Poza tym nie przedstawiono badań dotyczących tego, czy korzystanie z saszetek przekształca się w inne wzorce konsumpcji wśród różnych grup wiekowych, które umożliwiłyby kompleksową ocenę zasadności zakazu.

Cała regulacja jest prowadzona pod hasłem ochrony dzieci, tymczasem badania pokazują, że ta ochrona powinna się skupiać raczej na egzekucji przepisów niż na kolejnych zakazach – mówi radczyni prawna.

Jak wskazano w opinii prawnej, zgodnie z badaniem zawartym w załączniku do oceny skutków regulacji projektu UD213 57 proc. osób niepełnoletnich (13–17 lat) kupuje wyroby z nikotyną osobiście w sklepie stacjonarnym. 9,1 proc. dzieci, które miały już kontakt z wybranymi wyrobami nikotynowymi, nabyło je online. Eksperci wskazują, że realnym problemem pozostaje niewystarczające egzekwowanie obowiązujących przepisów, a nie brak kolejnych zakazów produktowych.

W dokumencie zwrócono również uwagę, że projekt przepisów opiera się na raporcie Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), jednak prawnicy wskazują, że punkt dotyczący saszetek to tylko jeden z 230 akapitów, w dodatku nie określa on ich szkodliwości jako udowodnionej, tylko jako „potencjalną”. WHO rekomenduje prowadzenie dalszych badań oraz stosowanie działań o łagodniejszym charakterze, takich jak limity nikotyny i kontrola reklamy – rozwiązania te zostały już wdrożone w Polsce w ramach majowej nowelizacji. W tym kontekście proponowany zakaz – według prawników – nie spełnia m.in. kryterium konieczności i proporcjonalności sensu stricto. WHO wskazuje także, że saszetki zawierają znacznie mniej składników i substancji toksycznych niż tradycyjne papierosy i brak dowodów, by stanowiły punkt wejścia do używania innych produktów nikotynowych.

Doświadczenia innych krajów w zakresie redukcji szkód, jeśli chodzi o produkty nikotynowe, i regulacji nie zostały uwzględnione. Świetnym przykładem jest Szwecja, gdzie cały czas promuje się politykę redukcji szkód i która ma świetne wyniki w tym zakresie. Notuje o 41 proc. mniej zachorowań na raka płuc wśród mężczyzn niż inne kraje Unii Europejskiej właśnie przez tę politykę i promowanie mniej szkodliwych produktów nikotynowych – podkreśla dr Anna Partyka-Opiela.

Jednocześnie ustawodawca nie rozważył alternatywnych narzędzi – takich jak skuteczniejsze kontrole, kampanie edukacyjne czy dodatkowe wymogi etykietowania – które są stosowane w innych państwach i uważane za efektywne w ograniczaniu ryzyka.

 Osoby, które używają saszetek, to nie są, jak pokazują badania, dzieci, ale osoby dorosłe, które w ten sposób redukują swoje uzależnienie od tradycyjnych papierosów, więc ten argument jest łatwy do zbicia – wskazuje partner w kancelarii Rymarz Zdort Maruta.

W ocenie prawników w projekcie brakuje też uwzględnienia skutków ekonomicznych zakazów. Jednym z nich jest ryzyko rozwoju szarej strefy. Przytaczane w opinii prawnej doświadczenia Belgii i Holandii, które wprowadziły pełne zakazy, pokazują wzrost nielegalnego obrotu oraz pojawianie się produktów o skrajnie wysokiej zawartości nikotyny, wymykających się jakiejkolwiek kontroli.

 Polska jest czwartym rynkiem w UE, gdzie najlepiej się rozwija szara strefa wyrobów tytoniowych i nikotynowych. Wprowadzenie zakazu naturalnie ją zwiększy. Dzisiaj mamy regulacje, które pozwalają nam kontrolować ten rynek, a po wprowadzeniu zakazu ten rynek będzie poza kontrolą – ocenia ekspertka.

Rozwój szarego i czarnego rynku jest o tyle prosty, że smakowe saszetki nikotynowe pozostają legalne w wielu krajach Unii Europejskiej. Konsumenci mogą więc je kupować podczas podróży zagranicznych lub zamawiać przez internet z zagranicznych sklepów.

Autorzy opinii przypominają, że projekt powstaje w momencie, gdy na poziomie Unii Europejskiej trwają prace nad nową dyrektywą tytoniową, która ma kompleksowo uregulować produkty nikotynowe na unijnym rynku. Wprowadzanie krajowych zakazów przed ustaleniem wspólnych standardów grozi niespójnością regulacyjną i obciążeniem przedsiębiorców kosztami kolejnych zmian. Dlatego też w opinii prawnej znalazła się rekomendacja koordynacji działań krajowych z pracami Komisji Europejskiej. Jako inne propozycje działań, które mogą spełnić cele ustawodawcy przy zachowaniu zgodności z zasadą proporcjonalności, prawnicy wymienili również wznowienie kompleksowych badań dotyczących spożycia tytoniu i nikotyny, opracowanie na ich podstawie kompleksowej i przewidywalnej polityki zdrowotnej, która ograniczy chaos legislacyjny, oraz priorytetowe traktowanie skutecznego egzekwowania istniejącego zakazu sprzedaży nieletnim, np. przez intensyfikację kontroli sklepów stacjonarnych i zaostrzenie odpowiedzialności sprzedawców. Rekomendacje obejmują także m.in. wypracowanie wytycznych dotyczących etykietowania i przekazywania informacji o wyrobach nikotynowych zgodnie z rekomendacjami WHO i praktyką krajów rozwiniętych.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rzad-chce-zakazu,p238237389

Polska gospodarka coraz mniej zależna od węgla, ale wciąż znacząco od importu ropy i gazu. Transformacja wymaga stabilnych źródeł finansowania

0

Według Polskiego Instytutu Ekonomicznego w 2025 roku udział odnawialnych źródeł w produkcji energii elektrycznej osiągnął 29,4 proc., wobec 12,7 proc. w 2018 roku, a moc zainstalowana fotowoltaiki w ciągu niecałych siedmiu lat wzrosła 38-krotnie. Jednocześnie w strukturze zużycia energii wciąż znaczącą rolę odgrywa konsumpcja ropy naftowej i gazu. Jak podkreśla Jacek Kostrzewa, prezes Krajowej Agencji Poszanowania Energii, w ocenie postępu transformacji energetycznej liczy się nie tylko jej tempo, ale też równowaga między ambicją a możliwościami gospodarki.

– Tempo transformacji energetycznej w Polsce jest naturalne. To nie jest tak, że można sobie zadekretować, że zbudujemy coś w ciągu roku, trzech czy 10 lat. Może zbudujemy, ale jest bardzo wiele czynników, które powodują, że następuje taka zmiana: to czynniki legislacyjne, finansowe i ideologiczne. Tym razem ten trend od strony ideologicznej nieco osłabł, a nieco większą wagę, jak widać na rynku, przywiązuje się do ekonomii. Moim zdaniem to jest właściwa sytuacja. Należy robić wszystko na tyle rozsądnie i w sposób zrównoważony, żeby nie powodowało to gigantycznych perturbacji od strony ekonomicznej – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Jacek Kostrzewa.

Analiza Polskiego Instytutu Ekonomicznego, na podstawie danych Forum Energii i ARE, wskazuje, że o ile w 2018 roku energia z OZE odpowiadała za 12,7 proc. produkowanej energii elektrycznej, o tyle w 2025 roku za 29,4 proc. Znacząco spadł udział węgla kamiennego w polskim miksie (z blisko 50 proc. do 32 proc.) i brunatnego (z blisko 30 proc. do 21 proc.). Jednocześnie w ostatnich siedmiu latach nastąpił 38-krotny wzrost fotowoltaiki – z 600 MW mocy zainstalowanej na koniec 2018 roku do 23 GW w lipcu 2025 roku. Rządowa „Polityka energetyczna Polski do 2040 roku” prognozowała 5 GW zainstalowanej mocy na ten rok.

Z drugiej strony raport „Transformacja energetyczna Polski. Edycja 2025” Forum Energii ocenia, że struktura zużycia energii pierwotnej w Polsce nadal pozostaje silnie uzależniona od paliw kopalnych. Przez ostatnie 20 lat, od czasu wejścia Polski do UE, obserwujemy dwa przeciwstawne trendy – zużycie węgla spadło o 38 proc., a konsumpcja ropy i gazu wzrosła odpowiednio o 41 i 43 proc. Transformacja przebiega więc w sposób nierównomierny i nieskoordynowany, co utrudnia skuteczne obniżanie emisyjności gospodarki.

Zdaniem prezesa KAPE utrzymanie tempa zmian wymaga nowych źródeł finansowania – publiczne środki nie wystarczą, by sfinansować skalę modernizacji potrzebnych w energetyce i przemyśle.

 Mam taką teorię, że nie należy dawać prezentów, z kilku powodów. Raz, że wtedy się tego specjalnie nie szanuje, a dwa, że po prostu publicznych pieniędzy, polskich czy unijnych, nie starczy na to, żeby zmodernizować kraj. Konieczne jest zaangażowanie kapitału prywatnego, co określa się jako blended finance. To powoduje, że różni aktorzy z rynku finansowego widzą jakiś interes w tym, żeby finansować transformację – tłumaczy prezes Krajowej Agencji Poszanowania Energii.

