Strona główna Blog Strona 66

Inspekcja Pracy zapowiada wzmożone kontrole legalności zatrudnienia. Pod lupę weźmie umowy o dzieło, zlecenia i jednoosobowe działalności gospodarcze

0

W ubiegłym roku Państwowa Inspekcja Pracy przeprowadziła ponad 54 tys. kontroli, z których 11,5 tys. dotyczyło legalności zatrudnienia. Prawie połowa z nich skończyła się stwierdzeniem nieprawidłowości w tym zakresie. Od przyszłego roku rząd – w ramach Polskiego Ładu – chce walczyć z pracą na czarno i wypłacaniem wynagrodzeń „pod stołem”, więc wzmożone kontrole w tym zakresie zapowiada również PIP. Inspekcja uważniej przyjrzy się też umowom cywilnoprawnym i przypadkom, w których pracownicy zostali zmuszeni przez pracodawcę do założenia jednoosobowej działalności gospodarczej.

Dziś przepisy są tak skonstruowane, że pracownik wykonujący pracę nielegalnie bądź otrzymujący część wypłaty „pod stołem” rzadko wnosi skargę do PIP w obawie przed odpowiedzialnością karnoskarbową i koniecznością odprowadzenia zaległego podatku, a także zapłaty zaległych składek na ZUS w części należnej od pracownika.

– Nowe przepisy, które wejdą w życie od stycznia 2022 roku, mają spowodować, że pracownicy, którzy pracują nielegalnie lub którym część wynagrodzenia jest wypłacana „pod stołem”, będą chętniej współpracować z organami nadzoru, jakim jest też Państwowa Inspekcja Pracy. Nawet kiedy inspektor wykaże pracodawcy, że zatrudnia nielegalnie, to pracownik zwolniony będzie z obowiązku płacenia dodatkowych kosztów związanych z podatkiem czy ubezpieczeniem społecznym – mówi agencji Newseria Biznes Jarosław Leśniewski, zastępca Głównego Inspektora Pracy.

W przypadku stwierdzenia nieprawidłowości to pracodawcy poniosą wszystkie konsekwencje: zapłacą podatek od wynagrodzenia za pracę na czarno lub wynagrodzenia wypłacanego „pod stołem”. Przypisany zostanie im również dodatkowy przychód w wysokości minimalnego wynagrodzenia za pracę za każdy miesiąc nielegalnego zatrudnienia – niezależnie od tego, czy faktycznie i w jakiej wysokości było ono wypłacane. Nieuczciwi pracodawcy będą też zobowiązani do zapłaty w całości składek na ubezpieczenie społeczne i składki zdrowotnej od wynagrodzeń osób pracujących na czarno lub kwot wypłacanych „pod stołem”. Co więcej, zarówno wypłacone wynagrodzenia, jak i składki nie będą mogły zostać zaliczone przez pracodawców do kosztów uzyskania przychodu.

Jak wskazuje zastępca GIP, ok. 25–30 proc. wszystkich kontroli prowadzonych przez Państwową Inspekcję Pracy dotyczy właśnie legalności zatrudnienia. Średnio 43 proc. z nich kończy się stwierdzeniem nieprawidłowości w tym zakresie. Dane PIP wskazują, że efektywność kontroli rośnie – w 2019 roku było ich 5,6 tys., a nieprawidłowości stwierdzono w 31 proc. przypadków. W ubiegłym roku nielegalne zatrudnienie lub inną nielegalną pracę zarobkową stwierdzono w odniesieniu do prawie 8,7 tys. osób (co stanowi 13 proc. osób objętych kontrolami).

Ze względu na lockdowny i spowolnienie gospodarki pracodawcy uważali, że takie kontrole nie będą prowadzone przez Inspekcję Pracy. I bardzo często kalkulowali prowadzoną działalność w zakresie nielegalnego zatrudnienia, sądząc, że akurat w tym trudnym momencie kontroli nie będzie – mówi Jarosław Leśniewski. – Nadal będziemy kontrolowali firmy w tym zakresie. Wytypujemy grupę przedsiębiorstw, w której najczęściej stwierdzamy nieprawidłowości, i tam będziemy prowadzili kontrole. Z drugiej strony będziemy też prowadzić działania prewencyjne propagujące legalne zatrudnienie, zarówno w stosunku do pracodawców, jak i pracowników.

Rząd szacuje, że straty dla budżetu państwa z tytułu nielegalnego zatrudnienia sięgają ok. 17 mld zł rocznie. Ministerstwo Finansów przyznaje, że w tej chwili przepisy nie chronią dostatecznie pracowników, którzy pozostają słabszą stroną układu pracy i muszą się godzić na warunki oferowane przez pracodawców.

Nadal istnieją różnego typu bariery i uwarunkowania rynku pracy, które powodują, że nasze kontrole są czasami nieskuteczne. Przykładem może być zatrudnianie pracowników na podstawie umów cywilnoprawnych, w szczególności umów o dzieło. Od lat postulujemy uzdrowienie tej sytuacji. Chcielibyśmy, aby w przypadku umów cywilnoprawnych był obowiązek potwierdzania ich na piśmie – mówi zastępca Głównego Inspektora Pracy.

Jak podkreśla, PIP uważniej przyjrzy się również przypadkom, w których pracownicy zostali zmuszeni przez pracodawcę do założenia jednoosobowej działalności gospodarczej.

Ścigamy przypadki wymuszenia, kiedy osoba, która chce podjąć zatrudnienie, nie ma innego wyjścia i jest zmuszona do tego, żeby posiadać działalność gospodarczą. Często też się zdarza, że nawet gdy jest pracownikiem, w pewnym momencie jego pracodawca dochodzi do wniosku, że rozwiąże z nim umowę o pracę i zobowiązuje go do tego, aby dalej prowadził własną działalność gospodarczą. Takie sytuacje będziemy ścigać i piętnować – zapowiada Jarosław Leśniewski.

Przypadki nielegalnego zatrudnienia w ubiegłym roku najczęściej stwierdzono w handlu i naprawach, przetwórstwie przemysłowym i budownictwie. Najczęściej proceder ten dotyczył mikrofirm zatrudniających do dziewięciu osób.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/inspekcja-pracy-zapowiada,p902625518

Stopy procentowe mogą wzrosnąć o 1,5 pkt proc. w ciągu kwartału. Najwyższa od 20 lat inflacja spowodowała osłabienie złotego i przecenę na rynku obligacji [DEPESZA]

0

W październiku tempo wzrostu cen sięgnęło 6,8 proc., co jest dynamiką niewidzianą od pierwszej połowy 2001 roku. Choć mieliśmy do czynienia z dwiema podwyżkami stóp procentowych, to i tak pozostają one dużo niższe niż stopa rynkowa (WIBOR) i niższe od inflacji. Ponieważ skala obu podwyżek była zaskoczeniem dla rynku, doświadczyliśmy historycznie największej przeceny na rynku obligacji, zwłaszcza długoterminowych, i osłabienia złotego. Na razie jednak perspektywy dla gospodarki pozostają pozytywne.

W październiku RPP zaskoczyła rynek, podnosząc referencyjną stopę procentową o 40 punktów bazowych do 0,5 proc., a w listopadzie – decydując się na kolejną podwyżkę o 75 pb. do 1,25 proc. To wciąż dużo niższe poziomy od odczytów inflacji, co oznacza, że realne stopy procentowe są ujemne, ale jednocześnie więcej, niż spodziewał się rynek, który liczył się z podwyżkami odpowiednio o 15 pb. i 50 pb. To prawdopodobnie nie koniec wzrostów, bo analitycy spodziewają się wzrostu inflacji do nawet 8 proc.

 Kwotowania rynkowe z kontraktów na stopy procentowe pokazują, że oczekiwana jest podwyżka o ok. 1,5 punktu procentowego w ciągu najbliższych trzech miesięcy. Oznaczałoby to, że mniej więcej w marcu stopa powinna być w okolicach 3 proc., a w perspektywie 12 miesięcy – około 3,25–3,5 proc. I na tej wartości cykl by się zakończył. Problem z prognozowaniem jest jednak taki, że nie ma w zasadzie żadnej spójnej komunikacji ze strony RPP – mówi Aleksander Szymerski, zarządzający funduszami, Generali Investments TFI. – Zagadką jest także skład Rady od przyszłego roku – siedmiu z dziesięciu członków kończy swoją kadencję między styczniem a marcem 2022 roku. Sam prezes Glapiński ma kadencję do czerwca, ale w jego przypadku istnieje możliwość sprawowania funkcji przez jeszcze jedną sześcioletnią kadencję. Według informacji medialnych prezydent zamierza nominować go na kolejne sześć lat.

Tuż przed podniesieniem stóp prezes NBP i przewodniczący RPP, prof. Adam Glapiński, zapewniał, że podwyżek nie będzie, ponieważ inflacja ma charakter podażowy. To oznacza, że nie zależy od decyzji Rady, bo wynika z globalnych czynników.

