Strona główna Blog Strona 65

Chiny i Azja będą nowym gospodarczym liderem. Polskie firmy muszą być tam obecne, jeśli chcą się liczyć na globalnych rynkach

0

– W Chinach ważne jest to, z kim robi się biznes. Relacja jest czasami równie ważna jak cena i jakość. To oznacza, że np. bardzo dużo rozmawia się na tematy niezwiązane z biznesem. Tego nie ma w Europie Zachodniej, Europie Północnej czy w Stanach, gdzie te dyskusje są szybkie, konkretne, dotyczące stricte kwestii biznesowych – mówi Radosław Pyffel, ekspert Instytutu Sobieskiego, autor książki „Biznes w Chinach – jak odnieść sukces w chińskim świecie”. Jak wskazuje, ze względu na te bariery kulturowe i geograficzne polskim firmom o wiele łatwiej jest prowadzić ekspansję na rynkach sąsiednich i w obrębie UE. W Chinach operuje ich stosunkowo niewiele, ale tamtejszy rynek – m.in. ze względu na rosnącą rolę Chin w światowej gospodarce – jest dla nich coraz atrakcyjniejszy.

Region Azji i Pacyfiku jest dziś najszybciej bogacącym się regionem świata, gdzie najszybciej powiększa się klasa średnia, która jest też coraz bogatsza. I Azja jest przyszłością. Europa już osiągnęła pewien poziom rozwoju, natomiast Azja cały czas się rozwija. Bardzo wielu ludzi wciąż przeprowadza się ze wsi do miast, zwiększa swój dochód, poszukuje nowych produktów. Poza tym ten region staje się światowym trendsetterem już widzimy coraz więcej np. filmów, muzyki i coraz więcej rzeczy, które tam powstają i zaczynają nadawać ton na całym świecie. I jeżeli firma chce się liczyć nie tylko w Polsce, ale prowadzić działalność na globalną skalę, to po prostu musi w Azji w jakiejś formie się odnaleźć – mówi Radosław Pyffel.

W rejonie Azji największym partnerem handlowym dla Polski są Chiny. To drugie co do wielkości największe źródło polskiego importu, choć wśród rynków eksportowych dla polskich towarów zajmuje znacznie odleglejszą pozycję, co przekłada się na rokroczny, wysoki deficyt w wymianie handlowej. Ze względu na rosnącą rolę Chin w światowej gospodarce tamtejszy rynek – z dostępem do 1,4 mld bogacących się konsumentów i solidnym wzrostem PKB – jest jednak dla polskich firm bardzo perspektywiczny, chociaż w tej chwili operuje na nim relatywnie niewiele rodzimych przedsiębiorstw.

– To jest wciąż rynek odległy. On nie jest priorytetowy dla polskich firm, więc niewiele ich tam istnieje, choć niektórym się udaje. Zwłaszcza z branży kosmetycznej i spożywczej, coraz częściej na chińskim rynku pojawiają się też firmy z branży videogamingu – mówi ekspert Instytutu Sobieskiego.

Wśród największych firm z Polski, które operują na chińskim rynku, są m.in. Selena (producent chemii budowlanej), Davis International (produkcja materiałów obiciowych do mebli), Aero AT (produkcja samolotów i części lotniczych), Aiut (produkcja części samochodowych i doradztwo techniczne), Sanok Rubber Company (produkcja uszczelnień dla karoserii samochodowych, okien i szaf sterowniczych) oraz Maflow Poland (produkcja przewodów klimatyzacyjnych i przewodów gumowych).

Dużo jest też firm, które ściągają stamtąd komponenty, bo przecież cała produkcja została w ostatnich dwóch dekadach przeniesiona do Azji. I pandemia pokazała, jak bardzo zależymy w tej chwili od Azji i Chin. Poza tym dotąd nie było jakiejś chęci ekspansji zagranicznej polskich firm na tamtejszy rynek. To jest jednak olbrzymi kraj, wymaga dużych inwestycji. Tymczasem w Polsce mamy głównie MŚP, więc niewielu z nich się to udało. Może właśnie poza branżą kosmetyczną, spożywczą i jakimiś pojedynczymi przedsiębiorstwami z innych sektorów – mówi Radosław Pyffel.

Ekspert Instytutu Sobieskiego wskazuje, że ze względu m.in. na bariery geograficzne i kulturowe polskim firmom o wiele łatwej jest prowadzić ekspansję na rynkach sąsiednich i w obrębie Unii Europejskiej.

– Chiny są jednak dużym wyzwaniem, są odległe i są jednym z najbardziej konkurencyjnych rynków świata. Tak więc wiadomo, że dla polskich firm dużo łatwiejsze są rynki Unii Europejskiej. I to jest przyczyna, dla której niewiele przedsiębiorstw decyduje się na ekspansję w Chinach. Niewielu się to też udaje, bo to wymaga olbrzymiej determinacji, inwestowania w przyszłość, spoglądania w przód i wyprzedzania pewnych trendów – mówi Radosław Pyffel.

Jak podkreśla, utrudnieniem dla polskich firm jest chociażby inna kultura prowadzenia biznesu, która w Chinach ma dużo spokojniejszy charakter i bazuje na osobistych relacjach.

– Ważne jest to, z kim robi się ten biznes. Relacja jest czasami równie ważna, co cena i jakość. I to oznacza, że np. bardzo dużo rozmawia się na tematy niezwiązane z biznesem, jest wiele spotkań, które z interesami mają niewiele wspólnego. Tego nie ma w Europie Zachodniej, Europie Północnej czy w Stanach, gdzie te dyskusje są szybkie, konkretne, dotyczące stricte kwestii biznesowych – mówi ekspert. – Dużo piszemy o tym w najnowszej książce „Biznes w Chinach”, w której rozmawiam z polskimi przedsiębiorcami z sukcesem działającymi na tamtym rynku.

Według statystyk opracowanych przez geopolityczny think tank Warsaw Institute dynamika wzrostowa w obszarze polsko-chińskiej wymiany handlowej, obejmująca zarówno import, jak i eksport, jest zauważalna już od lat. W 2020 roku jej wartość po raz pierwszy przekroczyła 30 mld dol., przy 12-proc. dynamice wzrostu r/r. Chiny sprzedały towary o wartości 27 mld dol. oraz zakupiły 4,3 mld dol. polskich produktów. Polska natomiast odnotowała w ubiegłym roku rekordowy jak dotąd deficyt w handlu dwustronnym z Chinami, który wyniósł 22,4 mld dol.

