Strona główna Blog Strona 68

Rynek telekomunikacyjny broni się przed dużymi zmianami. Operatorzy chcą uniknąć wielomilionowych strat [DEPESZA]

0

Branża telekomunikacyjna jest zaniepokojona kształtem nowelizacji ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, nad którą pracuje rząd. Chodzi o zapisy dotyczące uznawania firm technologicznych za dostawców wysokiego ryzyka. Kryteria są tak sformułowane, że mogą wykluczać dostawców z Azji. Operatorzy telekomunikacyjni, którzy korzystają z ich sprzętu lub usług, mogą być zmuszeni do wycofania przynajmniej części z nich w ciągu kilku lat, co pociągnie za sobą wielomiliardowe straty. Straty poniosą nie tylko duże, ale i mniejsze podmioty – wskazuje Krajowa Izba Komunikacji Ethernetowej (KIKE), zrzeszająca małych i średnich operatorów telekomunikacyjnych.

Nad nowelizacją ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa (KSC) rząd pracuje już od ponad roku. W połowie października KPRM opublikował trzecią wersję projektu, który został już skierowany do Komitetu Rady Ministrów do spraw Bezpieczeństwa Narodowego i Spraw Obronnych.

– Nowa odsłona projektu nie uwzględniła praktycznie żadnych propozycji zmian, jakie sformułowała KIKE przy poprzednich konsultacjach. Dlatego trudno powiedzieć, że zostały w niej uwzględnione oczekiwania małych i średnich operatorów. Nadal identyfikowane są poważne ryzyka dotyczące wycofania z rynku sprzętu chińskich producentów, z których korzysta większość członków KIKE – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Bazański, ekspert Grupy Roboczej ds. Kontaktów z Administracją Publiczną w Krajowej Izbie Komunikacji Ethernetowej, radca prawny z Kancelarii itB Legal.

Według rządowych propozycji przepisów opublikowanych w połowie października nowy organ – kolegium ds. cyberbezpieczeństwa – będzie mógł nadać firmie technologicznej status dostawcy wysokiego ryzyka. Taka decyzja zapadnie po analizie szeregu kryteriów, wśród których znalazły się także kryteria narodowościowe. Oceniane będzie m.in. prawdopodobieństwo, z jakim dostawca sprzętu lub oprogramowania znajduje się pod kontrolą państwa spoza terytorium Unii Europejskiej lub NATO. Eksperci podkreślają, że może to uderzyć w chińskie korporacje, m.in. firmę Huawei, która jest jednym z trzech głównych dostawców infrastruktury dla 5G.

Firmy, które na tej podstawie zostaną uznane za dostawców wysokiego ryzyka, będą de facto wykluczone z polskiego rynku, z ograniczoną możliwością odwołania. Ponadto operatorzy telekomunikacyjni, którzy korzystają z ich sprzętu lub usług, będą zmuszeni wycofać je w ciągu pięciu–siedmiu lat.

– Podkreślenia wymaga fakt, że obowiązkowi wycofania będą podlegały produkty, usługi i procesy ICT wskazane w decyzji ministra właściwego do spraw informatyzacji, a więc nie wszystkie produkty, usługi i procesy ICT oferowane przez dostawcę wysokiego ryzyka – wyjaśniono w uzasadnieniu nowelizacji ustawy.

W raporcie „Prawne i ekonomiczne skutki ograniczenia konkurencji wśród dostawców sprzętu sieciowego 5G w Polsce” analitycy Audytela i Dentons oszacowali, że wykluczenie z polskiego rynku chińskich dostawców sprzętu sieciowego wygeneruje straty po stronie operatorów telekomunikacyjnych. Sięgną one od 13,4 do 14,9 mld zł. Drugim skutkiem może być ograniczenie konkurencji, a co za tym idzie, także wzrost cen sprzętu dostarczanego przez pozostałych graczy na rynku. To zaś oznaczałoby, że operatorzy poniosą większe koszty w związku z dalszym rozwojem sieci. Analitycy szacują ten koszt na 3,5 mld zł.

Straty poniosą jednak nie tylko duże podmioty działające na rynku, na co wskazuje raport Krajowej Izby Komunikacji Ethernetowej, zrzeszającej małych i średnich operatorów telekomunikacyjnych. KIKE przy okazji publikacji pierwszej wersji ustawy przeprowadziła badanie sprawdzające, jaki sprzęt przeważa w działalności tych podmiotów oraz jaki jest szacowany koszt ewentualnej wymiany urządzeń od producentów, którzy pochodzą spoza Unii i USA (jeden z istotniejszych producentów sprzętu elektronicznego spośród krajów członkowskich NATO).

– Z opublikowanego przez KIKE raportu, który pokazuje skalę wykorzystania elementów sieciowych z państw zza Wielkiego Muru, wynika, że ziszczenie się czarnych scenariuszy może finalnie doprowadzić do konieczności wymiany sprzętu przez małych i średnich operatorów telekomunikacyjnych. To z kolei będzie wiązać się z nieprzewidzianymi, wysokimi wydatkami – mówi Łukasz Bazański.

W badaniu wzięło udział 57 przedsiębiorców z segmentu małych i średnich firm telekomunikacyjnych. Raport pokazuje, że 100 proc. z nich korzysta ze sprzętu producenta, który ma swoją siedzibę poza Unią Europejską lub USA. Co istotne, taki sprzęt średnio stanowi 80,79 proc. ogólnie wykorzystywanego sprzętu w działalności operatorów. Prawie połowa z nich (47 proc.) korzysta z urządzeń chińskiego Huaweia, ale wśród popularnych dostawców są też koreański Dasan, pochodzące z Chin TP-Link i ZTE oraz tajwańskie D-Link i ZyXEL. Oszacowany przez małych i średnich operatorów koszt wymiany takiego sprzętu wyniósłby co najmniej 161,8 mln zł, a średnio 2,99 mln zł dla pojedynczej spółki.

– Nie ma żadnych uzasadnionych powodów, aby sądzić, że sprzęt chińskich dostawców jest bardziej lub mniej narażony na ataki czy też mógłby takie ataki generować. To może dotknąć każdego producenta towaru lub usługi. Dlatego ważne jest wprowadzanie odpowiednich wymagań i zabezpieczeń na poziomie sprzętu – niezależnie od tego, kto go wyprodukował. Bez stygmatyzowania konkretnych producentów i dostawców tylko dlatego, że geograficznie pochodzą z Azji – podkreśla ekspert GARP KIKE. 

KIKE zgłosiła cały szereg zastrzeżeń już do poprzedniej wersji noweli ustawy o KSC, wskazując m.in., że nie uwzględnia ona ekonomiczno-gospodarczych skutków, jakie będą się wiązać z wprowadzeniem nowych przepisów. Według izby ich konsekwencje dla małych i średnich operatorów będą wręcz dramatyczne. Uwagi KIKE nie zostały jednak uwzględnione w pracach nad kolejnymi wersjami noweli. Podobnie jak zastrzeżenia innych organizacji branżowych, ekspertów, prawników i podmiotów z rynku telko, którzy w sumie zgłosili do projektowanej regulacji ponad 750 uwag. Nowa wersja, opublikowana w połowie października, uwzględnia je w niewielkim stopniu.

– Kolejna odsłona projektu niczego nie zmienia. Ryzyka dla małych i średnich operatorów istnieją nadal – mówi Łukasz Bazański, wskazując, że projekt noweli ustawy o KSC powinien trafić do ponownych konsultacji publicznych.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rynek-telekomunikacyjny,p2008447687

Podwyżki cen paliw, prądu i gazu najwyższe od kilkunastu lat. W przyszłym roku wzrosną nawet o 30–40 proc.

0

Na globalnych rynkach rosną ceny surowców energetycznych, a to pociąga za sobą podwyżki detalicznych cen prądu czy gazu. Od października więcej płacą klienci PGNiG, a koncern zapowiada kolejne wnioski o zatwierdzenie wyższych taryf, które będą obowiązywać od nowego roku. Więcej muszą płacić m.in. mieszkańcy Włoch, Francji czy Wielkiej Brytanii. Szacuje się, że przeciętne gospodarstwo domowe w UE wyda w tym roku na gaz od 800 do 1150 euro więcej niż przed rokiem. Drożeją też paliwa – na Węgrzech za benzynę trzeba płacić blisko 30 proc. więcej niż rok temu, w Polsce w październiku wzrost cen za paliwo wyniósł już 34 proc. r/r.

– Podwyżki cen paliw, prądu i gazu są obecnie najwyższe od kilkunastu lat, to jest nie tylko bolączka gospodarstw domowych, ale również przedsiębiorstw – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Rafał Parvi z Wyższej Szkoły Bankowej w Opolu. – Gospodarka wraca do normalności po koronawirusie, w związku z czym jest większe zapotrzebowanie na paliwa. Natomiast OPEC nie wydobywa ropy w takich ilościach, jak to było kiedyś, w związku z tym możliwe, że ceny paliw jeszcze pójdą w górę. Jeżeli chodzi o ceny prądu i gazu, to nie wytwarzamy tyle energii, ile potrzebujemy. Poza tym koszty emisji CO2 są horrendalne, płacą za to elektrownie i podwykonawcy przesyłu energii, ale ostatecznie skupia się to na konsumentach. 

Surowce energetyczne drożeją – gaz ziemny, ropa naftowa, nawet węgiel. Teksańska ropa WTI od początku roku zdrożała o ponad 70 proc. i kosztuje już ponad 83 dol. za baryłkę. Europejska Brent to już koszt niemal 86 dol. za baryłkę – od początku roku podrożała o dwie trzecie. Za gaz ziemny, mimo październikowej przeceny, trzeba płacić już dwa razy tyle, co na początku roku. Jak wyjaśnia URE, koszt zakupu gazu na Towarowej Giełdzie Energii na styczeń kolejnego roku dziś wynosi ponad 420 zł/MWh, a w październiku 2020 roku było to niecałe 74 zł/MWh. Wzrost na przestrzeni roku wyniósł więc 470 proc. Z kolei notowany na giełdzie w Rotterdamie węgiel podrożał od tej pory o 135 proc., a na początku października jego ceny były jeszcze o trzy czwarte wyższe.