Eksperci Forum Energii wskazują, że presja na przyspieszenie transformacji energetycznej rośnie ze względu na konieczność ograniczenia emisji, bezpieczeństwo energetyczne oraz konkurencyjność gospodarki. Jacek Kostrzewa wskazuje, że inwestycje w energetykę mają nie tylko wymiar ekonomiczny, ale też społeczny.

– Będzie to miało wielopokoleniowe znaczenie. System energetyczny staje się coraz bardziej rozproszony: z jednokierunkowego systemu, w którym z elektrowni płynął prąd albo z ciepłowni płynęło ciepło do kaloryferów, staje się systemem dwukierunkowym i połączonym. System elektroenergetyczny będzie się przenikał z systemem ciepłowniczym, co wymaga zupełnie innego podejścia i nowej filozofii w zarządzaniu energią – tłumaczy.

Sukcesem ostatnich lat transformacji energetycznej jest uniezależnienie się od dostaw węgla i paliw z Rosji oraz zmiana kierunków importu. Wciąż jednak Polska płaci za zagraniczne surowce znaczące kwoty. Według danych Forum Energii od 2015 roku nasz kraj wydał ok. 1,2 bln zł na import surowców energetycznych, a w samym 2024 roku – 112 mld zł. To pokazuje, jak duży potencjał gospodarczy wiąże się z modernizacją krajowego systemu energetycznego i ograniczaniem zależności od zewnętrznych dostawców. Z danych GUS wynika, że w latach 2013–2023 energochłonność pierwotna PKB w Polsce spadała średnio o 3,8 proc. rocznie. Spadek energochłonności oznacza, że na jednostkę PKB zużywa się mniej energii pierwotnej, co zazwyczaj wskazuje na poprawę efektywności energetycznej.

– Te inwestycje powodują implementację innowacji, nowoczesnych technologii, które są inne, niż były 50 czy nawet 30 lat temu. To spowoduje ogólny postęp poziomu techniki i poziomu cywilizacyjnego – wskazuje ekspert.

W wielu energochłonnych sektorach poprawa efektywności stała się naturalnym elementem strategii rozwojowych firm. Przykładem jest przemysł szklarski, który – jak wskazuje Jacek Kostrzewa – już dekadę temu wdrożył rozwiązania ograniczające zużycie energii, zanim wymusiły to przepisy unijne.

Transformacja energetyczna to z jednej strony wyzwanie inwestycyjne i technologiczne, a z drugiej – kluczowy element budowania bezpieczeństwa państwa. Zmniejszenie importu surowców, rozwój rozproszonych źródeł energii i większa elastyczność systemu to czynniki, które zwiększają odporność kraju na kryzysy energetyczne i zagrożenia geopolityczne.

– Im mniej będziemy importować, tym nasza podatność na wojnę hybrydową zmaleje. Z kolei to, że system jest coraz bardziej rozproszony, utrudnia z jednej strony jego destrukcję, a z drugiej strony umożliwia działanie, nawet jeżeli linia wysokiego napięcia ulegnie zniszczeniu. Szczególnie jeżeli będziemy mało konsumować, to przynajmniej podstawowe potrzeby lokalnie będziemy w stanie pokryć np. ze źródeł odnawialnych – podkreśla prezes Krajowej Agencji Poszanowania Energii.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polska-gospodarka-coraz,p986728931

Instytucje UE pracują nad całkowitym zakazem importu gazu z Rosji. Nie wszyscy wierzą w ten scenariusz

0

Posłowie do Parlamentu Europejskiego na październikowej sesji poparli plan całkowitego zakazu importu gazu z Rosji. Również Rada UE porozumiała się w tej sprawie, przyjmując swoje stanowisko negocjacyjne. Europosłowie mówią, że to istotna i długo oczekiwana decyzja polityczna, która pozwoli skończyć z finansowaniem wojennej gospodarki Rosji. Jednak są też głosy sceptyczne, które krytykują nieskuteczne sankcje i nazywają je wizerunkowymi.

– Zakaz sprowadzania gazu rosyjskiego do Unii Europejskiej od początku 2028 roku jest przesądzony. Dlatego uważam, że i firmy węgierskie, i słowackie, kolaborujące z reżimem Putina, będą musiały wstrzymać dostawy. Każde euro, które wpływa do Rosji, jest wykorzystywane na gospodarkę wojenną Putina. Trzeba to zatrzymać – mówi agencji Newseria Michał Szczerba, poseł do Parlamentu Europejskiego z Koalicji Obywatelskiej i Europejskiej Partii Ludowej.

 Zostały jeszcze tylko dwa kraje, Słowacja i Węgry, i myślę, że one się podporządkują, natomiast to trwało dosyć długo, bo sieć przeróżnych powiązań, nie tylko dostawy surowców, ale również biznesowe relacje powodowały, że ta sprawa się wydłużała – dodaje Mirosława Nykiel, posłanka do PE z KO.

Na październikowej sesji Parlament Europejski poparł decyzję o rozpoczęciu rozmów z duńską prezydencją w Radzie UE na temat zakazu importu rosyjskiego gazu i ropy. Również ministrowie energii państw Unii przyjęli stanowisko negocjacyjne w sprawie wycofywania importu rosyjskiego gazu ziemnego, które ma być podstawą do rozmów z PE. Jak informuje polski resort energii, pełny zakaz ma obowiązywać od 2028 roku, ale cały proces będzie wdrażany etapami: w pierwszym z nich zakaz będzie obejmował zawieranie nowych umów, w drugim etapie – dostawy na bazie zawartych kontraktów krótkoterminowych, a w trzecim – dostawy realizowane na bazie zawartych umów długoterminowych. Ministerstwo Energii wskazuje, że proponowane rozporządzenie ma dotyczyć zarówno gazu rurociągowego, jak i skroplonego gazu ziemnego (LNG). Ten pierwszy trafia dziś do Węgier i do Słowacji, a drugi głównie m.in. do Francji i Belgii.

 Trzeba zabezpieczyć przede wszystkim sytuacje, kiedy gaz czy ropa dociera do nas w innej postaci poprzez kraje pośredniczące. Te wszystkie luki trzeba uszczelnić i specjaliści już nad tym pracują, wiedzą, jak to zrobić. Natomiast trzeba podjąć decyzję polityczną i tutaj już jest zgoda w tym temacie – mówi Mirosława Nykiel.

– Przede wszystkim możemy zmienić źródła dostaw. Mamy amerykański LNG, norweski gaz, to wszystko jest w zasięgu ręki dla krajów, które chcą się uniezależnić od Putina. Tu nie ma żadnej ściemy, to są konkrety i działania, które Węgrzy będą musieli przyjąć do wiadomości, jeżeli chcą być częścią Wspólnoty Europejskiej. To, co komunikuje kanclerz Merz, jest jednoznaczne, rosyjskie dostawy zostaną wstrzymane do Niemiec, co oznacza pełne uniezależnienie się tego kraju od dostaw. Błędy przeszłości, błędy Angeli Merkel są naprawiane przez kanclerza Merza, to stanowisko jest jednoznaczne, konsekwentne i proeuropejskie – dodaje Michał Szczerba.

Nie wszyscy eurodeputowani wierzą jednak w ten scenariusz.

Uważam, że całkowite odejście od zasobów Rosji jest możliwe, ale zadajmy sobie pytanie, czy Europa chce to zrobić, bo sankcje są dla biedniejszych krajów Europy, bogatsze kraje Europy bardzo dobrze współpracują na różnych kierunkach przez pośredników – mówi Daniel Obajtek, europoseł z ramienia Prawa i Sprawiedliwości. – Belgia, Francja, Hiszpania – 100 proc. więcej LNG rosyjskiego. Gdzie ten gaz się pojawił? Poprzez rurociągi, interkonektory w Niemczech. Teraz tworzy się zakaz w zakresie odejścia od gazu rosyjskiego, to ma być 2026, może 2027 rok, a tak naprawdę my nie realizujemy żadnych sankcji. Dajemy Rosji czas na to, by się przygotowywała.

Według danych Komisji Europejskiej na podstawie ENTSO-G i LSEG (przytaczanych na stronie Rady UE) w 2024 roku największym dostawcą gazu dla wspólnoty była Norwegia, która odpowiada za 91,1 mld m3, czyli 33,4 proc. dostaw. Z Rosji pochodziło 51,6 mld m3 (19 proc. całkowitego importu gazu do UE) – zarówno gazu dostarczanego gazociągami, jak i LNG. Gdyby potraktować oba rodzaje gazu łącznie, Rosja znalazłaby się na drugim miejscu za Norwegią.

Z danych Centrum Badań nad Energią i Czystym Powietrzem (CREA) wynika, że w ubiegłym roku Unia Europejska zapłaciła prawie 22 mld euro za rosyjskie paliwa kopalne. Wrześniowy raport tej organizacji wskazuje, że Unia była czwartym odbiorcą rosyjskich paliw kopalnych, odpowiadając za 8 proc. dochodów Rosji z eksportu. Około 70 proc. stanowił gaz rurociągowy i LNG, a 29 proc. – ropa naftowa.

 Chiny importują 58 proc. ropy z kierunku rosyjskiego, Indie prawie 70 proc., około 20 proc. gazu i 15 proc. węgla. Potem Turcja, a Europa jest na czwartym miejscu. Biorąc pod uwagę rok 2024, UE kupiła od Rosji tylko o 1 proc. wolumenu mniej, to o jakich my sankcjach mówimy? – ocenia Daniel Obajtek. – Kolejne pakiety sankcji są pakietami wizerunkowymi. Mamy już ponad trzy lata wojny na Ukrainie, a tak naprawdę nic się nie zmieniło. Rosja rośnie w siłę, przy okazji rosną w siłę Chiny, doskonale im się współpracuje. Pragnę zaznaczyć, że przy tych wszystkich dziwnych sankcjach ropa rosyjska jest zdecydowanie tańsza, gaz rosyjski również, więc czyje gospodarki rozwijają się bardziej? Turecka, chińska, indyjska.