Czynniki podażowe są oczywiście obecne, a zalicza się do nich wzrost cen energii czy paliw. W październiku paliwa do prywatnych środków transportu były droższe o 33,9 proc. rok do roku, opał – o 18,3 proc., a gaz – o 16,1 proc. Jednocześnie jednak z powodu wprowadzenia do gospodarek ogromnej ilości pieniędzy i odroczonych przez pandemię zakupów powstał zwiększony popyt ze strony konsumentów. W efekcie drożeje także żywność (co częściowo również jest zjawiskiem globalnym), ale rośnie też inflacja bazowa. Dane NBP wskazują, że w październiku wyniosła ona 4,5 proc., czyli znacznie powyżej celu Rady Polityki Pieniężnej (2,5 proc. z odchyleniami o 1 pkt proc. w górę i w dół). Z kolei w 2022 roku oczekiwana jest inflacja CPI powyżej 5 proc., z czego w pierwszych miesiącach roku wyniesie ok. 7–8 proc.

Społeczeństwo oczywiście dostrzega rosnące ceny, w związku z czym pojawia się coraz więcej żądań płacowych. W ostatnich miesiącach pensje rosną ok. 8–9 proc. r/r i nic nie wskazuje na to, że ta dynamika będzie istotnie hamować – przypomina Aleksander Szymerski. – W ten sposób nakręca się tak zwana spirala cenowo-płacowa: ceny rosną, więc pracownicy domagają się podwyżek, podwyżki oznaczają wyższe koszty dla przedsiębiorstw, co wymusza kolejne wzrosty cen itd. To powoduje, że pierwotne przyczyny inflacji tracą stopniowo na znaczeniu, gdyż ta zaczyna sama się nakręcać.

Z wysoką inflacją zmagają się także inne państwa europejskie oraz Stany Zjednoczone. W związku z tym banki centralne podnoszą stopy procentowe. W Czechach od marca do października podwyżki sięgnęły 125 pb., na taką samą podwyżkę tamtejszy bank zdecydował się również w listopadzie (do 2,75 proc.). Węgrzy przez serię regularnych podwyżek doszli do poziomu 2,1 proc.

Efektem wysokiej inflacji w Polsce i nieprzejrzystej komunikacji banku centralnego z rynkiem jest osłabienie złotego, zwłaszcza do dolara – od początku roku polska waluta straciła do amerykańskiej niemal 11 proc., a do euro tylko nieco ponad 3 proc. Umocnienie amerykańskiej waluty względem europejskiej wynika z faktu, że zacieśnianie polityki pieniężnej, czyli ograniczenie skupu obligacji czy wreszcie podwyżki stóp procentowych, spodziewane jest wcześniej w Stanach Zjednoczonych niż w strefie euro.

Kolejnym skutkiem jest zamieszanie na rynku obligacji. Szybkie i wyższe od spodziewanych podwyżki stóp procentowych spowodowały straty funduszy obligacji w październiku, i to nie tylko tych stałokuponowych i długoterminowych, ale także krótkoterminowych o zmiennym oprocentowaniu.

– Fundusze musiały sprzedawać papiery na relatywnie mało płynnym rynku, co oczywiście pogłębiło spadki. W samym październiku z funduszy wypłynęło netto ponad 3 mld zł [dane dla całego rynku – red.] – mówi zarządzający funduszami Generali Investments TFI. – W efekcie cena obligacji załamała się pod ciężarem podaży. Najdłuższe obligacje zmiennokuponowe straciły od początku października mniej więcej 2–2,5 proc. Była to potężna przecena, która nie ma żadnego fundamentalnego uzasadnienia poza przejściowym brakiem płynności. Obecnie więc są to bardzo atrakcyjne papiery, gdyż nie dość, że sprzedawane są z dużym dyskontem, to jeszcze systematycznie rośnie ich oprocentowanie.

Na razie perspektywy dla polskiej gospodarki pozostają pozytywne. W trzecim kwartale wzrost PKB wyniósł 5,1 proc. r/r, wyraźnie powyżej oczekiwań analityków. Według prognozy Komisji Europejskiej w przyszłym roku ma on wynieść 5,2 proc. To głównie zasługa ożywionej konsumpcji oraz wzrostu płac o ok. 10 proc. r/r.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/stopy-procentowe-moga,p1977330959

Wysokość emerytur z ZUS będzie spadać. To może skłonić Polaków do oszczędzania w programach emerytalnych oferowanych przez pracodawców

0

Niekorzystne tendencje demograficzne powodują, że świadczenia emerytalne będą coraz niższe w relacji do wynagrodzeń. Za kilkadziesiąt lat Polacy odchodzący na emeryturę będą dostawać tylko 1/3 swojej ostatniej pensji. – Już dzisiaj trzeba myśleć o tym, że sami powinniśmy oszczędzać na przyszłą emeryturę. Możemy kupować nieruchomości i odkładać pieniądze w banku, ale jest też szereg instrumentów finansowych w ramach III filaru – podkreśla dr Adam Czerniak, główny ekonomista Polityki Insight. Wraz ze spadającą wysokością emerytur zainteresowanie takimi narzędziami jak pracownicze programy emerytalne czy pracownicze plany kapitałowe będzie sukcesywnie rosnąć. Zwłaszcza że istniejące na rynku rozwiązania okazały się dla pracowników zyskowne.

– Wysokość przyszłych emerytur będzie rosła wolniej niż wynagrodzenia. W rezultacie stopa zastąpienia – czyli relacja przyszłej emerytury do przeszłego wynagrodzenia – wyniesie zaledwie około 30 proc. Innymi słowy, wysokość emerytury będzie stanowiła zaledwie 1/3 naszego ostatniego etatowego wynagrodzenia – mówi agencji Newseria Biznes dr Adam Czerniak z warszawskiej SGH, główny ekonomista Polityki Insight. – Wpływ ma na to szereg czynników, a głównym jest demografia. Zarówno wysokość naszych emerytur, jak i cała pula pieniędzy, którą będziemy dysponować na wypłaty środków przyszłym emerytom, zależy od tego, ile osób będzie pracować w gospodarce, ile będzie na bieżąco odprowadzać składki do systemu ZUS. A ta liczba niestety z roku na rok będzie spadać.

Według analiz Instytutu Badań Strukturalnych przeciętna stopa zastąpienia w Polsce w 2060 roku wyniesie już tylko 24 proc. Dla porównania jeszcze w 2016 roku wynosiła ona 61 proc. Według analityków Polska zanotuje największy spadek przeciętnej stopy zastąpienia spośród wszystkich państw UE.

Prognozy zakładają, że do 2060 roku na każde 100 osób w wieku produkcyjnym (15–64 lata), które pracują i odprowadzają składki, będzie przypadać aż 68 osób w wieku 65+. W tej chwili na każdą setkę pracujących Polaków przypada tylko 25 seniorów.

 Wyzwania związane z bezpieczeństwem emerytalnym są więc bardzo istotne i rozumie to coraz młodsza populacja – mówi Jacek Kowalski, członek zarządu ds. human capital w Orange Polska.

Złym prognostykiem jest też poziom wydatków emerytalnych, które w tej chwili wynoszą w Polsce ok. 11 proc. PKB. Prognozy Komisji Europejskiej zakładają, że do 2060 roku ich wysokość pozostanie na podobnym poziomie. Efektem połączenia obu tych czynników będzie zaś sukcesywny spadek wysokości emerytur. Analizy IBS zakładają, że w 2060 roku nawet 2/3 emerytur może być wypłacanych w minimalnej wysokości.

Już dzisiaj trzeba myśleć o tym, że sami powinniśmy oszczędzać na przyszłą emeryturę. Oczywiście możemy kupować nieruchomości i odkładać pieniądze w banku, ale jest też szereg instrumentów finansowych, które zapewnia nam państwo w ramach III filaru. Mowa tutaj zarówno o IKE, IKZE, jak i PPE czy PPK – wymienia ekonomista Polityki Insight. – W nadchodzących latach będziemy mieć do czynienia ze spadającą wysokością emerytur w relacji do wynagrodzeń, zwłaszcza w sytuacji wysokiej inflacji. Dlatego coraz więcej Polaków będzie decydować się na to, żeby oszczędzać samodzielnie i zgłaszać do programów takich jak PPE czy PPK, które oferują im pracodawcy.

W połowie września wiceprezes Polskiego Funduszu Rozwoju Bartosz Marczuk poinformował, że liczba Polaków, którzy oszczędzają w ramach pracowniczych planów kapitałowych oraz pracowniczych programów emerytalnych, przekroczyła już 3 mln, z czego 0,63 mln to uczestnicy PPE, a 2,38 mln – PPK.

Pracownicze plany kapitałowe zostały wprowadzone od 2019 roku i są obowiązkowe prawie we wszystkich firmach i instytucjach publicznych. Na poczet przyszłej emerytury w ramach PPK odkłada zarówno pracownik, jak i jego pracodawca. Państwo dodaje wpłatę powitalną i dopłatę roczną. Mimo to wielu pracowników dobrowolnie się z tego systemu wypisuje. Poziom partycypacji oscyluje wokół 30 proc., a wartość zgromadzonych w nich aktywów to ok. 6,44 mld zł.