Tymczasem mimo apeli polityków, m.in. prezydenta Stanów Zjednoczonych Joe Bidena, kartel OPEC pod wodzą Arabii Saudyjskiej i grupa kilku niezrzeszonych w nim państw z Rosją na czele nie zdecydowały się na podwyższenie wydobycia ropy naftowej ponad wcześniej zaplanowany poziom. Od listopada wzrośnie ono o 400 tys. baryłek dziennie, natomiast liczono na to, że w związku ze zwiększonym zapotrzebowaniem i nadchodzącą zimą producenci wprowadzą na rynek jeszcze więcej surowca.

– Wzrost cen energii spowodowany jest m.in. tym, że zaczyna brakować surowców. Przykładowo w Kanadzie zaprzestano wydobycia ropy naftowej, dlatego że kiedyś koszt wydobycia 100 baryłek był ekwiwalentem 6–7 baryłek ropy, a teraz to 70 baryłek, w związku z czym nie było to już opłacalne – mówi wykładowca Wyższej Szkoły Bankowe w Opolu. – Natomiast tam, gdzie wydobycie jest jeszcze opłacalne, mimo wszystko jest mniejsze, a w związku z tym ceny rosną. Musimy też ponosić większe opłaty za przejście na zieloną energię i za koszty emisji, które wzrosły nawet 10-krotnie.

Globalnie zapotrzebowanie na energię dynamicznie rośnie. Sytuacja ta jest skutkiem zbiegu kilku okoliczności. Po tym, jak wielkie gospodarki ruszyły po lockdownach, wzrosło zapotrzebowanie, głównie fabryk, na energię. Tymczasem od kilku lat w Europie trwa rewolucja polegająca na przechodzeniu na odnawialne źródła energii, które są jednak niestabilne, ponieważ zależą od siły wiatru, wody czy nasłonecznienia. Susza, bezwietrzne okresy czy pochmurna aura odcinają Stary Kontynent od energii. Norwegowie, którzy większość swojej energii pozyskują z hydroelektrowni, alarmują, że zbiorniki wodne są napełnione jedynie w 67,5 proc. Tak niski stan wód ostatnio notowano w 2006 roku. To może wywindować ceny energii w sezonie zimowym.

Jednocześnie Rosja przykręciła kurek z gazem ziemnym, choć produkuje go więcej niż w ostatnich latach, a europejskie magazyny świecą pustkami po poprzedniej, znacznie chłodniejszej od wcześniejszych zimie. Eksperci podkreślają, że Rosjanom chodzi o pozwolenie Niemiec na rozruch gazociągu Nord Stream 2.

 Powinniśmy się skupić nie tylko na zielonej energii, ale również przede wszystkim na atomowej. Mamy wokół Polski więcej elektrowni atomowych niż sąsiadów – mówi dr Rafał Parvi. – Jak przeciwdziałać tym podwyżkom? W Polsce przewidziane są dopłaty dla gospodarstw domowych, ale tylko dla rodzin ubogich, czyli z dochodem do około 1,5 tys. zł dla jednoosobowych gospodarstw, natomiast dla rodzin wielodzietnych około 1,1 tys. zł. Dlatego reszta musi się przygotować na podwyżki około 30–40 proc. od 2022 roku. Jest to trend ogólnoświatowy.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/podwyzki-cen-paliw,p185348509

Kredytobiorcy rezygnują z procesów frankowych w obawie przed wysokimi kosztami. Teraz będą mogli je wytoczyć bez kosztów i opłat początkowych

0

– Orzecznictwo sądowe jest w tej chwili bardzo przyjazne sprawom konsumenckim – mówi Anna Lengiewicz z kancelarii LWB Lengiewicz Wrońska i Wspólnicy. W sprawach sądowych dotyczących tzw. polisolokat i kredytów frankowych szanse na wygraną sięgają nawet 80–90 proc. Jednak większość konsumentów nie podejmuje żadnych kroków, aby odzyskać swoje pieniądze, obawiając się utraty kolejnych środków na opłacenie prawników i kosztów sądowych. W tym miesiącu ruszył dedykowany im program RePlan, który zapewnia finansowanie takich spraw. Kredytobiorca może w nim liczyć na obsługę prawną i pełne pokrycie kosztów postępowania, a wynagrodzenie zapłaci tylko w przypadku wygranej sprawy.

Program RePlan to inwestycja amerykańskiego funduszu private equity, utworzonego przez doświadczonych finansistów, który pomoże polskim konsumentom w finansowaniu roszczeń wobec banków i towarzystw ubezpieczeniowych. Koszt inwestycji to ok. 150 mln zł. Projekt ma także aspekt misyjny – w ocenie inwestorów niska świadomość praw konsumenckich w Polsce przekłada się bezpośrednio na zaskakującą bierność w dochodzeniu swoich praw wobec banków oraz towarzystw ubezpieczeń.

– Konsumenci boją się dochodzenia swoich praw wobec instytucji finansowych, banków i towarzystw ubezpieczeń, głównie dlatego że nie chcą stracić więcej pieniędzy na kancelarie odszkodowawcze, prawników, wysokie koszty postępowania i opłaty sądowe. Drugą przyczyną jest obawa przed ryzykiem konfrontacji z ogromnymi korporacjami, jakimi są instytucje finansowe. Banki i towarzystwa ubezpieczeń dysponują ogromnym kapitałem i rzeszą prawników, a zwykły konsument naturalnie boi się przegranej. Można porównać to do walki Dawida z Goliatem – mówi agencji Newseria Biznes Anna Lengiewicz, partner zarządzający w Kancelarii Prawniczej LWB Lengiewicz Wrońska i Wspólnicy.

Szacuje się, że w Polsce grupa poszkodowanych przez instytucje finansowe to ponad 700 tys. osób, które zawarły umowy kredytu we frankach, i ok. 5 mln osób, które zawarły umowy ubezpieczenia inwestycyjnego, czyli tzw. polisolokaty.

W tej grupie tylko ok. 5 proc. dochodzi swoich praw. Ponoć w sprawach dotyczących kredytów frankowych ten procent wzrasta, ale tak naprawdę nie ma oficjalnych danych na ten temat  – mówi ekspertka.

Jak podkreśla, mimo obaw szanse odzyskania pieniędzy przez frankowiczów i byłych właścicieli polisolokat są duże, ponieważ orzecznictwo sądowe jest w tej chwili bardzo przyjazne sprawom konsumenckim. Przełomem okazał się zwłaszcza wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE z października 2019 roku dotyczący nieuczciwych klauzul w umowach frankowych, który przechylił szalę na stronę kredytobiorców.

– Można powiedzieć, że nastąpiła w tym zakresie ogromna ewolucja od 2013–2014 roku, kiedy sprawy konsumenckie nie były jeszcze aż tak zrozumiałe przez sądy. Natomiast teraz ta dysproporcja, która istnieje pomiędzy konsumentem a korporacjami finansowymi, znajduje odzwierciedlenie w korzystnym orzecznictwie. Mówi się w nim, że wprowadzanie konsumenta w błąd jest praktyką zakazaną, że należy mu przekazać jasną i czytelną informację na temat wszelkich ryzyk związanych z zawieraną umową – wyjaśnia prawniczka.

W tym miesiącu ruszył dedykowany konsumentom program RePlan, który zapewnia finansowanie takich spraw o dochodzenie swoich roszczeń wobec instytucji finansowych.

RePlan powstał jako odpowiedź na brak w budżetach domowych odpowiedniej kwoty, która wystarczyłaby na sfinansowanie postępowania przeciwko bankom czy towarzystwom ubezpieczeniowym. Innymi słowy, RePlan sfinansuje wszystkie koszty i opłaty do czasu zakończenia postępowania w sądzie lub zawarcia ugody i odzyskania przez konsumenta jego środków finansowych – mówi Anna Lengiewicz.

Co ważne, w tym przypadku konsument zapłaci RePlan wynagrodzenie, ale dopiero w momencie, kiedy sprawa zostanie wygrana.

– Wysokość tego wynagrodzenia kształtuje się w zależności od korzyści uzyskanych na samym końcu. W przypadku spraw frankowych konsument będzie musiał zapłacić jedynie część tego, co pobrałby bank w razie kontynuowania umowy kredytu. Podobnie w przypadku opłat likwidacyjnych i transakcyjnych z tytułu tzw. polisolokat. Konsument jako wynagrodzenie dla RePlan zapłaci jedynie część tego, co towarzystwo ubezpieczeń zabrało mu jako tę opłatę likwidacyjną lub opłatę transakcyjną – wyjaśnia partner zarządzający w Kancelarii Prawniczej LWB Lengiewicz Wrońska.

W Polsce partnerem programu jest warszawska kancelaria LWB Lengiewicz Wrońska i Wspólnicy, która zapewnia obsługę prawną programu RePlan. Specjalizuje się w sprawach dotyczących opłat likwidacyjnych i kredytów frankowych – we współpracy z nią ok. 2,5 tys. konsumentów odzyskało już ponad 32 mln zł.

– Warto zająć się własną sprawą, ponieważ tam, gdzie możemy dochodzić swoich praw przed sądem, obowiązują zasady przedawnienia roszczeń. To oznacza, że im później zaczniemy zastanawiać się nad załatwieniem własnej sprawy, tym mniejsze możemy mieć szanse. Terminy przedawnienia oznaczają tyle, że po pewnym czasie swoich roszczeń już nie można dochodzić – mówi Anna Lengiewicz.