Jak podkreśla, działanie floty cieni pokazuje, że Rosja i handlujące z nią podmioty umieją obchodzić sankcje. Podobnie może być i tym razem.

– Jeżeli państwa będą się odcinać [od dostaw z Rosji – red.], to ich firmy będą ten biznes realizować poprzez wymianę papierów, a gaz i ropa będą dalej rosyjskie. Zobaczycie państwo, nie minie 1,5 roku, a przez Nord Stream 1 i Nord Stream 2 popłynie gaz rosyjski, on się może będzie inaczej nazywał, że jest kazachski, ale on będzie rosyjski. Czy po odcięciu Nord Stream 1, Nord Stream 2 Niemcy przyhamowały budowę interkonektorów i sieci gazowych? Budują te sieci gazowe w setkach kilometrów. Po co? Szykują się pod to, by być hubem gazowym dla całej Europy i sprowadzać gaz przy zdecydowanie innych dyskontach niż notowane z Rosji – ocenia polski polityk.

Według europosła jedynym skutecznym sposobem na ograniczenie importu rosyjskich surowców jest wprowadzenie wysokich ceł.

– Rosja szuka innych kierunków, zwiększa dostawy do Chin, Indii i Turcji, doskonale współpracuje z Iranem, buduje floty cieni, robi tradingi, czyli wymiany na morzu. Weszła na wyższy level z logistyką i staje się bardziej odporna. Najuczciwszą rzeczą jest więc „dowalić” odpowiednie cła. Po drugie,  muszą być oclone również towary z krajów trzecich. Cło musi być wysokością różnicy między ceną ropy a kosztem poniesionym z Zielonym Ładem, więc dopiero wtedy będziemy konkurencyjni – postuluje Daniel Obajtek.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/instytucje-ue-pracuja-nad,p777408678

Wielomiliardowe finansowanie i nowe kontrakty mają wzmocnić potencjał produkcyjny PGZ. Borsuk, Baobab i Digital Baltic mogą być eksportowymi hitami

0

Aktualizacja 09:53

Do 2035 roku Polska na sam sprzęt militarny przeznaczy ponad 640 mld zł, a łączny impuls popytowy, z kosztami serwisu i utrzymania, będzie dwukrotnie wyższy – szacują analitycy PKO BP. Z kolei szacunki Deloitte mówią o tym, że 40 proc. zamówień może zostać zrealizowanych fizycznie w Polsce. Dlatego kluczowe jest zwiększanie możliwości produkcyjnych i kompetencyjnych polskiego przemysłu. Inwestycje w sektor już przynoszą efekty, wzmacniając jego pozycję jako eksportera sprzętu wojskowego na rynku międzynarodowym, czego przykładem są kontrakty podpisywane przez Polską Grupę Zbrojeniową.

– Podpisaliśmy już partnerstwa z kluczowymi graczami na rynku światowym, coraz mocniej umacniamy się w ich łańcuchach dostaw i w systemie kooperacji. Niemniej jednak dynamiczne potrzeby, które generuje rozbudowywanie Sił Zbrojnych RP, jak również potrzeby związane z działalnością eksportową, sprawiają, że poszukujemy kolejnych partnerów – mówi agencji Newseria Jacek Matuszak, kierownik Działu Komunikacji w Polskiej Grupie Zbrojeniowej. – Porozumienia, które podpisujemy ze znanymi dużymi koncernami jak Lockheed Martin, Airbus Helicopters, pokazują, że jesteśmy coraz bardziej pożądanym partnerem.

Rok 2024 był dla PGZ okresem rekordowych przychodów – skonsolidowane przychody szacowano na ponad 13 mld zł, wobec ok. 10,2 mld zł rok wcześniej – co potwierdza skalę rozwoju i rosnące znaczenie spółek z grupy na rynku obronnym. W ubiegłym roku grupa podpisała kontrakty na rekordowe 120 mld zł, m.in. na komponenty obrony przeciwlotniczej, czyli produkcję wyrzutni i pocisków do systemu Narew, czy na komponenty lądowe, m.in. na haubice Krab i transportery Rosomak. Jednym z ostatnich przykładów jest podpisanie podczas wrześniowych targów DSEI w Londynie umowy między spółką Mesko wchodzącą w skład PGZ i Szwedzką Agencją Zamówień Obronnych na dostawy przenośnych przeciwlotniczych zestawów rakietowych Piorun. Eksport, choć mniejszy od sprzedaży krajowej, stanowi coraz ważniejszy element strategii wzrostu. To właśnie rosnąca aktywność na rynkach zagranicznych sprawia, że grupa konsekwentnie rozwija współpracę międzynarodową i umacnia się w globalnych łańcuchach dostaw.

– Wiele z naszych wyrobów jest już uznawane za hit, produkt interesujący eksportowo. Takim jest znany od kilku lat zestaw Piorun czy armatohaubica Krab. Jesteśmy przekonani, że do tego grona dołączą nowy bojowy pływający wóz piechoty Borsuk, jak również pojazd minowania narzutowego Baobab, oba pochodzące z Huty Stalowa Wola, gdyż są to topowe rozwiązania w swojej kategorii – wskazuje Jacek Matuszak. – Biorąc pod uwagę potencjał Baobaba oraz to, jaka jest sytuacja na wschodniej flance NATO, jesteśmy przekonani, że nie tylko w Polsce, ale także w innych krajach, które muszą zabezpieczyć swoją granicę, ten sprzęt będzie niezwykle przydatny.

Borsuk, produkowany w Hucie Stalowa Wola, to nowoczesny bojowy wóz piechoty ze zdalnie sterowaną wieżą, wyrzutniami rakiet Spike i zdolnością do poruszania się zarówno po lądzie, jak i po wodzie. Jego wdrożenie rozpocznie proces wymiany ponad 900 BWP-1, które wciąż pozostają na wyposażeniu polskiej armii. Baobab z kolei to system umożliwiający szybkie stawianie pól minowych z użyciem min inteligentnych, które można zaprogramować na określony czas i które następnie ulegają samodezaktywacji. Podobne rozwiązania testowane są już w krajach bałtyckich, gdzie w ramach tzw. Bałtyckiej Linii Obrony Litwa pozyskała nowoczesne miny przeciwpancerne, wzmacniając swoje granice wobec zagrożeń ze strony Rosji i Białorusi. Eksperci wskazują, że technologie tego typu mogą się stać jednym z filarów elastycznej obrony państw regionu, a Baobab dzięki mobilności i automatyzacji wpisuje się w te potrzeby.

Oprócz nowych pojazdów PGZ wiąże też nadzieję z projektem Digital Baltic, czyli cyfrowym zobrazowaniem Morza Bałtyckiego. Digital Baltic łączy dane satelitarne, obserwacje z boi i czujników akustycznych oraz informacje o ruchu statków, tworząc cyfrowy obraz sytuacji w czasie rzeczywistym. Rozwiązanie ma wspierać zarówno ochronę środowiska, jak i bezpieczeństwo infrastruktury krytycznej oraz żeglugi. Podobne inicjatywy, określane mianem digital twin of the ocean, rozwijane są w Danii, Niemczech, Szwecji i Finlandii, a także w ramach unijnych projektów pilotażowych obejmujących Bałtyk i Morze Północne. Integracja strumieni danych i modeli prognostycznych daje państwom regionu narzędzie umożliwiające szybsze reagowanie na zagrożenia oraz skuteczniejsze zarządzanie akwenami morskimi.

– To system informatyczny czy elektroniczny zarządzania informacją, który pozwala strzec bezpieczeństwa Bałtyku za pomocą nowoczesnych urządzeń do obserwacji – wskazuje kierownik Działu Komunikacji w PGZ. – Wiemy, że to rozwiązanie, które opracowało nasze Centrum Techniki Morskiej, może posłużyć nie tylko do ochrony polskiej morskiej granicy, ale także do monitorowania całego Bałtyku. Jeśli połączymy to z budowaniem nowych fregat i innych jednostek dla Marynarki Wojennej, a jednocześnie popatrzymy na rozbudowanie systemu radiolokacji, różnego typu radarów itp., to widać, że kompleksowo podchodzimy do tego, jak należy budować bezpieczeństwo naszego kraju i wzmacniać potencjał nie tylko polskiej armii, ale także innych służb i formacji odpowiedzialnych za bezpieczeństwo granic.

PGZ podczas Międzynarodowego Salonu Przemysłu Obronnego MSPO 2025 w Kielcach podpisała także umowy o współpracy z Bankiem Gospodarstwa Krajowego i PKO BP. Porozumienia mają zapewnić wielomiliardowe finansowanie dla grupy, co umożliwi zwiększenie produkcji, realizację nowych kontraktów, inwestycje w nowoczesny sprzęt wojskowy oraz wsparcie polskiego przemysłu obronnego i bezpieczeństwa państwa.

 Te porozumienia pozwolą nam na zwiększenie dynamiki produkcji, jak również na przyjmowanie kolejnych zamówień, bo będą gwarantowały nam linie kredytowe i pozwolą nam w ten sposób rozwijać nasze portfolio – mówi Jacek Matuszak.

