Strona główna Blog Strona 67

Unijny pakiet Fit for 55 będzie wyzwaniem dla lotnictwa. Pasażerowie muszą się nastawić na podwyżki cen biletów

0

Pakiet Fit for 55 dla przewoźników lotniczych oznacza m.in. wyższe rachunki za emisje CO2, opodatkowanie paliwa lotniczego oraz konieczność opracowania i wdrożenia nowych, bardziej ekologicznych paliw i napędów. Przyszłością mają być m.in. samoloty hybrydowe i elektryczne oraz niskoemisyjne paliwa syntetyczne. Ekspert ds. lotnictwa Grzegorz Brychczyński wskazuje jednak, że minie jeszcze co najmniej 10–15 lat, zanim takie rozwiązania zostaną wdrożone w komercyjnym lotnictwie pasażerskim, dlatego UE może nie zdążyć z dekarbonizacją tego sektora w założonym horyzoncie czasowym. Szybciej pojawią się za to podwyżki cen biletów lotniczych, bo koszt związany z wdrożeniem przewoźnicy – zwłaszcza niskokosztowi – przynajmniej w części przerzucą na pasażerów.

– Cele ekologiczne zawarte w Fit for 55 są osiągalne, ale obawiam się, że nie w takim horyzoncie czasowym, jaki został podany w tym dokumencie. To będzie trwało trochę dłużej, chociażby z tego powodu, że technologie związane z konstrukcją, produkcją, wytwarzaniem różnego rodzaju paliw dziś nie są jeszcze wdrożone – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Brychczyński, ekspert ds. lotnictwa.

Opublikowany w 2019 roku raport EASA (Agencja Unii Europejskiej ds. Bezpieczeństwa Lotniczego), dotyczący oddziaływania lotnictwa na środowisko, pokazuje, że ten sektor odpowiada za około 3,6 proc. całkowitej emisji gazów cieplarnianych w UE. Jednak boom na latanie i dynamiczny wzrost sektora w ostatnich latach sprawił, że ta liczba rośnie. Do 2050 roku emisje z lotnictwa mogą się zwiększyć już o 28 proc w porównaniu z 2019 rokiem – wynika z przytaczanego przez CIRE raportu „Internalizacja kosztów klimatu europejskiego lotnictwa”, opracowanego przez holenderską firmę badawczą CE Delft.

UE dąży jednak do zminimalizowania emisji z lotnictwa i skłonienia pasażerów, aby korzystali tam, gdzie jest to możliwe, ze środków transportu bardziej przyjaznych środowisku, głównie kolei. To też zostało uwzględnione w pakiecie Fit for 55, który Komisja Europejska opublikowała w połowie lipca br. Dokument ten ma się przyczynić do realizacji celu, jakim jest zredukowanie przez UE o co najmniej 55 proc. emisji gazów cieplarnianych do 2030 roku (w porównaniu z poziomem z 1990 roku) i osiągnięcie pełnej neutralności klimatycznej dwie dekady później. Transport lotniczy mocno odczuje założenia tej strategii.

Jednym z najważniejszych jest zapowiedź corocznego obniżania o 4,5 proc. liczby uprawnień do emisji dla lotów wewnątrzunijnych. Bezpłatne uprawnienia mają zostać całkowicie wycofane do 2026 roku. Opodatkowane zostanie też paliwo lotnicze, do tej pory zwolnione z opłat. Zwolnienie zostanie utrzymane tylko w lotach towarowych, natomiast w ruchu pasażerskim w ciągu nadchodzących 10 lat stawki będą sukcesywnie podnoszone. Lotnictwo ma też stopniowo odchodzić od tradycyjnego paliwa na rzecz zwiększania udziału zrównoważonych paliw, w tym niskoemisyjnych paliw syntetycznych.

– W paliwach lotniczych są już stosowane dodatki biopaliw. Niemniej jeszcze przez jakieś najbliższe 15–20 lat nie pozbędziemy się nafty i typowego paliwa lotniczego – uważa Grzegorz Brychczyński.

Dla branży lotniczej dążenie UE do ograniczenia emisji z transportu może jednak stanowić bodziec do przyspieszonej transformacji i wdrażania bardziej ekologicznych rozwiązań, jak np. samoloty elektryczne i hybrydowe.

– Aktualnie najlepiej przygotowana technicznie do szybkiego wdrożenia w lotnictwie jest technologia hybrydowa. Mówiąc kolokwialnie, jest to połączenie silnika z elektryką. Napędy stricte elektryczne w silnikach lotniczych też są daleko zaawansowane, są już takie samoloty z obszaru general aviation, czyli lotnictwa aeroklubowego, na którym młodzi adepci się szkolą i zdobywają szlify dowódców komercyjnych statków powietrznych. To są już samoloty certyfikowane, czyli w pełni bezpieczne, dopuszczone do latania. Natomiast w dużym lotnictwie potrzeba jeszcze trochę czasu – mówi ekspert ds. lotnictwa.

Jak podkreśla, opracowanie i wdrożenie takich napędów w komercyjnym lotnictwie pasażerskim zajmie jednak trochę czasu. W tej chwili nad elektrycznymi i hybrydowymi samolotami pracują już m.in. Airbus i Boeing, ale szacuje się, że pierwsze tego typu konstrukcje mają się pojawić w powietrzu około 2030 roku.

– To przede wszystkim wiąże się ze zmianami konstrukcyjnymi, a każda taka zmiana w lotnictwie musi przejść certyfikację. Ten proces jest dość długotrwały i kosztowny, dlatego od projektu do realizacji trzeba liczyć średnio około dekady. Drugi etap to jest wdrożenie, czyli kolejne pięć lat, i dopiero później przychodzi czas na próby eksploatacyjne i uzyskanie certyfikacji całego statku powietrznego, wyposażonego w te elementy, które będą pozwalały znacząco redukować emisję CO2. Dopiero wtedy takie samoloty będą mogły wejść do użytku – mówi Grzegorz Brychczyński.

Dla przewoźników wdrożenie Fit for 55 będzie oznaczać wzrost kosztów, który szczególnie dotkliwie mogą odczuć linie niskokosztowe. Eksperci spodziewają się, że będą one przynajmniej w części przerzucać je na pasażerów, podwyższając ceny biletów. Według przytaczanego raportu CE Delft mogą one podrożeć od 8 do nawet 34 proc. Rozwiązania ujęte w Fit for 55 znacząco podniosą też koszty uruchamiania połączeń lotniczych.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/unijny-pakiet-fit-for-55,p437819184

Rozwój transportu publicznego w miastach zagrożony bez środków unijnych. Stołeczne inwestycje nie zostały wstrzymane mimo trudnej sytuacji w pandemii

0

Trudny czas pandemii był dla komunikacji miejskiej w Warszawie okresem intensywnych zmian. W zapewnianiu bezpieczeństwa pasażerom pomocne okazały się systemy mobilne i różne inteligentne rozwiązania. – Obliczają one np. objętość pojazdu oraz liczby pasażerów, która korzysta z autobusów, tramwajów czy metra, i dzięki temu jesteśmy w stanie ocenić, ile taboru powinno być w danym momencie w ruchu, aby zapewnić im odpowiednie warunki sanitarne – wyjaśnia Michał Olszewski, wiceprezydent Warszawy. Spadek liczby pasażerów nie wstrzymał komunikacyjnych inwestycji w mieście. Dalszy ich rozwój będzie uzależniony od zastrzyku finansowego z Unii Europejskiej.

Jak wynika z raportu Zarządu Transportu Miejskiego w Warszawie za 2020 rok, podczas pandemii z publicznych przewozów skorzystało 40 proc. mniej pasażerów w porównaniu z rekordowym 2019 rokiem. Mimo zdecydowanie mniejszej liczby pasażerów na stołeczne ulice wysyłano maksymalną liczbę autobusów (1,5 tys.), tramwajów (400) oraz pociągów metra (52) i Szybkiej Kolei Miejskiej (20).

Po pierwsze, pandemia koronawirusa pokazała, że transport publiczny jest niezbędny dla funkcjonowania normalnego miasta. Okres pandemii oczywiście wpłynął bardzo mocno na to, ile osób korzysta z transportu publicznego, ale nadal procent podróżujących transportem publicznym jest duży. W Warszawie komunikacja miejska dalej obsługuje ponad połowę wszystkich podróży. Po drugie, pandemia dała również odpowiedź na pytanie, jak istotne są rozwiązania mobilne i inteligentne systemy w transporcie, które umożliwiają dostosowanie pojazdów do sytuacji sanitarnej. Po trzecie, okazało się, że transport publiczny jest usługą, która powinna być w specjalny sposób traktowana – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Michał Olszewski.

Wraz ze spadkiem liczby podróżujących spadły również wpływy ze sprzedaży biletów – z 914 mln zł w 2019 roku do ok. 600 mln zł w 2020 roku. Jednocześnie potrzebne okazały się nadzwyczajne działania, które miały zapewnić bezpieczeństwo pasażerom. Samorządy starały się przeprogramować transport publiczny, aby zmienić jego funkcjonowanie. Jak podkreśla Michał Olszewski, była to operacja na żywym organizmie i od razu było wiadomo dokładnie, jak reagują pasażerowie na te zmiany, w jaki sposób utrudniają lub ułatwiają one komunikację w danym rejonie.