Dużo większe środki Polacy trzymają w pracowniczych programach emerytalnych, które zwalniają firmy z oferowania PPK. Pierwsze PPE były zakładane już ponad 20 lat temu. W tym modelu składkę finansuje pracodawca, a pracownik może – choć nie jest to obowiązkowe – wpłacać składkę dodatkową. Według danych KNF na koniec 2020 roku w Polsce funkcjonowało dokładnie 2110 PPE, świadczących usługi dla pracowników zatrudnionych w 2370 firmach. Zgromadzone w nich środki osiągnęły wartość 17 mld zł. Istotny jest też fakt, że w firmach prowadzących PPE do programu należy średnio 65,8 proc. pracowników.

Rola pracodawców w zabezpieczaniu przyszłości emerytalnej pracowników od wielu lat jest znacząca – podkreśla Jacek Kowalski. – W naszym funduszu aż 70 proc. jego członków stanowią pracownicy, którzy mieszczą się w grupie wiekowej 35–54 lata. Wpłacają środki na PPE regularnie od wielu lat, a z drugiej strony także my, jako firma, dokładamy się do ich przyszłości emerytalnej. 

Pracowniczy program emerytalny w Orange Polska jest jednym z najdłużej działających na polskim rynku, powstał niemal dokładnie 20 lat temu. Jest też jednym z największych – wartość jego aktywów netto przekracza w tej chwili 1,7 mld zł, czyli ok. 10 proc. wartości aktywów wszystkich PPE działających w Polsce.

– Fundusz cieszy się bardzo dużą popularnością, w Orange Polska należy do niego blisko 90 proc. pracowników i w zasadzie każdego roku ten odsetek lekko rośnie – mówi członek zarządu ds. human capital w Orange Polska. – Co szósty z naszych pracowników dopłaca do PPE składkę dodatkową. Pracujemy nad tym, żeby te dopłaty były wyższe, bo wiarygodny fundusz gwarantuje bezpieczeństwo i przyszłość emerytalną. O tej przyszłości i bezpieczeństwie myślą też odchodzący pracownicy, bo wielu z nich jeszcze przez długi czas pozostawia fundusze w zarządzaniu naszego towarzystwa emerytalnego.

Orange Polska finansuje pracownikom comiesięczną składkę w wysokości 7 proc. wynagrodzenia brutto. Według obowiązujących regulacji jest to najwyższa składka, jaką może wpłacać pracodawca w ramach PPE. Pracownicy mogą ponadto zdecydować się na składkę dodatkową i w ten sposób zwiększyć swoją pulę oszczędności. Wszystkie składki wpłacane do PPE trafiają na indywidualne rachunki uczestników, stanowią ich własność i podlegają dziedziczeniu, a zarządza nimi Pracownicze Towarzystwo Emerytalne Orange Polska.

– Przez ostatnich 20 lat stopa zwrotu wyniosła ponad 235 proc., tylko w ostatnim roku było to kilkanaście procent. W ostatnich latach w zasadzie zawsze osiągaliśmy wynik powyżej tego, co oferował rynek – mówi Jacek Kowalski. – To efekt przemyślanej strategii, inwestycji w różne produkty i na różnych rynkach, pracy dwóch konkurujących ze sobą zarządzających naszymi środkami, ale także profesjonalnego zarządu, który od wielu lat prowadzi działalność funduszu – dodaje.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/wysokosc-emerytur-z-zus,p555145055

Hotele powoli podnoszą się po koronakryzysie. W 2023 roku branża osiągnie poziom sprzed pandemii

0

– Oczekujemy, że w procesie wychodzenia z kryzysu popyt będzie stopniowo rósł, w 2023 roku osiągając poziom sprzed pandemii. Natomiast ceny wzrosną do poziomu przedpandemicznego przed 2025 rokiem – prognozuje Valerie Schuermans, wiceprezes Radisson Hotel Group. Jak wskazuje, po ubiegłorocznej zapaści rynek hotelowy powoli zaczyna się odbudowywać, a w Polsce – dzięki dużemu popytowi wewnętrznemu – ten proces przebiega lepiej niż na innych europejskich rynkach. Dlatego Radisson mimo pandemii nie zwolnił inwestycji na krajowym rynku i już planuje kolejne. – W czasie pandemii otworzyliśmy w sumie trzy hotele – w Sopocie, Szklarskiej Porębie i Kołobrzegu. Kolejny obiekt w Ostródzie zostanie otwarty w przyszłym roku – zapowiada Schuermans. 

 Obecna sytuacja branży hotelarskiej jest trudna, co nikogo nie zaskakuje. Jednak w tej chwili koncentrujemy się już nie na przetrwaniu, ale na powrocie do dawnej pozycji – mówi agencji Newseria Biznes Valerie Schuermans, wiceprezes Radisson Hotel Group ds. rozwoju biznesu.

Turystyka i hotelarstwo należą do branż, które najmocniej dotknęły ograniczenia związane z pandemią COVID-19. Według Światowej Organizacji Turystyki (UNWTO) koronawirus miał na nie wręcz destrukcyjny wpływ. Taki stan trwał przez cały 2020 rok, a jeszcze w styczniu br. spadek międzynarodowego ruchu turystycznego wyniósł aż 87 proc. względem analogicznego okresu rok wcześniej. Według Światowego Barometru Turystyki UNWTO ubiegłoroczne załamanie podróży międzynarodowych oznacza szacowaną stratę 1,3 bln dol. w przychodach z eksportu, a kryzys zagroził 100–120 mln bezpośrednich miejsc pracy w turystyce, z czego wielu w małych i średnich przedsiębiorstwach.

 Zaczynamy już etap wychodzenia z kryzysu. Jednak ten proces przebiega różnie w zależności od kraju. Jeśli przyjrzymy się sytuacji w Europie, to zobaczymy miejsca, w których sprawy wyglądają dobrze, ale też takie kraje bądź miasta, które borykają się z większymi problemami. Mam na myśli takie miasta jak Amsterdam czy Pragę, które w znacznym stopniu uzależnione są od podróży międzynarodowych, zarówno w celach biznesowych, jak i wypoczynkowych. Te miasta przeżywają teraz ciężkie chwile. Z drugiej strony są też kraje, gdzie występuje bardzo solidny popyt wewnętrzny, a wyniki nie są złe. Niektóre hotele i lokalizacje wykazują dziś wyniki nawet lepsze niż w 2019 roku – mówi wiceprezes Radisson Hotel Group.

Jak wskazuje, przykładem takiego rynku turystycznego jest właśnie Polska, którą charakteryzuje silny popyt wewnętrzny zarówno w lokalizacjach wypoczynkowych, jak i biznesowych.

Z ankiety przeprowadzonej na początku października przez Izbę Gospodarczą Hotelarstwa Polskiego wynika, że wrzesień był miesiącem dobrych wyników w hotelach, choć nieco słabszych niż w sierpniu. 36 proc. hoteli osiągnęło frekwencję powyżej 70 proc., połowa – między 40 a 70 proc. Zamkniętych hoteli praktycznie nie było. Na koniec III kwartału br. obiekty pozamiejskie nadal notowały lepsze wyniki od hoteli miejskich.

– Hotele w miejscowościach wypoczynkowych odnotowały znakomity sezon letni. Mowa tu np. o Sopocie, Szklarskiej Porębie czy Zakopanem. Tam hotele radziły sobie doskonale. Do tego dochodzą takie miasta jak Warszawa, która również korzysta na wysokim popycie wewnętrznym. Polacy chętnie przyjeżdżają odkrywać swoją stolicę, co potwierdza duży popyt weekendowy. Z drugiej strony są jednak miasta takie jak Kraków, które mają przed sobą więcej wyzwań ze względu na utratę połączeń lotniczych i turystów zagranicznych – mówi Valerie Schuermans. – Ze względu na ten duży popyt wewnętrzny bieżące wyniki w Polsce nie są takie złe, a nawet wypadają korzystnie.

Grupa Radisson szacuje, że w procesie wychodzenia z kryzysu popyt i ruch turystyczny będą stopniowo rosły, a w 2023 roku sytuacja powinna już wrócić do stanu sprzed pandemii. Z kolei ceny powinny wrócić do przedpandemicznego poziomu dwa lata później, w 2025 roku.

– W Radisson Hotel Group w 2025 roku spodziewamy się już pełnego powrotu do normalnych wyników – prognozuje wiceprezes hotelowej grupy. – Dziś widać bardzo wyraźnie, że podróżowanie nadal jest kluczowe dla naszego stylu życia. Ludzie po prostu chcą podróżować. Jest też trochę prawdy w stwierdzeniu, że chcemy nadrobić zaległości. Ludzie nadal chcą korzystać z usług hoteli, ale można zauważyć, że chętniej wybierają hotele zrzeszone w sieciach, które budzą zaufanie oraz mają standardy postępowania w zakresie bezpieczeństwa i higieny. To jest fundament, dzięki któremu gość może powiedzieć: „nie muszę się o to martwić, bo inni o to zadbali”.