Według raportu PKO „Makro Focus: wydatki militarne – bezpieczeństwo i rozwój” na sam sprzęt Polska przeznaczy do 2035 roku ponad 640 mld zł, a wraz z kosztami utrzymania i serwisu – ponad 1,2 bln zł. Nawet przy założeniu wysokiej importochłonności wydatków zbrojeniowych ich łączny wpływ na PKB Polski będzie pozytywny i wyższy niż poniesione nakłady. Skuteczna realizacja strategii rozwoju krajowego przemysłu obronnego przyczyniłaby się do zwiększenia samowystarczalności Polski w produkcji sprzętu, wzmacniania zdolności obronnych, ale także zacieśniania współpracy z innymi państwami NATO. Inwestycje te mogłyby również pomóc Polsce w uzyskaniu większej niezależności oraz wzmocnić pozycję eksportera sprzętu wojskowego na rynku międzynarodowym. Przeniesienie istotnej części popytu do polskiego przemysłu może doprowadzić do znaczącego wzmocnienia impulsu fiskalnego oraz do zwiększenia skali mnożnika wydatkowego. Przeprowadzona symulacja wskazuje, że założenie spadku importochłonności o połowę przyczyni się do wzrostu PKB o 360 mld zł do 2035 roku, co oznacza wygenerowany wzrost 1,5 raza wyższy niż w scenariuszu bazowym.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/wielomiliardowe,p1034666796

System kaucyjny na razie w fazie przejściowej. Trwa podpisywanie umów między jego operatorami a sklepami

0

Od 1 października 2025 roku w Polsce obowiązuje system kaucyjny, który na razie jest w fazie przejściowej. Codzienne podpisywane są umowy między sklepami, sieciami handlowymi a operatorami i pojawiają się nowe punkty zbiórek w kolejnych gminach w Polsce. Tempo rozwoju systemu w dużej mierze zależy od producentów napojów i wprowadzania przez nich odpowiednio oznaczonych kaucjonowanych opakowań na rynek. W okresie przejściowym kary za brak takich opakowań są nieznaczne, ale od przyszłego roku wzrosną.

System kaucyjny jest w tej chwili w fazie rozruchu. Chcieliśmy, żeby przynajmniej przez pierwsze trzy miesiące przedsiębiorcy mieli czas. Mówię nie tylko o operatorach, ale też producentach napojów i sklepach. Operatorzy bardzo intensywnie podpisują umowy ze sklepami, które chciałyby przystąpić do systemu kaucyjnego. Jest ich kilkadziesiąt tysięcy. Mam nadzieję, że przede wszystkim będą to małe sklepy – mówi agencji Newseria Anita Sowińska, podsekretarz stanu w Ministerstwie Klimatu i Środowiska.

Zgodnie z przepisami wszystkie sklepy powyżej 200 mkw., które mają w swojej ofercie napoje w opakowaniach objętych systemem kaucyjnym, muszą prowadzić punkty zbiórki. Opakowania kaucyjne będą się pojawiać stopniowo. Do końca roku obowiązuje okres przejściowy, w którym można wyprzedać zapasy produktów w opakowaniach bez stosownego oznaczenia.

– System kaucyjny polega na zwrocie opakowania, za które uiściliśmy wcześniej kaucję. Dopiero te opakowania będą objęte systemem kaucyjnym, czyli najpierw musimy poczekać na pojawienie się na półkach sklepowych opakowań kaucyjnych i w następnym kroku będziemy te opakowania zwracać – przypomina Piotr Okurowski, prezes Kaucja.pl – Krajowego Systemu Kaucyjnego, jednego z operatorów systemu. – Niektórzy nasi producenci rozpoczęli dystrybucję swoich produktów. One pojawiły się już na półkach sklepowych, są dostępne dla konsumenta i mieliśmy już pierwsze zwroty. Wdrożenie produktów będzie trwało kolejne tygodnie i miesiące.

– Obecnie operatorzy deklarują, że są gotowi, jeżeli chodzi o systemy logistyczne i informatyczne. Również sklepy wielkopowierzchniowe, czyli powyżej 200 mkw., są generalnie przygotowane do systemu kaucyjnego. Natomiast to, co jeszcze nie działa, to przede wszystkim to, że producenci muszą zdecydować o tym, że wypuszczają nowe partie towarów z oznaczeniem kaucji. Oczywiście są oni motywowani finansowo, natomiast w tym roku ta motywacja była niska, ponieważ to tak zostało zaplanowane, żeby przez pierwsze trzy miesiące dać producentom czas na rozruch – podkreśla Anita Sowińska.

W tym roku stawka opłaty produktowej jest symboliczna i wynosi 10 gr/kg dla opakowań ogółem, a dla butelek szklanych wielokrotnego użytku – 1 gr/kg.

Już od 1 stycznia motywacja producentów będzie znacząco wyższa, dlatego że tzw. opłata produktowa, jeżeli producent nie zdecyduje się wejść w system kaucyjny, to jest nawet 3 zł za kilogram albo tworzywa, albo metalu. Producenci napojów będą więc bardziej motywowani finansowo i oni muszą zdecydować, w którym momencie wchodzą w system kaucyjny – mówi wiceministra klimatu i środowiska. – Na pewno to będzie następowało stopniowo w przyszłym roku. Od 2027 roku ta motywacja finansowa jeszcze wzrasta i to będzie kluczowy rok, kiedy możemy się spodziewać praktycznie wszystkich opakowań.

– System wymaga czasu na przygotowanie się producentów i jednostek handlu w swoich obszarach. Producenci powinni przygotować produkty, oznaczyć je w sposób właściwy i rozpocząć ich dystrybucję oraz sprzedaż. Natomiast jednostki handlu i inne punkty zbierające przygotowują rozwiązania dla konsumentów, czyli punkty zbiórki, których będzie prawdopodobnie nawet około 100 tys. w Polsce – mówi Piotr Okurowski. – Prace trwają, pracujemy z sieciami handlowymi intensywnie, każdego dnia zawierane są nowe umowy. Do naszego systemu dochodzi coraz więcej punktów zbiórki, przystępuje coraz więcej klientów i sieci.

Jak wynika z wrześniowego raportu Deloitte’a, szacunkowe łączne koszty inwestycyjne związane z wdrożeniem systemu kaucyjnego w latach 2025–2034 wyniosą ok. 11,5 mld zł. Obejmą one m.in. prace budowlane w celu dostosowania punktów zbiórki, zakup zwrotomatów i wyposażenia do zbiórki manualnej, budowę centrów zliczania czy też koszty administracyjne. Z kolei wydatki operacyjne, w opinii ekspertów Deloitte’a, mogą sięgnąć 32,4 mld zł w następnej dekadzie.

Zbiórka opakowań w ramach systemu kaucyjnego może się odbywać ręcznie, np. przez pracowników sklepu, bądź też w zautomatyzowany sposób w przeznaczonych do tego urządzeniach, tzw. recyklomatach czy zwrotomatach. Operatorzy systemu kaucyjnego wypracowali wspólny dokument określający zalecenia w zakresie automatycznej zbiórki w maszynach typu RVM. Znajdują się w nich wymagania techniczne, bezpieczeństwa i prawne, które powinny spełniać zamawiane urządzenia.

– Kaucjomaty są bardzo wygodną, praktyczną formą realizacji zwrotu opakowań do systemu. Oczywiście mniejsze jednostki handlowe będą realizowały zbiórkę w postaci manualnej, czyli przy użyciu ręcznych skanerów i systemów workowych – podkreśla prezes Kaucja.pl – Krajowego Systemu Kaucyjnego. – Myślę, że potrzebujemy około 30, 40, może nawet 50 tys. maszyn, które będą zainstalowane w największych punktach zbiórki. Będą różnej wielkości, najczęściej dwufrakcyjne, odbierające tylko frakcję butelki PET i puszki aluminiowej, ale też pojawiają się na rynku maszyny trzyfrakcyjne dla butelki szklanej zwrotnej, która sama w sobie jest wyzwaniem dla systemu kaucyjnego.

Według ustawy sklepy o powierzchni mniejszej niż 200 mkw. dobrowolnie przystępują do systemu w zakresie zwrotu kaucji oraz prowadzenia punktów zbiórki opakowań i odpadów opakowaniowych. Jeśli jednak są w nich sprzedawane napoje w opakowaniach szklanych wielokrotnego użytku, zobowiązane są do prowadzenia punktu ich zbiórki.

– Potrzebne są kolejne narzędzia umożliwiające mniejszym sklepom i jednostkom handlowym realizację zbiórki w formie manualnej, czyli bez użycia urządzeń RVM – uważa Piotr Okurowski.

Systemem kaucyjnym objęte są opakowania jednorazowego użytku na napoje z tworzyw sztucznych o pojemności do 3 l, puszki metalowe do 1 l oraz butelki szklane wielokrotnego użytku do 1,5 l. Puszki oraz butelki plastikowe, podlegające kaucji, będą miały oznaczenie „kaucja 0,50 zł”, natomiast na szklanych opakowaniach zwrotnych pojawi się oznaczenie „kaucja 1,00 zł”.

– Chcemy, aby system ruszył i wszyscy się go nauczyli – operatorzy, sklepy i konsumenci. Później oczywiście chcemy się zastanowić, czy możemy i czy zasadne jest rozszerzanie systemu kaucyjnego o kolejne frakcje. Stawiamy sobie pytanie o szkło jednorazowego użytku. To nie jest prosta decyzja i ona musi być poddana konsultacjom – podkreśla Anita Sowińska. – Ministerstwo Klimatu i Środowiska chciałoby rozwijać przede wszystkim opakowania wielokrotnego użytku, dlatego że one są najbardziej ekologiczne w całym cyklu życia produktu.