Transport publiczny jest rzeczywiście krwiobiegiem miasta i jego braki, np. usuwanie jednej linii w danym mieście, powodowały potężne perturbacje w obsłudze komunikacyjnej danego rejonu, co pokazuje, jak ważne jest dzisiaj utrzymanie jakości tego transportu – dodaje wiceprezydent Warszawy.

Mimo pandemii w ubiegłym roku w miejskim transporcie w stolicy zrealizowano szereg istotnych inwestycji. Wśród nich są m.in. zakupy elektrycznego taboru autobusowego czy oddawanie do użytku kolejnych stacji drugiej linii metra. W tym roku do stolicy trafiły nowe, bardziej energooszczędne wagony tramwajowe, otworzono nowe trasy tramwajowe i trwają prace nad projektami kolejnych, np. na Gocław czy Zieloną Białołękę. Planowane są kolejne inwestycje, ale – jak podkreśla Michał Olszewski – wiele zależy od środków unijnych. Kluczowe znaczenie ma wynik negocjacji Umowy Partnerstwa z Komisją Europejską.

Bardzo wiele zależy od tego, ile środków finansowych zostanie zagwarantowanych na transport publiczny oraz ile z tych środków otrzymają samorządy – podkreśla wiceprezydent Warszawy. – Nie zgadzamy się na to, aby środki unijne były kolejną pozycją, w której pieniądze będą przesuwane z wydatków samorządowych na rządowe, z tego względu, że to w miastach żyje 80 proc. mieszkańców Polski. Musimy mieć świadomość tego, że bez zapewnienia im odpowiedniej jakości usług nasz kraj nie będzie się dalej dynamicznie rozwijał. Nie pomaga nam, jako krajowi, kompletnie niepotrzebna polityczna nagonka na Unię Europejską i na zasady praworządności, która toczy się w tle. Na pewno nie pomaga tutaj sytuacja, że w polskich miastach rządzą prezydenci, którzy są w opozycji do obecnego rządu. Jesteśmy często pokazywani jako wywrotowcy, a tak naprawdę my bronimy jako samorządy prawdziwych wartości, które też wyrażają nasi mieszkańcy.

Jak dodaje, na przestrzeni ostatnich 14 lat Warszawa pozyskała z UE 18 mld zł. W przeliczeniu na jednego mieszkańca to ok. 10 tys. zł. Ten wynik jest niemożliwy do powtórzenia w kolejnych latach, ale jest szansa na pozyskanie kilku miliardów złotych, które umożliwią dalszy rozwój stolicy.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rozwoj-transportu,p310618818

Branża spirytusowa liczy na dialog z rządem ws. podwyżek akcyzy. Jest gotowa na kompromis

0

Zgodnie z propozycjami rządu w ciągu kolejnych sześciu lat akcyza na mocne alkohole wzrośnie sumarycznie o 40–45 proc. To oznacza, że półlitrowa butelka wódki będzie kosztować 50 zł – wskazuje Związek Pracodawców Polski Przemysł Spirytusowy. Tak wysoki wzrost może mocno uderzyć w kondycję branży, która w ostatnich miesiącach boryka się z rosnącymi kosztami produkcji i surowców. Ucierpią głównie polskie firmy, które mają duży udział w rynku mocnych alkoholi, zwłaszcza po realizowanym właśnie przejęciu jednego z liderów w branży przez polską spółkę Maspex. Związek liczy, że rząd wycofa się z propozycji kroczących podwyżek, i deklaruje, że branża jest gotowa na dialog.

Pod koniec października Sejm przyjął nowelizację ustawy akcyzowej, która określa podwyżki tego podatku na alkohole i papierosy na 2022 rok oraz mapę akcyzową, czyli harmonogram podwyżek na kolejne lata (2023–2027). Przepisy trafią teraz pod obrady Senatu, który najbliższe posiedzenie rozpocznie 24 listopada.

 Projekt nowelizacji ustawy akcyzowej zakłada 10-proc. podwyżkę w 2022 roku oraz kroczące, 5-proc. podwyżki akcyzy w kolejnych latach. Dokładając do tego fakt, że w zeszłym roku mieliśmy już podwyżkę akcyzy na wyroby spirytusowe o 10 proc. oraz dodatkowy podatek od małych formatów, to w sumie ten skumulowany wzrost sięgnie kilkudziesięciu procent – mówi agencji Newseria Biznes Witold Włodarczyk, prezes Związku Pracodawców Polski Przemysł Spirytusowy.

Związek wyliczył, że na przestrzeni rozpisanych w projekcie sześciu lat podwyżek akcyza na alkohol wzrośnie sumarycznie o 40–45 proc. Do tego dochodzi wzrost kosztów produkcji – na który składają się m.in. ceny wody, energii elektrycznej, paliw, opakowań, koszty pracy i surowców, a także wzrost cen usług, transportu i magazynowania. Branża podkreśla, że podwyżki są dla niej coraz mocniej odczuwalne, a przez wzrost akcyzy będą one również odczuwalne dla konsumentów.

 Te zmiany spowodują, że będziemy mieć zdecydowaną podwyżkę cen alkoholu, w tym wyrobów spirytusowych – mówi Witold Włodarczyk.

– Biorąc pod uwagę lawinowo rosnące koszty dla producentów – w tym koszty materiałów, zbóż, spirytusu, butelek i tu można by wymieniać jeszcze bardzo długo – pod koniec tej mapy drogowej półlitrowa butelka wódki będzie kosztować nawet 50 zł. Z punktu widzenia konkurencyjności jest to fatalna informacja dla branży – mówi Krzysztof Kouyoumdjian, dyrektor ds. relacji zewnętrznych w CEDC International, który właśnie przechodzi w ręce polskiego Maspeksu.

Branża alarmuje, że osłabi jej kondycję, a to może oznaczać zachwianie zdolności inwestycyjnej i ograniczenie rozwoju nowych miejsc pracy. Zgodnie z szacunkami przemysł spirytusowy przeznacza na kupno surowców wykorzystywanych do produkcji wąsko rozumianych wyrobów spirytusowych kwotę około 1,3 mld zł rocznie. Ten wynik przez planowane podwyżki także jest zagrożony.

– Trzeba przy tym pamiętać, że rozmawiamy o branży, która jako jedna z niewielu przynosi Polsce produkt globalny, bo wyroby spirytusowe z Polski są znane na całym świecie, jesteśmy największym producentem wódki w Unii Europejskiej. To jest niepotrzebne podcinanie nóg branży, która może stać się lokomotywą eksportu – mówi prezes Związku Pracodawców Polski Przemysł Spirytusowy.

W dodatku jest to branża zdominowana przez polskie podmioty. Wpływa na to również właśnie realizowana transakcja na rynku – polski koncern spożywczy Maspex, właściciel takich marek jak Lubella czy Tymbark, przejmuje od Roust Corporation spółkę CEDC odpowiedzialną za polskie marki Żubrówka, Soplica czy Absolwent. Tym samym Maspex stanie się liderem polskiego rynku wódki.

– Z punktu widzenia wagi i znaczenia spodziewanej transakcji na pewno należy podkreślić, że firma Maspex jest polskim inwestorem branżowym, który bardzo dobrze zna rodzimy rynek spożywczy i od wielu lat z sukcesami na nim działa – mówi dyrektor ds. relacji zewnętrznych w CEDC International. – Ogromna większość marek mocnych alkoholi, które sprzedają się najlepiej, to są polskie marki. Trzy najlepiej sprzedające się marki czystych wódek w Polsce to są właśnie polskie marki, mające od lat ugruntowaną tradycję. Do tego dochodzi bardzo duży segment małych producentów, którzy mogliby rozwijać swoje wyroby na skalę lokalną, niekoniecznie będąc obecni w każdym sklepie, ale również czerpiąc z tego zyski. Natomiast w tak trudnym i zmiennym otoczeniu jest to niemożliwe – dodaje Kouyoumdjian.

Najmocniej ucierpieć mogą zwłaszcza producenci rzemieślniczych alkoholi – wódek regionalnych, nalewek i miodów pitnych. 

– Planowana podwyżka akcyzy to kolejny, drastyczny wzrost cen naszych produktów opartych o jakość i drogie surowce. Wciąż dostajemy nowe, wyższe ceny komponentów, wyższe ceny szkła, etc. Wszystkie te czynniki, które nakładają się na siebie, nie pozwalają nam patrzeć optymistycznie w przyszły rok. Wiadomo już, że koszty produkcji będą o wiele wyższe, więc 130-letnia tradycja naszego przedsiębiorstwa będzie zmagać się z wyjątkowo trudnym zadaniem – dodaje Grzegorz Grabowski, dyrektor zarządzający przedsiębiorstwem Toruńskie Wódki Gatunkowe.

Przedstawiciele branży podkreślają, że w przypadku wyrobów spirytusowych tak duża podwyżka akcyzy oznacza też ryzyko rozwoju czarnego rynku.

– Grupy przestępcze, które zawsze w takich sytuacjach się uaktywniają, będą zainteresowane produkcją „lewej” wódki. Rozwój czarnego rynku, który w Polsce przez wiele lat udawało się z sukcesem ograniczać, może niestety powrócić i to jest realne ryzyko. Pokusa łatwego zarobku będzie bardzo duża – mówi Krzysztof Kouyoumdjian.

– Przy cenie wódki, która może w niedługim czasie dojść do 50 zł za butelkę, duża część konsumentów przeniesie się na czarny rynek. To z kolei oznacza nie tylko brak założonych wpływów budżetowych z akcyzy, ale i duża zagrożenie dla zdrowia Polaków – dodaje Witold Włodarczyk.