RePlan jest skierowany do frankowiczów, którzy w latach 2006–2010 podpisali z bankiem umowę na kredyt hipoteczny zawierającą niedozwolone klauzule. Dotyczy to zarówno osób, które kontynuują spłatę kredytu, jak i tych, które ten kredyt już spłaciły. Drugą grupą, która może przystąpić do programu, są konsumenci, którym ubezpieczyciele pobrali opłaty likwidacyjne w razie wcześniejszego rozwiązania umowy ubezpieczenia na życie lub opłaty transakcyjne pobierane z góry za zarządzanie inwestycyjnym ubezpieczeniem na życie przez okres 10 lat.

Aby przystąpić do programu, należy złożyć wniosek o bezpłatną analizę swojej sprawy na stronie RePlan i przejść weryfikację, po której będzie jasne, czy kwalifikuje się ona do dochodzenia roszczenia i merytorycznego wsparcia w ramach finansowania przez ten program.

Według danych Związku Banków Polskich, przytaczanych przez „Puls Biznesu”, w sądach jest zarejestrowanych 62 tys. spraw dotyczących kredytów frankowych. 84 proc. takich spraw w sądach I instancji kończy się wygraną frankowiczów i przegraną banku. 3/4 z nich dotyczy unieważnienia umowy kredytowej, natomiast 17 proc. przypadków sądy zarządziły „odfrankowienie” kredytu. Do apelacji trafia ok. 6 proc. spraw.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/kredytobiorcy-rezygnuja-z,p1250828640

Utrata danych poważnym problemem dla firm. Coraz więcej z nich decyduje się na zewnętrzne centra przetwarzania danych

0

Dane są dziś dla biznesu motorem napędowym i podstawą działalności. Ich utrata może oznaczać nawet wielomilionowe konsekwencje finansowe, niemożność kontynuowania działalności i utratę zaufania klientów. Tymczasem w ostatnich latach liczba naruszeń bezpieczeństwa danych wciąż rośnie, a związane z tym koszty są najwyższe w historii. Pandemia dodatkowo zwiększyła ryzyko, przyczyniając się do wzrostu liczby ataków hakerskich. Dlatego – jak podkreśla Sebastian Mikołajczyk, menedżer produktu Kolokacja w Grupie Orange – przedsiębiorstwa muszą dziś przykładać szczególną wagę do bezpieczeństwa swoich danych, a firmowa serwerownia to często za mało, żeby zapewnić im konieczną ochronę.

 W dzisiejszych czasach dane są podstawą każdego biznesu. Bardzo istotne jest jednak to, w jakim miejscu te dane przechowujemy, jak są one chronione i kto ma do nich dostęp – mówi agencji Newseria Biznes ekspert Orange Polska. – Podstawowe zagrożenia dla danych biznesowych to przede wszystkim ich bezpośrednia kradzież, utrata oraz straty spowodowane pożarem, zalaniem czy innym fizycznym uszkodzeniem infrastruktury, na której te dane są przechowywane.

Z przeprowadzonego krótko przed pandemią badania One System „Bezpieczeństwo przechowywania danych w MŚP” wynika, że prawie co piąta (18 proc.) mała i średnia firma w Polsce doświadczyła utraty danych. Wśród dużych przedsiębiorstw ten odsetek może być jeszcze wyższy. Tymczasem – jak pokazuje nowy raport IBM Security – na przestrzeni ostatniego roku średnie koszty incydentów naruszenia danych wzrosły z 3,86 do 4,24 mln dol. To najwyższy wynik w siedemnastoletniej historii tego badania.

Agencja Unii Europejskiej ds. Cyberbezpieczeństwa (ENISA) w swoim ubiegłorocznym raporcie zauważa z kolei, że finansowe skutki są odczuwalne nie tylko w momencie odkrycia naruszenia danych, ale mogą trwać jeszcze ponad dwa lata po tym, jak doszło do takiego incydentu. Jak wskazuje ENISA, w latach 2019 i 2020 liczba naruszeń bezpieczeństwa danych znacząco wzrosła.

Ekspert Grupy Orange zaznacza, że ryzyko utraty danych wiąże się z czynnikami  fizycznymi – takimi jak pożar, zalanie czy uszkodzenie serwerów, ale dla biznesu równie problematyczne są awarie zasilania i blackouty, które powodują przerwy w dostępie do strategicznych danych.

– W przedsiębiorstwach bardzo często serwery i infrastruktura teleinformatyczna są zasilane z tego samego źródła, co maszyny i produkcja. Brak prądu powoduje przerwę w dostawie usług, przestoje, brak kontaktu z klientem etc. – mówi Sebastian Mikołajczyk. – Dlatego tak ważne jest zapewnienie odpowiedniego bezpieczeństwa energetycznego, żeby urządzenia, które przechowują i przetwarzają dane, miały możliwość ciągłej pracy bez przerw w zasilaniu.

Równie ważne są warunki środowiskowe, w jakich pracują serwery. Taka infrastruktura pobiera dużo prądu i jednocześnie wydziela dużo ciepła, dlatego kluczowe jest to, aby serwery pracowały w odpowiedniej temperaturze, wilgotności i miały zapewnione chłodzenie.

Kolejny element to okno na świat, którym jest łącze transmisji danych. Nadal w wielu firmach z tego samego łącza korzystają pracownicy i wszystkie główne serwery. Przerwanie takiego łącza oznacza brak dostępu do usług i infrastruktury – wyjaśnia ekspert Orange Polska.

Jak podkreśla, bardzo ważny jest też czynnik ludzki, ale nie każda firma może sobie pozwolić na zatrudnienie wyspecjalizowanych, wysoko opłacanych inżynierów, którzy będą czuwali nad bezpieczeństwem i ciągłością działania jej infrastruktury.

– Skuteczne zapobieganie cyberatakom wymaga znajomości mechanizmów, którymi posługują się hakerzy. To naprawdę specjalistyczna wiedza, którą trzeba tez na bieżąco aktualizować. Nie wszyscy za tym nadążają, dlatego warto posiłkować się wiedzą i doświadczeniem wyspecjalizowanego personelu – mówi Sebastian Mikołajczyk.

Wiele firm organizuje serwerownie we własnych lokalizacjach, nie zapewniają one jednak takiego bezpieczeństwa, jakie miałyby w wyspecjalizowanym data center, gdzie infrastruktura towarzysząca gwarantuje m.in. odpowiednią ochronę, zasilanie, łączność i parametry środowiskowe.

Takie nowoczesne data center Orange Polska uruchomił właśnie w podwarszawskich Łazach. W komorach serwerowych Warsaw Data Hub znajdzie się 1,6 tys. mkw. powierzchni wyposażonej w niezależne zasilanie, wentylację i automatyczne systemy gaszenia pożarów dla sprzętu IT i sieciowego. Obiekt  zapewnia optymalne warunki pracy urządzeń i nieprzerwaną transmisję danych. Znajdą się w nim nie tylko urządzenia Orange, ale i jego klientów biznesowych. 

– Przechowywanie infrastruktury, która gromadzi i przetwarza dane, w profesjonalnym data center jest z pewnością dobrym posunięciem. W Warsaw Data Hub mamy zabezpieczenia, które pozwalają uchronić dane przed najczęstszymi typami zagrożeń, a personel dba o bezpieczeństwo 24 godziny na dobę, dzięki czemu jest ono na naprawdę wysokim poziomie – mówi menedżer produktu Kolokacja w Grupie Orange.

Oprócz kolokacji, czyli wynajmu przestrzeni w serwerowni i udostępniania niezbędnej infrastruktury, Warsaw Data Hub zapewnia także szerokie spektrum specjalistycznych usług z zakresu cyberbezpieczeństwa. To istotne teraz, kiedy, jak pokazuje nowy „Barometr Cyberbezpieczeństwa” firmy doradczej KPMG, w ocenie 55 proc. polskich firm pandemia przyczyniła się do wzrostu ryzyka wystąpienia cyberataków. W ubiegłym roku aż 64 proc. przedsiębiorstw odnotowało przynajmniej jeden cyberincydent.

– Przy wyborze data center warto zwrócić uwagę na to, jak firma, która oferuje tego typu usługi, podchodzi do kwestii bezpieczeństwa teleinformatycznego i jakie dodatkowe usługi oferuje swoim klientom. Mam tu na myśli np. przeciwdziałanie atakom DDoS, które polegają na generowaniu takiej ilości zapytań, że serwer po prostu „zamiera” i nie jest w stanie odpowiedzieć. Powszechne są też cyberataki szyfrujące dane czy polegające na ich wyłudzaniu – mówi Sebastian Mikołajczyk.

Ekspert Grupy Orange podkreśla, że każde data center powinno oferować co najmniej kilka podstawowych rozwiązań bezpieczeństwa teleinformatycznego dla swoich klientów.

W Orange mamy CERT, czyli specjalne centrum cyberbezpieczeństwa, które przez 24 godziny na dobę monitoruje ruch w sieci i aktywnie wyszukuje niestandardowe zachowania, analizując je pod kątem ataków hakerskich. Klient może u nas zamówić dedykowane firewalle czy tzw. systemy SIEM, które zbierają i analizują logi z poszczególnych urządzeń. Gdyby firma chciała zrobić to wszystko indywidualnie, potrzebowałaby naprawdę dużych zasobów finansowych i osób o specjalistycznych kompetencjach. My robimy to w jednym miejscu dla wielu klientów. To dużo tańsze i naprawdę optymalne rozwiązanie – zapewnia ekspert Orange Polska. – W związku z otwarciem Warsaw Data Hub dajemy też naszym aktualnym i nowym klientom okazję do poznania nowoczesnego data center z bliska. Dni otwarte w Warsaw Data Hub odbędą się 26 i 27 października. Warto nas wtedy odwiedzić.