Radisson już na początku pandemii wprowadził protokół bezpieczeństwa we współpracy z SGS – firmą testującą i certyfikującą. Jako pierwsza grupa hotelowa uruchomił też usługę szybkiego testowania dla uczestników konferencji i wydarzeń w obiektach w regionie EMEA, co umożliwiło powrót do stacjonarnych spotkań biznesowych.

– Wychodzenie z kryzysu w dużej mierze zależy dziś od popytu wewnętrznego i wyjazdów wypoczynkowych. Natomiast wszyscy przyznajemy, że branża spotkań, konferencji i innych wydarzeń boryka się z wyzwaniami strukturalnymi, które raczej nie zostaną rozwiązane w 2022 ani 2023 roku. Na to potrzeba czasu. Firmy nie organizują już wydarzeń wyjazdowych, zwłaszcza takich na kilkaset osób. Są jednak szanse związane z organizacją wesel czy szkoleń. Widzimy też ożywienie w zakresie spotkań mniejszych grup. Takie zebrania są rezerwowane w bardzo bliskich terminach, choć wciąż daleko nam do popytu z 2019 roku. Poprawa nadchodzi, ale musimy jeszcze na nią poczekać – podkreśla Valerie Schuermans.

W pandemii wiele grup hotelowych wstrzymało swoje plany rozwoju, ale Radisson podpisał w tym czasie 250 umów hotelowych w regionie APAC (Asia-Pacific) i EMEA (Europe, Middle East, Africa), a w październiku ubiegłego roku – mimo niesprzyjających warunków – grupa wprowadziła na rynek nową markę Radisson Individuals.

Grupa wskazuje, że jej dobra kondycja mimo koronakryzysu i zapaści w światowej turystyce to między innymi zasługa dużych inwestycji dokonanych w ostatnich latach. Tylko w ciągu ostatnich trzech lat zainwestowała ponad 400 mln dol. we wzmacnianie swoich marek i opracowanie innowacyjnych ofert biznesowych. Kolejne 100 mln dol. zostało zainwestowanych w nowoczesną infrastrukturę IT i rozwiązania cyfrowe, które koncentrują się na obsłudze gości i zarządzaniu nieruchomościami, a także optymalizacji przychodów i kosztów.

W globalnej skali Radisson Hotel Group jest jedną z największych grup hotelowych, do której należy ponad 1,6 tys. hoteli w 120 krajach, w ramach portfolio dziewięciu różnych marek – od budżetowych po premium. W Polsce grupa ma 15 swoich obiektów, oferujących 3,5 tys. pokoi hotelowych. Trzy kolejne są w budowie – w Ostródzie, Krakowie i Warszawie.

Pandemia nie spowolniła tempa wzrostu firmy. W tym czasie otworzyliśmy trzy hotele – w Sopocie, Szklarskiej Porębie i Kołobrzegu. Kolejny otwierany obiekt w Ostródzie, który łączy w sobie wypoczynek oraz spotkania, zostanie otwarty w przyszłym roku – zapowiada Valerie Schuermans. – Chcemy kontynuować rozwój w Polsce. Jednak zamiast koncentrować się w większym stopniu na ośrodkach miejskich, traktując ośrodki wypoczynkowe jako cenny dodatek, dziś obserwujemy, że to właśnie miejscowości wypoczynkowe napędzają nasz rozwój.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/hotele-powoli-podnosza,p1796954401

Coraz dłuższa lista zagrożeń w rolnictwie. Rośnie potrzeba dodatkowego ubezpieczenia

0

W rolnictwie coraz większe ryzyko stwarzają zmiany klimatu i związane z nimi gwałtowne zjawiska pogodowe, takie jak susze, gradobicia, wichury, powodzie i deszcze nawalne. Jednym z podstawowych zagrożeń dla rolniczego mienia są też pożary, których liczba sukcesywnie rośnie. Budynki, które wchodzą w skład gospodarstwa, rolnik musi ubezpieczać obowiązkowo, ale pozostałe mienie, np. maszyny i sprzęt, zwierzęta gospodarskie, ziemiopłody czy zgromadzone zapasy, może objąć dobrowolną polisą. – Rolnik może wszystko to ubezpieczyć na jednej polisie, łączącej ubezpieczenie dobrowolne i obowiązkowe w zakresie majątkowym i osobowym – wskazuje Andrzej Paduszyński z TU Compensa.

Ustawa o ubezpieczeniach obowiązkowych z 2003 roku nakłada obowiązek zawarcia umowy ubezpieczenia na wszystkich rolników, którzy posiadają gospodarstwo o łącznej powierzchni co najmniej 1 ha. Zgodnie z nią rolnicy co roku są zobowiązani do ubezpieczenia budynków rolniczych od pożaru i innych zdarzeń losowych, jak np. powódź czy silny wiatr, który grozi zerwaniem dachu, a także do wykupienia obowiązkowej polisy OC, która zabezpiecza rolnika, mieszkającą z nim rodzinę i wszystkich tych, którzy pracują w gospodarstwie rolnym. OC rolnika ma bardzo wysokie sumy gwarancyjne określone w ustawie. 

 Do tematu ubezpieczeń rolnych można podejść kompleksowo i na jednej polisie zawrzeć wszystkie ryzyka związane z gospodarstwem. Począwszy od ubezpieczenia budynków, poprzez mienie, które znajduje się w tych budynkach, zwierzęta, ziemiopłody, aż po maszyny i sprzęt rolniczy. Do takiej polisy można też włączyć ubezpieczenia osobowe związane z pracownikami i poszerzyć ją o ubezpieczenie związane z życiem i zdrowiem – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Paduszyński, dyrektor Departamentu Ubezpieczeń Indywidualnych w Compensa TU SA Vienna Insurance Group.

Właściciele gospodarstw, którym zależy na większej ochronie, mają do wyboru szereg dodatkowych opcji w ramach ubezpieczeń dobrowolnych. Mogą dodatkowo ubezpieczyć m.in. sprzęt rolniczy, narzędzia, maszyny niepodlegające rejestracji czy sprzęt elektroniczny. Ponadto ochroną można objąć też zwierzęta gospodarskie, zmagazynowane na terenie gospodarstwa ziemiopłody czy materiały i zapasy, takie jak np. opał albo środki do uprawy roślin. 

Przy wyborze ubezpieczenia musimy pamiętać o kilku kwestiach, przede wszystkim o zdarzeniach i ryzykach, przed którymi polisa ma nas chronić. To przede wszystkim ryzyka związane ze zdarzeniami naturalnymi, czyli klimatem, który się zmienia – mówi ekspert Compensy.

W rolnictwie coraz większe ryzyko stwarzają zmiany klimatu i związane z nimi gwałtowne zjawiska pogodowe. Według Rządowego Centrum Bezpieczeństwa zjawiska takie jak powodzie, susze, pożary lasów czy wichury będą coraz częstsze, a co za tym idzie – także skala szkód będzie większa. O tym, jak poważne jest to zagrożenie, świadczą chociażby statystyki z sierpnia 2017 roku. Dwudniowe nawałnice zabiły sześć osób, a raniły 62. Wiatr wiał z prędkością 120 km/h, a w niektórych miejscach przekraczał nawet 150 km/h, co spowodowało straty szacowane na 250 mln zł. Zniszczonych zostało 72 tys. ha upraw.

– Kolejne kwestie związane są z pożarami. Wszyscy mamy świadomość tego, że pożary się zdarzają i potrzebujemy ochrony ubezpieczeniowej na wypadek takiego zdarzenia. Następnie powinniśmy pomyśleć o ochronie np. w przypadku przepięcia czy awarii, w zależności od tego, co znajduje się w domu i gospodarstwie – wymienia Andrzej Paduszyński.

Z danych Komendy Głównej Państwowej Straży Pożarnej wynika, że liczba pożarów sukcesywnie rośnie – w 2019 roku w polskim rolnictwie odnotowano 38,3 tys. pożarów, podczas gdy rok wcześniej było ich o prawie 8 tys. mniej. Blisko 3 tys. takich incydentów dotyczyło budynków rolniczych, a 6,5 tys. – upraw i maszyn rolniczych. Do wielu takich zdarzeń dochodzi w okresie żniw, szczególnie jeśli towarzyszy im susza. Budynki wchodzące w skład gospodarstwa rolnik musi ubezpieczyć od pożaru w ramach obowiązkowej polisy, ale pozostałe mienie może objąć ubezpieczeniem dobrowolnym.

 Rolnik może wszystko to ubezpieczyć na jednej polisie, łączącej ubezpieczenie dobrowolne i obowiązkowe w zakresie majątkowym, ale także osobowym – mówi ekspert Compensy.

Jak podkreśla, najważniejszą rzeczą przy wyborze polisy jest dobrze skalkulowana suma ubezpieczenia, która determinuje wysokość późniejszego odszkodowania. Druga istotna kwestia to wartość ubezpieczenia, czyli wartość rynkowa ubezpieczanej rzeczy, np. nieruchomości.