Jak podkreśla, ZP PPS nie neguje potrzeby zwiększania akcyzy, ale apeluje o ujednolicenie podstaw opodatkowania wszystkich wyrobów alkoholowych i tym samym usunięcie dysproporcji na rynku. Dziś powoduje ona, że alkohole mocne zapewniają 69 proc. wpływów z akcyzy wynikającej z opodatkowania wyrobów alkoholowych, natomiast piwo – 28 proc., podczas gdy pod względem konsumpcji proporcje są odwrotne. Argument o większej szkodliwości alkoholi mocnych branża kontruje informacją o tym, że to po piwo najczęściej sięga młodzież. Prawie połowa Polaków zaczyna inicjację alkoholową od piwa.

 Jesteśmy w dialogu z decydentami i liczymy na to, że skala tej podwyżki w przyszłym roku będzie jednak mniejsza niż obecnie planowane 10 proc., a przede wszystkim – że rząd wycofa się z tych kroczących podwyżek w kolejnych latach. Po pierwsze, nie wiemy, jaka będzie inflacja i jak szeroko rozwinie się czarny rynek. Te dwa niekontrolowane elementy trzeba brać pod uwagę, planując w tak długim okresie – mówi prezes Związku Pracodawców Polski Przemysł Spirytusowy.

 Czujemy niepokój związany z niepewnym otoczeniem regulacyjnym, w którym żyjemy. Przyzwyczailiśmy się już do tego, że polityka fiskalna państwa przez lata nie była wyraźnie komunikowana. Żyliśmy od jednej niezapowiedzianej podwyżki akcyzy do drugiej, zmieniały się stawki tych podwyżek. Czasem nowe regulacje ukazywały się nawet kilka dni przed datą, kiedy miały one zacząć obowiązywać. Bardzo trudno jest prowadzić biznes w takim otoczeniu – dodaje dyrektor ds. relacji zewnętrznych w CEDC International. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/branza-spirytusowa-liczy,p881634074

Zaostrza się globalna rywalizacja w obszarze 5G. Część państw próbuje wykluczyć z rynku chińskich dostawców i wybiera droższe rozwiązania [DEPESZA]

0

– Państwa, które stosują restrykcje wobec chińskich firm technologicznych, argumentują, że stanowią one zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego. W istocie kontekst jest amerykański. Krótko mówiąc, dobre stosunki z USA są tu ważniejsze niż ewentualne korzyści ze współpracy z chińskimi firmami – mówi prof. Edward Haliżak, ekspert ds. stosunków międzynarodowych z UW. Jak wskazuje, rywalizacja w obszarze 5G się zaostrza, a Stany Zjednoczone próbują wykluczyć z globalnego rynku chińskich dostawców tej technologii. Za ich przykładem podąża też część państw UE, w tym m.in. Polska, dla której USA są jednym z głównych sojuszników. – Polska wybiera technologię firm europejskich, które po prostu są droższe. Problem polega na tym, że to przełoży się na ceny usług w tej dziedzinie. To trzeba jasno powiedzieć – podkreśla ekspert.

 5G to technologia przyszłości, która umożliwia digitalizację nieomal wszystkich dziedzin gospodarki i życia społecznego. Opiera się na superszybkich łączach i gromadzeniu jak największej ilości danych. I to właśnie jest klucz, który sprawia, że ta technologia jest bardzo wrażliwa z punktu widzenia operowania ogromnymi ilościami danych i gromadzenia ich – mówi agencji Newseria Biznes prof. Edward Haliżak z Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego.

5G, czyli nowa generacja sieci komórkowej, w porównaniu z 4G/LTE ma stworzyć wręcz rewolucyjne możliwości, oferując szybsze łącza i większą pojemność sieci. Umożliwi tworzenie nowych usług i modeli biznesowych, pozwoli też wdrożyć na dużą skalę rozwiązania oparte na internecie rzeczy w obszarach takich jak smart city czy telemedycyna. Większość ekspertów jest zgodna, że upowszechnienie 5G będzie początkiem kolejnego etapu rewolucji technologicznej. Prace nad standaryzacją sieci 5G już od kilku lat prowadzi światowa czołówka technologicznych gigantów, m.in. Huawei, Ericsson i Nokia.

Na świecie ma miejsce bardzo ostra rywalizacja w dziedzinie 5G. Najbardziej efektywnym dostawcą tej technologii są firmy chińskie ZTE i Huawei. W Europie są to Ericsson i Nokia, które oferują tę technologię po wyższych cenach. W Stanach Zjednoczonych funkcjonują dwie firmy: Cisco i Maverick, które są jednak lekko zapóźnione w stosunku do firm europejskich i chińskich – mówi ekspert ds. stosunków międzynarodowych.

Jak wskazuje, w obawie przed globalną dominacją Chin w obszarze technologii teleinformatycznych administracja Donalda Trumpa w zeszłym roku zainicjowała program Clean Network, który ma wyeliminować chińskich producentów z rynku ICT i budowy 5G.

ZTE i Huawei zostały wykluczone z amerykańskiego rynku jako zagrażające bezpieczeństwu narodowemu. Ten model postępowania wobec chińskich firm, które dysponują zaawansowaną i do tego tańszą technologią, jest jednak dylematem dla wielu państw Unii Europejskiej – podkreśla prof. Edward Haliżak.

Podejście państw UE do chińskich dostawców technologii 5G jest zróżnicowane. Polska, Rumunia czy Czechy naśladują amerykańskie rozwiązania i przyjmują restrykcyjne ustawodawstwo, które wyklucza je z krajowych rynków. Podobnie jak Szwecja, ponieważ Chińczycy są bezpośrednią konkurencją szwedzkiego Ericssona. Jednak inne kraje – w tym np. Holandia, Norwegia czy Niemcy – przyjęły już bardziej elastyczne podejście.

Niemcy w swoich wstępnych projektach dotyczących ustawodawstwa 5G wprowadzają kryterium zaufania. Firmy chińskie są już obecne na niemieckim rynku i – co ważniejsze – Chiny są bardzo ważnym partnerem gospodarczym, dlatego też Niemcy stosują bardziej wyważone podejście w stosunku do tamtejszych firm. To też sprawia, że USA są z tego powodu bardzo złe na Niemcy – wyjaśnia ekspert. – Łagodny stosunek do chińskich inwestycji ma też Hiszpania, ponieważ chińskie firmy są już tam zadomowione i opanowały technologię 3G i 4G. Tutaj znaczenie mają też dobre kontakty z Ameryką Łacińską, gdzie dominująca jest właśnie technologia chińska od Huaweia i ZTE. Hiszpanie chcą pozostawać w tym samym standardzie technologicznym.

Jak podkreśla, w Estonii z kolei każdy przypadek inwestycji chińskiej firmy będzie rozpatrywany jednostkowo pod kątem ewentualnych zagrożeń dla bezpieczeństwa narodowego.

Nie przyjęto ustawodawstwa, które w ogóle zakazuje jakichkolwiek kontaktów, za to wprowadzono rozwiązania bardziej szczegółowe, uzależniające przyznanie koncesji na chińską technologię w zależności od sytuacji – mówi prof. Edward Haliżak.

Każdy kraj stosuje indywidualne podejście do chińskich dostawców infrastruktury dla sieci 5G, ponieważ na poziomie ogólnounijnym nie ma w tym obszarze odgórnych wytycznych.

– Komisja Europejska w 2018 i 2020 roku wydała decyzje dotyczące ochrony danych na jednolitym rynku europejskim. Zgodnie z nimi firmy, które naruszają bezpieczeństwo danych, będą karane finansowo. To wspólne, jednolitorynkowe podejście wypracowane przez strategię cybernetyczną Unii Europejskiej, ale uważa się, że ono stanowi tylko punkt wyjścia dla rozwiązań krajowych – mówi ekspert UW.

Rozwiązania przyjmowane przez poszczególne kraje UE są w dużym stopniu uzależnione od ich relacji z USA, które mają z Chinami napięte stosunki.

– To jest przede wszystkim kwestia relacji politycznych, finansowych i handlowych. Te państwa, które decydują się na współpracę z chińskimi firmami Huawei i ZTE, nie traktują tego w kategoriach zagrożenia dla ich bezpieczeństwa, patrzą na to zupełnie inaczej. Natomiast te, które stosują restrykcje, argumentują to względami bezpieczeństwa narodowego, twierdząc, że chińskie firmy mu zagrażają. Ale w istocie rzeczy kontekst jest amerykański, związany jest z tym, żeby naśladować, podążać za wzorcem amerykańskim. Krótko mówiąc, dobre stosunki z USA są tu ważniejsze niż ewentualne korzyści ze współpracy z firmami chińskimi – ocenia prof. Edward Haliżak.

Polska, dla której Stany Zjednoczone są jednym z głównych sojuszników, pracuje w tej chwili nad nowelizacją ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa. Zawarte w niej zapisy pozwalają zdaniem części ekspertów wykluczyć z rodzimego rynku chińskie firmy na podstawie kryteriów narodowościowych.

– Polska wybiera technologię firmy Ericsson i Nokii, firm europejskich, które po prostu są droższe. Problem polega na tym, że to przełoży się na ceny usług w tej dziedzinie. To trzeba jasno powiedzieć – mówi ekspert UW. – Poza tym nasze cyberbezpieczeństwo w ogóle jest poważnym wyzwaniem, ponieważ my nie mamy własnej technologii, musimy wybierać technologię importowaną. I teraz blokujemy technologię chińską na rzecz technologii europejskich czy amerykańskich, ale to ciągle jest import – uzależnienie od innego źródła, europejskiego lub amerykańskiego.