 

 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/utrata-danych-powaznym,p2088566886

Rekordowo niska szara strefa na rynku tytoniowym. Eksperci widzą szansę dla budżetu na większe wpływy z akcyzy na papierosy

0

– Podniesienie podatku akcyzowego o 5 proc. przełoży się na wzrost ceny paczki papierosów o około 30 gr. To bardzo skromna propozycja. Mamy dużą przestrzeń do tego, aby podnieść ten podatek wyżej – ocenia ekspert podatkowy Wojciech Bronicki. Jak szacuje, podniesienie minimalnej stawki akcyzy na papierosy o 15 proc. przełożyłoby się na blisko 2 mld zł dodatkowych wpływów do budżetu państwa. Mogłoby też skłonić część palących do rzucenia nałogu. Zdaniem ekspertów moment na wprowadzanie takiej podwyżki jest sprzyjający, bo szara strefa na rynku wyrobów tytoniowych w Polsce spada od sześciu lat i w tej chwili jest rekordowo niska: wynosi 5,5 proc.

Zdaniem ekspertów budżet może pokusić się o wyższą korektę minimalnej stawki akcyzy na papierosy niż 5-proc. propozycja Ministerstwa Finansów. Moment na wprowadzanie takiej podwyżki jest sprzyjający, ponieważ szara strefa na rynku wyrobów tytoniowych w Polsce jest rekordowo niska. Według raportu Instytutu Doradztwa i Badań Rynku Almares wynosi 5,5 proc. i spada regularnie od 2015 roku. Zdaniem ekspertów to właściwy moment na podniesienie minimalnej stawki akcyzy na papierosy o 10–15 proc. Dałoby to nawet blisko 2 mld zł dodatkowych wpływów do budżetu.

Zgodnie z propozycją nowelizacji przepisów akcyzowych, którą w październiku przedstawiło Ministerstwo Finansów, od 2022 roku ma wejść w życie 5-proc. korekta minimalnej stawki akcyzy na papierosy. Ma ona wzrosnąć z obecnych 100 proc. do 105 proc. Eksperci przekonują, że budżet powinien pokusić się o bardziej odważny ruch.

– Podniesienie minimalnej stawki podatku akcyzowego o 5 proc. przełoży się na około 30 gr na paczce papierosów. To bardzo skromna propozycja. Wydaje się, że nie przełoży się to na ograniczenie dostępności cenowej najtańszych papierosów, np. wśród młodzieży. To też pokazuje, że mamy dużą przestrzeń do tego, aby podnieść ten podatek wyżej – mówi Wojciech Bronicki.

Szacuje również, że podniesienie minimalnej stawki akcyzy na papierosy o 15 proc. przełożyłoby się na blisko 2 mld zł dodatkowych wpływów do budżetu państwa. Mogłoby też skłonić część palących do rzucenia nałogu i ograniczyłoby dostępność cenową papierosów wśród nieletnich. W Polsce, według danych Towarzystwa Profilaktyki i Przeciwdziałania Uzależnieniom, dzieci wypalają co roku nawet 4 mld papierosów. 

Eksperci przypominają również, że w ostatnich latach nie nastąpił realny wzrost cen papierosów w Polsce: 

 Po pierwsze, przez ostatnich kilka lat ceny papierosów stały w miejscu lub rosły bardzo nieznacznie, a w tym czasie wynagrodzenia wzrosły o ponad 30 proc. Po drugie, mamy wysoką inflację, która też uderza w budżet, i z tego punktu widzenia podwyżka jest korzystna. Poza tym wiadomo, że papierosy są szkodliwe i wydatki budżetowe na leczenie skutków palenia tytoniu rosną. Tak więc wszystko wskazuje, że jest to dobry moment na podwyższenie podatku akcyzowego – mówi dr Bohdan Wyżnikiewicz, prezes zarządu Instytutu Prognoz i Analiz Gospodarczych.

Eksperci zgodnie zauważają, że moment na wprowadzanie wyższej minimalnej stawki akcyzy na papierosy jest sprzyjający z powodu rekordowo niskiej szarej strefy. Dzisiaj sięga ona zaledwie 5,5 proc. rynku tytoniowego w Polsce. Konsekwentny spadek szarej strefy ustabilizował też legalną sprzedaż papierosów. Dzięki temu zysk czerpią producenci papierosów. 

– Udział papierosów nielegalnych jest najniższy w historii badań tego zjawiska. To pokazuje, że mamy duży postęp, dzięki temu wpływy z akcyzy i innych podatków są większe i jest to generalnie korzystne dla wszystkich uczestników rynku. Powrót do wzrostu gospodarczego i inne, korzystne wskaźniki gospodarcze – chociażby na rynku pracy – wskazują, że jest to dobry moment, aby zwiększać dochody budżetu państwa z tytułu podatku akcyzowego, które przez pewien czas stały w miejscu. Z punktu widzenia budżetu jest to słuszne posunięcie i można by pokusić się nawet o wyższy wzrost akcyzy na wyroby tytoniowe niż tylko o 5 proc. – dodaje dr Bohdan Wyżnikiewicz.

– Wzrost podatku akcyzowego na wyroby tytoniowe ma szerokie poparcie wśród środowisk medycznych, co było widać i słychać podczas ostatniej połączonej Komisji Zdrowia i Finansów Publicznych. Przy dzisiejszej strukturze stawki kwotowo-procentowej podatek minimalny na papierosy należałoby podnieść wyżej niż inflacja, czyli przynajmniej do 107, a nie 105 proc., jak proponuje Ministerstwo Finansów – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Wojciech Bronicki, partner w Kancelarii Podatkowej BBGTAX.

W uzasadnieniu do nowelizacji przepisów akcyzowych Ministerstwo Finansów argumentuje, że podwyżki są odpowiedzią na potrzebę przeciwdziałania szkodliwemu wpływowi wyrobów tytoniowych na zdrowie Polaków. Z badań CBOS wynika, że wyroby tytoniowe pali 26 proc., czyli ok. 8 mln osób. Z kolei z powodu chorób spowodowanych paleniem papierosów co roku umiera około 81 tys. Polaków, co odpowiada populacji średniej wielkości miasta. Bank Światowy szacuje, że w Polsce koszt leczenia chorób wywoływanych dymem papierosowym wynosi ok. 15 proc. całkowitych wydatków na leczenie.

Oprócz tej podstawowej, fiskalnej funkcji podatku akcyzowego również funkcja zdrowotna jest bardzo ważna i trzeba ją dobrze wykorzystać. Jednak do tego podatek minimalny na wyroby tytoniowe powinien zostać podniesiony dużo wyżej, niż zakłada propozycja Ministerstwa Finansów. Gdybyśmy naprawdę chcieli ograniczyć dostępność cenową papierosów, tę minimalną stawkę akcyzy można nawet podwoić. To będzie impuls do ograniczenia dostępności cenowej papierosów – mówi Wojciech Bronicki.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rekordowo-niska-szara,p650271073

Akcyza na piwo wzrośnie o ponad 50 proc. w ciągu zaledwie siedmiu lat. Uderzy to w browary już teraz notujące dotkliwe spadki sprzedaży

0

W latach 2020–2027 sumaryczny wzrost stawki akcyzy na piwo sięgnie aż 54 proc. To więcej niż na przestrzeni ostatnich 20 lat – wskazuje branża piwowarska. Co więcej, tak drastyczna podwyżka następuje w najtrudniejszym dla branży okresie odrabiania strat po pandemii. Eksperci podkreślają, że jej efektem będzie nie tylko osłabienie kondycji branży, która już zmaga się m.in. ze spadkami sprzedaży, produkcji, rosnącą inflacją i cenami surowców. Może też spowodować kontynuację trendu zmiany struktury spożycia alkoholi, bo konsumenci będą częściej sięgać po mocniejsze napoje spirytusowe.

– Ministerstwo Finansów zapowiedziało 10-proc. podwyżkę akcyzy zarówno na piwo, jak i mocne napoje spirytusowe. Natomiast uwadze resortu uszło to, że niezależnie od tej podwyżki od stycznia i tak stawka akcyzy na piwa słodzone wzrośnie o 4 punkty procentowe. Dlatego piwo zostanie dotknięte tą podwyżką bardziej, ponieważ akcyza wzrośnie nie o 10, ale o 14 proc. Stąd te zaproponowane zmiany są mocno krzywdzące dla sektora piwnego – zauważa w rozmowie z agencją Newseria Biznes Krzysztof Rutkowski, radca prawny, doradca podatkowy i partner w kancelarii KDCP.

Zgodnie z projektem nowelizacji przepisów akcyzowych, który Ministerstwo Finansów przedstawiło na początku października, od stycznia 2022 roku stawka akcyzy na alkohol etylowy, piwo, wino, napoje fermentowane i wyroby pośrednie wzrośnie o 10 proc. (podwyżka nie obejmie cydru i perry o zawartości alkoholu do 5 proc. obj.). Jednocześnie resort przedstawił mapę drogową określającą zmiany poziomu akcyzy na kolejnych sześć lat. Zakłada ona, że w latach 2023–2027 stawka akcyzy na alkohol będzie rosła co roku o 5 proc.

– Patrząc na skalę podwyżki proponowanej przez Ministerstwo Finansów, można zauważyć, że ona wyniesie w tym okresie ponad 50 proc. To odpowiada podwyżce akcyzy na piwo, która miała miejsce w latach 2000–2020. Czyli teraz rząd proponuje, żeby podobną podwyżkę wprowadzić w ciągu siedmiu lat, a zatem w okresie niemal trzykrotnie krótszym – mówi Jakub Bińkowski ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. – Wątpliwości budzi też proponowany mechanizm kroczącej podwyżki o 5 proc. w każdym kolejnym roku. Prawodawca z góry zakłada, że stawka będzie rosła, niezależnie od tego, jaki będzie wpływ tej podwyżki zarówno na rynek piwowarski, jak i na spożycie alkoholu w Polsce. Wydaje się, że przyjmowanie takich założeń a priori jest zbyt pochopne.