Główną pozycję w strukturze polskiego eksportu do Chin zajmuje miedź i wyroby z miedzi, ale wśród innych eksportowanych przez Polskę towarów są też m.in. meble, maszyny i urządzenia mechaniczne oraz ich części. W drugą stronę ponad połowa produktów importowanych z Chin do Polski należy do grupy towarów wysoko przetworzonych. To m.in. telefony komórkowe, komputery i konsole do gier wideo, choć istotną pozycję zajmują także odzież i tekstylia oraz zabawki, gry i artykuły sportowe.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/chiny-i-azja-beda-nowym,p1111048970

Od stycznia ZUS przejmuje wypłatę świadczeń 500+. Dzięki automatyzacji koszty obsługi programu w ciągu dekady zmniejszą się o 2,5 mld zł

0

Łącznie koszty obsługi świadczenia z programu 500+ w latach 2016–2020 wyniosły ponad 1,6 mld zł. Po przeniesieniu do ZUS obsługi programu wnioski będą przyjmowane tylko elektronicznie, a pieniądze będą wypłacane wyłącznie na rachunek bankowy. Według resortu rodziny pozwoli to na 2,5 mld zł oszczędności w ciągu 10 lat. – Przechodzimy do świata nowych technologii. Dzięki elektronizacji obsługa jednego wniosku będzie kosztować 50 gr zamiast obecnych 10 zł – przekonuje prof. Gertruda Uścińska, prezes ZUS.

 Obsługą programu 500+ zajmie się ZUS. Będzie to czynił w sposób elektroniczny, automatyczny. Wszystkie wnioski o 500+ będą składane elektronicznie za pomocą platformy PUE, bankowości elektronicznej i systemu Emp@tia Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej – przypomina w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. Gertruda Uścińska.

Nowelizacja ustawy o pomocy państwa w wychowywaniu dzieci zakłada, że Zakład Ubezpieczeń Społecznych przejmie od samorządów obsługę programu 500+. Będzie się to działo stopniowo. Sprawy dotyczące praw do świadczeń za okres sprzed 1 stycznia 2022 roku będą nadal realizowane przez samorządy. Będą one też kontynuować wypłacanie świadczeń przyznanych przed 1 stycznia 2022 roku do końca okresu, na jaki zostały przyznane, czyli do 31 maja 2022 roku.

ZUS od 1 stycznia 2022 roku będzie natomiast wypłacał przyznawane przez siebie świadczenia wychowawcze. Od 1 lutego 2022 roku będzie natomiast przyjmować wnioski na kolejne okresy, począwszy od 1 czerwca 2022 roku.

– Zadania gmin wygasają praktycznie do czerwca, wówczas to Zakład rozpocznie obsługę. Wnioski będą jednak składane tak naprawdę od lutego na nowe świadczenia, czyli na dzieci, które urodzą się w przyszłym roku – zaznacza prof. Gertruda Uścińska.

Przejęcie przez ZUS obsługi programu ma przynieść znaczne oszczędności. Według szacunków resortu rodziny w ciągu dekady sięgną one 2,5 mld zł. Gdyby program był obsługiwany tak jak dotychczas, koszty sięgnęłyby 3,1 mld zł. Podobne oszczędności dało przeniesienie obsługi programu Dobry Start do ZUS. Utrzymanie kosztów jego obsługi na poziomie 0,1 proc. kwoty przeznaczonej na wypłatę świadczeń pozwoli w latach 2021–2023 na oszczędności rzędu 490 mln zł.

– To gigantyczna zmiana, przechodzimy do świata nowoczesnych technologii, gdzie w sposób automatyczny obsługujemy miliony spraw naszych obywateli, a koszty zdecydowanie się obniżyły, bo wynoszą 0,1 proc. wypłaty. Przechodzimy tak naprawdę do takich kosztów, które wyniosą ok. 50 gr za wniosek w stosunku do 10 zł dotychczas – wylicza prezes ZUS.

Przejęcie przez ZUS obsługi programu 500+ będzie też oznaczać większą liczbę zakładanych profili na Platformie Usług Elektronicznych. Podobnie było w przypadku świadczenia 300+ – dzięki zorganizowanym mobilnym punktom wsparcia eksperci ZUS codziennie zakładali kilkaset nowych profili na PUE. Obecnie liczba zarejestrowanych profili PUE przekracza 9 mln.

– To jest także w interesie Zakładu. Profile są bardzo potrzebne, ponieważ przechodzimy w ogóle na coraz większą elektroniczną obsługę, nie tylko świadczeniobiorców świadczeń rodzinnych, ale także płatników składek, a więc połączymy nowe obowiązki z tymi zadaniami wynikającymi z ustawy systemowej – tłumaczy prof. Gertruda Uścińska.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/od-stycznia-zus-przejmuje,p959695109

Został niecały miesiąc na skorzystanie w tym roku z ulgi na IKZE. Przy najbliższym rozliczeniu podatkowym zyskać można nawet kilka tysięcy złotych

0

Założenie Indywidualnego Konta Zabezpieczenia Emerytalnego i wykorzystanie limitu wpłat jest nie tylko sposobem oszczędzania na emeryturę, ale także umożliwia skorzystanie z ulgi podatkowej. Przy rozliczeniu podatku PIT można bowiem odliczyć wpłaconą kwotę od podstawy opodatkowania, zmniejszając tym samym należny fiskusowi podatek. Na skorzystanie z tej ulgi został już niecały miesiąc – składka na IKZE nie musi być bowiem płacona systematycznie w całym roku kalendarzowym, wystarczy jednorazowa wpłata.

– Oszczędzanie na IKZE, czyli Indywidualnym Koncie Zabezpieczenia Emerytalnego, pozwala nam na odliczenie od dochodu wpłat, które robimy na nasze konto w danym roku kalendarzowym – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Damian Burcon, regionalny manager ds. sprzedaży w Generali Investments TFI. – Oznacza to, że w każdym roku oszczędzania płacimy niższy podatek. Jesteśmy wprost nagradzani za oszczędzanie z myślą o naszej przyszłości, bo konkretne finansowe korzyści mamy już w przyszłym, kolejnym roku po wpłacie.

W przypadku IKZE obowiązują roczne limity wpłaty, ogłaszane przez Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej. W 2021 roku maksymalny limit wpłaty dla osób fizycznych wynosi 6 310,80 zł, a dla osób prowadzących pozarolniczą działalność gospodarczą – 9466,20 zł. Na 2022 rok stawki te wzrosły odpowiednio do 7106,40 zł oraz 10 659,60 zł dla przedsiębiorców. Limity nie muszą być wykorzystane w całości, a kwotę przeznaczoną na oszczędzanie można wpłacić jednorazowo lub rozłożyć w czasie w danym roku kalendarzowym.