Ekspert zauważa, że wykluczanie dostawców z Chin z europejskich rynków ma charakter względny, ponieważ nawet firmy takie jak Ericsson i Nokia też korzystają z części elementów pochodzących od chińskich poddostawców.

 Chińczycy mają te technologie rozwinięte jako podzespoły, części, elementy i co najważniejsze, są one chronione patentami. W związku z tym inne firmy – nie chcąc nadużywać własności intelektualnej – po prostu muszą korzystać z rozwiązań chińskich – mówi prof. Edward Haliżak. – Poza tym istnieją obecnie procedury i rozwiązania, które pozwalają zapewnić bezpieczeństwo cybernetyczne rozumiane jako ochrona danych wrażliwych. Te procedury można również zastosować w odniesieniu do chińskich firm. W związku z tym argument bezpieczeństwa narodowego po prostu jest tu nadużywany, biorąc pod uwagę to, że można korzystać z firm chińskich i doskonale je kontrolować.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/zaostrza-sie-globalna,p440000221

Polskie firmy w ogonie Europy pod względem wykorzystania chmury. Przyspieszenie w tym obszarze przyniosłoby gospodarce dodatkowe 121 mld zł w 2030 roku

0

Chmura jest jedną z kluczowych technologii cyfrowej transformacji, ale Polska wciąż musi nadrabiać pod tym względem dystans dzielący ją od bardziej rozwiniętych gospodarek. Poziom wykorzystania technologii chmurowych w naszym kraju jest dziś bowiem 14-krotnie niższy niż w najbardziej zaawansowanych państwach Europy. Szczególnie słabo wypadają pod tym względem małe i średnie firmy. W energetyce i przemyśle wytwórczym z chmury korzysta raptem co piąta firma. Jak szacują eksperci McKinsey, nadrobienie zaległości i szerokie upowszechnienie tej technologii w 2030 roku mogłoby przynieść krajowej gospodarce dodatkowo 121 mld zł, co odpowiada 4 proc. PKB. Największe korzyści odniosłyby z tego handel detaliczny, sektor FMCG oraz transport i logistyka.

Transformacja cyfrowa przyspieszyła, zarówno w administracji publicznej, jak i wśród przedsiębiorców. O ile duże firmy radzą sobie z tym doskonale, o tyle sektor małych i średnich firm potrzebuje wsparcia państwa. Tym wsparciem są projekty tworzone przez podmioty, które współpracują z państwem. Jednolita chmura wydaje się perspektywą do tego, aby pomóc zarówno w sferze państwowej, jak i w sferze przedsiębiorców – mówi agencji Newseria Biznes Olga Semeniuk, wiceminister rozwoju i technologii, która uczestniczyła w prezentacji raportu.

– Z naszych analiz wynika, że poziom wdrożenia rozwiązań chmurowych w Polsce jest obecnie 14-krotnie niższy w porównaniu do europejskich liderów chmury, czyli krajów północnych – mówi Borys Pastusiak, partner w firmie doradczej McKinsey.

Polska gospodarka, aby zachować konkurencyjność, musi nadgonić dystans dzielący ją od europejskich liderów, zarówno pod względem wykorzystania technologii chmurowych, jak i tempa ich wdrażania. W tej chwili w Polsce poziom wdrożenia chmury jest niższy (1,5 raza) nawet od średniej dla krajów Europy Środkowo-Wschodniej – wynika z nowego raportu „Chmura 2030. Jak wykorzystać potencjał technologii chmurowych i przyspieszyć wzrost w Polsce”, opracowanego przez McKinsey & Company.

Są oczywiście sektory, w których wykorzystanie chmury jest wysokie, takie jak branża teleinformatyczna albo sektor mediowy. Z drugiej strony mamy takie branże jak nieruchomości, energetyka czy przemysł wytwórczy, gdzie wykorzystanie rozwiązań chmurowych jest bardzo niskie i daleko nam do liderów w tym obszarze – mówi Borys Pastusiak.

Z szacunków McKinsey, ujętych w nowym raporcie, wynika, że pełniejsze wykorzystanie technologii chmurowych w polskich firmach i instytucjach publicznych już w 2030 roku może przynieść krajowej gospodarce dodatkowo 121 mld zł, co odpowiada 4 proc. PKB.

– Co warto podkreślić, 80 proc. tej wartości może pochodzić z innowacji, czyli nowych przedsiębiorstw, produktów, procesów cyfrowych umożliwionych dzięki lepszemu wykorzystaniu analityki danych, internetu rzeczy, automatyzacji czy też hiperskalowalności. Pozostałe 20 proc. to korzyści, które może odnieść bardziej tradycyjny biznes, czyli modernizacja infrastruktury IT czy też optymalizacja kosztów operacyjnych – mówi Ewa Granosik, analityczka w McKinsey, autorka raportu.

Analiza pokazuje, że największe korzyści wynikające z upowszechnienia chmury mogą odnieść handel detaliczny, sektor FMCG oraz transport i logistyka. Tylko w tym pierwszym sektorze wykorzystanie dynamicznych cen, inteligentnych promocji i optymalizacja stanów magazynowych – wsparte technologiami chmurowymi – mogłyby przynieść 12 mld zł w 2030 roku.

– Kolejne 11 mld zł może pochodzić z sektora FMCG, z automatyzacji produkcji czy też optymalizacji zużycia energii – mówi Ewa Granosik.

Jak podkreśla, polskie firmy wciąż wskazują jednak na szereg barier, które ograniczają wdrażanie technologii chmurowych. Wśród tych głównych są m.in. niepewność regulacyjna, skomplikowane wymogi i obawy o bezpieczeństwo danych.

– Firmy wskazują także na inne bariery, jakimi są brak odpowiedniej wiedzy na temat tych technologii, jaką wartość dodaną mogą przynieść, oraz deficyt kompetencji na rynku – wymienia analityczka w McKinsey.

W nowym raporcie analitycy wskazują, że Polska ma solidne fundamenty, żeby wykorzystać potencjał technologii chmurowych. To m.in. stabilna sytuacja makroekonomiczna, wysokiej jakości infrastruktura cyfrowa i dostawcy chmury, działający w ramach sektora publicznego.

 Aby jednak do tego roku doścignąć liderów, Polska musiałaby notować roczny wzrost wdrożenia chmury na poziomie nawet 50 czy 60 proc. rok do roku, co oznacza przyspieszenie obecnego tempa dwu-, a nawet dwuipółkrotnie – podkreśla Borys Pastusiak.

Kluczową rolę w upowszechnianiu tej technologii w kolejnych latach będą mieć nie tylko przedsiębiorstwa, ale i sektor publiczny. Dysponuje on bowiem środkami na wsparcie finansowe dla chmury i kreuje prawodawstwo w tym obszarze. Instytucje publiczne, które korzystają z chmury, mogą też stanowić przykład dla innych uczestników rynku. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polskie-firmy-w-ogonie,p560786076

60 proc. firm przyspieszyło inwestycje w infrastrukturę IT. Chcą się w ten sposób przygotować na kolejne kryzysy [DEPESZA]

0

Dla biznesu pandemia COVID-19 okazała się katalizatorem cyfrowej transformacji. – To po prostu wykorzystanie technologii do tego, żeby firma działała lepiej, sprawniej, bardziej elastycznie – mówi Andrzej Syta z Goldenore. Dlatego coraz więcej przedsiębiorstw inwestuje w nowoczesne rozwiązania IT, by przygotować się na ewentualne kolejne kryzysy. Tego typu inwestycje to konieczność również pod kątem wdrażania nowych technologii w firmach. Rozwiązania chmurowe czy sztuczna inteligencja potrzebują bowiem większych mocy. Do tego trendu przystosowują się także dostawcy sprzętu i oprogramowania, którzy stawiają w ofercie na mocniejsze i bardziej wydajne rozwiązania dla biznesu.

– Biznes na całym świecie musi dostosowywać się do wymogów, jakie narzuca cyfrowa transformacja. Infrastruktura IT jest tego nieodłącznym elementem. Firmy chcą, żeby pomogła im ona stać się sprawnymi, elastycznymi, wydajnymi i odpornymi na cyberataki. Chcą przekształcać dane w wartość, żeby szybko reagować na zmiany rynkowe i utrzymywać konkurencyjność, a przy tym – w obliczu zwiększonej liczby cyberataków – mieć gwarancję, że ich poufne dane są bezpieczne – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Syta, menedżer do spraw przedsprzedaży w Goldenore. 

Pandemia COVID-19 uświadomiła wielu firmom, że aby móc skutecznie działać w warunkach kryzysu i nieprzewidywalności rynkowej, muszą wykazywać się dużą elastycznością. Potwierdza to też tegoroczne badanie „CEO Study 2021”, przeprowadzone przez IBM Institute of Business Value na grupie ponad 3 tys. dyrektorów. 56 proc. z nich podkreśliło potrzebę zwiększenia sprawności operacyjnej i elastyczności swojej firmy w ciągu najbliższych dwóch–trzech lat.