Jak oszacował Związek Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego w Polsce, zgodnie z propozycją Ministerstwa Finansów do 2027 roku akcyza na piwo wzrośnie z obecnych 8,57 zł do 12,04 zł od 1 hl za każdy stopień Plato. To zaś oznacza ponad 40-proc. wzrost w ciągu sześciu lat. Ostatnia podwyżka miała miejsce półtora roku temu. Z początkiem 2020 roku stawka akcyzy na piwo też została podniesiona o 10 proc. – z 7,79 zł na 8,57 zł. W efekcie sumaryczny wzrost w latach 2020–2027 sięgnie 54 proc.

– To jest największa podwyżka akcyzy na piwo w historii tego podatku – mówi Krzysztof Rutkowski.

Jak podkreśla, tak drastyczna podwyżka akcyzy przypada akurat na czas pandemii, kiedy branża piwowarska notuje wyraźne straty i nawet nie zaczęła się jeszcze odbudowywać. W 2020 roku konsumpcja piwa w Polsce spadła do najniższego poziomu w ciągu ostatnich 10 lat, a w 2021 roku trend spadkowy się jeszcze pogłębił.

– Branża piwowarska jest jedną z tych, które w pandemii ucierpiały szczególnie – zarówno bezpośrednio, przez utratę sprzedaży w sklepach, jak i pośrednio, przez straty poniesione w innych sektorach. Dla przykładu istotnym kanałem sprzedaży jest sektor HoReCa, a piwo jest często wybieranym napojem w restauracjach, które przez znaczną część pandemii były zamknięte, przez co branża piwowarska została dotknięta podwójnie – mówi Jakub Bińkowski.

Eksperci zauważają, że w Polsce już od trzech lat stale spada zarówno sprzedaż, jak i produkcja piwa. Od 2018 roku produkcja zmniejszyła się o ok. 3,5 mln hl, czyli prawie dwa razy więcej, niż wynosi łączna roczna produkcja wszystkich browarów regionalnych i rzemieślniczych. Na dodatek, oprócz zawirowań spowodowanych pandemią i ostatnią podwyżką akcyzy, branża zmaga się też z inflacją i rosnącymi kosztami działalności, co też osłabia jej kondycję. W ciągu ostatnich dwóch lat wzrost cen wszystkich składników wykorzystywanych do produkcji piwa jest dwucyfrowy. Szczególnie gwałtownie rosną ceny opakowań (aluminium), podstawowych surowców (słód jęczmienny), energii elektrycznej i cieplnej oraz koszty pracy. To wszystko przełożyło się na istotny wzrost średniej ceny piwa, która w okresie ostatnich trzech lat wzrosła o blisko 15 proc.

– Dlatego podnoszenie tego podatku w tej chwili jest dla sektora złą informacją. Jest też generalnie złym pomysłem z punktu widzenia polityki alkoholowej państwa, którą mamy zapisaną m.in. w ustawie o wychowaniu w trzeźwości – ocenia ekspert ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

– Popyt na piwo jest znacznie bardziej podatny na zmiany ceny niż popyt na  mocne napoje spirytusowe. Podniesienie akcyzy na piwo spowoduje więc, że więcej konsumentów wybierze mocny alkohol. Zgodnie z przepisami o przeciwdziałaniu alkoholizmowi rząd powinien prowadzić taką politykę, aby poprzez podatki kształtować ceny, preferując napoje o niższej zawartości alkoholu – dodaje Krzysztof Rutkowski.

W ocenie ekspertów zaproponowana przez resort finansów podwyżka akcyzy na piwo przyniesie wręcz odwrotny skutek do zamierzonego. Potwierdzają to historyczne dane i przykład poprzedniej podwyżki z 2020 roku, która nie tylko zahamowała możliwości rozwoju branży, ale spowodowała też wzrost konsumpcji innych wyrobów alkoholowych, w szczególności alkoholi mocnych. Wyraźnie widać to we wpływach budżetowych z tytułu akcyzy.

– W 2020 roku Ministerstwo Finansów podniosło o 10 proc. akcyzę zarówno na piwo, jak i mocne napoje alkoholowe typu wódka. W przypadku piwa spowodowało to wzrost przychodów tylko o 5 proc., czyli mniej, niż wyniosła sama podwyżka. W przypadku napojów spirytusowych wpływy do budżetu wzrosły o 13 proc. To jasno pokazuje, że nie ma sensu podnoszenie akcyzy na piwo. Ma za to sens podnoszenie akcyzy na mocne napoje alkoholowe – wskazuje radca prawny.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/akcyza-na-piwo-wzrosnie-o,p1163848213

Powstanie kolejnych farm wiatrowych na lądzie obniży ceny energii. Trwają prace nad ustawą przyspieszającą takie inwestycje

0

Branża energetyki wiatrowej z niecierpliwością wyczekuje liberalizacji tzw. ustawy odległościowej, która na kilka lat zastopowała w Polsce budowę nowych wiatraków na lądzie. Nad nowelizacją pracuje resort rozwoju, choć prace chwilowo uległy spowolnieniu. Ministerstwo wskazuje, że budowa nowych mocy wiatrowych na lądzie spowoduje spadek cen energii na polskim rynku, a przy okazji zapewni korzyści środowiskowe, społeczne i ekonomiczne. – Inwestycje tego typu są dość istotnym elementem rozwoju gospodarki – mówi Mariusz Nowak, członek zarządu Akuo Energy Polska. Francuski inwestor właśnie uruchomił w Polsce swój trzeci projekt elektrowni wiatrowej, która może zasilić w czystą energię średniej wielkości miasto.

 Tym, co spowalnia sektor energetyki wiatrowej w Polsce, jest przede wszystkim ustawa odległościowa, która kompletnie zablokowała rozwój nowych projektów. Od 2016 roku, kiedy ta ustawa została wprowadzona, nowe projekty praktycznie w ogóle nie powstają. Planowane jest zliberalizowanie tej ustawy, ale dziś ciągle nie ma jeszcze definitywnego projektu, który przeszedł proces legislacyjny – mówi agencji Newseria Biznes Mariusz Nowak, członek zarządu Akuo Energy Polska.

W Polsce 23 września tego roku padł rekord produkcji energii elektrycznej z wiatru, która sięgnęła 6 GW. Poprzedni został pobity 27 grudnia 2020 roku i wyniósł nieco ponad 5,7 GW. Silny wiatr, utrzymujący się przez kilka wrześniowych dni, sprawił, że wiatraki odpowiadały w szczytowych momentach nawet za 1/4 krajowego zapotrzebowania na prąd, ale branża wskazuje, że potencjał jest dużo większy. Jej rozwój od pięciu lat hamuje jednak tzw. ustawa odległościowa, która wprowadziła zasadę 10H. To norma określająca, że elektrownie wiatrowe muszą powstawać w odległości 10-krotności wysokości wiatraka, czyli ok. 1,5 km, od zabudowań. W praktyce takich terenów nie ma jednak w Polsce zbyt wiele.

Ministerstwo Rozwoju i Technologii ma jednak w planach jej liberalizację. Konsultacje ministerialnego projektu zakończyły się przed tegorocznymi wakacjami, a wedle zapowiedzi ustawa miała być gotowa jesienią i trafić do Sejmu we wrześniu bądź październiku. Na razie tak się jednak nie stało. Podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego, który odbywał się we wrześniu w Katowicach, wiceminister klimatu i środowiska Ireneusz Zyska deklarował, że projekt ustawy ma trafić do Sejmu jeszcze w tym roku.

– Wszyscy deweloperzy, którzy rozwijają projekty wiatrowe, szczególnie wyczekują nowelizacji 10H, w której zredukowane zostaną ograniczenia dotyczące odległości turbin od najbliższych zabudowań – mówi Piotr Owczarek z Akuo Energy.

Zgodnie z resortową propozycją zasada 10H ma co prawda zostać utrzymana, ale w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego (MPZP) gmina sama będzie mogła określić inną odległość wiatraków od zabudowań (minimalna ma wynosić 500 m). Aby poluzować ograniczenie, gmina będzie musiała jednak przeprowadzić najpierw konsultacje społeczne i badania prognostyczne dotyczące wpływu elektrowni wiatrowej (np. hałasu) na funkcjonowanie mieszkańców. Projekt zakłada też, że nowe elektrownie wiatrowe będą mogły powstawać tylko na podstawie MPZP. Obowiązek sporządzania planu będzie jednak dotyczył tylko obszaru prognozowanego oddziaływania turbiny. 

– Ta nowelizacja zdecydowanie ułatwi proces inwestycyjny, będziemy mogli go przyspieszyć, duża część terenów zostanie uwolniona. Jest to o tyle istotne, że wielu gospodarzy, wielu właścicieli ziemskich chce tych wiatraków, ale one są sztucznie, odgórnie blokowane przez przepisy ustawy – mówi Piotr Owczarek.

Liberalizacja ustawy odległościowej ma się przyczynić do budowy od 6 do 10 GW nowych mocy wiatrowych na lądzie. W krótkim horyzoncie czasowym, do 2025 roku, potencjalna moc nowych elektrowni wiatrowych została oszacowana na 3,7 GW.

MRiT wskazuje, że dzięki znacznej poprawie efektywności wykorzystania mocy turbiny, która nastąpiła w ostatnich latach, lądowa energetyka wiatrowa jest w tej chwili najtańszą technologią wytwarzania energii. I to nie tylko w porównaniu do źródeł konwencjonalnych, ale i innych źródeł OZE. Resort podkreśla, że budowa nowych mocy wiatrowych na lądzie spowoduje obniżenie cen energii na polskim rynku, a przy okazji zapewni korzyści środowiskowe, społeczne i ekonomiczne.