– IKZE jest rozwiązaniem, które nie obliguje oszczędzającego do określonej częstotliwości czy wysokości wpłat. Natomiast korzyści płynące z uzupełniania limitu nie są oddalone w czasie i możemy je odczuć już za kilka miesięcy – podkreśla ekspert Generali Investments TFI.

Zgromadzoną w danym roku kwotę odpisuje się w najbliższym rozliczeniu PIT od podstawy opodatkowania, co pomniejsza podatek lub zapewnia zwrot od fiskusa.

– Wysokość ulgi, którą możemy uzyskać, oszczędzając w ramach IKZE, zależy od dwóch czynników: od stawki podatkowej, w której znajduje się oszczędzający, oraz kwoty wpłaconej na IKZE w danym roku kalendarzowym – mówi Damian Burcon. – Dla przykładu osoba fizyczna znajdująca się w pierwszym progu podatkowym i wpłacająca pełny limit w danym roku uzyska ulgę na poziomie 1072 zł, natomiast dla osoby, która znajduje się w drugim, wyższym progu podatkowym, wysokość ulgi przy tej wpłacie wyniesie aż 2019 zł. W tym roku został również wprowadzony nowy limit dla osób samozatrudnionych prowadzących pozarolniczą działalność gospodarczą. Przy wpłacie pełnego limitu i rozliczania się w najwyższym progu podatkowym taka osoba uzyska ulgę w kwocie ponad 3 tys. zł.

Jak wynika z danych Komisji Nadzoru Finansowego, na koniec pierwszego półrocza 2021 roku w Polsce funkcjonowało 420 tys. IKZE, a aktywa zgromadzone w tej formie systemu emerytalnego wynosiły 5,2 mld zł. Może się to wydawać niewiele w obliczu 16 mln zatrudnionych, ale może być to jednak skutek – wciąż niedokończonej – likwidacji OFE i związanego z tym braku zaufania oszczędzających do systemów emerytalnych. Warto też zauważyć, że dopiero od 2021 roku możliwość oszczędzania w IKZE zyskali samozatrudnieni, a poza tym Polacy oszczędzają także w istniejących o osiem lat dłużej indywidualnych kontach emerytalnych (IKE), których jest niemal dwa razy więcej, a kwota na nich zgromadzona – ponad dwa razy wyższa.

– Korzyści z IKZE możemy odczuć już dzisiaj i w przyszłości – dzisiaj, czyli już przy najbliższym zeznaniu podatkowym dzięki możliwości skorzystania z omawianej ulgi, a w przyszłości – korzystając ze zgromadzonych środków na emeryturze – ponieważ z założenia i jak wskazuje sama nazwa, Indywidualne Konto Zabezpieczenia Emerytalnego służy gromadzeniu środków na czas po zakończeniu aktywności zawodowej – wyjaśnia przedstawiciel Generali Investments TFI.

Zgromadzone na IKZE pieniądze można wypłacić po ukończeniu 65. roku życia (konieczne jest dokonywanie wpłat przez co najmniej pięć lat kalendarzowych), płacąc zryczałtowany, 10-proc. podatek dochodowy od całej kwoty. Jeśli wypłata środków nastąpi przed  65. rokiem życia albo po 65. roku życia przy braku wpłat przez co najmniej pięć lat kalendarzowych, to trzeba zapłacić PIT według obowiązującej skali podatkowej –  posiadacz IKZE rozlicza zwracaną kwotę w PIT za dany rok (jako przychody z innych źródeł).


IKZE prowadzone przez Generali Investments TFI SA oparte są na funduszach inwestycyjnych, co oznacza, że klient powinien liczyć się z ryzykiem inwestycyjnym i możliwością utraty części zainwestowanych środków.

Należy pamiętać, że inwestowanie wiąże się z ryzykiem i nie ma gwarancji osiągnięcia celów inwestycyjnych, a nawet istnieje możliwość zmniejszenia wartości, w tym utraty części zainwestowanych środków. Dodatkowo przy zbywaniu i odkupywaniu jednostek uczestnictwa mogą być pobierane opłaty manipulacyjne i należne podatki. Maksymalna wysokość wynagrodzenia stałego lub zmiennego za zarządzanie subfunduszem wskazana jest w prospekcie informacyjnym, z którym należy się zapoznać przed podjęciem decyzji inwestycyjnej. Zawiera on szczegółowe informacje w zakresie: polityki inwestycyjnej, czynników ryzyka, zasad sprzedaży jednostek uczestnictwa, tabeli opłat manipulacyjnych oraz informacji podatkowych.

Generali Investments TFI SA działa na podstawie decyzji KNF z dnia 1 czerwca 1995 r., nr decyzji KPW-4073-195 i świadczy usługi pośrednictwa w zbywaniu i odkupywaniu jednostek uczestnictwa. Materiał ma charakter reklamowy.

Decyzje inwestycyjne powinny być podejmowane wyłącznie po zapoznaniu się z Kluczowymi informacjami dla inwestorów oraz Informacjami dla klienta AFI, dostępnymi na stronie: www.generali-investments.pl. Dokumenty są sporządzone w języku polskim

Szczegółowe informacje o IKE i IKZE zawarte są w ustawie o IKE/IKZE oraz w Regulaminie prowadzenia IKE/IKZE Towarzystwa. Indywidualna sytuacja Uczestnika może mieć wpływ na zasady opodatkowania.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/zostal-niecaly-miesiac,p1305959886

Omicron napędza niepewność na rynkach finansowych. Europejskie indeksy są bardziej narażone na jej skutki [DEPESZA]

0

– Sytuacja na rynkach finansowych przypomina w tej chwili przejażdżkę kolejką górską, co jest głównie efektem pojawienia się nowej mutacji koronawirusa (Omicron) – mówi Michał Milewski, zarządzający funduszami w Generali Investments TFI. Ta wysoka zmienność na rynkach będzie się utrzymywać, dopóki związany z nowym wariantem szum informacyjny będzie nakręcał strach inwestorów. Na wahania notowań bardziej narażone są indeksy europejskie. W USA więcej jest spółek nowej ekonomii, które są odporniejsze na ewentualne lockdowny w gospodarce. Amerykańscy inwestorzy czekają teraz na zaplanowane na połowę grudnia posiedzenie Fed.

– Sytuacja rozwinęła się bardzo szybko: w czwartek, 25 listopada została podana informacja o nowej, bardziej zaraźliwej mutacji. To spowodowało natychmiastową reakcję na rynkach finansowych. Inwestorzy przypomnieli sobie, jak kolosalny wpływ miała sytuacja epidemiczna na gospodarkę w najtrudniejszych miesiącach, i zaczęli gwałtownie wycofywać pieniądze – komentuje Michał Milewski.