Dla wielu firm zawirowania związane z pandemią okazały się jednak nie tylko wyzwaniem, ale i szansą. Aż 60 proc. ankietowanej kadry kierowniczej wskazało, że wykorzystuje ten czas, aby radykalnie przyspieszyć cyfrową transformację swojej firmy. Z kolei według 2/3 badanych pandemia pozwoliła rozwinąć nowe inicjatywy transformacyjne, które wcześniej napotykały opór.

 Cyfrowa transformacja to po prostu wykorzystanie technologii do tego, żeby firma działała lepiej, sprawniej, bardziej elastycznie – mówi Andrzej Syta. – IBM odpowiedział na tę potrzebę, wprowadzając nowy serwer IBM Power E1080. To pierwszy z generacji serwerów opartych na procesorze Power 10, który jest w stanie odpowiedzieć na najważniejsze wyzwania, z jakimi mierzy się współczesny biznes.

IBM Power E1080 to serwer klasy korporacyjnej oparty na zaawansowanym, wysoko wydajnym procesorze IBM Power10, oficjalnie zaprezentowanym we wrześniu tego roku. To efekt pięciu lat pracy zespołu inżynierów oraz setek nowych i oczekujących patentów.

Powstał przede wszystkim z myślą o zapewnieniu przedsiębiorstwom elastyczności, ciągłości biznesowej i większej wydajności. Gwarantuje mniejsze o 33 proc. zużycie energii, o 50 proc. większą moc obliczeniową i unikalne możliwości skalowania. To obecnie najszybsza, bezpieczna i wydajna platforma serwerowa klasy korporacyjnej, która pozwala firmom korzystać z rozwoju sztucznej inteligencji i bezproblemowo migrować do chmury hybrydowej – mówi menedżer do spraw przedsprzedaży w Goldenore. 

IBM Power E1080 został od podstaw zaprojektowany z myślą o chmurze hybrydowej i obsłudze złożonych środowisk, wymagających dużej mocy obliczeniowej i przetwarzania ogromnych ilości danych. Dzięki nowej technologii Memory Inception obsługuje wielopetabajtowe klastry pamięci, co umożliwia tworzenie pul pamięci w wielu systemach, zwiększając pojemność chmury i jej wydajność.

Wykorzystując serwer oparty na procesorze IBM Power10, można zbudować chmurę przystosowaną do obsługi nawet newralgicznych obciążeń, o kluczowym znaczeniu dla działalności przedsiębiorstwa – podkreśla mówi Andrzej Syta.

Jak wskazuje, technologią o strategicznym znaczeniu dla biznesu jest też sztuczna inteligencja, której wykorzystanie wzrasta z każdym rokiem. I choć według danych Eurostatu za ubiegły rok na razie SI wykorzystuje raptem 7 proc. europejskich przedsiębiorstw, to właśnie w tej technologii firmy widzą w nadchodzących latach największy potencjał. Wdrożenie i trening SI wymagają jednak ogromnej mocy obliczeniowej. Dlatego w procesorze Power10 każdy rdzeń został wyposażony w cztery silniki MMA (Matrix Math Accelerator), które w porównaniu z poprzednikiem, Power9, zapewniają kilkunastokrotne usprawnienie wnioskowania AI.

– Typowe wdrożenie sztucznej inteligencji obejmuje wysyłanie danych z platformy operacyjnej do systemu GPU. Zwykle powoduje to latencję, a przy większej ilości danych w sieci może nawet zwiększać zagrożenie bezpieczeństwa. IBM Power10, dzięki wbudowanym algorytmom wnioskowania, uruchamia mechanizmy AI bliżej punktu danych bez konieczności zastosowania odrębnej infrastruktury, przeznaczonej specjalnie dla sztucznej inteligencji. To z kolei przekłada się na szybsze uzyskanie informacji i większe bezpieczeństwo – tłumaczy ekspert Goldenore. – Wykorzystanie IBM Power10 jest więc sposobem na szybsze wdrożenie w firmie rozwiązań AI i bardziej optymalne korzystanie ze zgromadzonych danych.

IDC szacuje, że globalny rynek platform dla sztucznej inteligencji będzie wart w 2025 roku 27 mld dol., a jego udział w całym rynku serwerów wzrośnie do 21 proc.

Według IBM nowy Power10 to też mniejsze całkowite koszty posiadania infrastruktury IT, co wynika m.in. z faktu, że większa moc kompresji danych per rdzeń przekłada się na mniejsze zapotrzebowanie na licencje, miejsce w serwerowni i czas pracownika IT przeznaczonego do nadzoru operacji.

Ponieważ dane znajdują się w coraz bardziej rozproszonym środowisku, a liczba cyberataków z każdym rokiem rośnie, kluczowy nacisk został położony również na bezpieczeństwo danych od rdzenia aż po chmurę, co gwarantuje m.in. wykorzystanie kryptografii kwantowej. W IBM Power10 wbudowano też czterokrotnie więcej silników szyfrujących per rdzeń niż w przypadku jego poprzednika – wskazuje Andrzej Syta.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/60-proc-firm,p303723588

Polskie firmy notują wzrost liczby cyberataków. Największym zagrożeniem pozostają błędy po stronie pracownika

0

Masowe przejście na pracę zdalną okazało się czynnikiem, który wpłynął na cyberbezpieczeństwo polskich firm. Prawie co piąta z nich odnotowała w ubiegłym roku wzrost liczby ataków hakerskich. Ich celem, będącym zarazem najsłabszym ogniwem całego systemu cyberbezpieczeństwa, najczęściej są pracownicy i ich skrzynki mailowe. W przypadku ataku phishingowego mogą posłużyć hakerom jako punkt wejścia do organizacji. Jednak sami pracownicy też często wykazują się niefrasobliwością, np. przesyłając służbową korespondencję na swoje prywatne, słabo chronione skrzynki mailowe. Dlatego – jak podkreślają eksperci ING Tech Poland – pierwszą linią obrony firm przed cyberatakami jest podnoszenie świadomości pracowników. W drugim kroku potrzebne są zabezpieczenia techniczne.

– Czynnik ludzki pozostaje niezmiennie jednym z głównych zagrożeń dla cyberbezpieczeństwa, który w dodatku najtrudniej jest kontrolować. Mimo tego, że inwestujemy duże środki i wysiłek w to, żeby szkolić, pracować nad odpowiednią świadomością, często wystarczy, że tylko jedna osoba popełni błąd, zamyśli się albo zapomni, a taki błąd może być bardzo brzemienny w skutkach dla całej organizacji – mówi agencji Newseria Biznes Przemysław Wolek, dyrektor Pionu Bezpieczeństwa IT w ING Tech Poland.

Z ostatniego „Barometru Cyberbezpieczeństwa 2021” firmy doradczej KPMG wynika, że w ocenie 55 proc. polskich firm pandemia COVID-19 przyczyniła się do wzrostu ryzyka wystąpienia cyberataków. W ubiegłym roku 19 proc. zaobserwowało nasilenie takich incydentów, a 64 proc. przedsiębiorstw odnotowało przynajmniej jeden taki atak. To wzrost o 10 punktów procentowych r/r.

83 proc. przedsiębiorstw ankietowanych przez KPMG w czasie pandemii COVID-19 wdrożyło pracę zdalną, niemal w pełni w klasycznym modelu – z wykorzystaniem służbowych laptopów i szyfrowanych połączeń (VPN). Jednocześnie 51 proc. firm przyznało, że przejście pracowników na home office okazało się wyzwaniem w kontekście zapewnienia bezpieczeństwa, ponieważ praca w modelu zdalnym zwiększyła ryzyko nieautoryzowanych działań i podatność na cyberataki. Co czwarty przyznaje, że zmniejszyła się skuteczność operacji bezpieczeństwa.

Możemy zorganizować liczne sesje awarenessowe dla użytkowników. Mimo tego, że oni będą się super zachowywać podczas tych sesji, ostatecznie nie wiemy, jak zareagują przy prawdziwym ataku – mówi Łukasz Miedziński, dyrektor Departamentu Cyber w ING Tech Poland. – Najczęściej popełniane błędy przez pracowników to przede wszystkim niestosowanie się do polityk, które są jasno zdefiniowane w firmie, łamanie zasad, których powinni przestrzegać.

Jak podkreśla, słabym ogniwem często są zwykłe skrzynki mailowe pracowników, które np. w przypadku ataku phishingowego służą hakerom jako punkt wejścia do organizacji. Dane KPMG wskazują, że ataki oparte na socjotechnice wiążą się z dużymi obawami przedsiębiorców.

Pierwszą fazą takiego ataku jest weryfikacja pracownika i jego zainteresowań. Poprzez social media cyberprzestępca może sprawdzić, czym on się zajmuje na co dzień, czym się interesuje, a następnie stworzyć maila w taki sposób, żeby pracownik bez zastanowienia zainteresował się jego treścią i kliknął w link, który został dla niego przygotowany. Po takiej akcji oczywiście infekcja jest gotowa – mówi Łukasz Miedziński.

Szkolenia pracowników z zakresu cyberbezpieczeństwa obejmują również socjotechnikę. Firmy uczulają swój personel, w jaki sposób przestępcy mogą wykorzystywać dane na jego temat i czym grozi kliknięcie na zainfekowany link. Symulują przykładowe ataki i obserwują reakcję pracowników, szukając słabego ogniwa. Podnoszenie tzw. security awerness wśród pracowników to pierwsza linia obrony firmy przed cyberatakami, ale nigdy nie daje ona 100 proc. gwarancji bezpieczeństwa. Dlatego drugi krok to zabezpieczenia stricte techniczne, które przedsiębiorstwo powinno wdrożyć, żeby zminimalizować ryzyko.