Inwestycje tego typu są dość istotnym wkładem w rozwój gospodarki – mówi Mariusz Nowak. – W gminie Wielowieś na Śląsku, gdzie inaugurujemy nasz nowy projekt elektrowni wiatrowej, dotąd brakowało mocy nawet na rozwój lokalnych przedsiębiorstw czy inwestorów, którzy mogliby się w tym regionie zainstalować. Produkcja czystej energii z OZE przyczynia się do tego, aby ta lokalna gospodarka mogła się rozwijać.

Elektrownia wiatrowa w gminie Wielowieś na Śląsku to najnowszy projekt francuskiego inwestora – Akuo Energy, który w Polsce ma już na koncie dwie podobne inwestycje, w gminie Łęczyce i w gminie Gniew.

Chcieliśmy być obecni na Śląsku, ponieważ to jest ważny, symboliczny ośrodek przemysłowy. Chcieliśmy tym również pokazać, że Polska przechodzi obecnie transformację energetyczną – mówi Patrice Lucas, CEO i współzałożyciel Akuo Energy. – Energia wiatrowa jest bardzo konkurencyjna względem innych źródeł, więc jest kluczowym elementem transformacji i przyszłego miksu energetycznego – zarówno na świecie, jak i w Polsce, która ma znaczny potencjał wykorzystania energii wiatrowej.

– W Polsce jest wiele lokalizacji, które mają w sobie potencjał wiatrowy. Okolice Wielowsi są geograficznie usytuowane na wzgórzach i są tu korzystne prądy wiatrowe. Dodatkowo staraliśmy się też zoptymalizować ten projekt i uzyskać większą efektywność, więc zastosowaliśmy wyższe turbiny, o większej średnicy wirnika – dodaje Piotr Owczarek. – Proces inwestycyjny trwał tutaj 14 lat, od pomysłu do wyprodukowania pierwszej kilowatogodziny. To istotne o tyle, że władze – planując rozwój energetyki wiatrowej w Polsce – mniej więcej taki horyzont czasowy muszą uwzględniać. To nie są projekty, które można rozpoczynać z dnia na dzień.

Elektrownia wiatrowa w śląskiej gminie Wielowieś o mocy 66 MW może zaopatrzyć w czystą energię ok. 100 tys. gospodarstw domowych, czyli średniej wielkości miasto. Jak podaje inwestor, pozwoli też uniknąć rocznej emisji ok. 150 tys. ton CO2.

Składa się z 20 turbin Vestas klasy 3 MW, które produkują z maksymalną mocą 3,3 MW. To potężne maszyny, czubek tych turbin przewyższa dach Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Są bardzo nowoczesne, właściwie nie ma dziś na świecie lepszych i nowocześniejszych rozwiązań pod tym względem – zapewnia ekspert z Akuo Energy. – Wszystkie turbiny schodzą się kablami do jednego centralnego punktu, czyli stacji energetycznej, w której trasujemy tę energię na wyższy poziom napięcia i dostarczamy okolicznym mieszkańcom.

Członek zarządu Akuo Energy Polska Mariusz Nowak podkreśla, że gmina czerpie z elektrowni wiatrowej korzyści nie tylko w postaci czystej energii. Do jej budżetu będzie co roku wpływać ponad 2 mln zł m.in. z tytułu podatków. Przy okazji realizacji projektu inwestor wyremontował też szereg dróg gminnych.

– Do tego trzeba też dodać 30-letnie umowy dzierżawy z prywatnymi właścicielami nieruchomości, którzy też otrzymują corocznie uzgodnione kwoty – mówi Mariusz Nowak. 

Z badania przeprowadzonego w listopadzie ub.r. dla Ministerstwa Klimatu i Środowiska wynika, że 85 proc. Polaków popiera rozwój lądowych farm wiatrowych. 24 proc. mieszkańców Polski zadeklarowało, że mieszka w okolicy lądowych farm wiatrowych. W tej grupie 3/4 popiera takie projekty, a ponad połowa (54 proc.) pozytywnie oceniła działania władz lokalnych i inwestora farmy wiatrowej na etapie jej powstawania. Przeciwnego zdania było jedynie 8 proc. osób mieszkających w okolicy, w której są zlokalizowane lądowe farmy wiatrowe.

Korzystamy z gościnności lokalnych władz, w Wielowsi mamy bardzo dobrych gospodarzy, którzy rozumieją, że świat się zmienia, i chcą iść z tym dobrym trendem. Chcemy rozwijać tutaj kolejne projekty wiatrowe – zapowiada Piotr Owczarek. 

Według danych Polskich Sieci Elektroenergetycznych na styczeń br. w Polsce jest ok. 1,4 tys. lądowych farm wiatrowych, których moc zainstalowana wynosi nieco ponad 6,6 GW. Rocznie wytwarzają one ok. 14 TWh energii elektrycznej.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/powstanie-kolejnych-farm,p693328779

Samorządy łączą siły w walce przeciw Polskiemu Ładowi. Straty w budżetach mogą się odbić na usługach dla mieszkańców

0

 Jako samorządy nie mamy nic przeciwko temu, żeby nasi mieszkańcy płacili mniej podatków, ale oczekujemy w związku z tym rekompensaty, bo my z tych podatków również utrzymujemy inne usługi publiczne – mówi Michał Olszewski, wiceprezydent miasta stołecznego Warszawy. Jak wyliczyło Ministerstwo Finansów, na planowanych zmianach podatkowych samorządy stracą 145 mld zł w ciągu dekady. Razem z obniżką podatków wprowadzoną w 2019 roku straty przekraczają 200 mld zł. Z kolei proponowane przez rząd rekompensaty opiewają na 48 mld zł. Samorządowcy, którzy w środę w Warszawie protestowali przeciw wprowadzanym zmianom, przestrzegają, że odbiją się one na mieszkańcach.

– Polski Ład nie jest pierwszą zmianą, która uderza w budżety naszych mieszkańców. Poprzednia obejmowała uszczerbek w naszym budżecie na poziomie 700 mln zł, Polski Ład dzisiaj to drugie tyle. Tak naprawdę przyszłoroczny budżet, zgodnie z parametrami, który przygotowujemy obecnie, będzie chudszy o ponad 1 mld zł – mówi agencji Newseria Biznes Michał Olszewski. – Trzeba mieć świadomość tego, że tylko na przestrzeni ostatnich dwóch–trzech lat samorządy przez takie decyzje straciły kilkanaście miliardów złotych. One wyparowały z budżetów samorządowych i zawędrowały do budżetu rządowego.

Polski Ład zakłada m.in. podwyżkę kwoty wolnej od podatku do 30 tys. zł, a progu podatkowego do 120 tys. zł. Wprowadzi również zerowy PIT dla pracujących seniorów. Już samo podniesienie kwoty wolnej od podatku – jak szacuje rząd – spowoduje, że w portfelach Polaków zostanie ok. 16,5 mld zł. Na zmianach podatkowych ma w sumie skorzystać 18 mln podatników.

– Jako samorządy nie mamy nic przeciwko temu, żeby nasi mieszkańcy płacili mniej podatków, ale oczekujemy w związku z tym rekompensaty, bo my z tych podatków również utrzymujemy inne usługi publiczne, a nie mamy wpływów na wysokość podatków. Sytuacja, w której pokazuje się mieszkańcom, że mogą płacić mniej do budżetu państwa, a z drugiej strony zabiera się samorządom pieniądze, które pokrywają tę stratę, jest skrajną nieuczciwością wobec naszych mieszkańców – przekonuje wiceprezydent Warszawy. – Każdy mieszkaniec chce mieć dzisiaj dobry dostęp do edukacji, transportu publicznego, dobry dojazd do pracy. To są wszystko rzeczy, które doznają mocnego uszczerbku w sytuacji, kiedy dojdzie do wdrożenia Polskiego Ładu.

Ocena skutków regulacji przygotowana przez resort finansów wskazuje, że samorządy do 2031 roku stracą na zmianach 145 mld zł. Łącznie z obniżką podatku PIT sprzed dwóch lat straty sięgną 206 mld zł. W samej Warszawie budżet co roku będzie mniejszy o ok. 1,7 mld zł.

– Nasz budżet dzisiaj składa się w 50 proc. z udziału w podatku dochodowym od osób fizycznych i osób prawnych, kolejne 10 proc. to podatek od nieruchomości. Resztę stanowią opłaty, które my jako samorządy pobieramy od mieszkańców, ale które nie pokrywają dzisiaj kosztów usług. Dlatego np. parkowanie, transport publiczny, opłaty za odpady – to pozycje, które na pewno będą bardzo mocno rewidowane w skali całego kraju. Już dzisiaj wiadomo, że nie da się utrzymać wielu usług publicznych na odpowiednim poziomie bez dokonywania albo oszczędności w wydatkach, albo pozyskiwania nowych dochodów – podkreśla Michał Olszewski.

Samorządowcy podkreślają, że wsparcie oferowane przez Ministerstwo Finansów nie jest wystarczające.

  Jako samorządy mamy określony procentowy udział w podatku dochodowym. Jeśli rząd zmniejsza wpływy z podatku, należałoby skorygować odpowiednio ten udział. Jest to prosty mechanizm, który de facto pozwoliłby nam na utrzymanie usług publicznych na tym poziomie, na którym są one obecnie – mówi wiceprezydent Warszawy. 

Ministerstwo Finansów podkreśla, że w przyszłym roku żaden samorząd nie straci na Polskim Ładzie, a w kolejnych latach dochody samorządowe będą wyższe niż prognozowane. Finanse samorządów mają być chronione przez gwarancję dochodów, wzmocnienie inwestycji (poprzez Fundusz Inwestycji Strategicznych) i dodatkowe 8 mld zł (jednorazowy zastrzyk finansowy). Rządowe wyliczenia wskazują, że łącznie dochody wszystkich JST z PIT i CIT mają być wyższe o ponad 10 proc. względem prognoz samorządów.