– Tutaj są dwa systemy, według których ubezpiecza się mienie. Pierwszy to ubezpieczenie wartości odtworzeniowej nowej, gdzie za rzeczy stare płacimy jak za nowe. To jest ważne w przypadku budynków, zwłaszcza mieszkalnych. Jeżeli zniszczeniu ulegnie stary budynek, to nie będziemy przecież go odbudowywać, tylko powstanie całkiem nowy. Drugi system to ubezpieczenie wartości rzeczywistej. Wtedy ubezpieczamy budynek na taką wartość, jaka obowiązuje w danym momencie, z określonym zużyciem technicznym. Jednak w tym przypadku przyznane odszkodowanie będzie niższe od wartości odtworzeniowej nowej – podkreśla dyrektor Departamentu Ubezpieczeń Indywidualnych w Compensie.

Oprócz obowiązkowej polisy OC rolnicy mogą również wykupić ubezpieczenie OC w życiu prywatnym. Obejmuje ono wypadki, które nie powstały w wyniku pracy na gospodarstwie, jak np. stłuczenie przez dziecko szyby w domu sąsiada, wypadek spowodowany na wakacjach czy szkody spowodowane przez psa.

– Trzeba pamiętać, że obowiązkowa polisa OC rolnika chroni tylko część związaną z prowadzeniem gospodarstwa. Natomiast wszystkie szkody związane z życiem prywatnym – czyli np. z tym, co robią nasze dzieci, wracając ze szkoły, co robią nasi domownicy – nie będą pokrywane z części obowiązkowej – podkreśla Andrzej Paduszyński.

Na rynku są też polisy z pakietem assistance, które zapewniają rolnikom wsparcie po nieszczęśliwym wypadku lub w razie nagłego zachorowania. Taki pakiet gwarantuje m.in. domowe wizyty lekarza, transport medyczny czy rehabilitację.

Według danych KRUS w I półroczu br. zgłoszono ponad 6 tys. wypadków przy pracy, o ponad 700 więcej niż rok wcześniej. Najczęstsze zdarzenia powodujące uszczerbki na zdrowiu rolników i ich pracowników to upadek (47,3 proc. wypadków), pochwycenie i uderzenie przez części ruchome maszyn i urządzeń (13,3 proc.) oraz uderzenie, przygniecenie, pogryzienie przez zwierzęta (12,1 proc.).

W Compensie dodatkowo można uzupełnić polisę osobową o Onkopensę – ubezpieczenie na wypadek zachorowania na nowotwór złośliwy. W ramach jednej składki rolnik może objąć ochroną również małżonka/partnera oraz dzieci.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/coraz-dluzsza-lista,p1385582135

Kilka milionów Polaków wciąż nie widzi potrzeby korzystania z internetu. Co piąta gmina w Polsce spełnia kryteria wykluczenia społeczno-cyfrowego

0

W Polsce fizyczny brak dostępu do internetu jest już dziś problemem marginalnym, zdecydowana większość Polaków ma dostęp do sieci i urządzeń. Jednak problemem, zwłaszcza w starszych grupach wiekowych, wciąż pozostaje brak motywacji. Aż 66 proc. osób, które nie korzystają z internetu, uzasadnia to brakiem potrzeby – wynika z nowego raportu „Wykluczenie społeczno-cyfrowe w Polsce”, przygotowanego przez Fundację Stocznia z inicjatywy Fundacji Orange i Orange Polska. To niesie za sobą poważne konsekwencje społeczne, związane m.in. z ograniczeniem dostępu do edukacji czy pracy. Indeks Wykluczenia Lokalnego wskazuje, że nawet co piąta gmina w Polsce spełnia kryteria wykluczenia społeczno-cyfrowego.

 Im bardziej przyspiesza rozwój technologiczny, tym większe jest wykluczenie społeczno-cyfrowe. Wyraźnie widzieliśmy to w czasie pandemii, która uwypukliła problem rosnących nierówności społecznych w zakresie korzystania z funkcji cyfrowych. Osoby, które przed pandemią w ogóle nie korzystały z nowych technologii, w 90 proc. nadal nie widzą takiej potrzeby. Natomiast ci, którzy mieli praktycznie nieograniczony dostęp do nowych technologii, uciekli o kilka długości do przodu – mówi agencji Newseria Biznes Konrad Ciesiołkiewicz, prezes Fundacji Orange.

Opublikowany na początku tego roku raport Federacji Konsumentów „Wykluczenie cyfrowe podczas pandemii” potwierdza, że pandemia COVID-19 pogłębiła wykluczenie wśród najbardziej zagrożonych nim grup. Z opracowania wynika, że w Polsce aż 4,78 mln osób nigdy nie posługiwało się komputerem. Z kolei 4,51 mln osób w wieku 16–74 lata (15,5 proc. tej grupy wiekowej) nigdy nie korzystało z internetu, a kolejne 1,82 mln korzysta z sieci tylko sporadycznie. Zdecydowaną większość, bo ponad 80 proc. z nich, stanowią osoby powyżej 55. roku życia.

Pod względem wykluczenia cyfrowego Polska plasuje się w ogonie państw UE. Co więcej, lockdowny i ograniczenia wywołane przez pandemią tylko to wykluczenie pogłębiły, a najbardziej pogorszyła się sytuacja seniorów, uczniów (w Polsce 50–70 tys. uczniów nie ma w domu żadnego komputera ani tabletu), mieszkańców wsi, gospodarstw domowych o najniższych dochodach i osób niepełnosprawnych.

– Wykluczenie cyfrowe jest integralną częścią dyskusji o nierównościach społecznych, którym chcemy się przeciwstawić. W XX wieku wyzwaniem była alfabetyzacja, a dzisiaj – z punktu widzenia technologii – mamy do czynienia z pewnego rodzaju alfabetyzacją cyfrową. I to jest przede wszystkim problem o charakterze społecznym, który powinien być podjęty zarówno przez instytucje państwa, jak i organizacje gospodarcze – podkreśla Konrad Ciesiołkiewicz.

Z badań Federacji Konsumentów wynika, że najczęściej wskazane przez Polaków przyczyny niekorzystania z internetu to brak takiej potrzeby (67,7 proc.) i brak odpowiednich umiejętności w tym zakresie (52 proc.). Dla porównania na zbyt wysokie koszty sprzętu czy dostępu do sieci wskazało odpowiednio 21,6 proc. oraz 14,7 proc. badanych. To oznacza, że cyfrowe wykluczenie ma wymiar przede wszystkim społeczny, związany z brakiem kompetencji i motywacji do korzystania z nowych technologii.

Taki sam wniosek płynie również z raportu „Wykluczenie społeczno-cyfrowe w Polsce”, który został przygotowany przez Fundację Stocznia. Jak wyjaśnia prezes Fundacji Orange, raport traktuje nie o samym wykluczeniu cyfrowym, ponieważ ono prowadzi do ograniczenia szans życiowych (od edukacji, przez pracę, po konsumpcję) i zahamowania rozwoju całych społeczności.

Aż 66 proc. osób, które w ogóle nie korzystają z nowych technologii, w większości posiada sprzęt i możliwości, ale z jakichś powodów tego nie robi, twierdząc, że nie ma takiej potrzeby – mówi.

W zależności od grupy społeczno-demograficznej między 20 a 45 proc. z tych osób ma w domu urządzenie zapewniające dostęp do internetu. Tak jest choćby w przypadku seniorów.

– Najbardziej niepokojącym zjawiskiem jest jednak to, że mamy w społeczeństwie do czynienia z pewnym rysem, który usprawiedliwia to zjawisko. Prawie połowa badanych niespecjalnie dostrzega problem, jakim jest wykluczenie o charakterze społeczno-cyfrowym. Z kolei niemal 40 proc. uznaje, że jest to naturalny proces związany z wiekiem. Czyli im starsza osoba, tym bardziej usprawiedliwiony jest fakt, że nie korzysta z sieci – mówi Konrad Ciesiołkiewicz.

Jak podkreśla, w walce z wykluczeniem społeczno-cyfrowym kluczowe jest budowanie kompetencji i motywacji oraz uświadamianie Polakom tego, jakie korzyści niesie ze sobą korzystanie z internetu. 

– Jest to związane z całym szeregiem uwarunkowań społecznych, ekonomicznych, edukacyjnych i wielu innych, które powodują, że ludzie nie mogą na równi korzystać z dobrodziejstw nowych technologii – mówi prezes Fundacji Orange.

Orange Polska przeciwdziała wykluczeniu społeczno-cyfrowemu między innymi poprzez inwestycje w infrastrukturę, programy edukacji cyfrowej (Pracownie Orange, MegaMisja, HASHSuperKoderzy, Lekcja:Enter) czy warsztaty edukacyjne dla seniorów i osób z niepełnosprawnościami. Na potrzeby tych działań operator opracował tzw. Indeks Wykluczenia Lokalnego. Jest to zbiór 30 wskaźników dotyczących m.in. ekonomii, kultury, edukacji i cyfrowości, który – nałożony na mapę Polski – pokazuje, gdzie to wykluczenie społeczno-cyfrowe jest największe i gdzie powinno być kierowane największe wsparcie.