W efekcie 26 listopada giełdy otworzyły się na minusie. Na koniec dnia Stany Zjednoczone zamknęły się na -2,2 proc., a duża część rynków europejskich poniżej -3 proc. Polska podążyła za tym trendem. Największe spadki zanotowały sektory najbardziej zależne od otwartej gospodarki, czyli linie lotnicze (spadki o ok. 10 proc.), ropa (spadek o 13 proc. w ciągu jednej sesji) i branża turystyczna.

W ubiegłym tygodniu nastąpiło pewne odreagowanie, choć było ono słabsze w sektorach mocno narażonych na skutki pandemii. Kolejne spadki na amerykańskich giełdach wywołała informacja o pierwszych zakażonych mutacją Omicron w Stanach Zjednoczonych.

– Ten cały cykl pokazuje, jak ogromna niepewność panuje w tej chwili na rynku i jak wielki wpływ na inwestorów mają informacje o wartości dowodów anegdotycznych – mówi ekspert Generali Investments TFI.

Jak podkreśla, na skutki tej niepewności bardziej narażone są indeksy europejskie, np. DAX, w którym przeważają sektory „starej ekonomii”. Ta jest bowiem bardziej eksponowana na ryzyka związane z ograniczeniem aktywności gospodarczej.

– Stany Zjednoczone mają w indeksach więcej spółek, na które ewentualne lockdowny nie mają takiego wpływu – mówi Michał Milewski.

Ekspert Generali Investments TFI zauważa też jednak, że w tej chwili ogólny obraz sytuacji makroekonomicznej wygląda dość dobrze. Zarówno na rynkach rozwijających się, jak i na rynkach rozwiniętych poprawiły się odczyty indeksu zaskoczenia ekonomicznego, który mierzy różnicę między oczekiwaniami ekonomistów co do danych makro a opublikowanymi danymi.

– Wskaźnik wyprzedzający PMI, który niedawno, po gwałtownym osiągnięciu szczytów, zaczął spadać, też się pomału stabilizuje. Z kolei odczyt danych z Chin z 30 listopada okazał się lepszy od konsensusu rynkowego: przemysłowy PMI osiągnął poziom powyżej 50 punktów, co jest dużą zmianą na plus – wskazuje zarządzający funduszami Generali Investments TFI.

Również kończący się sezon publikacji wyników finansowych w USA pokazał, że mimo pandemii ostatni kwartał był dla wielu spółek bardzo udany. Zwłaszcza w sektorze technologicznym, który korzysta na inwestycjach w IT i pracy zdalnej. Jego wyniki mocno przebiły oczekiwania inwestorów i wykazały zysk większy o 38 proc. rok do roku. Branża technologiczna ma jednak solidne fundamenty do wzrostu, bo pandemia sprawiła, że firmy inwestują w tej chwili znacznie większe środki w IT, cyberbezpieczeństwo i technologie wspomagające pracę hybrydową.

– Tak świetny sezon jest zasługą m.in. wysokich marż oraz dostosowania się spółek do pandemicznych warunków prowadzenia biznesu. Konsumenci też pomagają – mają dużo gotówki z transferów pieniężnych od państwa i chętnie kupują, nie sięgając nawet po karty kredytowe – wyjaśnia Michał Milewski. – Cechą charakterystyczną dla tego sezonu było też to, że jeśli spółka zaprezentowała wynik nawet tylko minimalnie gorszy od oczekiwań, czekała ją wysoka kara w postaci dużej utraty wartości. Natomiast jeśli tylko zmieściła się w oczekiwaniach lub je pobiła, znacząco rosła. Spodziewamy się, że w przyszłym roku znacznie większą rolę będzie odgrywać dobra selekcja spółek, wymagająca od nich stabilności utrzymywania dynamiki wzrostów.

Inwestorzy i analitycy w Stanach wyczekują zbliżającego się posiedzenia Fed, które odbędzie się w dniach 14–15 grudnia i po którym zostaną zaprezentowane kwartalne prognozy makroekonomiczne. Zamieszanie na rynkach, spowodowane pojawieniem się nowej mutacji koronawirusa nazwanej Omicron, spowodowało jednak zmianę oczekiwań dotyczących liczby planowanych podwyżek stóp procentowych do końca przyszłego roku kalendarzowego.

 Do tej pory rynek przewidywał trzy podwyżki stóp, teraz spodziewane są tylko dwie – mówi ekspert Generali Investments TFI SA, które działa na podstawie decyzji KNF z dnia 1 czerwca 1995 roku (nr decyzji KPW-4073-195).

Rynek zareagował dużymi spadkami na wypowiedź prezesa Fed Jerome’a Powella z 30 listopada. Podczas wystąpienia przed Komisją Bankową Senatu USA stwierdził on, że trzeba przestać traktować inflację jako zjawisko przejściowe. Zapowiedział również, że należy rozważyć o kilka miesięcy szybsze, niż wcześniej zakładano, wycofanie się Fed ze skupu obligacji z rynku (tzw. tapering). Dyskusja na ten temat ma się odbyć na nadchodzącym posiedzeniu.

– Dopiero po zakończeniu procesu taperingu nastąpi ocena sytuacji dotycząca tego, czy poziom inflacji i sytuacja na rynku pracy pozwalają na podwyżki stóp procentowych. Jeśli nie pojawią się czarne łabędzie, te oczekiwane podwyżki najpewniej będą miały miejsce – mówi Michał Milewski.

Fed zapowiadał wcześniej, że stopy procentowe nie zostaną zmienione, dopóki Stany Zjednoczone nie zbliżą się do osiągnięcia pełnego zatrudnienia i średniookresowej inflacji na poziomie 2 proc.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/omicron-napedza,p1629044949

Polskie sądy nagminnie nadużywają tymczasowego aresztowania. Przykładem może być sprawa Michała Sobańskiego

0

W Polsce od 2015 roku sukcesywnie rośnie liczba aresztów orzekanych przez sądy na wniosek prokuratury. Jednoznacznie potwierdzają to statystyki: w lipcu tego roku w areszcie tymczasowym przebywały 8564 osoby, co w porównaniu z lipcem 2015 roku stanowi wzrost aż o 83,4 proc. Co więcej, aż w 92 proc. spraw, rozpatrywanych przez sądy okręgowe w latach 2016–2018, tymczasowe aresztowanie stosowano aż do uzyskania prawomocnego wyroku. Eksperci zwracają uwagę, że Polska należy do czołówki państw, które nadużywają tego środka, i apelują o wprowadzenie rozwiązań, które ukróciłyby tę możliwość. W ostatnim czasie duże wątpliwości związane z nadużywaniem tymczasowego aresztowania budzi sprawa Michała Sobańskiego.