Polski Ład wprowadza rozwiązanie, które nie jest żadną rekompensatą, dlatego że jest to rekompensata jednorazowa tylko w jednym roku, natomiast w kolejnych latach nie ma w ogóle przewidzianego żadnego mechanizmu korygującego. Co bardzo ważne, mechanizm korygujący przygotowywany na przyszły rok jest o wiele poniżej tego, co tracimy jako samorządy – mówi Michał Olszewski.

Nowe rozwiązania ministerstwa zakładają, że od 2022 roku dochody z PIT i CIT będą przekazywane w równych miesięcznych transzach. Jeśli w danym roku spadną one poniżej ustalonego poziomu, samorządy otrzymają dodatkowe pieniądze (subwencję rozwojową), która im to wynagrodzi. Dzięki temu dochody JST mają być mniej podatne na wahania w gospodarce i zmiany prawne. Resort podkreśla, że takie rozwiązanie jest bardziej korzystne niż zwiększone udziały w PIT, ponieważ zapewnia bardziej równomierne zasilenie budżetów.

Samorządowcy protestują także przeciw odbieranym im kompetencjom w coraz większej liczbie obszarów, m.in. w edukacji, zdrowiu i finansach. W środowym proteście pod hasłem HASHwObronieMieszkańców w Warszawie uczestniczyło blisko tysiąc przedstawicieli samorządów z całej Polski.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/samorzady-lacza-sily,p954942737

Niewielka korekta akcyzy na papierosy nie poprawi polskiej polityki zdrowotnej. Samorząd lekarski i ekonomiści apelują o realną podwyżkę

0

Ministerstwo Finansów planuje zmiany w akcyzie na wyroby tytoniowe. Zgodnie z propozycją resortu akcyza na papierosy ma rosnąć o 10 proc., ale od 2023 roku, podczas gdy akcyza kwotowa na tytoń do podgrzewania ma wzrosnąć o 100 proc. już od nowego roku. Resort chce również 5 proc. korekty minimalnej stawki akcyzy na papierosy. Zdaniem lekarzy i ekonomistów taka podwyżka ma symboliczny charakter i nie przełoży się na prozdrowotne zachowania Polaków. Ministerstwo Finansów podało również, że Polska, obok Bułgarii, ma najniższe ceny papierosów w Unii Europejskiej.

Resort finansów opublikował projekt nowelizacji przepisów akcyzowych, który zakłada niewielką, 5-proc. korektę minimalnego podatku akcyzowego na papierosy, naliczanego od ceny równej średniej ważonej detalicznej cenie sprzedaży papierosów. Ma ona wzrosnąć z obecnych 100 proc. do 105 proc. całkowitej kwoty akcyzy. Później akcyza na papierosy ma rosnąć o 10 proc. rok do roku.

Zdaniem Andrzeja Sadowskiego, prezydenta Centrum im. Adama Smitha, to podwyżka tylko symboliczna, a nie realna zmiana, która mogłaby zniechęcić palaczy do papierosów.

– Może się okazać, że aktualna propozycja Ministerstwa Finansów, uwzględniając inflację i wojny cenowe na rynku tytoniowym, de facto nawet zwiększy atrakcyjność tych segmentów rynku, które bazują na tańszych, a więc i bardziej dostępnych produktach – dodaje Andrzej Sadowski.

Zmiany w akcyzie mają też objąć tytoń podgrzewany, czyli nowatorskie wyroby tytoniowe. To kategoria wskazywana od lat jako alternatywa dla papierosów, która w znacznie mniejszym stopniu obciąża zdrowie palaczy oraz sam system ochrony zdrowia, ponieważ brak w niej dymu papierosowego. Zgodnie z propozycją resortu ma ona zostać objęta 100-proc. podwyżką stawki kwotowej. W ocenie ekonomistów podwyżka jest drastyczna i wybiórcza.
 
– Propozycje zmian opodatkowania zarówno tradycyjnych papierosów, jak i innych produktów istniejących na rynku, a zwłaszcza wyrobów nowatorskich, wskazują, że Ministerstwo Finansów nie uwzględnia kosztów związanych ze strukturą takiej propozycji. Mianowicie widzi tylko bieżące korzyści, a nie widzi społecznych skutków palenia – zwłaszcza tradycyjnych, najbardziej szkodliwych papierosów – i koniecznych później, zwiększonych nakładów na ich leczenie. Rząd deklarował ograniczanie najbardziej szkodliwych używek na rzecz tych mniej szkodliwych, które powodują zdecydowanie mniejsze negatywne skutki. To działanie niejako temu przeczy  mówi agencji Newseria Biznes prezydent Centrum im. Adama Smitha.
 

Niewielka korekta akcyzy na papierosy wzbudza też niepokój środowisk lekarskich. W ich ocenie nie przełoży się ona faktycznie na poprawę trendów zdrowotnych w kraju: 

„Ostatnio bardzo niepokojące sygnały płyną także ze wspomnianego Forum Akcyzowego organizowanego przez Resort Finansów. Samorząd lekarski obawia się, że agresywne działania koncernów tytoniowych mogą doprowadzić do pozostawienia akcyzy na papierosy na niezmienionym poziomie. Należy przypomnieć, że ostatnia istotna podwyżka tego podatku o 40 proc. miała miejsce w 2009 roku i pozwoliła zasilić budżet państwa kwotą rzędu 2,6 mld zł. Z doniesień medialnych wynika, że podobna kwota jest możliwa do uzyskania także aktualnie, poprzez podniesienie stawki akcyzy” – czytamy w apelu Prezydium Naczelnej Rady Lekarskiej. 

Trzeba robić wszystko, aby zwłaszcza młodzież jak najrzadziej sięgała po papierosy. Ogromny odsetek młodzieży zaczyna od tych najtańszych. Ten kontakt już często później zostaje, znaczna część tej młodzieży nie pozbywa się złych przyzwyczajeń – mówi dr n. med. Jerzy Friediger, członek Prezydium Naczelnej Rady Lekarskiej i dyrektor Szpitala Specjalistycznego im. Stefana Żeromskiego.

Towarzystwo Profilaktyki i Przeciwdziałania Uzależnieniom szacuje, że w Polsce nieletni wypalają nawet do 4 mld sztuk papierosów rocznie. Każdego roku papierosy zaczyna też palić około 180 tys. polskich nastolatków. Niska cena papierosów zachęca do ich spróbowania. Dlatego Prezydium Naczelnej Rady Lekarskiej ponownie zaapelowało do resortów zdrowia i finansów o podniesienie stawki akcyzy na tradycyjne papierosy. Jak uzasadnia, w Polsce palenie tytoniu pozostaje też jedną z głównych przyczyn zgonów, powodując ich ok. 80 tys. rocznie. Zgodnie z przytaczanymi w apelu danymi Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowego Zakładu Higieny ponad połowa nieletnich swoje doświadczenia z nikotyną zaczyna od papierosa, a szeroki dostęp do tych najtańszych problem dodatkowo pogłębia.

– Stąd wydaje się, że podwyżka cen tych właśnie papierosów, tego segmentu wyrobów tytoniowych, jest ze wszech miar korzystna. To oczywiste, że im wyższa szkodliwość wyrobu, tym ta stawka akcyzowa powinna być wyższa – mówi Jerzy Friediger.

Z kolei Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) podniosła kwestię nierównego potraktowania w propozycji resortu różnych grup wyrobów tytoniowych. FPP wskazała, że tzw. wyroby nowatorskie – do których zaliczają się podgrzewacze tytoniu – są od lat wskazywane jako mniej szkodliwa alternatywa dla tradycyjnych papierosów, co jej zdaniem potwierdzają decyzje odpowiedników polskiego Ministerstwa Zdrowia w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Niemczech czy Holandii. 

Eksperci FPP wskazują, że wzrost stawki kwotowej – zarówno na zwykłe papierosy, jak i tytoń do podgrzewania – powinien być równy i wynosić 10 proc., a podwyżki należy wprowadzić dla wszystkich wyrobów tytoniowych w tym samym czasie. W tym scenariuszu budżet państwa już w 2022 roku zyskałby 3,1 mld zł, czyli o 1,1 mld zł więcej, niż zakłada obecny projekt nowelizacji Ministerstwa Finansów. Z danych przedstawianych przez FPP wynika również, że w I półroczu tego roku całkowite wpływy z akcyzy na płyny do e-papierosów i tytoń podgrzewany wyniosły łącznie 100 mln zł. Według ekspertów można szacować, że – przyjmując optymistyczny scenariusz – podwojenie stawki kwotowej akcyzy na tytoń do podgrzewania przyniesie budżetowi ok. 150 mln zł w skali roku. To nie podreperuje istotnie budżetu państwa, a za to może niekorzystnie odbić się na realizacji celów prozdrowotnych.

Dlatego prezydent Centrum im. Adama Smitha stawia pytanie o celowość tak drastycznej propozycji podwyżki akcyzy na tytoń podgrzewany:

– Jak te propozycje mają się do polityki zdrowotnej? Rząd deklarował ograniczanie najbardziej szkodliwych używek na rzecz tych mniej szkodliwych, które powodują zdecydowanie mniejsze negatywne skutki. To działanie akurat temu przeczy. To, co mniej szkodzi i co w przyszłości będzie wymagać mniejszych nakładów na leczenie, ma być skokowo wyżej opodatkowane – mówi Andrzej Sadowski. –  To zadziwiające, że rząd z jednej strony deklaruje chęć oddziaływania różnicą podatkową na zachowania zdrowotne Polaków, a jednocześnie proponuje coś, co nie ma z tym nic wspólnego – podkreśla.