Jak informuje Fundacja RECAL, pod względem liczby zwracanych opakowań polski system kaucyjny będzie największym tego typu w Europie. Docelowo kaucji podlegać będzie nawet 15 mld sztuk opakowań rocznie. Dodatkowo system ma charakter zdecentralizowany, co oznacza, że możliwe jest funkcjonowanie na rynku kilku operatorów systemu kaucyjnego. Każdy z nich samodzielnie projektuje szczegółowe zasady działania, w tym m.in. sposoby rozliczeń z jednostkami handlowymi. Do tej pory zezwolenia na prowadzenie systemu kaucyjnego wydano siedmiu podmiotom.

– Niedawno uruchomiony system kaucyjny to duży krok do przodu, ale już teraz widzimy, że pewne rzeczy powinny podlegać trochę większej kontroli. Mamy do czynienia z sytuacją wielu operatorów kaucyjnych i braku organizacji parasolowej, która nadzorowałaby wszystkie transakcje na rynku, wszystkie pobrane i zwrócone kaucje, wszystkie sprzedane i zwrócone opakowania. Inaczej może dojść do sytuacji, że operatorzy przestaną się ze sobą dogadywać, a wtedy dojdzie do paraliżu systemu. Tej sytuacji absolutnie nie chcemy. Stoimy również na stanowisku, że należy wysokość kaucji uzależniać od pojemności opakowania, żeby nie wykluczać mniejszych opakowań z rynku na rzecz opakowań o dużej pojemności – mówi Jacek Wodzisławski, prezes zarządu Fundacji RECAL.

Jak podkreśla, sposób funkcjonowania systemu kaucyjnego już wywiera wpływ na rynek opakowań i strukturę ich sprzedaży.

Widzimy, że pewne sieci handlowe wycofują opakowania kaucjonowane z oferty, żeby ich nie odbierać. Pojawiają się również formaty opakowań, które nieznacznie przekraczają pojemność tych, które są kaucjonowane, albo opakowania kaucjonowane zastępowane są opakowaniami niekaucjonowanymi – zauważa Jacek Wodzisławski.

Jak wynika z raportu Mastercard Advisors „System kaucyjny w Polsce. Analiza potrzeb konsumentów oraz potencjału zwrotu kaucji na kartę płatniczą” z września 2025 roku, 65 proc. badanych uważa, iż wdrożenie systemu kaucyjnego to dobry pomysł i zachęci do segregacji odpadów. 18 proc. ankietowanych przyznało, że obawia się trudności z regularnym zwrotem butelek, jednak 62 proc. jest zdania, że włączy tę czynność do swojej codziennej rutyny.

O pierwszych wnioskach z działania systemu przedstawiciele Ministerstwa Klimatu i Środowiska i innych stron rynku oraz branżowi eksperci rozmawiali podczas 2. Seminarium Kaucyjnego, zorganizowanego przez Fundację RECAL i Krajową Izbę Gospodarczą.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/system-kaucyjny-na-razie-w,p2048089034

Inwestorzy czekają na odblokowanie przepisów biometanowych. Mają być wyodrębnione z zawetowanej ustawy wiatrakowej

0

W Polsce działa ok. 430 biogazowni i jedna biometanownia. Z szacunków European Biogas Association wynika, że jesteśmy jednym z pięciu krajów europejskich o największym potencjale w produkcji biometanu. Przedstawiciele branży podkreślają, że polski rynek rozwija się zbyt mało dynamicznie, a powodem są opóźnienia legislacyjne. Inwestorzy liczą na dalsze procedowanie przepisów, które były „zaszyte” w ustawie wiatrakowej zawetowanej w sierpniu przez prezydenta.

Jak podaje Ministerstwo Klimatu i Środowiska, realny potencjał Polski w produkcji biometanu wynosi według szacunków Narodowego Centrum Badań i Rozwoju około 3,2 mld m3 rocznie. W Polsce funkcjonuje ok. 430 biogazowni, w tym 178 rolniczych, 57 mikroinstalacji rolniczych (o mocy do 50 kW), 93 na składowiskach śmieci i 102 na oczyszczalniach ścieków. Zgodnie z danymi Agencji Rynku Energii wykazują się one mocą zainstalowaną na poziomie 320 MW i roczną produkcją energii elektrycznej wynoszącą blisko 1,6 TWh.

Przemysł biogazowy i biometanowy rozwija się w naszym kraju od 20 lat, ale ciągle zbyt mało dynamicznie. Dzieje się tak ze względu na opóźnienia regulacyjne w ustawodawstwie oraz aktach wykonawczych, za które odpowiedzialne są poszczególne ministerstwa czy nawet kolejne, następujące po sobie rządy – mówi agencji Newseria Artur Zawisza, prezes Unii Pracodawców i Producentów Przemysłu Biogazowego i Biometanowego. – Jeżeli mamy zaledwie około 300 MW mocy zainstalowanej i dopiero pierwszą biometanownię podłączoną do sieci gazowej, bo te 300 MW są w biogazie kogeneracyjnym, to jest to dalece mniej, niż wynikałoby z naszego potencjału bioodpadowego czy szerzej rolniczego, a także ściekowego i odpadowego.

Zasady i warunki wykonywania działalności w zakresie wytwarzania biogazu rolniczego, w tym biogazu i biometanu w instalacjach OZE, określa ustawa z 20 lutego 2015 roku o odnawialnych źródłach energii. We wrześniu 2023 roku weszła w życie ustawa o ułatwieniach w przygotowaniu i realizacji inwestycji w zakresie biogazowni rolniczych, a także ich funkcjonowaniu. Miała ona na celu m.in. przyspieszenie procesu budowy takich instalacji, ułatwienie wydania warunków przyłączenia biogazowni rolniczej do sieci czy też zwolnienie z obowiązku zmiany przeznaczenia gruntów oraz ich wyłączenia dla biogazowni rolniczych lokalizowanych w gospodarstwach rolnych na powierzchni nie większej niż 1 ha.

Mamy ustawę, która reguluje rynek biogazu, ale ona w niewystarczający sposób pozwala przeprowadzić inwestycje w biogazownie z uwagi na to, że proces inwestycyjny jest skomplikowany. Jeśli weźmiemy pod uwagę inwestycje w biogazownie rolnicze, czyli poniżej 0,5 MW, nie musimy uzyskiwać decyzji środowiskowej, ale proces uzyskania warunków zabudowy i przyłączenia do sieci jest długi i skomplikowany, co wiele osób zniechęca. Większe inwestycje wymagają uzyskania decyzji środowiskowej i tu mamy taką sytuację, gdzie musimy prowadzić dialog z mieszkańcami lokalnych społeczności – mówi agencji Newseria Piotr Włodawiec, radca prawny i starszy partner w Kancelarii Prokurent.

Wsparcie dla budowy biogazowni powyżej 1 MW przewidywała przygotowana przez rząd nowelizacja dotycząca OZE, która dotyczyła także poluzowania zasad stawiania elektrowni wiatrowych. W sierpniu br. została ona jednak zawetowana przez prezydenta Karola Nawrockiego, właśnie ze względu na przepisy dotyczące lokalizacji wiatraków, mimo pozytywnej opinii prezydenta na temat zapisów biogazowych.

Chcielibyśmy, aby przepisy biometanowe procedować osobno, nie łącząc ich z innymi budzącymi kontrowersje, jak choćby przepisy dotyczące energetyki wiatrowej. Mamy jednoznaczną deklarację ministrów z Kancelarii Prezydenta, że z ich strony będzie pełne wsparcie dla przepisów biometanowych, co nam powiedziano podczas wizyty branżowej Porozumienia dla Biogazu i Biometanu w Kancelarii Prezydenta w dniu weta do ustawy wiatrakowej – przypomina Artur Zawisza. – To jest nasz apel do Ministerstwa Klimatu i Środowiska, także Ministerstwa Energii oraz Rolnictwa i Rozwoju Wsi, aby doprowadziły do wyodrębnienia przepisów biometanowych z całej zawetowanej uprzednio ustawy i doprowadziły do ich szybkiego uchwalenia, bez żadnych „domieszek” legislacyjnych.

Kancelaria Prezydenta zapowiedziała prace nad nowymi przepisami dotyczącymi biogazu. Jednocześnie prezydent podkreślił, że docenia biogazownie jako szczególne odnawialne źródło energii, ponieważ stabilnie (w odróżnieniu od źródeł pogodozależnych) wytwarzają energię elektryczną. W jego opinii energia z biogazu wpływa stabilizująco na sieć elektroenergetyczną i jest pożądanym elementem polskiego miksu energetycznego.

– Kancelaria Prezydenta jest gotowa na stanowisko branży, które byśmy rekomendowali, aby ze strony kancelarii zostały złożone przepisy biometanowe jako projekt prezydencki. My jeszcze się z tym wstrzymujemy, ponieważ czekamy na inicjatywę Ministerstwa Klimatu i Środowiska. Jeżeli się jej doczekamy, a w szczególności gdyby ona miała się przerodzić w tzw. projekt poselski, który podlega najszybszej możliwej ze wszystkich innych procedur ścieżce legislacyjnej w Sejmie, to my będziemy wspomagać ten projekt, niezależnie od tego, które z ugrupowań by go złożyło – mówi prezes UPEBBI. – Dopiero gdyby nie było dojrzałego projektu poselskiego akceptowanego przez ministerstwo, wtedy wrócimy do Kancelarii Prezydenta.