– Zaczynając od tzw. preventive controls, czyli zabezpieczeń, które blokują pewne zachowania pracowników, szyfrowanie czy uwierzytelnianie dwuskładnikowe. Chyba najważniejszy element to ograniczenie dostępu do skrzynek z różnych miejsc. Ważne jest, żeby skrzynki jednak były zawsze obsługiwane z wewnątrz organizacji bądź przez szyfrowane połączenia typu VPN. W dalszej kolejności możemy skoncentrować się na zabezpieczeniach typu detective, czyli monitorujemy pracowników, jak reagują w określonych sytuacjach – wymienia dyrektor Departamentu Cyber w ING Tech Poland.

Korespondencję służbową możemy zabezpieczać na wiele sposobów. Jednym z nich jest klasyfikacja danych, które funkcjonują w firmie, i dbanie o to, aby dane sklasyfikowane wysoko nie mogły opuszczać organizacji. Innym sposobem jest skanowanie contentu wiadomości w taki sposób, żeby przechwytywać wiadomości, które zawierają treści niepożądane, również przeciwdziałając opuszczeniu organizacji – wyjaśnia Przemysław Wolek.

O tym, jakie mogą być tego konsekwencje, świadczy tzw. afera mailowa na szczytach władzy. Od czerwca w internecie pojawiają się szczegóły korespondencji między najważniejszymi politykami w państwie. Rząd nie komentuje sprawy, kwestionując prawdziwość maili.

Trudno jest odnosić się do tego bardzo specyficznie, dlatego że nie wiemy, co dokładnie się wydarzyło – mówi dyrektor Pionu Bezpieczeństwa IT w ING Tech Poland. – W naszej firmie nie wyobrażamy sobie, żeby korespondencja służbowa przetwarzana była na kontach prywatnych i w taki sposób wykorzystywana. To nie powinno mieć miejsca.

Przesyłanie służbowych danych na prywatne skrzynki lub noszenie ich na urządzeniach mobilnych, np. pendrive’ach, oznacza, że organizacja traci kontrolę nad danymi i nie jest w stanie ich dłużej kontrolować. Te praktyki – uważane przez firmy i ekspertów za bardzo niebezpieczne – są jednak bardzo powszechne wśród pracowników.

– Firmowe skrzynki mailowe organizacji są chronione poprzez zaawansowane techniki i zabezpieczenia security. Natomiast skrzynki prywatne już tak dobrze chronione nie są, więc w takim przypadku korespondencja może zostać po prostu przejęta – dodaje Łukasz Miedziński. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polskie-firmy-notuja,p1052078093

Polsce grozi kolejny kryzys, tym razem na granicy z Ukrainą. Od listopada obsługa wniosków wizowych może zostać wstrzymana

0

Każdego roku polski rynek pracy zasila tylu imigrantów z Ukrainy, że polskie placówki mają problem z obsłużeniem ich wniosków wizowych. Pomaga w tym prywatna firma, ale jej umowa właśnie wygasa. Aby zagwarantować ciągłość wydawania wiz, w listopadzie tę usługę powinien zacząć świadczyć nowy podmiot. Już wiadomo, że nie ma na to szans, ponieważ przetarg ogłoszony przez Ambasadę RP w Kijowie zawierał błędy. To oznacza, że w przyszłym miesiącu wydawanie wiz dla Ukraińców może zostać wstrzymane, a Polsce grozi kolejny kryzys. Cała sytuacja odbije się na polskich firmach, które w znacznym stopniu korzystają na dopływie pracowników ze Wschodu.

– Niestety mamy kryzys na granicy polsko-białoruskiej, a za chwilę możemy mieć kryzys także na granicy z Ukrainą. Jest to związane z przetargiem na obsługę wizową, który – z uwagi na złe rozpisanie – może nie doczekać się rozstrzygnięcia, przez co będzie grozić nam paraliż – mówi agencji Newseria Biznes Jakub Kulesza, przewodniczący koła poselskiego Konfederacji.

Polskie placówki dyplomatyczne na Ukrainie wydają rokrocznie ok. 1,2 mln wiz. Wniosków Ukraińców o przyjazd do Polski jest tak wiele, że placówki samodzielnie nie są w stanie ich obsłużyć. Dlatego potrzebna jest współpraca z zewnętrzną firmą. Podobnie odbywa się to zresztą w innych krajach UE, gdzie wyspecjalizowane podmioty prywatne pomagają ambasadom i konsulatom w rozpatrywaniu wniosków i wydawaniu wiz.

Dla Polski od ponad 10 lat tę usługę realizuje VFS, operator, który działa też w ponad 140 innych krajach. W procesie ubiegania się o wizę do Polski obsługuje nie tylko Ukraińców, ale też m.in. obywateli Chin, Indii, Turcji, Rosji i Białorusi. Dostawcy w tym roku wygasa jednak umowa na obsługę wniosków wizowych z Ukrainy. Dlatego Ambasada RP w Kijowie ogłosiła przetarg, aby wyłonić nowy podmiot, który się tym zajmie. Zgłoszono w nim pięć ofert, w tym m.in. od dotychczasowego dostawcy oraz konsorcjum francuskiej TLS i polskiej spółki Personnel Service. Ta ostatnia działa jednak głównie w branży HR i od 10 lat specjalizuje się w werbowaniu ukraińskich pracowników do pracy w Polsce. Dlatego nie bardzo może jednocześnie obsługiwać aplikacje wizowe składane przez obywateli Ukrainy, ponieważ byłby to konflikt interesów. Jak podkreśla poseł Konfederacji, przetarg ogłoszony przez Ambasadę RP w Kijowie został przygotowany nieprofesjonalnie z uwagi na błędnie sporządzoną specyfikację istotnych warunków zamówienia.

Podczas konferencji prasowej i w formie interpelacji zadałem Ministerstwu Spraw Zagranicznych pytanie o to, kto odpowiada za taki sposób rozpisania przetargu, w którym nie zostały wpisane odpowiednie przepisy niwelujące konflikt interesów – mówi Jakub Kulesza.

Startujące w przetargu podmioty od miesięcy składają kolejne odwołania do Krajowej Izby Odwoławczej, co spowodowało prawno-proceduralny zamęt. W tej chwili każde rozstrzygnięcie będzie skutkować kolejnymi skargami do KIO, a procedury odwoławcze mogą trwać całymi latami. Tymczasem – aby zagwarantować ciągłość wydawania wiz – nowy podmiot powinien zacząć świadczyć usługę już w listopadzie. Dziś nie ma na to szans.

– Ten przetarg pozostaje obecnie nierozstrzygnięty. Mamy spór, który przeciąga całą procedurę, i ta sytuacja może doprowadzić do tego, że nie będziemy mieli obsługi wizowej dla obywateli Ukrainy. To z kolei może prowadzić do chaosu, paraliżu i problemów na granicy polsko-ukraińskiej – podkreśla przewodniczący koła poselskiego Konfederacji.

Ryzyko zachwiania systemu wizowego już wzbudza niepokój na Ukrainie. 25 czerwca br. pod Ambasadą RP w Kijowie odbyła się pikieta, podczas której strajkujący wyrażali zaniepokojenie obecną sytuacją. Na możliwe zakłócenia w wydawaniu wiz na Ukrainie uwagę zwrócił też m.in. Warsaw Enterprise Institute, który wskazuje, że Ukraińcy pełnią ważną rolę na polskim rynku pracy. W styczniu br. w Polsce przebywało ok. 1,35 mln obywateli tego kraju, co mimo przestojów związanych z pandemią oznacza 6-proc. wzrost rok do roku. Jeśli dopływ pracowników zza wschodniej granicy zostanie wstrzymany, boleśnie odczują to polscy przedsiębiorcy.

Jednocześnie WEI podkreśla, że podmiot prywatny obsługujący tak newralgiczny proces, jakim jest obsługa ruchu wizowego, musi być wiarygodny, posiadać doświadczenie w tym zakresie oraz gwarantować bezpieczeństwo procedury i ochrony danych osobowych.

Liczę, że tam, gdzie zawodzą urzędnicy i Ministerstwo Spraw Zagranicznych, zainterweniuje premier Mateusz Morawiecki. Zwłaszcza że na granicy polsko-ukraińskiej mamy największy przepływ ludności. Z tego kierunku do pracy w Polsce przyjeżdża najwięcej ludzi. Zablokowanie całego procesu wizowego spowodowane prawdopodobnie niekompetencją urzędników może doprowadzić do dużego kryzysu. Dlatego dobrze by było, gdyby premier zainterweniował zawczasu – ocenia poseł.

W interpelacji skierowanej do premiera poseł wskazuje, że kryzys wizowy na Ukrainie „będzie uderzał wizerunkowo w Rzeczpospolitą Polską jako państwo niesprawne, będzie naruszał i tak delikatne stosunki polsko-ukraińskie oraz przede wszystkim zatrzyma działania organów państwa z powodu braku podmiotu wykonującego na jego zlecenie obsługę systemu wizowego”.

Przede wszystkim domagam się wyjaśnienia, kto jest odpowiedzialny za to, że ten przetarg nie został rozstrzygnięty z uwagi na błędy proceduralne. Domagam się znalezienia rozwiązania tego problemu, które nie sparaliżuje całej obsługi wizowej – podkreśla Jakub Kulesza.  