Resort finansów przedstawił mapę drogową określającą zmiany poziomu akcyzy na kolejne sześć lat. W latach 2023–2027 stawka akcyzy na tytoń do palenia, papierosy i wyroby nowatorskie będzie rosła co roku o 10 proc. W ciągu pięciu lat budżet państwa ma zyskać na tym 33 mld zł, a w perspektywie 10 lat – 103 mld zł. Bank Światowy szacuje, że w Polsce koszt leczenia chorób wywoływanych dymem papierosowym wynosi ok. 15 proc. całkowitych wydatków na leczenie.

– Bilans powinien uwzględniać pełne koszty – nie tylko poboru akcyzy, VAT-u czy innych podatków – ale i fazę końcową, kiedy polskiemu społeczeństwu przychodzi poprzez opodatkowanie zapłacić za koszty leczenia tych, którzy wybrali najbardziej szkodliwy rodzaj używki na rynku tytoniowym – mówi ekonomista. – Warto też zauważyć, że Polska jest w grupie pięciu krajów w Unii Europejskiej, które mają najwyższy odsetek młodocianych palaczy ze względu na taką, a nie inną strukturę rynku związanego ze sprzedażą papierosów – dodaje.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/niewielka-korekta-akcyzy,p1046203379

Resort klimatu i środowiska pracuje nad szczegółami systemu kaucyjnego. Do 2030 roku mamy oddawać do recyklingu 90 proc. opakowań po napojach

0

Systemy kaucyjne działają już w kilkunastu krajach Europy, a nad wprowadzeniem takiego rozwiązania pracuje też Polska, która przed 2030 rokiem musi osiągnąć wymagany unijnymi przepisami 90-proc. poziom zbiórki recyklingu plastikowych opakowań po napojach. Raport firmy TOMRA, zajmującej stanowisko w sprawie systemów kaucyjnych, pokazuje przykłady dobrze skonstruowanych i efektywnie działających systemów, takich jak chociażby litewski, gdzie zbieranych jest nawet 92 proc. opakowań. Polska, aby osiągnąć podobny sukces, musi uwzględnić kilka kluczowych elementów, m.in. szeroki zakres produktowy, odpowiedni poziom kaucji i wygodę użytkowników. 

– Podstawowym kryterium efektywności systemu kaucyjnego jest oczywiście poziom zbiórki – te wymarzone 90 proc., których wymaga od nas Unia Europejska. Aby to osiągnąć, trzeba uwzględnić cztery filary. Po pierwsze: wydajność, czyli zakres opakowań, które podlegają systemowi kaucyjnemu, i wysokość tej kaucji. Po drugie: wygoda, żeby konsumentowi było łatwo i wygodnie oddać opakowanie np. w sklepie. Po trzecie: sposób finansowania tego systemu przez producentów i po czwarte: integralność, czyli jasne i transparentne dane dotyczące systemu kaucyjnego oraz możliwość ich weryfikacji przez administrację publiczną – mówi agencji Newseria Biznes Anna Sapota, wiceprezes ds. relacji rządowych w Europie Północno-Wschodniej w firmie TOMRA.

Unia Europejska przyjęła w 2019 roku dyrektywę dotyczącą tworzyw sztucznych jednorazowego użytku, nakazując państwom członkowskim osiągnięcie 90-proc. poziomu zbiórki recyklingu plastikowych opakowań po napojach przed 2030 rokiem. Według ekspertów będzie to trudne lub wręcz niemożliwe bez wprowadzenia systemu kaucyjnego, który polega na dodaniu niewielkiej kaucji do ceny każdego sprzedawanego napoju. Jest ona zwracana w momencie, kiedy konsument oddaje puste opakowanie do recyklingu.

– Co do zasady systemy kaucyjne obejmują opakowania po napojach, czyli butelki plastikowe, szklane i metalowe puszki. To jest standard w większości systemów kaucyjnych. Niektóre obejmują też opakowania wielomateriałowe, np. kartonowe opakowania na napoje – mówi Anna Sapota.

Jak poinformował wiceminister klimatu i środowiska Jacek Ozdoba, trwają prace nad wprowadzeniem w Polsce systemu kaucyjnego, który miałby objąć butelki z tworzywa sztucznego o pojemności do 3 l. To nie jest jednak przesądzone. Projekt ustawy w tej sprawie ma trafić do opiniowania i konsultacji jeszcze w tym roku. Według medialnych doniesień nowelizacja ustawy o gospodarce opakowaniami i odpadami opakowaniowymi uwzględniająca system kaucyjny wejdzie w życie w 2022 roku. Należy jednak wziąć pod uwagę fakt, że wdrożenie takiego rozwiązania wymaga zarówno szerokich przygotowań, jak i dużych inwestycji.

– W Polsce ustawa o systemie depozytowym jest w tej chwili przygotowywana. W ten moment idealnie wpisuje się nasz raport, ponieważ zbiera on 49 lat doświadczeń TOMRY na wszystkich rynkach depozytowych świata i próbuje odpowiedzieć na pytanie, dlaczego niektóre systemy depozytowe działają znakomicie i osiągają bardzo wysokie poziomy zbiórki, a inne nie – podkreśla wiceprezes TOMRY ds. relacji rządowych.

Z raportu TOMRY („Recykling się opłaca. Wnioski płynące z funkcjonowania najbardziej skutecznych systemów kaucyjnych na świecie”) wynika, że tylko w ciągu ostatnich trzech lat 22 kraje zobowiązały się do wdrożenia albo unowocześnienia już istniejących systemów kaucyjnych. Te najlepiej skonstruowane pozwalają odzyskać nawet 90 proc. sprzedanych opakowań objętych kaucją. Najbardziej wydajnym na świecie systemem mogą pochwalić się Niemcy, gdzie odsetek opakowań zwracanych do recyklingu wynosi 98 proc.

W Europie jest już co najmniej kilka rynków, z których możemy czerpać przykład. Mamy starsze systemy skandynawskie, które są dobrym przykładem dojrzałych systemów i tego, jak one powinny wyglądać. Mamy też całkiem świeże przykłady, np. Słowację, gdzie system depozytowy zacznie działać od 1 stycznia 2022 roku, ale legislacja dookoła niego już jest i widzimy, że ma on szansę stać się bardzo dobrym, wysokoefektywnym rozwiązaniem – ocenia Anna Sapota.

Nie każdy system kaucyjny jest z góry skazany na sukces, bo – jak podkreślają eksperci – musi być on dopasowany do specyfiki lokalnego rynku oraz odpowiadać przyzwyczajeniom konsumentów. Z raportu firmy TOMRA wynika, że to właśnie wygoda konsumentów i możliwość bezproblemowego zwrotu opakowań objętych kaucją jest jednym z czynników, które warunkują efektywność całego systemu.

– Wytypowaliśmy 12 elementów, które decydują o efektywności systemu kaucyjnego. Dopiero zastosowanie ich wszystkich razem rzeczywiście stwarza system, który jest wysoce wydajny – podkreśla ekspertka.

Najbardziej powszechnym modelem zbiórki opakowań jest zwrot do sklepów detalicznych, które są zobowiązane do przyjmowania pustych opakowań. Taki model funkcjonuje w dziewięciu na dziesięć najlepiej funkcjonujących systemów kaucyjnych na świecie. Istotne jest również to, by konsument wiedział o wysokości kaucji, a taka informacja powinna być umieszczona zarówno przy cenie na sklepowej półce, jak i na paragonie. Z kolei na każdym opakowaniu objętym kaucją powinno się znajdować czytelne wizualne oznaczenie, które o tym poinformuje. W wysokowydajnych systemach sprawdza się także ustalenie minimalnej wartości kaucji na znaczącym poziomie i możliwość jej podnoszenia w razie potrzeby. Wysoka kaucja jest dobrym motywatorem do zwracania opakowań.

Eksperci są jednak zgodni, że wprowadzenie w Polsce systemu kaucyjnego jest koniecznością.

Efektywny system kaucyjny przynosi wiele korzyści. Przede wszystkim to zmniejszenie poziomu zaśmiecania, bo 9 na 10 opakowań po napojach wróci z powrotem do recyklingu, więc nie pojawią się w rzekach, parkach czy lasach. Z drugiej strony zyskujemy czysty jakościowo surowiec, który może być wykorzystany przez przedsiębiorców do ponownej produkcji opakowań – wylicza wiceprezes ds. relacji rządowych Europie Północno-Wschodniej w firmie TOMRA.

Dane przytaczane przez spółkę wskazują, że w Europie systemy kaucyjne pozwalają osiągnąć średni wskaźnik zbiórki butelek PET do recyklingu na poziomie 94 proc., podczas gdy w innych systemach recyklingu odsetek ten wynosi 47 proc.

– Po trzecie, korzystają gminy, które nie będą musiały wydawać pieniędzy na sprzątanie przestrzeni publicznej, na zagospodarowanie tych odpadów, a do tego będą mogły wyliczyć poziomy recyklingu z przetworzenia tego wysokiej jakości surowca. Mamy też korzyść dla konsumenta, który będzie mógł cieszyć się czystszą przestrzenią publiczną, czystszym środowiskiem, a przy tym aktywnie zaangażować się w recykling opakowań po napojach – podkreśla Anna Sapota.

Z badania Biostat przeprowadzonego w 2019 roku dla Polskiego Stowarzyszenia Zero Waste wynika, że za wprowadzeniem systemu kaucyjnego na opakowania opowiada się blisko 90 proc. Polaków. Ponad 60 proc. ocenia też obecny system segregacji odpadów jako zły bądź bardzo zły. Z danych przytaczanych przez stowarzyszenie wynika, że w Polsce nie więcej niż 40 proc. wyrzucanych opakowań po napojach trafia do selektywnej zbiórki i późniejszego zagospodarowania.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/resort-klimatu-i,p126729316