Jak podkreśla, przepisy biometanowe, które były „zaszyte” w tzw. ustawie wiatrakowej, były poprawnie skonstruowane i popierane przez branżę. Nie wyczerpywały one jednak jej postulatów.

Potrzebowalibyśmy poluzowania w ocenach oddziaływania na środowisko, aby instalacje zintegrowane z chowem i hodowlą zwierząt, jeżeli są do 1 MW, nie wymagały decyzji środowiskowej. Jest również kwestia ceny referencyjnej dla biogazu, aby wynosiła ona nie 90 czy 95, ale 100 proc. ceny referencyjnej zawartej w rozporządzeniu ministerialnym. To, że ustawa ucina 5 lub 10 proc., traktujemy jako swego rodzaju zaburzenie konkurencji – podkreśla Artur Zawisza. – Ważna jest również kwestia rezerwacji np. 500 MW, chociaż Ministerstwo Rolnictwa mówiło o 2 tys. MW mocy dla biogazowni rolniczych w Krajowym Systemie Elektroenergetycznym, aby nie można było odmówić warunków przyłączenia biogazowni, bo ona jest tym stabilnym, ale też sterowalnym i dyspozycyjnym źródłem energii, prawie że jedynym, jeżeli idzie o odnawialne źródła energii.

– Moim zdaniem należałoby wyłączyć biogazownie i biometanownie jako oddzielną kategorię odnawialnych źródeł energii, bo one są sterowalne i nie są pogodozależne. Tego typu źródła dobrze wpływają na krajową sieć przesyłową, czyli moglibyśmy pomyśleć nad pewnymi zmianami w aktualnie obowiązujących przepisach – mówi Piotr Włodawiec.

– Inwestorzy czekają na odblokowanie przepisów biometanowych, bo oni zainwestowali w proces administracyjny, w pozyskiwanie warunków przyłączenia, w nabywanie nieruchomości, a więc zaangażowali pieniądze, które dzisiaj są zamrożone – dodaje Artur Zawisza.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/inwestorzy-czekaja-na,p504291920

Spada zaufanie do instytucji międzynarodowych. Pandemia i wojna w Ukrainie ujawniły słabości ONZ i WHO oraz wzrost znaczenia Chin

0

Globalny kryzys zaufania do instytucji międzynarodowych narasta wraz ze zmianą porządku geopolitycznego. W czasie pandemii oraz wojny w Ukrainie i Gazie stało się widoczne, że Zachód i świat niezachodni zupełnie inaczej postrzegają wyzwania i rolę organizacji takich jak ONZ czy WHO. W tym kontekście widać też działania Chin, które coraz mocniej zaznaczają swoją obecność w instytucjach międzynarodowych i wykorzystują je do umacniania swojej globalnej pozycji. Równolegle budują alternatywne formaty współpracy, jak BRICS czy Szanghajska Organizacja Współpracy.

Według badania OECD z 2023 roku tylko 39 proc. obywateli państw członkowskich deklaruje wysokie zaufanie do swojego rządu. W Unii Europejskiej, według najnowszego Eurobarometru, zaufanie do instytucji wspólnotowych kształtuje się na poziomie 52 proc., czyli najwyżej od 2007 roku, ale różnice między krajami są duże. Problem jest jednak szerszy i dotyczy także instytucji globalnych. Z sondażu przeprowadzonego w tym roku w 34 krajach na zlecenie Rockefeller Foundation wynika, że choć 75 proc. respondentów popiera globalną współpracę, to zaufanie do ONZ deklaruje 58 proc. ankietowanych, do WHO – 60 proc., a do Międzynarodowego Funduszu Walutowego – 44 proc.

 Z jednej strony mamy świat zachodni, który dominował od końca II wojny światowej, a wszystkie organizacje międzynarodowe w dużym stopniu powstawały po II wojnie światowej. Z drugiej strony mamy świat niezachodni z Chinami i Rosją na czele, który nieco inaczej postrzega rzeczywistość międzynarodową – mówi agencji Newseria dr hab. Kamil Zajączkowski, dyrektor Centrum Europejskiego UW. – Z tego wynika coraz większy brak zaufania – dzisiaj organizacje międzynarodowe stają się polem konfrontacji między Chinami i spółką a światem zachodnim.

Podział ten wyraźnie widać w ocenie wojny w Ukrainie – inaczej postrzeganej w Europie, a inaczej w Afryce czy Azji. Coraz częściej widać też spory proceduralne i polityczne w ramach ONZ, gdzie blok zachodni musi się mierzyć nie tylko z obecnością Rosji w Radzie Bezpieczeństwa, co blokuje decyzyjność tego forum, ale i coraz mocniejszą obecnością globalnego Południa i Chin. Pekin wzmacnia swoje wpływy nie tylko w ONZ i jej agendach, ale od lat konsekwentnie zwiększa swoją obecność także w WTO i WHO, obsadzając swoich przedstawicieli na wysokich stanowiskach w tych instytucjach.

– Chiny lądowe z jednej strony akceptują i popierają system Narodów Zjednoczonych, który ja osobiście od dawna definiuję swoim studentom jako ONZ – organizację narodów zagubionych. Wystarczy spojrzeć na Gazę czy Ukrainę, żeby wiedzieć, o co chodzi. Chiny niemniej wspierają ten system i wkładają do niego coraz więcej pieniędzy. Równolegle jednak zaczynają tworzyć alternatywny system instytucjonalny, alternatywny wobec tego zachodniego, jaki wypracowano, czy po 1945 roku, czy po rozpadzie ZSRR w 1991 roku – tłumaczy prof. dr hab. Bogdan Góralczyk, politolog, sinolog, były ambasador, wykładowca Centrum Europejskiego UW.

Taka dwubiegunowa strategia pozwala Chinom nie tylko mieć wpływ na globalne ustalenia w międzynarodowych organizacjach, ale też stopniowo przejmować w nich inicjatywę i kształtować globalne reguły gry.

– Chiny i ich obecność była do niedawna szczególnie widoczna w Światowej Organizacji Handlu. W przeciwieństwie do Donalda Trumpa i obecnej administracji amerykańskiej nadal opowiadają się za globalizacją, otwartymi rynkami. Poza tym w agendach ONZ mają praktycznie we wszystkich wyspecjalizowanych instytucjach ludzi co najmniej na szczeblu dyrektorskim, dyrektora generalnego, czasami zastępcę prezesa danej organizacji. W tym sensie są tam bardzo widoczni. Oczywiście kierują tymi organizacjami, które same stworzyły, jak Szanghajska Organizacja Współpracy czy BRICS – wskazuje prof. Bogdan Góralczyk.

Rosnąca aktywność Chin i globalnego Południa sprawia, że świat zachodni staje przed pytaniem, jak dostosować swoje instytucje i mechanizmy działania do nowych realiów. Pandemia i wojna w Ukrainie ujawniły, że tradycyjny, biurokratyczny model reagowania na kryzysy jest zbyt powolny i rozproszony. W wielu krajach coraz częściej mówi się o konieczności przełamania logiki resortowych silosów i budowy całościowego podejścia, które pozwala działać szybciej i bardziej skoordynowanie.

– Sytuacja, która dzieje się na Ukrainie, pokazała, że w przypadku zagrożenia przede wszystkim trzeba działać szybko i sprawnie. Wszystkie instytucje państwa muszą przewartościować się z biurokratycznego molocha na sprawność i podejście wspólne – zaznacza Cezary Tomczyk, wiceminister obrony narodowej. – Deregulacja, zmiany w prawie, zmiany procedur, uproszczenie podejścia – to jest dzisiaj wyzwanie, przed którym stoimy, ale jesteśmy już w tym procesie i wiele rzeczy udało się zrobić.

Takie podejście, określane jako whole-of-government, znajduje coraz więcej zwolenników również w Unii Europejskiej. W odpowiedzi na pandemię i wybuch wojny powołano nowe instytucje zdrowotne, jak HERA (Health Emergency Preparedness and Response Authority), wzmocniono rolę Europejskiego Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób, a także uruchomiono programy wspólnych zakupów uzbrojenia i leków krytycznych.

Z raportu Rockefeller Foundation wynika, że dla obywateli na całym świecie właśnie takie konkretne działania mają największe znaczenie. 55 proc. ankietowanych z 34 krajów zgodziło się ze stwierdzeniem, że ich kraj powinien współpracować w rozwiązywaniu globalnych wyzwań, nawet jeśli oznacza to kompromis w kwestii interesów narodowych. Znacznie większy odsetek poparłby współpracę międzynarodową, gdyby udowodniono, że skutecznie rozwiązuje ona problemy globalne lub problemy w ich własnych krajach (ok. 75 proc. w obu przypadkach). Oczekiwania wobec instytucji międzynarodowych dotyczą rozwiązywania realnych problemów, a nie jedynie deklaracji politycznych – 93 proc. uznało bezpieczeństwo żywności i wody za priorytet globalnej współpracy, a ponad 90 proc. wskazało takie problemy jak handel i  gospodarkę, zdrowie, zatrudnienie oraz ubóstwo i nierówności.

Jednocześnie rośnie świadomość, że regulacje pochodzące od organizacji międzynarodowych, takich jak WHO, mają bezpośredni wpływ na prawo krajowe i życie obywateli. Podczas pandemii pojawiły się zarzuty wobec WHO o zbyt późną reakcję, co stało się pretekstem do ograniczania finansowania tej organizacji przez niektóre państwa. Z drugiej strony bez globalnych mechanizmów koordynacji trudno byłoby walczyć z epidemiami, wspomagać w tej walce biedniejsze kraje czy przewidywać kolejne zagrożenia zdrowotne.