Patrząc na statystyki z ostatnich lat, widać wyraźny wzrost liczby osób tymczasowo aresztowanych. Począwszy od 2016 roku, ten wzrost jest prawie dwukrotny – wskazuje Michał Zuchmantowicz, adwokat. – U nas po prostu się stosuje formułę zaliczki w poczet kary. Tymczasem orzecznictwo Europejskiego Trybunału Praw Człowieka przecięło dyskusję na temat tzw. zaliczki w poczet kary. Nie istnieje coś takiego, to jest nieprawidłowość, która powinna być eliminowana z postępowania przygotowawczego. Po prostu nie należy tak postępować.

Raport opublikowany w połowie tego roku przez Departament Prawa i Legislacji Związku Przedsiębiorców i Pracodawców (ZPP) pokazuje, że Polska jest w niechlubnej czołówce pod względem liczby osób tymczasowo aresztowanych, a średni czas tymczasowego aresztowania należy w niej do najdłuższych w UE. Co więcej, liczba aresztów orzekanych przez sądy na wniosek prokuratury od kilku lat sukcesywnie rośnie. Według statystyk w lipcu br. w areszcie tymczasowym przebywały 8564 osoby. W porównaniu z lipcem 2015 roku jest to wzrost aż o 83,4 proc.

Osoby tymczasowo aresztowane często są pozbawione wolności nie tylko na okres postępowania przygotowawczego, ale i sądowego. W 92 proc. spraw, rozpatrywanych przez sądy okręgowe w latach 2016–2018, tymczasowe aresztowanie stosowano aż do uzyskania prawomocnego wyroku. W przypadku spraw, dla których właściwy był sąd rejonowy, odsetek aresztowanych tymczasowo aż do wydania prawomocnego wyroku wyniósł w tym samym okresie aż 72 proc.

Eksperci zauważyli, że jednocześnie liczba osób skazanych na karę pozbawienia wolności co roku systematycznie spada. To zaś oznacza, że wzrasta liczba osób bezpodstawnie pozbawionych wolności. Przyczyną takiego stanu są nie tylko źle skonstruowane przepisy i rozwiązania z zakresu polityki karnej.

– Problem leży w pracy organów ścigania, które z pewnych przyczyn – powiedziałbym, że technicznych – nie mogą działać tak, żeby te postępowania były krótkie. One powinny trwać maksymalnie trzy miesiące i taki też powinien być termin stosowania najsurowszego środka, czyli izolacji. Ale nie ma przepisu, który jednoznacznie o tym stanowi. W rezultacie te postępowania są przedłużane, sądom są przekazywane wielotomowe sprawy, sędzia ma kilka czy kilkanaście godzin na zapoznanie się z szeregiem tomów i podejmuje decyzję właściwie dla dobra pracy prokuratury. To oznacza, że później prokurator – idąc już z aktem oskarżenia do sądu – ma za sobą wielomiesięczne izolacje – mówi adwokat Michał Zuchmantowicz.

Ze statystyk opracowanych przez ZPP wynika, że sądy w przytłaczającej większości przychylają się do prokuratorskich wniosków o tymczasowe aresztowanie. Ten odsetek od lat utrzymuje się na podobnym poziomie, sięgającym ok. 90 proc.

– Niedawno byłem świadkiem dyskusji, gdzie jeden z sędziów stwierdził, że został odsunięty od sprawy, w której stosowano dwuletni areszt. On był przedłużany z punktu widzenia przyszłej kary. To znaczy stosuje się przesłankę obawy matactwa – i ta jest podstawowa – ale też przesłankę surowej kary i to ona determinuje ten długi czas tymczasowego aresztowania – mówi adwokat.

Eksperci i organizacje społeczne zabiegające o prawa osób aresztowanych już od dłuższego czasu apelują o wprowadzenie rozwiązań, które ukróciłyby nadużywanie środka, jakim jest tymczasowy areszt. ZPP w swoim raporcie rekomenduje m.in. ograniczenie tymczasowego aresztowania do przestępstw wysokiego ryzyka z użyciem przemocy oraz wprowadzenie ustawowego ograniczenia maksymalnego czasu tymczasowego aresztowania z uwzględnieniem różnych maksymalnych okresów dla czynów zabronionych mniejszej i większej wagi. To rozwiązania podobne do tych, które funkcjonują m.in. w Wielkiej Brytanii, Francji czy Holandii.

– Tymczasowy areszt to powinien być środek dedykowany dla najpoważniejszych przestępstw. Zazwyczaj są to przestępstwa przeciwko mieniu lub zdrowiu. One owszem, bywają zagrożone karą pozbawienia wolności w wysokim wymiarze, ale nie są to przestępstwa, wobec których powinny być stosowane tego typu środki izolacyjne. Tymczasowy areszt powinien być stosowany przede wszystkim przeciwko osobom, które są kryminalistami, które weszły już po raz któryś na ścieżkę przestępstwa, które rzeczywiście należałoby poddać izolacji – mówi Michał Zuchmantowicz.

Głośną medialnie sprawą, w której tymczasowe aresztowanie przeciąga się już do ponad pół roku, jest postępowanie prowadzone przeciw Michałowi Sobańskiemu. Prezes Fundacji im. Feliksa hr. Sobańskiego prowadził sprawy z zakresu reprywatyzacji mienia i pomagał w odzyskiwaniu majątków znacjonalizowanych za czasów PRL. To właśnie domniemane nieprawidłowości w tym procesie spowodowały, że w czerwcu tego roku został aresztowany wraz z czterema innymi osobami.

– W mediach pojawiają się informacje, że ta sprawa dotyczy tzw. dzikiej reprywatyzacji czy reprywatyzacji warszawskiej. Trzeba stanowczo powiedzieć, że tak nie jest. Michał Sobański nie był osobą zajmującą się handlem roszczeniami czy podejmującą się jakichś bezprawnych działań w stosunku do lokatorów. Był osobą, która pomagała prawowitym spadkobiercom w odzyskaniu nieruchomości, które do nich należały. Michał Sobański nie przyznał się do stawianych zarzutów, złożył szczegółowe wyjaśnienia, zabezpieczono w tej sprawie materiał dowodowy, przesłuchano prawie wszystkich współpodejrzanych i szereg świadków oraz zabezpieczono dokumentację. Teraz prokuratura poszukuje spadkobierców czy też osób, które uważają, że powinny być spadkobiercami, i prowadzi te poszukiwania również na innych kontynentach – mówi Jan Mydłowski, adwokat, obrońca Michała Sobańskiego.