– Na podstawie tego indeksu wiemy, że dziś nawet 20 proc. gmin w Polsce spełnia kryteria wykluczenia społeczno-cyfrowego – mówi Konrad Ciesiołkiewicz. – Przełożyliśmy ten indeks także na działania naszej fundacji. W trakcie realizacji naszych programów edukacyjnych skupiliśmy się szczególnie na tych terenach, które są w największym stopniu zagrożone wykluczeniem. W efekcie dzisiaj 1/5 szkół, która uczestniczy w tych programach, pochodzi właśnie z takich obszarów. To jest kilkaset placówek. Na dodatek aż 80 proc. wszystkich uczestników naszych programów pochodzi z małych miejscowości, liczących do 40 tys. mieszkańców.  

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/kilka-milionow-polakow,p1020340179

Polska płaci za lockdowny najwyższym w historii zadłużeniem publicznym. W przyszłości ich wprowadzanie powinno być rozważane tylko punktowo

0

Rzeczywiste zadłużenie polskiego sektora instytucji rządowych i samorządowych zbliża się do nieprzekraczalnego – zgodnie z konstytucją – progu 60 proc. PKB. To głównie rezultat wysokiej pomocy finansowej, która w ostatnich miesiącach trafiła do firm, by ratować je przed bankructwem i zachować miejsca pracy. Pandemia spowodowała, że tempo zadłużania się Polski gwałtownie przyspieszyło, a to skutkuje dziś m.in. wysoką inflacją. Według ekonomisty SGH, dra Artura Bartoszewicza, nie stać nas na kolejne całościowe lockdowny i powinny być one stosowane jedynie punktowo.

Jeżeli mielibyśmy do czynienia z kolejną falą lockdownu, ryzyko związane z pogorszeniem się warunków gospodarczych i ryzyko upadłości przedsiębiorstw oczywiście byłoby znaczne, a system finansów publicznych zostałby istotnie naruszony. Dzisiaj finansowaliśmy wyjście z kryzysu długiem, a w nieskończoność zadłużać się nie możemy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Artur Bartoszewicz, ekonomista SGH, ekspert Instytutu Jagiellońskiego. 

Gdy w marcu 2020 roku pandemia zaczęła zbierać żniwo w Europie i Stanach Zjednoczonych, największe banki centralne zdecydowały się na politykę luzowania ilościowego. Również Narodowy Bank Polski ogłosił program skupu obligacji państwowych, którego celem jest poprawa płynności w sektorze bankowym oraz zwiększenie aktywności gospodarczej.

Dodatkowe pieniądze zostały przeznaczone na tarcze antykryzysowe, które pozwoliły zachować miejsca pracy w warunkach zatrzymania pracy firm lub przejścia na pracę zdalną. Konsekwencją tego kroku jest jednak rosnące lawinowo zadłużenie państwa, ukryte częściowo w różnych funduszach celowych. Długu tego nie widać w samym budżecie państwa, ale publikowany jest co kwartał przez Komisję Europejską, a Polska, tak jak inne kraje, musi raportować KE rzeczywisty stan zadłużenia, a nie tylko deficyt budżetowy czy dług publiczny. Na koniec I połowy 2021 roku dług sektora finansów publicznych (rządowy i instytucji samorządowych) liczony metodologią unijną wyniósł dokładnie 1 402 042 mln zł. To 57,4 proc. polskiego PKB. Oznacza to, że w ciągu półtora roku zadłużenie Polski wzrosło o 350 mld zł.

Mechanizm obronny, który wytworzyliśmy, skutkował ogromną inflacją. Zjawiska ekonomiczne są bezwzględne, one odzwierciedlają sytuację błędnych decyzji i na to trzeba zwracać uwagę – mówi ekonomista.

Napływ pieniądza na rynek spowodował najwyższą od ponad 20 lat inflację, która w październiku sięgnęła 6,8 proc. Wprawdzie RPP podniosła dwukrotnie stopy procentowe, ale stopa referencyjna jest na poziomie 1,25 proc., a więc znacząco niżej od inflacji. Ponadto część ekonomistów zarzuca bankowi centralnemu złą komunikację z rynkiem, czego skutkiem są bardzo wysokie w porównaniu ze stanem sprzed kilku miesięcy rentowności obligacji długoterminowych.

Podejmowane przez RPP decyzje to efekt zamrożenia gospodarki, a przynajmniej niektórych jej branż, na wiele miesięcy. To lockdowny spowodowały potrzebę wsparcia finansowego firm i pracowników.

Lockdown jest jedynym doświadczeniem, które nabyła Polska jako mechanizm obrony przed pandemiami – podkreśla dr Artur Bartoszewicz. – W tym czasie, kiedy mieliśmy do czynienia ze zjawiskami wysokiej zachorowalności, można było testować różne inne metody związane z ochroną ludności, a nie tylko podejmować działanie całkowitego zamrażania gospodarki. To jest niezwykle kosztowne dla gospodarki, bardzo ryzykowne dla społeczeństwa z uwagi na koszt tego zjawiska i to, że później mamy kłopoty z finansowaniem wydatków publicznych. Ten mechanizm powinien być używany w ostateczności, a nie być priorytetowym i jedynym mechanizmem obrony.

Jak podkreśla, przed wprowadzeniem lockdownu powinny być zastosowane szerokie działania sanitarne, epidemiologiczne, rozwiązania dostosowane do specyfiki branż. Konieczna jest także edukacja społeczeństwa, uczenie Kowalskiego „normalnego” funkcjonowania jako konsument, pracownik, uczestnik życia społeczno-gospodarczego, ale przy podwyższonym ryzyku zachorowań.

Jeżeli te ryzyka zachorowalności byłyby znaczne, trzeba ograniczać aktywność, ale lockdown jest narzędziem, które powinno być używane w ostateczności – ocenia ekspert Instytutu Jagiellońskiego. – Jeżeli pojawiłoby się nowe zagrożenie, nowa pandemia, z zupełnie innym ryzykiem, inną skalą zachorowań i śmiertelności, należałoby to narzędzie rozważać, ale tylko i wyłącznie w charakterze punktowym, jednoznacznie ograniczającym mobilność danej części społeczeństwa.

Podział na strefy (żółte i czerwone) z restrykcjami uzależnionymi od liczby zakażeń został wprowadzony przez rząd jesienią ub.r., ale zdaniem eksperta okazał się fikcją.

My stosowaliśmy lockdown w poszczególnych obszarach, województwach, a ludzie migrowali między przestrzenią wyłączoną a przestrzenią czynną. Takich fikcyjnych decyzji nie należy podejmować, bo one są najbardziej kosztowne w systemie – mówi dr Artur Bartoszewicz.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polska-placi-za-lockdowny,p1000450330

Firmy w pandemii nie rezygnują z inwestowania. Średnio co piąta aplikuje o kredyt na ten cel

0

Firmy coraz bardziej optymistycznie podchodzą do inwestowania. Rozpoczęcie nowych projektów w IV kwartale zapowiedziało 23 proc. z nich – wynika z badania NBP. Przytaczane przez bank wskaźniki dotyczące nastrojów inwestycyjnych są dobrym prognostykiem nie tylko na najbliższe tygodnie, lecz także na kolejne kwartały. A to oznacza coraz wyższe zapotrzebowanie na finansowanie zewnętrzne. Banki konkurują o klientów nie tylko warunkami kredytów lub pożyczek, ale też przyjaznymi i szybkimi procedurami kredytowymi, które już coraz częściej można przejść całkowicie online. – Szczególnie małe firmy potrzebują szybkich decyzji kredytowych – mówi wiceprezes ING Banku Śląskiego Ewa Łuniewska.

Ze względu na pandemię COVID-19 ponad połowa polskich firm zrezygnowała z inwestycji. Jednak z drugiej strony realizację nowych inwestycji w 2021 roku wciąż miało w planach 30 proc. przedsiębiorstw – wynika z raportu firmy doradczej EY „Rok z COVID-19 oczami polskich przedsiębiorców”.

– Zapotrzebowanie firm na środki do rozwoju biznesu jest bardzo duże. W tej chwili przedsiębiorstwa zastanawiają się, czy jest to już dobry moment, aby zacząć inwestować. Duże firmy już zaczęły, mniejsze zastanawiają się nad dogodnym momentem. Jednak zapotrzebowanie jest, zwłaszcza że po pandemii pojawiają się nowe potrzeby – mówi agencji Newseria Biznes Ewa Łuniewska.

Z październikowego raportu NBP na temat kondycji sektora przedsiębiorstw wynika, że w III kwartale br. ogólny wskaźnik optymizmu inwestycyjnego wzrósł piąty kwartał z rzędu i kształtuje się na poziomie zbliżonym do szczytu z 2018 roku. Silną poprawę nastrojów inwestycyjnych odnotowano w sektorze publicznym, przemyśle, dużych firmach i wśród eksporterów. Towarzyszy temu poprawa do rekordowych poziomów planów zwiększania nakładów.