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polsce-grozi-kolejny,p1015209100

Przemysł zgłasza największe od lat zapotrzebowanie na pracowników z kompetencjami technicznymi. W ich kształcenie angażują się nie tylko firmy, ale i miasta

0

Firmy produkcyjne chcą zatrudniać coraz więcej pracowników, ale też szukają coraz bardziej wyspecjalizowanych kompetencji. Ten trend będzie postępować. Raport Światowego Forum Ekonomicznego wskazuje, że do 2025 roku rozwój automatyzacji i nowych technologii przyczyni się do powstania 97 mln nowych stanowisk. Eksperci podkreślają, że kompetencje przyszłości, które będą potrzebne do ich obsługi, powinny być kształcone już od najmłodszych lat. Tę potrzebę widzi coraz więcej miast i samych przedsiębiorców, którzy wspólnie angażują się w projekty naukowo-edukacyjne. Przykładem może być nowa inwestycja w Gnieźnie.

– Dzisiaj technologię wykorzystuje się już wszędzie, zarówno w działaniach fizycznych czy typowo wytwórczych, przemysłowych, jak i w działaniach kulturalnych – mówi agencji Newseria Biznes Jarosław Grobelny, wiceprezydent Gniezna. – Młodzież nie ma dzisiaj orientacji, a także nie mają jej rodzice, jakie zawody przyszłości będą potrzebne. Nie jesteśmy w stanie nawet ich określić do końca, dlatego że to wszystko dynamicznie się zmienia. Dlatego też najbardziej istotne jest to, żebyśmy zmienili mentalność, żeby dzieciaki chętnie korzystały z nauki, zarówno w szkołach zawodowych, jak i na poziomie technikum i później ewentualnie uzupełniały swoją wiedzę o to, co jest potrzebne.

Jak wynika z raportu World Economic Forum „The Future of Jobs 2020”, do 2025 roku podział czasu pracy między ludźmi a maszynami będzie niemal równy. W okresie tych kilku lat 85 mln miejsc pracy zostanie zautomatyzowanych i będzie wykonywanych przez maszyny tylko ze wsparciem człowieka. Równocześnie powstanie 97 mln nowych etatów. Do obsługi tych miejsc pracy będą potrzebne wyspecjalizowane kompetencje.

Już dziś, jak wynika z Barometru ManpowerGroup, zapotrzebowanie przemysłu na wykwalifikowanych pracowników jest najwyższe od lat. Wpływ na to ma z pewnością ożywienie gospodarcze po okresie pandemicznych lockdownów, a także coraz większe inwestycje firm w automatyzację i nowoczesne technologie.

– Dla naszej firmy, produkującej okna dachowe, cyfryzacja jest szeroko rozumiana. Może to być automatyzacja, robotyzacja produkcji, ale może to być użycie jakichś nowoczesnych software’ów do planowania, komunikacji, zarządzania firmą i procesem – wymienia Robert Purol, dyrektor gnieźnieńskiej fabryki VELUX, która jest jednym z największych w regionie pracodawców.

W cenie są nie tylko kompetencje twarde, ale i miękkie takie jak krytyczne myślenie i analiza, nastawienie na rozwiązywanie problemów, umiejętności w zarządzaniu swoim czasem, elastyczność i ustawiczne kształcenie. Jak wskazuje raport WEF, 94 proc. pracodawców oczekuje, że pracownicy będą  aktywnie podnosić swoje kwalifikacje. Jeszcze w 2018 roku odsetek ten wynosił 65 proc.

Co ciekawe, wśród najważniejszych barier we wdrażaniu innowacji firmy najczęściej wymieniają te dotyczące kadr. Są to brak pożądanych umiejętności na lokalnym rynku pracy, problem z pozyskaniem talentów i brak kompetencji kadry kierowniczej. Na każdą z nich wskazuje między 41 a 56 proc. przedsiębiorców badanych przez WEF. Dlatego same firmy angażują się w kształcenie przyszłych kadr, inwestując w edukację najmłodszych. Na takie inicjatywy decydują się też władze miast, które wiedzą, że dostęp do wykwalifikowanych pracowników jest kluczowym czynnikiem lokowania się biznesu w danym miejscu.

W wielu krajach Europy istnieje już coś takiego, co się nazywa dual education, czyli to, że młodzież kształcąca się w szkołach technicznych ma prawo i obowiązek pracować u pracodawców, a więc kształcić się też już u pracodawców – mówi Lidia Mikołajczyk-Gmur z Fundacji VELUX, które są partnerami projektu.

– Z tym musimy sobie poradzić w najbliższym czasie, żeby te kompetencje dopływały – podkreśla dyrektor gnieźnieńskiej fabryki VELUX.

Kształcenie kompetencji przyszłości w Gnieźnie i okolicach ma wspierać nowa inwestycja – Stolica eXperymentu, czyli nowoczesne, interaktywne centrum edukacyjne na kształt warszawskiego Centrum Nauki Kopernik. Ma to być miejsce, w którym dzieci i młodzież będą się uczyć podstaw programowania, automatyki i robotyki, poznawać podstawowe zjawiska fizyczne i chemiczne oraz bardziej zaawansowane nowe technologie, jak wirtualna i rozszerzona rzeczywistość czy sztuczna inteligencja.

 Celem Stolicy eXperymentu jest przede wszystkim umożliwienie kształcenia kadr przyszłości, zarażanie techniką i technologią od najmłodszego pokolenia. Nie tylko tych, którzy mają pewne predyspozycje do nauki przedmiotów ścisłych, ale także tych, którzy są humanistami. Dzięki temu, że zapoznają się z możliwościami, jakie stwarza dziś technologia, będą mieć możliwość wykorzystania jej w swoich przyszłych działaniach – wyjaśnia wiceprezydent Gniezna. – Nie bez przyczyny Stolica eXperymentu jest zlokalizowana w tzw. kwadracie edukacji, obok Centrum Kształcenia Praktycznego i Ustawicznego. Młodzież ze szkół zawodowych i techników będzie zdobywać tu dodatkową wiedzę i kompetencje.

W nowoczesnym, interaktywnym centrum naukowym o powierzchni 1,1 tys. mkw. znajdą się m.in. laboratoria programowania i robotyki, druku i skanowania 3D, laboratorium multimediów VR i AR oraz sztucznej inteligencji, a także laboratorium robotyki i automatyki oraz pracownie fizyczne i chemiczne. W Gnieźnie właśnie uroczyście wmurowano pod tę inwestycję akt erekcyjny. Jest ona wspólnym przedsięwzięciem Gniezna i powiatu gnieźnieńskiego, a finansowe wsparcie w wysokości 8 mln zł zapewniły Fundacje VELUX.

– Ten budynek powinien zapełnić się uczniami za około 13 miesięcy. Przed nami jeszcze ogromna ilość pracy, ponieważ Stolica eXperymentu to nie tylko budynek, ale także ludzie – edukatorzy i animatorzy – którymi trzeba go wypełnić – mówi Jarosław Grobelny.

W Stolicy eXperymentu będziemy gościć dzieci od wieku przedszkolnego aż po dorosłych – dodaje Lidia Mikołajczyk-Gmur. – Generalnie chodzi o to, żebyśmy nie bali się nauk technicznych, fizyki i chemii, żebyśmy potrafili zadawać pytania, kwestionować pewne rzeczy i eksperymentować. Stąd nazwa inwestycji.

Stolica eXperymentu to projekt, który ma nie tylko pokazywać, że nauka przedmiotów ścisłych nie musi być nudna i trudna.

– Te kompetencje to m.in. robotyka, automatyka, programowanie, ale może za 10 lat one będą jeszcze inne, ponieważ one będą się zmieniać w miarę tego, jak świat idzie do przodu – mówi ekspertka z Fundacji VELUX.

Możliwe będą także zajęcia doszkalające dla dorosłych – zarówno dla pracowników firm działających na lokalnym rynku, jak i dla nauczycieli – którzy będą chcieli podnosić swoje kompetencje w tych obszarach i wykorzystywać je w pracy.

Jak wskazuje Lidia Mikołajczyk-Gmur, zaangażowanie w projekt Stolica eXperymentu wpisuje się w ogólne cele Fundacji VELUX, które już od kilku lat wspierają szkolnictwo zawodowe nie tylko w Polsce, ale i m.in. w Czechach, na Węgrzech i Słowacji. Wynika to z faktu, że całej tej części Europy brakuje kadr o kompetencjach technicznych.

– W Gnieźnie mamy też m.in. klasę patronacką w jednej ze szkół ponadpodstawowych, mamy też technika, z których pozyskujemy pracowników na staże, oraz uczelnie wyższe, gdzie też staramy się pozyskiwać absolwentów i oferować im pracę po studiach – mówi Robert Purol.