W sprawie dotyczącej Sobańskiego powstał we wrześniu br. list otwarty, którego sygnatariusze zwracają się z pytaniem, czy zastosowanie środka w postaci tymczasowego aresztu było oby na pewno konieczne. Podpisało się pod nim blisko 500 osób, w tym m.in. były senator PiS Jan Żaryn, współzałożyciel Inicjatywy Wolne Sądy Michał Wawrykiewicz, Dominika Wielowieyska z „Gazety Wyborczej”, Tomasz Sakiewicz – redaktor naczelny „Gazety Polskiej”, Jan Holoubek, Paulina Holtz, Maja Ostaszewska, Maciej Łubieński, Anna Czartoryska-Niemczycka, Maciej Radziwiłł i Jan Lubomirski.

Mimo to warszawski Sąd Okręgowy zadecydował we wrześniu o przedłużeniu tymczasowego aresztu dla Michała Sobańskiego. Jego obrońcy podkreślają, że prokuratura robi wszystko, aby przedłużyć areszt, a czynności prokuratorskie się przedłużają. Wynika to m.in. z braku możliwości przesłuchania trzech świadków z innych krajów. Ci są już w podeszłym wieku i nie chcą ryzykować przyjazdu do Polski w trakcie pandemii. Prokuratura innego rozwiązania nie proponuje, a jej opieszałość została wytknięta nawet przez sędziego podczas ostatniej rozprawy apelacyjnej.

– W tej sprawie mamy do czynienia z nadużyciem stosowania tymczasowego aresztowania. Niestety, ale w niej jak w soczewce skupiają się wszystkie problemy wymiaru sprawiedliwości, które sprawiają, że mamy do czynienia nie z wymiarem sprawiedliwości, tylko niesprawiedliwości – podkreśla adwokat Jan Mydłowski.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polskie-sady-nagminnie,p13771276

Problem smogu powrócił jak bumerang w sezonie grzewczym. Trzy śląskie miasta zwarły szyki, żeby walczyć z nim wspólnie

0

W Polsce smog zabija kilkunastokrotnie więcej osób, niż ginie ich w wypadkach samochodowych. Głównym winowajcą jest niska emisja ze źródeł komunalnych, a w miastach do problemu przyczynia się też transport drogowy i emitowane przez niego spaliny. Problem smogu i zanieczyszczeń powietrza, który dotyczy całej Polski, niczym w soczewce skupia się na Śląsku i wraca jak bumerang w każdym sezonie grzewczym. Dlatego w ramach kampanii „Oddech dla Polski” trzy miasta z tego województwa – Żywiec, Wodzisław Śląski oraz Tarnowskie Góry – łączą siły, żeby walczyć z nim wspólnie i zaangażować mieszkańców w nawet najdrobniejsze działania na rzecz poprawy jakości powietrza.

– Akcja „Oddech dla Polski” może być pewną iskrą dla całej Polski. Założyliśmy koalicję, żeby zaapelować i uświadomić mieszkańcom całego kraju, jak ważne dla ludzkiego życia jest czyste powietrze – mówi agencji Newseria Biznes Antoni Szlagor, burmistrz Żywca.

Polska już od lat plasuje się w niechlubnej czołówce państw Unii Europejskiej z najbardziej zanieczyszczonym powietrzem. Szkodliwe substancje wdycha na co dzień 90 proc. Polaków, a poziom stężenia szkodliwego pyłu PM10 i rakotwórczego benzo(a)pirenu jest przekroczony na większości obszarów kraju. Najnowsze badania z Uniwersytetu Harvarda i University College London pokazują, że wskutek chorób wywoływanych zanieczyszczeniem powietrza, takich jak astma, przewlekła obturacyjna choroba płuc, niewydolność oddechowa czy choroby układu krążenia, w Polsce umiera co roku ok. 90 tys. osób. To niemal dwa razy więcej, niż do tej pory szacowano, i więcej nawet, niż umiera ich wskutek innego czynnika ryzyka – palenia papierosów i narażenia na dym papierosowy (81 tys. zgonów rocznie).

Jedną z głównych przyczyn złej jakości powietrza jest niska emisja pochodząca ze źródeł komunalnych. W Polsce ok. 3,5 mln budynków wciąż jest zaopatrywanych w ciepło z przestarzałych pieców węglowych, tzw. kopciuchów. To one odpowiadają za ok. 87 proc. emisji rakotwórczego benzo(a)pirenu. Nie spełniają przy tym żadnych norm emisyjnych, są bezklasowe i emitują średnio od 7 do 23 razy więcej pyłów w stosunku do nowoczesnych kotłów. Są też droższe w utrzymaniu, ponieważ utrzymują sprawność średnio na poziomie ok. 60 proc. To oznacza, że wykorzystują efektywnie tylko 600 kg węgla z każdej spalonej tony.

Utrzymywanie tzw. kopciuchów nie opłaca się więc ani gospodarzowi, ani środowisku. Tym bardziej że w ramach rządowego programu Czyste Powietrze aż do 2029 roku można skorzystać z dotacji Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej na wymianę starego pieca. Co więcej, zgodnie z uchwałami antysmogowymi do końca 2021 roku trzeba wymienić wszystkie kotły, które mają więcej niż 10 lat i nie mają tabliczki znamionowej. Głównym problemem często okazuje się jednak brak wiedzy i świadomości, zwłaszcza wśród starszych pokoleń, które nie wiedzą, jak przeprowadzić taką inwestycję.

– Rozpoczęliśmy program czystej emisji i wymiany nieekologicznych pieców już w 2007 roku, kiedy o temacie smogu nikt jeszcze zbytnio nie mówił. I mieszkańcy wiele tych pieców wymienili. To oczywiście wiąże się z pewnymi niedogodnościami, bo teraz ekogroszek kosztuje o wiele więcej niż wcześniej, więc wśród mieszkańców powstaje wewnętrzne spięcie: „wymieniłem piec, a teraz nie mam pieniędzy na opał”. Dlatego tym mieszkańcom, których nie stać, pomagamy poprzez różnego typu działania, poprzez Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej – wyjaśnia burmistrz Żywca.

W kwietniu ubiegłego roku Forum Energii i KAPE przygotowały „Antysmogową mapę drogową dla Żywca. Czyste ciepło do 2030 roku”. Eksperci wskazali w nim, że mieszkańcy Żywca za ogrzewanie płacą 62 mln zł, z czego połowa idzie na węgiel. Około 80 proc. energii pierwotnej do ogrzewania domów pochodzi bowiem z węgla. Przejście na czyste źródła ciepła będzie kosztować 69 mln zł, czyli niewiele więcej, ale ograniczeniu ulegną również koszty zdrowotne smogu. Rok temu były one szacowane na 137 mln zł, a możliwa jest ich redukcja do 9 mln zł.