– Na wszelkie propozycje należy patrzeć krytycznie, proces tworzenia prawa w Unii Europejskiej polega na tym, że mamy dwóch zasadniczych co-legislatorów, czyli Parlament i Radę, czyli państwa członkowskie, które pracują nad propozycją przedkładaną przez Komisję Europejską. Właśnie w tym ucieraniu stanowisk jest nadzieja, żeby regulacje przystawały do rzeczywistych wyzwań – podkreśla Adam Jarubas, europoseł PSL, przewodniczący Komisji Zdrowia w PE. – Po to mamy też możliwość korzystania z różnego rodzaju ekspertów, doradców czy organizacji reprezentujących pracodawców, żeby nie popełniać błędów i żeby nie dochodziło do takiej sytuacji, jaka teraz trochę ma miejsce, że Unia naprawia problemy, które sama wykreowała.

Unia Europejska, choć często krytykowana za zbyt długie procedury, stara się wyciągać wnioski z ostatnich kryzysów i stopniowo usprawniać swoje mechanizmy. Wprowadzone regulacje, jak choćby RODO, pokazują, że decyzje podejmowane na poziomie ponadnarodowym mogą trwale zmienić funkcjonowanie instytucji, biznesu i obywateli. Podobnie może być w przypadku nowych przepisów dotyczących bezpieczeństwa zdrowotnego, klimatu czy obronności. Jak podkreśla polityk, kluczowe jest jednak, by państwa członkowskie mówiły jednym głosem i aktywnie uczestniczyły w procesie tworzenia regulacji, zamiast jedynie reagować na decyzje zapadające poza nimi.

Unia ma wiele wad, jest przeciążała administracyjnie, w swoim konstrukcie ustrojowym bardzo, często wiele tygodni czy nawet miesięcy zajmuje uzyskanie zgody na jakieś rozwiązanie, ale Unia gwarantuje nam dzisiaj bezpieczeństwo i rozwój. Szukałbym większego usprawnienia w procesach decyzyjnych, większej kooperacji, kontaktów ze środowiskami gospodarczymi, społecznymi, zarówno z Europy, jak i szerzej. Mówimy dzisiaj o globalnym układzie, o nowej roli Chin, która bardzo mocno zagraża hegemonicznej roli Stanów Zjednoczonych, czyli tworzy się naprawdę nowy obszar konkurencji i przybywa wyzwań, na które pojedyncze państwa nie są w stanie dobrze odpowiedzieć, dlaczego potrzebujemy siebie nawzajem w Unii i w NATO – ocenia Adam Jarubas.

– Zachód musi wszystko zrobić, by te organizacje międzynarodowe i instytucje wciąż odgrywały istotną rolę, ale żeby dominował głos Zachodu, w tym Unii Europejskiej i Polski  ocenia dr hab. Kamil Zajączkowski. – Ostatnie doświadczenia na forum ONZ, w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, Zgromadzenia Ogólnego ONZ pokazały, że gdy polski premier i prezydent mówią jednym głosem, to ta siła jest coraz większa i jest słyszalna, więc przede wszystkim powinniśmy budować wewnątrz takie koalicje międzyresortowe, między poszczególnymi ministrami. Jeśli chodzi o Unię czy ONZ, powinniśmy budować koalicję głosów i zdobywać duszę i serce państw globalnego Południa.

Pomimo rosnącej retoryki nacjonalistycznej na całym świecie ankietowani przez Rockefeller Foundation w większości chcą, by społeczeństwa nadal ze sobą współpracowały w obliczu wspólnych zagrożeń. 

O globalnym kryzysie instytucji multilateralnych eksperci rozmawiali podczas seminarium zorganizowanego przez Centrum Europejskie UW.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/spada-zaufanie-do,p1023732510

Pakt migracyjny UE zamiast rozwiązań rodzi kontrowersje. Polscy europosłowie ostrzegają przed większą falą migracji i utratą bezpieczeństwa

0

Nowy pakt migracyjny Unii Europejskiej, który zacznie obowiązywać od lipca 2026 roku, zdaniem polskich europosłów PiS nie rozwiąże problemu nielegalnej migracji. Jak podkreślają, jego skutkiem może być wręcz nasilenie procederu i spadek bezpieczeństwa wewnętrznego w państwach członkowskich, a dodatkowo obciąży państwa kosztami relokacji lub kar finansowych. W ich ocenie nielegalna migracja jest elementem wojny hybrydowej wymierzonej w Europę i dlatego trzeba mocniej z nią walczyć.

Jak podczas wrześniowego orędzia o stanie Unii podkreślała Ursula von der Leyen, szefowa KE, w kolejnym budżecie Unii Europejskiej zaproponowano potrojenie środków na zarządzanie migracją i ochronę granic zewnętrznych. Oznacza to, że Unia będzie wzmacniać wysiłki i budować system, który „będzie ludzki, a nie naiwny”.

– Musimy dopilnować, aby w pełni i całkowicie wdrożyć pakt o migracji i azylu, gdy tylko wejdzie on w życie. Pakt ten jest surowy, ale sprawiedliwy. I będzie on skuteczny tylko wtedy, gdy wszyscy wniosą w niego swój wkład. Dotyczy to państw członkowskich zarówno z Północy, jak i Południa, ze Wschodu, jak i Zachodu – powiedziała Ursula von der Leyen.

Pakt migracyjny to regulacja, która budzi w Polsce wiele kontrowersji i poważny sprzeciw ze strony części polityków.

 Pakt migracyjny, który wejdzie w życie w lipcu roku 2026, jest niebezpieczny. Tak naprawdę nie rozwiązuje problemu nielegalnej migracji, ale jest de facto gaszeniem pożaru benzyną – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Jadwiga Wiśniewska, europosłanka z Prawa i Sprawiedliwości. – Przemytnicy ludzi do Unii Europejskiej oto dostali sygnał, że ich biznes będzie się kręcił jeszcze szybciej, że będą z tego procederu czerpać jeszcze większe korzyści, a obywatele dostali sygnał, że poziom bezpieczeństwa w Unii Europejskiej będzie jeszcze niższy.

Projekt zakłada, że kraje członkowskie będą musiały przyjąć określoną liczbę migrantów wyliczoną przez Komisję Europejską m.in. na podstawie wielkości państwa i poziomu PKB, albo zapłacić 20 tys. euro za każdą osobę, której odmówią relokacji.

 To zasada absolutnie nie do przyjęcia, żeby handlować bezpieczeństwem obywateli. Mówimy bardzo wyraźnie, że potrzebujemy natychmiastowych deportacji nielegalnych migrantów, bo wszyscy ci, którzy nielegalnie przekroczyli granicę i nie są uchodźcami, są przestępcami – przekonuje europosłanka.

Według ekspertów taki mechanizm może szczególnie obciążyć Polskę, która dotąd była jednym z najbezpieczniejszych krajów UE, jeśli chodzi o skuteczność ochrony granic. W dodatku dobrowolnie przyjęła milion uchodźców z Ukrainy uciekających przed wojną. Premier Donald Tusk zadeklarował, że Polska nie będzie implementowała paktu migracyjnego w sposób, który mógłby skutkować dodatkowymi kwotami migrantów w Polsce. Polski rząd sprzeciwił się też przyjęciu tego dokumentu na forum UE.

Jak podkreśla europosłanka, konsekwencje przyjęcia tej zasady paktu będą podwójnie obciążające dla państw członkowskich. Z jednej strony przewidziana jest kara finansowa za odmowę przyjęcia migrantów, z drugiej zaś na kraje spadną koszty utrzymania osób relokowanych. To oznacza wydatki na zakwaterowanie, wyżywienie czy opiekę zdrowotną.

– Berlin wydaje rocznie na utrzymanie nielegalnych migrantów 2,1 mld euro. Pytanie, czy Polskę stać na to, żeby utrzymywać nie przez nas zaproszonych gości i płacić tak ogromne pieniądze? Przecież te pieniądze będą pochodziły z budżetu państwa, a więc będzie ich wtedy mniej dla polskich obywateli na edukację, zdrowie, opiekę społeczną. To jest absolutnie droga donikąd, potrzebujemy skutecznej polityki migracyjnej – podkreśla Jadwiga Wiśniewska.

Szefowa KE zapowiedziała zwielokrotnienie wysiłków na rzecz walki z przemytnikami ludzi. Zakłada ona m.in. współpracę z platformami społecznościowymi, by zablokować w nich oferty związane z operacją przemytu ludzi, z liniami lotniczymi, zwłaszcza w przypadku problematycznych tras, np. z Białorusi, śledzenie przepływów pieniędzy i stworzenie nowego systemu sankcji, który skoncentruje się na przemytnikach i handlarzach ludźmi.

– Musimy poważnie podejść do organizowania powrotów osób, którym odmówiono azylu. Nie może być tak, że tylko 20 proc. osób, które nie mają prawa pozostać w Europie, faktycznie wyjeżdża. Potrzebujemy więc szybkiego porozumienia w sprawie wspólnego europejskiego systemu powrotów. Nie możemy tracić więcej czasu – podkreśliła Ursula von der Leyen.