 Powinniśmy zatrzymywać tę najzdolniejszą młodzież w mieście, ale żeby było to możliwe, musimy dać im atrakcyjną ofertę pracy i możliwości rozwoju. Jeżeli będziemy mieć firmy, które będą rozwijać się tu, na miejscu, dzięki zaangażowaniu technologicznemu, wówczas ta oferta będzie na tyle atrakcyjna, że młodzież, która na studia wyjeżdża do Wrocławia, Poznania czy Warszawy, wróci do naszego miasta i będzie stanowić trzon kadry technologicznej – dodaje Jarosław Grobelny.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/przemysl-zglasza,p2070627007

Projektowane przepisy o cyberbezpieczeństwie mogą naruszać szereg unijnych przepisów. Polska naraża się na kolejne procesy przed TSUE [DEPESZA]

0

Wykluczanie z rynku dostawców technologii, których nowo powołane kolegium ds. cyberbezpieczeństwa określi jako dostawców wysokiego ryzyka, może naruszać szereg różnych przepisów międzynarodowych. Takie propozycje przepisów znajdują się w procedowanej ustawie o cyberbezpieczeństwie. Wątpliwości prawników budzą m.in. kryteria narodowościowe, czyli analiza pozostawania pod kontrolą państwa spoza UE i NATO, natychmiastowa wykonalność decyzji kolegium i brak możliwości odwołania się od niej. Procedowane przepisy mogą przede wszystkim uderzyć w koncerny z Chin, m.in. Huaweia, choć nie jest to wprost określone w ustawie. Istnieje ryzyko, że w przypadku wykluczenia z rynku koncern będzie dochodzić swoich praw przed unijnym trybunałem.

– W obecnym kształcie przepisy regulujące postępowanie w sprawie uznania dostawcy za tzw. dostawcę wysokiego ryzyka mogą być uznane za naruszające przepisy unijne oraz umowy międzynarodowe – wskazuje w komentarzu dla agencji Newseria Biznes prof. dr hab. Maciej Rogalski, rektor Uczelni Łazarskiego, radca prawny w kancelarii Rogalski i Wspólnicy.

Kwestia tzw. dostawców wysokiego ryzyka jest jedną z najbardziej kontrowersyjnych w projektowanej nowelizacji ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa (KSC). Rząd pracuje nad nią już od ponad roku. Nowa regulacja ma być podstawą do rozwijania polskiego systemu cyberbezpieczeństwa, ale będzie mieć też duże przełożenie m.in. na wdrażanie w Polsce technologii 5G.

Nowela budzi duże zainteresowanie nie tylko ze strony rynku telekomunikacyjnego, o czym świadczy m.in. fakt, że do pierwszej wersji projektu wpłynęło ponad 750 uwag, zgłoszonych nie tylko przez instytucje takie jak NASK, Związek Cyfrowa Polska, UKE, Agencja Wywiadu i BBN, ale również KGHM, PKN Orlen, NBP, Komisja Nadzoru Finansowego, fundacja Digital Poland, Federacja Konsumentów czy Związek Banków Polskich. W połowie października odpowiedzialny za cyfryzację KPRM opublikował kolejną, trzecią już wersję projektu tej nowelizacji, która w niewielkim zakresie uwzględnia uwagi zgłoszone w toku konsultacji społecznych.

Dla branży telekomunikacyjnej problematyczny jest zwłaszcza mechanizm oceny ryzyka dostawców usług i sprzętu ICT. W tej chwili zapisy projektu pozwalają bowiem wykluczyć z polskiego rynku część dostawców na podstawie kryteriów politycznych i narodowościowych. Eksperci wskazują, że są one wprost wymierzone w firmy technologiczne z Chin, zwłaszcza Huaweia, który jest obecnie jednym z trzech głównych dostawców infrastruktury dla 5G.

W obecnym kształcie przepisy projektu mogą naruszać zasadę równego traktowania ze względu na przynależność państwową, która została określona w art. 18 Traktatu o funkcjonowaniu UE oraz art. 20 i art. 21 ust. 2 Karty Praw Podstawowych – zauważa prof. Maciej Rogalski.

Projekt noweli ustawy o KSC zakłada, że oceny dostawców infrastruktury – istotnej z punktu widzenia krajowego cyberbezpieczeństwa i sieci 5G – ma dokonywać Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa, którego przewodniczącym będzie premier, a w jego skład wejdą ministrowie (m.in. do spraw informatyzacji, spraw wewnętrznych, obrony narodowej i spraw zagranicznych) oraz przedstawiciele służb odpowiedzialnych za krajowe bezpieczeństwo i obronność. W trakcie tej oceny Kolegium weźmie pod uwagę nie tylko potencjalne zagrożenia dla bezpieczeństwa publicznego „o charakterze ekonomicznym, kontrwywiadowczym i terrorystycznym”, ale również prawdopodobieństwo, że dostawca znajduje się pod wpływem państwa spoza UE bądź NATO.

Firmy, które na tej podstawie zostaną uznane za dostawców wysokiego ryzyka, zostaną de facto wykluczone z polskiego rynku, z ograniczoną możliwością odwołania. Ponadto operatorzy telekomunikacyjni, którzy korzystają z ich sprzętu lub usług, będą zmuszeni wycofać je w ciągu pięciu–siedmiu lat.

Wykluczenie z polskiego rynku określonych dostawców oznacza automatyczne polepszenie sytuacji innych dostawców działających na polskim rynku. To z kolei może stanowić naruszenie art. 106 ust. 1 TFUE, który zakazuje państwom członkowskim przyjmowania lub utrzymywania w mocy – w odniesieniu do przedsiębiorstw, którym przyznano prawa wyłączne lub specjalne – wszelkich środków, które prowadziłyby do naruszenia innej zasady w traktatach UE. Przepisy te obejmują w szczególności art. 18 (zasada niedyskryminacji), art. 34 (swobodny przepływ towarów) i art. 102 TFUE (zakaz nadużywania pozycji dominującej) – wymienia radca prawny.

Rynek telekomunikacyjny niemal od początku prac nad nowelą apeluje, żeby zamiast narodowościowych, uznaniowych kryteriów uwzględnić w ustawie kryteria merytoryczne, bazujące np. na specyfikacji technicznej albo certyfikacji bezpieczeństwa usług i sprzętu pochodzącego od danego dostawcy. W trakcie konsultacji podkreślały to m.in. UOKiK, Konfederacja Lewiatan, IAB Polska czy fundacja Digital Poland.

– W artykule 66a przedstawiono szereg niemerytorycznych kryteriów oceny dostawców. Pozwala to stwierdzić, że w wyniku zmian KSC wcale nie polepszy się system cyberbezpieczeństwa w Polsce. To tak jakby z polskiego rynku wyeliminować samochody produkowane w Meksyku czy Chinach. Wyeliminowanie tych samochodów na bazie czysto politycznych decyzji nie zwiększy bezpieczeństwa poruszania się po krajowych drogach. Kluczem jest bowiem homologacja czy ocena testów zderzeniowych Euro NCAP – napisali przedstawiciele Fundacji w uwagach zgłoszonych do poprzedniego projektu ustawy. 

Zgodnie z nowym brzmieniem tego przepisu opinia kolegium powinna zawierać analizę prawdopodobieństwa, z jakim dostawca sprzętu lub oprogramowania znajduje się pod kontrolą państwa spoza terytorium Unii Europejskiej lub Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego, z uwzględnieniem: przepisów prawa regulujących stosunki między dostawcą sprzętu lub oprogramowania a tym państwem, prawodawstwa oraz stosowania prawa w zakresie ochrony danych osobowych, struktury własnościowej dostawcy sprzętu lub oprogramowania oraz zdolności ingerencji tego państwa w swobodę działalności gospodarczej dostawcy sprzętu lub oprogramowania.

Przepisy regulujące postępowanie w sprawie uznania dostawcy za dostawcę wysokiego ryzyka mogą naruszać art. 34 i art. 35 TFUE, które chronią swobodny przepływ towarów. Zauważyć należy, że dany dostawca może wytwarzać produkty i usługi w jednym kraju członkowskim i dostarczać do innych krajów, co jest powszechną praktyką w UE. Przepis art. 34 TFUE zakazuje natomiast państwom członkowskim przyjmowania „ograniczeń ilościowych w przywozie” i „wszelkich środków o skutku równoważnym” – mówi prof. Maciej Rogalski.

Prawnicy i eksperci podkreślają, że ustawa w aktualnym kształcie – z mechanizmem zaprojektowanym w celu wykluczenia konkretnych dostawców na podstawie kryteriów narodowościowych – jest wątpliwa z punktu widzenia zgodności z międzynarodowymi i unijnymi przepisami dotyczącymi m.in. wolnego handlu i swobody prowadzenia działalności gospodarczej. 

Co istotne, dla dostawców wykluczonych z polskiego rynku na podstawie nowelizacji ustawy o KSC w tym kształcie będzie ona podstawą do dochodzenia swoich praw przed unijnymi trybunałami. Podobna sytuacja ma w tej chwili miejsce w Szwecji, która w ubiegłym roku wykluczyła chiński koncern technologiczny Huawei z budowy infrastruktury dla sieci 5G, jednak ten odwołał się do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej.

Nie wiemy, czy ostateczny kształt przepisów noweli ustawy o KSC pozostanie w obecnym kształcie, czy zostaną wykluczeni konkretni dostawcy i, po trzecie, czy będą oni korzystać ze środków odwoławczych. Przy założeniu pozytywnej odpowiedzi na wszystkie trzy pytania raczej nie mam wątpliwości, że podmiot, którego będzie dotyczyć taka niekorzystna decyzja, skorzysta z wszystkich dostępnych, prawnie przysługujących mu środków, w tym skargi do Trybunału Sprawiedliwości UE. Chyba że do tego czasu zostanie wydane rozstrzygnięcie przez TSUE w sprawie szwedzkiej, które będzie mieć znaczenie precedensowe. Dlatego trzeba się zastanowić, czy z ostatecznym kształtem tego projektu nie należałoby jednak poczekać do tego rozstrzygnięcia – konkluduje rektor Uczelni Łazarskiego

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/projektowane-przepisy-o,p2028316940