– Najważniejsza jest edukacja, zmiana mentalności. Musi być chęć do działania, zrozumienie ze strony mieszkańców, że my nie działamy wbrew ich woli, ale chcemy to robić razem z nimi, żeby wszystkie te działania przyniosły wymierne efekty – podkreśla Antoni Szlagor.

Według kalkulatora Polskiego Alarmu Smogowego spędzenie 4 godz. dziennie przez rok na powietrzu w niektórych miastach województwa śląskiego może być równoważne wypaleniu nawet 7 tys. papierosów, biorąc pod uwagę wdychane w tym czasie do płuc stężenia rakotwórczego benzo(a)pirenu. Podczas palenia papierosa wydziela się dym zawierający szkodliwe i rakotwórcze chemikalia, podobne do tych zawartych w smogu. Z tego powodu jednym z elementów kampanii „Oddech dla Polski” jest również walka z papierosami za pomocą wszystkich dostępnych środków, pozwalających wyeliminować szkodliwy dym papierosowy z przestrzeni miejskiej. Niektóre z miast rozważają możliwość utworzenia specjalnych stref wolnych od papierosów. Prowadzą również działania edukacyjne i profilaktyczne.

W Żywcu, Tarnowskich Górach i Wodzisławiu Śląskim stanęły punkty pozwalające na wykonanie badań spirometrycznych. Odwiedzający je mieszkańcy mogli nie tylko za darmo wykonać badanie, lecz również otrzymać porady przygotowane przez Fundację Ochrony Zdrowia Publicznego, pozwalające lepiej zrozumieć istotę nałogu, jakim jest palenie papierosów, związane z nim ryzyka zdrowotne i możliwości wyjścia z uzależnienia. Zgodnie z szacunkami Ministerstwa Zdrowia koszty medyczne i pozamedyczne palenia papierosów oraz narażenia na dym papierosowy osób postronnych sięgają około 33 mld zł.  

– Czyste powietrze możemy mieć dzięki różnym działaniom dotyczącym smogu, ruchu samochodowego czy nawet w sferze palenia papierosów. Każdy z tych obszarów jest ważny – mówi burmistrz Żywca. – Wszyscy też musimy zdać sobie sprawę, jak niezwykle ważna jest dla nas zieleń, która szybko przetwarza dwutlenek węgla na tlen.

W ramach akcji „Oddech dla Polski” na rynkach w Żywcu, Wodzisławiu Śląskim i Tarnowskich Górach stanęły „zielone ściany”, pokryte roślinnością pochłaniającą szkodliwe związki. Każdy z mieszkańców będzie mógł zawiesić na nich swoją roślinę, żeby symbolicznie wesprzeć walkę o czystsze powietrze.

W miastach do problemu smogu przyczynia się też transport drogowy i emitowane przez niego spaliny. Zawarte w nich substancje (m.in. tlenek węgla, tlenek azotu, związki ołowiu, tlenki siarki, metale ciężkie oraz węglowodory HC i ich pochodne) są dużo bardziej szkodliwe niż zanieczyszczenia pochodzące z fabryk, a na dodatek znajdują się dokładnie na wysokości nosa i to w ogromnym stężeniu, przez co spacer wzdłuż zakorkowanej ulicy jest wręcz „inhalacją” z mieszanki trucizn.

Na dodatek Polacy są przyzwyczajeni do prywatnego transportu – na każdy 1 tys. mieszkańców przypada ok. 580 samochodów, co jest wskaźnikiem niemal dwukrotnie wyższym niż w krajach rozwiniętych, takich jak Niemcy czy Austria, gdzie na każdy 1 tys. osób przypada ok. 300 aut. Jeździmy jednymi z najstarszych samochodów w UE, które statystycznie mają ok. 13 lat, ale wiek co trzeciego auta przekracza nawet 20 lat. Według danych z kontroli NIK w Polsce co czwarte auto przekracza limit emisji pyłów PM, a co drugie – limit emisji tlenku węgla.

Samorządy od lat starają się zająć również i tym problemem, m.in. wprowadzając strefy czystego transportu, promując komunikację miejską albo kupując elektryczne autobusy. Choć problem smogu udaje się ograniczać, to jak bumerang wraca on w sezonie grzewczym.

– Wspólnie z gminami realizujemy m.in. program Stop Smog i Słoneczna Żywiecczyzna, w którym zastępujemy źródła wytwarzające smog, wymieniamy je na fotowoltaikę i pompy ciepła. W tej chwili realizujemy 3 tys. takich instalacji w całym powiecie żywieckim. Wszystkie te działania – w tym też podłączenie się do ciepła systemowego, szukanie nowych rozwiązań w gospodarce odpadami, wprowadzenie autobusów ekologicznych, apelowanie do mieszkańców, przynoszą efekty – mówi Antoni Szlagor. – Jeszcze w 2016 roku byliśmy w czołówce najbardziej zasmogowanych miast w Polsce. Gdy rozpoczęliśmy tę ogromną walkę ze smogiem, wylecieliśmy z tego rankingu, teraz Żywca już w nim nie ma. My o smogu możemy jedynie mówić w okresie grzewczym, jesienno-zimowym. W pozostałych go u nas nie ma. Ale o to właśnie chodzi, żeby wygrać tę walkę ze smogiem w okresach grzewczych.

Eksperci Forum Energii szacują, że do 2030 roku żywieckie inwestycje na źródła ogrzewania i ocieplenie budynków sięgną 407 mln zł, a nakład ten może się zwrócić w ciągu nieco ponad trzech lat.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/problem-smogu-powrocil,p626641361

Od przyszłego roku producentom będą grozić kary za niewłaściwe oznaczanie żywności „bio” i „eko”. Firmy często wykorzystują ekologię w celu zwiększania sprzedaży

0

Od 2022 roku w Polsce zaczną obowiązywać przepisy dotyczące produkcji i certyfikacji wyrobów ekologicznych. Producenci będą musieli się liczyć z karami za niewłaściwe użycie oznaczeń „bio” lub „eko”, wprowadzanie konsumentów w błąd i fałszywe stylizowanie swoich wyrobów na ekologiczne. – Dzięki temu będziemy mieć pewność, że produkty w sklepach faktycznie pochodzą z rolnictwa ekologicznego. Rzadziej natkniemy się też na takie, które ekologiczne tylko udają – mówi dr Małgorzata Pietras-Szewczyk z Dolnośląskiej Szkoły Wyższej we Wrocławiu. Dziś wiele firm wykorzystuje w swoich przekazach do konsumentów swoje proekologiczne inicjatywy, ale często są one pozorne.