Rozpoczęcie nowych inwestycji w perspektywie kwartału zapowiedziało 23 proc. firm – o 2 pp. mniej niż w poprzednim kwartale, ale to i tak więcej niż przeciętna wieloletnia. Raport NBP wskazuje, że firmy planują zwiększać skalę inwestycji w perspektywie kwartału i zrewidowały w górę plany inwestycyjne obejmujący cały bieżący rok. Optymistyczne są również prognozy na kolejne kwartały.

Dla części przedsiębiorstw to właśnie inwestycje – zwłaszcza w cyfryzację i technologie – stały się sposobem na pokonanie koronakryzysu. Obok środków własnych czy funduszy unijnych jedną z najczęstszych metod ich finansowania jest kredyt bankowy. Z opracowanego przez PARP „Raportu o stanie sektora małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce 2020” wynika, że ok. 70 proc. nakładów inwestycyjnych sektora MŚP jest finansowanych ze środków własnych, a średnio co piąta firma (18,25 proc.) sięga właśnie po pożyczkę bądź kredyt.

W ING Banku Śląskim od lat przyśpieszamy decyzje kredytowe. Mamy ścieżki automatyczne, półautomatyczne i eksperckie w zależności od wielkości finansowania – wymienia wiceprezes banku. – Szybkość decyzji odgrywa ogromną rolę zwłaszcza w przypadku mniejszych klientów. Jeżeli firma aranżuje finansowanie na kilkadziesiąt bądź kilkaset milionów, jest w stanie poczekać na decyzję dłużej. Natomiast w przypadku małych kwot oczekiwania klienta są dużo wyższe, jeśli chodzi o czas decyzji kredytowej.

Jak podkreśla, każda firma, wybierając ofertę kredytową, zwraca uwagę na szereg elementów, z których najważniejszym jest koszt finansowania, ale i przyjazność procedury kredytowej.

Przedsiębiorcy są bardzo wrażliwi właśnie na ten aspekt oferty i obsługi bankowej – mówi Ewa Łuniewska.

ING Bank Śląski od lat inwestuje w cyfrowe rozwiązania. W 2011 roku jako pierwszy bank w Polsce udostępnił wniosek kredytowy dla firm online.

– Przez 10 lat do użytku weszło wiele zdigitalizowanych ułatwień dla klientów. Przede wszystkim w obszarze przyspieszania i automatyzowania decyzji kredytowej w oparciu o algorytmy, bazy danych i informacje z innych, dostępnych źródeł – tak aby klient mógł uzyskać decyzję w jeszcze łatwiejszy sposób i bez zbędnych formalności – mówi wiceprezes ING. – W tej chwili wprowadziliśmy kolejną odsłonę digitalizacji, czyli możliwość w pełni online&HASH39;owego procesu kredytowego dla potencjalnych klientów.

Od początku listopada firma, która ubiega się o finansowanie do 400 tys. zł, otrzymuje od razu decyzję kredytową natychmiast po wypełnieniu wniosku online. Warunkiem jest co najmniej 12-miesięczny okres funkcjonowania firmy i prowadzenie przez nią pełnej księgowości.

– W takim wypadku decyzję kredytową podejmiemy online, już w trakcie wypełniania przez klienta wniosku elektronicznego. Nie wymagamy też dodatkowych dokumentów – mówi Michał Tusznio, dyrektor odpowiedzialny za finansowanie firm w ING Banku Śląskim. – Taką decyzję otrzymać może zarówno klient ING w systemie ING Business, jak i firma niezwiązana jeszcze z naszym bankiem, która wypełni wniosek online na stronie www.ing.pl.

– Wypełnienie wniosku trwa kilka minut. My w tle przeprowadzamy pełną weryfikację, sprawdzamy różne bazy danych czy informacje w Biurze Informacji Kredytowej. Cała decyzyjność toczy się w tle, klient tego nie widzi, ale już po kilku minutach otrzymuje od nas decyzję o wysokości limitu kredytowego – dodaje Ewa Łuniewska.

W przypadku procesów kredytowych na wyższe kwoty dla obecnych klientów ING czas oczekiwania na decyzję wynosi do dwóch dni. Jeśli firma wnioskuje o ponad 10 mln zł albo jeśli produkt jest bardzo specyficzny, musi poczekać na decyzję do pięciu dni. 

Co istotne, firma może zacząć korzystać z przyznanych środków w krótkim czasie od złożenia wniosku i uzyskania decyzji. Cały proces, włącznie z podpisaniem umowy kredytowej, odbywa się w pełni online, bez konieczności osobistego stawiennictwa w banku.

W przypadku klientów ING po otrzymaniu pozytywnej decyzji na wniosku bank udostępnia im umowę kredytową do podpisania w ING Business. Klient składa elektroniczny podpis w systemie, a jeśli konieczne jest ustanowienie zabezpieczeń, wskazane przez bank dokumenty przesyła kurierem. Środki z kredytu są dostępne na rachunku bieżącym firmy natychmiast po podpisaniu umowy i spełnieniu warunków w niej zawartych. Natomiast w przypadku, gdy wniosek składa firma niebędąca klientem ING, decyzja kredytowa ma charakter warunkowy. Zostanie podtrzymana, jeśli klient otworzy rachunek firmowy w ING i  jego weryfikacja w Biurze Informacji Kredytowej przebiegnie pozytywnie – wyjaśnia Michał Tusznio.

– Z punktu widzenia klientów jest to rewolucyjna zmiana, ponieważ całą procedurę kredytową mogą odbyć online i w ciągu kilku minut, nawet nie będąc naszym klientem. To jest skrócenie do minimum formalności związanych z uzyskaniem decyzji kredytowej – dodaje Ewa Łuniewska.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/firmy-w-pandemii-nie,p717899645

7 proc. Polaków deklaruje, że ma długi. Co trzeci z nich zetknął się z tym problemem po raz pierwszy podczas pandemii

0

Pandemia nie uderzyła w budżety polskich gospodarstw domowych aż tak mocno, jak zakładały prognozy. Większość z nich deklaruje, że ich sytuacja finansowa w tym czasie się nie zmieniła. Pogorszenie odczuło z kolei 28 proc. i było ono spowodowane głównie galopującymi cenami w sklepach. 7 proc. gospodarstw ma jednak problem z terminowym opłacaniem swoich rachunków i rat kredytów – wynika z najnowszego badania, które przeprowadził Kantar dla KRUK SA.

– Z naszego najnowszego badania wynika, że 28 proc. Polaków w czasie pandemii odnotowało pogorszenie sytuacji finansowej w swoim gospodarstwie domowym. Natomiast 6 proc. wskazało, że ich sytuacja w tym okresie wręcz się poprawiła. Zdecydowana większość Polaków wskazywała jednak, że ich sytuacja finansowa jest stabilna i w zasadzie nie zmieniła się w porównaniu z okresem przedpandemicznym – mówi agencji Newseria Biznes Agnieszka Salach, rzeczniczka prasowa KRUK SA.

Z badania przeprowadzonego w październiku br. przez Kantar dla KRUK SA wynika, że 62 proc. polskich gospodarstw domowych nie odczuło wpływu COVID-19 na swoje budżety. Wśród 6 proc., które odczuły poprawę, najczęściej dostrzegały ją osoby posiadające troje lub więcej dzieci (17 proc.) lub te, które powadzą własną działalność gospodarczą (15 proc.). Z kolei na pogorszenie sytuacji najczęściej wskazywały osoby z mniejszych miast, liczących do 100 tys. mieszkańców (34 proc. wskazań), oraz zatrudnione w konkretnych branżach: usługowej (38 proc.), przemysłowej (29 proc.) i budowlanej (29 proc.).

– Są oczywiście także branże, które poradziły sobie dużo lepiej. Jest to głównie branża medyczna oraz sektor związany z administracją publiczną – mówi Agnieszka Salach.

Z badania przeprowadzonego dla KRUK SA wynika, że najczęstszym powodem pogorszenia sytuacji finansowej polskich gospodarstw domowych w czasie pandemii był wzrost wydatków, na który przełożenie ma wysoka inflacja. Na ten czynnik wskazało aż 57 proc. badanych. Z kolei dla 25 proc. gorsza sytuacja była spowodowana obniżką wynagrodzenia, a 16 proc. wskazywało na zamknięcie swojego miejsca pracy w związku z obostrzeniami.

Mimo to 82 proc. gospodarstw domowych zadeklarowało, że dobrze radzi sobie ze spłatą swoich zobowiązań i w terminie opłaca rachunki, raty kredytów etc. W przeciwnej sytuacji jest 7 proc. badanych, u których wystąpiły z tym problemy.

Co istotne, 39 proc. spośród tych 7 proc. to osoby, które w pandemii z problemem zadłużenia zetknęły się po raz pierwszy – podkreśla rzeczniczka KRUK SA.

Jak wskazuje, spóźnienia w terminowym regulowaniu rachunków i opłat niekoniecznie dotyczą tych gospodarstw domowych, których sytuacja finansowa pogorszyła się w pandemii. 30 proc. z nich zadeklarowało spadek poziomu oszczędności, co może sugerować, że część osób korzysta z wcześniej zgromadzonych środków, aby płacić rachunki w terminie.