Komisja Europejska podaje, że choć każdego roku ponad 400 tys. cudzoziemców bez prawa pobytu w UE otrzymuje nakaz opuszczenia kraju, to tylko ok. 20 proc. z nich zostaje deportowanych. W większości państw członkowskich UE oraz w Norwegii funkcjonują programy Assisted Voluntary Return and Reintegration, czyli pomoc w dobrowolnym powrocie z uwzględnieniem wsparcia reintegracyjnego.

– Z wypowiedzi premiera Szwecji bardzo jasno wynika, że polityka migracyjna poniosła fiasko. Powiedział bardzo wyraźnie, że dotychczas Szwecja płaciła każdemu nielegalnemu migrantowi 90 tys. euro, by zechciał wrócić do kraju pochodzenia, i nie było chętnych. Dziś mówi się, że będą płacić 320 tys. euro i też nie ma chętnych, to jest po prostu bardzo trudna sytuacja – wskazuje posłanka do PE.

Dane Frontexu pokazują, że choć w 2024 roku liczba nielegalnych przekroczeń granic UE spadła do 239 tys., czyli była o 38 proc. niższa niż rok wcześniej, to presja migracyjna nie słabnie. Największe spadki zanotowano na szlaku zachodniobałkańskim i środkowo-śródziemnomorskim, ale na wschodniej granicy – szczególnie z Białorusią – próby przekroczenia granicy wzrosły aż o 192 proc. Politycy podkreślają, że presja migracyjna jest w dużej mierze wykorzystywana w celach politycznych.

– Musimy wiązać kryzys migracyjny z wojną hybrydową, która jest eskalowana przez Putina, szczególnie na wschodniej granicy – ocenia Jadwiga Wiśniewska. – Narastanie procesu nielegalnej migracji jest częścią planu destabilizacji Unii Europejskiej i to się dzieje na naszych oczach.

Europejscy politycy coraz częściej wskazują na bezprecedensowy napływ migrantów jako zagrożenie dla bezpieczeństwa i tożsamości Europy.

– Kryzys migracyjny, który wywołała Angela Merkel w 2015 roku, de facto uderza w europejską tożsamość i powoduje islamizację Unii Europejskiej – mówi europosłanka z Prawa i Sprawiedliwości. – Nielegalni migranci nie asymilują się, zamykają się w swoich środowiskach, nie są zainteresowani integracją z kulturą europejską, mało tego – chcą nam narzucić swoją islamską kulturę, wprowadzać szariat.

Jako przykład podaje działalność belgijskiej partii politycznej Islam.

– Demografia wśród nielegalnych migrantów jest na bardzo wysokim poziomie. Współczynnik urodzeń jest wielokrotnie wyższy niż wśród rdzennych Europejczyków – mówi Jadwiga Wiśniewska. – Jeśli nad tym nie zapanujemy, jeśli tego nie powstrzymamy, to będziemy mieli za dwie–trzy dekady islamską Europę. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pakt-migracyjny-ue-zamiast,p441964112

Działania hybrydowe Rosji budzą obawy o stabilność regionu. Konieczne zwiększanie obecności wojsk sojuszniczych w Polsce

0

Naruszenie polskiej przestrzeni powietrznej przez rosyjskie drony unaoczniło, jak poważne są wyzwania stojące przed wschodnią flanką NATO i UE. Polscy europosłowie podkreślają, że konieczna jest nie tylko polityczna solidarność, lecz także realne inwestycje w obronę powietrzną i zwiększanie obecności wojsk sojuszniczych, zwłaszcza w obliczu nasilających się działań hybrydowych Rosji. Podczas debaty w Parlamencie Europejskim wskazywano także m.in. na potrzebę wprowadzenia kolejnych sankcji na Rosję.

W nocy z wtorku na środę polską przestrzeń powietrzną naruszyło 19 rosyjskich dronów lecących znad Ukrainy i Białorusi. Zestrzelono te, które stanowiły bezpośrednie zagrożenie. W czwartek w Parlamencie Europejskim – na wniosek polskich europosłów – odbyła się debata, która dotyczyła tych bezprecedensowych wydarzeń. Poza podkreśleniem solidarnej reakcji państw UE i NATO wobec działań Rosji pojawiały się także postulaty wprowadzenia kolejnych sankcji na agresora, w szczególności całkowitej rezygnacji z surowców płynących z tego kierunku. Padały także wezwania do mocniejszego wspierania walczącej Ukrainy, ale też do odejścia od niekorzystnych dla europejskiego rolnictwa i przemysłu regulacji unijnych. Polscy europosłowie przekonują, że polityczne deklaracje i gesty solidarności są ważne, ale muszą iść w parze z konkretnymi działaniami.

 Takie debaty mają istotne znaczenie, bo ciągle należy przypominać o tym, jak ważna jest solidarność europejska, choćby jeśli chodzi o finansowanie obronności z budżetu Unii Europejskiej poszczególnych państw członkowskich, budowania odporności oraz wspierania przemysłu zbrojeniowego. Jest to możliwe dzięki programowi SAFE, który powstał z inicjatywy polskiej podczas polskiej prezydencji – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Krzysztof Hetman, europoseł z Polskiego Stronnictwa Ludowego.

Program SAFE (Supporting Ammunition and Firearms for Europe) zakłada wsparcie w postaci pożyczek dla przemysłu zbrojeniowego w państwach członkowskich. Według danych Komisji Europejskiej Polska może liczyć na 43,7 mld euro z łącznej puli 150 mld w ramach programu. Dzięki temu rodzime firmy zbrojeniowe mają szansę zwiększyć produkcję m.in. amunicji, pojazdów opancerzonych czy systemów obrony powietrznej, co bezpośrednio wzmacnia zdolności armii. W czasie debaty w PE padały jednak argumenty, że zamiast zaciągać pożyczki, Europa powinna finansować potrzeby obronnościowe z zamrożonych i przejmowanych aktywów rosyjskich.

 Nasze bezpieczeństwo trzeba budować na dwóch filarach: po pierwsze, nasze partnerstwo transatlantyckie ze Stanami Zjednoczonymi w ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego, oraz drugi filar to jest Unia Europejska, to jest solidarność, jedność Unii Europejskiej, wspólne budowanie bezpieczeństwa i odporności na tego typu zagrożenia, z jakimi niestety już się borykamy jako Polska bezpośrednio, czyli prowokacje, ataki ze strony Federacji Rosyjskiej – mówi Krzysztof Hetman.

W kontekście partnerstwa transatlantyckiego zwraca się uwagę na powściągliwą reakcję prezydenta USA Donalda Trumpa na wydarzenia w Polsce. Arkadiusz Mularczyk, europoseł z PiS, zwraca uwagę, że bezpośrednio po incydencie dronowym odbyła się rozmowa prezydenta Karola Nawrockiego z Donaldem Trumpem i to ona była w tym kontekście kluczowa.

– Prezydent Trump stara się zakończyć ten konflikt, stara się nie eskalować tych relacji z Rosją, z Putinem, ponieważ zależy mu na zakończeniu konfliktu wojennego i podejmuje takie próby. Są to próby, jak widzimy, nieskuteczne, ale je podejmuje i nie można za to Trumpa krytykować, że chce wojnę zakończyć różnymi sposobami, prośbą czy groźbą. Trudno tu mieć pretensje do Trumpa, że takie działania podjął, zresztą obiecywał to i w kampanii wyborczej, i później podczas swojej prezydentury. Natomiast Trump mierzy się z działaniem Rosji, które jest działaniem po prostu agresywnym, wrogim wobec nie tylko Ukrainy, ale też wobec krajów członkowskich NATO – ocenia europoseł PiS.

Rosja od lat stosuje wobec państw NATO szeroki wachlarz działań hybrydowych: cyberataki, kampanie dezinformacyjne, sabotaż infrastruktury krytycznej, podpalenia czy prowokacje w przestrzeni powietrznej. W opinii europosłów to właśnie ten „szary obszar” działań poniżej progu wojny stanowi jedno z największych wyzwań dla bezpieczeństwa Europy. Obecnie wojna prowadzona jest w dużym stopniu na płaszczyźnie psychologicznej i wątek odstraszania ma tu szczególne znaczenie.

– W ramach odstraszania uważam, że zwiększenie wojsk NATO, zwłaszcza amerykańskich, jest tu wskazane. Im większa obecność komponentów wojsk natowskich, ale również amerykańskich, tym większy element odstraszania i też bezpieczeństwa dla Polski – przekonuje Arkadiusz Mularczyk.

Ważne w kontekście ostatnich wydarzeń są przygotowania do ćwiczeń Zapad na Białorusi. Rosja i Białoruś organizują je cyklicznie, wykorzystując jako pokaz siły, sprawdzając jednocześnie reakcję państw NATO – symulowały m.in. atak nuklearny czy ofensywę lądową przeciwko Polsce i państwom bałtyckim.

 To, co wydarzyło się 10 września, to z pewnością prowokacja, preludium do tego, o czym wszyscy wiemy i mówimy, przetestowanie naszych systemów. Moim zdaniem to także element ćwiczeń, które Rosja zaplanowała na terenie Białorusi – ocenia Krzysztof Hetman.

Z powodu kilkudniowych ćwiczeń Zapad 2025 rząd zdecydował o zamknięciu do odwołania granicy z Białorusią. Od piątku do wtorku zaplanowana jest najbardziej agresywna część manewrów wojskowych, które mają m.in. symulować atak na przesmyk suwalski. W ćwiczeniach ma brać udział ponad 40 tys. żołnierzy. Polska i kraje bałtyckie w odpowiedzi organizują własne manewry wojskowe w pobliżu granic.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/dzialania-hybrydowe-rosji,p1070320138