Co ciekawe, 4 proc. Polaków zadeklarowało, że przed pandemią zmagało się z problemem zadłużenia, zaległymi opłatami za różnego rodzaju zobowiązania. Natomiast w tym momencie tego problemu nie mają – mówi Agnieszka Salach.

Statystyki pokazują, że opóźnienia w płatnościach zwykle dotyczą najbardziej podstawowych rachunków: za czynsz (34 proc.), prąd (28 proc.) czy gaz (22 proc.). Blisko co trzecia osoba wskazała też na trudności z terminową opłatą rachunku za telefon, a co piąta – ze spłatą raty pożyczki. Z kolei 11 proc. gospodarstw domowych, które obecnie mają długi, wskazało, że ma problemy z terminowym płaceniem rat kredytu hipotecznego.

Ponad 40 proc. badanych uważa, że w długi może popaść każdy i jest to prawda. Warto jednak pamiętać, że odpowiedzialność za decyzję, co zrobić z takim zadłużeniem, stoi po stronie osoby, która je posiada. Najważniejsze jest to, żeby nie chować głowy w piasek, otwierać korespondencję, czytać, weryfikować, kontaktować się z wierzycielem i negocjować warunki spłaty zadłużenia w ratach – mówi rzeczniczka KRUK SA.

W październikowym badaniu Kantar zapytał Polaków również o to, jakiej pomocy potrzebują, żeby poradzić sobie z zaległościami finansowymi. Większość oczekuje po prostu porady (43 proc.) albo zmotywowania (29 proc.) do spłaty zadłużenia, choć średnio co czwarty badany wskazał też na konieczność zaciągnięcia kolejnej pożyczki na uregulowanie poprzednich.

– Doskonale wiemy, że jest to droga, która może prowadzić do tzw. spirali zadłużenia – przestrzega Agnieszka Salach.

Co roku 17 listopada obchodzony jest Dzień bez Długów. To inicjatywa, której pomysłodawcą jest KRUK SA. Ma ona na celu promocję racjonalnego zarządzania domowym budżetem i edukację osób zadłużonych, które nie wiedzą, jak poradzić sobie ze spłatą długów. Dzień ten obchodzony jest od 2009 roku.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/7-proc-polakow,p328731383

Prof. Witold Orłowski: Bank centralny musi odzyskać wiarygodność. Inaczej ceny będą wciąż rosnąć

0

– Inflację można zwalczać, ale to są narzędzia bardzo bolesne w zastosowaniu. To, jak ostre będą, zależy od tego, na ile bank centralny jest umiejętny w swoich działaniach – podkreśla ekonomista, prof. Witold Orłowski. Jego zdaniem dotychczasowe działania Rady Polityki Pieniężnej raczej podbijają oczekiwania inflacyjne, co nakręca spiralę, wpływając na dalszy wzrost cen. W październiku inflacja wyniosła 6,8 proc., a ekonomiści spodziewają się dalszych wzrostów.

Głównym zadaniem banku centralnego jest niedopuszczenie do tego, żeby spirala inflacyjna powstała, czyli żebyśmy zaczęli wierzyć w to, że inflacja na pewno będzie rosła. Póki co bank się z tego dobrze nie wywiązuje. Jeśli nadal tak będzie, to utrzyma się dość powszechne wśród ludzi oczekiwanie, że inflacja wcale nie będzie spadać, mimo że bank centralny tak mówi – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Witold Orłowski, profesor ekonomii, Akademia Vistula, Politechnika Warszawska

Według szybkiego szacunku inflacji GUS z końca października wyniosła ona w tym miesiącu 6,8 proc., najwięcej od ponad 20 lat. W ostatnich miesiącach rośnie ona stromo: jeszcze w czerwcu wynosiła w ujęciu rocznym 4,4 proc. Tymczasem rosną oczekiwania inflacyjne, czyli ludzie zauważyli już wzrost cen i spodziewają się ich dalszej eskalacji. Jak wynika z ostatnich dostępnych badań GUS-u, wskaźnik oczekiwań inflacyjnych Polaków w październiku osiągnął 41,2 pkt, najwięcej od maja 2020 roku, gdy na fali pandemicznych obaw odnotowano 49,2 pkt. Jeszcze większe obawy o wzrost cen ankietowani mieli w kwietniu 2020 roku (54,70 pkt). Wówczas wynosiła ona odpowiednio 3,4 proc. i 2,9 proc.

Problem z inflacją polega na tym, że jeśli wszyscy wierzymy w to, że inflacja będzie wysoka, to domagamy się podwyżek płac, pracodawcy nie mają wyjścia, muszą nam je dać, ale wtedy rosną koszty, a co za tym idzie, rzeczywiście ceny rosną. To jest tzw. spirala inflacyjna – wyjaśnia ekonomista.

Wielu komentatorów zarzuca Radzie Polityki Pieniężnej nieumiejętną komunikację z rynkiem. Przez wiele miesięcy prof. Adam Glapiński, przewodniczący RPP i zarazem prezes NBP, powtarzał, że inflacja ma charakter przejściowy i wynika z przyczyn podażowych, na które RPP nie ma wpływu. Jednak inflacja niezmiennie rosła, aż w końcu RPP niespodziewanie podniosła stopy procentowe najpierw na początku października – o 40 pkt bazowych do 0,50 proc. w przypadku stopy referencyjnej, a potem, na początku listopada o 75 pkt bazowych do 1,25 proc. Problem polega na tym, że rynek w październiku wyceniał wzrost stóp o 15 pb., a w listopadzie o 50 pb. Nie pomogła też komunikacja przewodniczącego RPP, który poinformował, że „chciał zaskoczyć rynek i to się udało”.

To, jak bardzo ostrych narzędzi w walce z inflacją trzeba używać, zależy od tego, na ile bank centralny umiejętny jest w swoich działaniach. Jeśli umie nas przekonać, że zastosuje takie stopy, jakie będą potrzebne, że nie powinniśmy się obawiać inflacji, to wtedy okazuje się, że wystarczają znacznie niższe podwyżki stóp procentowych, żeby zahamować inflację – mówi prof. Witold Orłowski. – Jeśli kompletnie nie wierzymy bankowi centralnemu, bo od roku stale mówi, że nic nie zrobi, a inflacja spadnie sama z siebie, a nie spada, tylko rośnie, to w tym momencie bank może oczywiście powstrzymać inflację, ale prawdopodobnie jeszcze bardziej podnosząc stopy procentowe, niż byłoby to w normalnej sytuacji potrzebne. Dlatego pierwsze zalecenie wszystkich ekonomistów dla banku centralnego to: spróbujcie odzyskać wiarygodność.

Ekonomista ocenia, że dalsze podwyżki stóp procentowych są nieuniknione. Wiele zależy jednak od dalszej strategii działania Rady Polityki Pieniężnej. W walkę z inflacją włącza się również rząd. Zapowiedział już tarczę antyinflacyjną, na razie jednak nie jest jasne, na czym miałaby ona polegać. Chodzi m.in. o bon energetyczny, który ma otrzymać ok. 2 mln gospodarstw domowych w Polsce. Rzecznik rządu zadeklarował, że na początku przyszłego tygodnia poznamy szczegóły rozwiązania.

­– Nie wiemy, co się będzie znajdować w tarczy antyinflacyjnej. Teoretycznie rząd może zakazać wzrostu cen, ale wtedy kolejki będą, a ceny tak czy owak wzrosną. Zresztą mało prawdopodobne, żeby rząd to miał na myśli – przewiduje ekspert. – Natomiast to, co prawdopodobnie rząd ma na myśli, to stosowanie rekompensat dla ludzi, zwłaszcza tych uboższych. To jest z jednej strony zrozumiałe, ale z drugiej strony, jeśli przyczyną inflacji jest to, że na rynku jest za dużo pieniędzy, do czego dopuścił bank centralny, to czy fakt, że tych pieniędzy znajdzie się na rynku jeszcze więcej, ochroni kogoś przed inflacją, czy wręcz odwrotnie – spowoduje, że inflacja jeszcze bardziej wzrośnie. Obawiam się, że to raczej doprowadzi do wzrostu inflacji.

Jak podkreśla, będzie to mieć nieprzyjemne skutki dla gospodarki.

– Inflacja odciąga uwagę od bieżącej działalności i zniechęca do oszczędzania. Każdy powie: jak ceny rosną, to pewnie lepiej szybciej kupić, a nie oszczędzać, zwłaszcza jeśli na oszczędzaniu się traci. To jest fatalne dla rozwoju gospodarczego, bo oszczędności są potrzebne po to, żeby firmy miały z czego dokonywać inwestycji. Dlatego inflacja jest generalnie szkodliwa dla gospodarki, ale im wyższa zaczyna być, tym te szkody są większe – mówi ekonomista z Akademii Vistula i Politechniki Warszawskiej. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/prof-witold-orlowski,p1692219187