– W Unii Europejskiej trwają w tej chwili prace nad wprowadzeniem nowego rozporządzenia dotyczącego certyfikacji produktów rolnictwa ekologicznego. Powstanie baza, do której zostaną wpisani wszyscy producenci żywności ekologicznej, co ma m.in. umożliwić ich kontrolowanie. Wprowadzone zostaną też kary za oznaczanie produktów symbolami zbliżonymi do certyfikatu europejskiego rolnictwa ekologicznego – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Małgorzata Pietras-Szewczyk, adiunkt w Dolnośląskiej Szkole Wyższej we Wrocławiu.

Zgodnie z obowiązującymi w UE przepisami produkty ekologiczne muszą się składać w ponad 50 proc. ze składników pochodzenia rolniczego (woda i sól nie są brane pod uwagę). Ponadto co najmniej 95 proc. tych składników musi pochodzić z upraw ekologicznych. Takie produkty są oznaczone symbolem listka otoczonego gwiazdkami na zielonym tle. To właśnie unijny certyfikat produkcji ekologicznej, dość dobrze kojarzony przez konsumentów.

W Polsce działa 13 jednostek certyfikujących, które na podstawie upoważnienia Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi wydają lub cofają takie certyfikaty. Unijnym logo można bowiem oznaczać tylko te wyroby, które spełniają surowe normy dotyczące produkcji, przetwarzania, transportu i przechowywania.

Od 1 stycznia 2022 roku – zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2018/848 w sprawie produkcji ekologicznej i znakowania produktów ekologicznych, którego implementacja została przesunięta ze względu na pandemię – te normy zostaną dodatkowo zaostrzone. Rozporządzenie poszerza też listę produktów, które mogą zostać poddane certyfikacji ekologicznej i wprowadza zmienione zasady takiej certyfikacji.

– Zmiany obejmą również wprowadzenie de facto nowego zawodu kontrolera jakości żywności rolnictwa ekologicznego. Będzie to zawód skierowany do osób, które posiadają wykształcenie rolnicze lub są technologami żywności i żywienia – mówi dr Małgorzata Pietras-Szewczyk.

Unijne wymogi zaimplementuje w Polsce nowa ustawa o rolnictwie ekologicznym, która zastąpi tę z 2009 roku. Ma ona uporządkować rynek żywności ekologicznej i wzmocnić system kontroli produkcji takich wyrobów.

 Podczas codziennych zakupów często nie zwracamy uwagi na znaczki. Widzimy zielone logo z napisem „bio” lub „eko” i myślimy, że faktycznie tak jest. Tymczasem to jest po prostu podobny znaczek, który ma udawać certyfikat produkcji ekologicznej. Teraz oznaczanie produktów w sposób zbliżony do tego znaku będzie karane, aby nie wprowadzać konsumentów w błąd – mówi ekspertka Dolnośląskiej Szkoły Wyższej we Wrocławiu. – Dzięki temu będziemy mieć pewność, że produkty, które znajdujemy w sklepach, faktycznie pochodzą z rolnictwa ekologicznego. Rzadziej natkniemy się też na takie, które produkty rolnictwa ekologicznego tylko udają.

Jak zauważa, w Polsce konsumenci są coraz bardziej świadomi i wybierają zdrowszą żywność lepszej jakości. Z raportu Farmy Świętokrzyskiej „Trendy w ekozakupach Polaków” wynika, że ekologiczne produkty przynajmniej raz na jakiś czas kupuje 86 proc. Polaków. Aż dwie trzecie z nich jest w stanie zapłacić za nie więcej niż podobne produkty nieekologiczne.

– I właśnie to jest wykorzystywane przez producentów do oszustwa, do oznakowywania produktów w sposób niezgodny z prawdą. Przez to konsumenci, którzy szukają produktów ekologicznych, często niestety kupują te, które nimi nie są – mówi dr Małgorzata Pietras-Szewczyk.

Jak pokazuje raport „Żywność ekologiczna w Polsce. Raport 2021”, opracowany przez NielsenIQ i Koalicję na Rzecz Rozwoju Rynku Żywności Bio, wartość polskiego rynku żywności ekologicznej szacowana jest na 1,36 mld zł, co stanowi raptem ok. 0,5 proc. całego rynku spożywczego. Ten segment szybko się jednak rozwija. Na koniec ubiegłego roku w Polsce działało prawie 18,6 tys. gospodarstw certyfikowanych jako ekologiczne.

Rosnąca świadomość ekologiczna Polaków jest wykorzystywana nie tylko w obszarze żywności.

W telewizji mamy do czynienia z reklamami, które z jednej strony sugerują nam wręcz, żebyśmy nie kupowali nowych ubrań, żebyśmy wykorzystywali i nosili swoje stare ubrania, ale jednocześnie w obrazie tej reklamy mamy prezentację nowej kolekcji danej firmy odzieżowej. Czyli nasz wzrok rejestruje obrazy, widzi nową kolekcję i pojawia się u nas potrzeba kupowania. Chociaż jestem świadoma, że nie powinnam kupować nowych ciuchów, mam już ich dużo, to szkodzi środowisku. Dlatego tu pojawia się wątek, że ta firma jednak produkuje w sposób zrównoważony, wykorzystuje materiały z recyklingu, więc nic wielkiego się nie stanie, jeżeli kupię jednak tę nową bluzkę – opisuje stosowane mechanizmy ekspertka Dolnośląskiej Szkoły Wyższej we Wrocławiu.

Jak podkreśla, coraz częściej mamy na rynku do czynienia ze zjawiskiem greenwashingu. Polega ono na tym, że firmy wykorzystują ekologię w celu zwiększania sprzedaży i przyciągnięcia klientów, ale często są to tylko pozorne inicjatywy. Firmy stosujące greenwashing starają się uchodzić za bardziej ekologiczne, niż są w rzeczywistości.

Myślę, że z greenwashingiem spotykamy się częściej, ale nikt nie monitoruje np. tego, czy koszulki danej marki naprawdę pochodzą w jakiejś części z bawełny z odzysku. Producent tak deklaruje, ale my, jako konsumenci, nie jesteśmy tego w stanie sprawdzić. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy są to też w stanie sprawdzić instytucje typu Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Zwłaszcza że to zjawisko często dotyczy globalnych graczy i dużych korporacji. Ciężko jest prześledzić cały ich łańcuch dostaw i sprawdzić, czy naprawdę używają rzeczy z recyklingu, czy też są to tylko hasła rzucane pod klienta – mówi dr Małgorzata Pietras-Szewczyk.

Skala tego zjawiska jest niemała: w styczniu tego roku Komisja Europejska i krajowe organy odpowiedzialne za ochronę konsumentów w poszczególnych krajach UE opublikowały wyniki badania obejmującego sektory: odzież, kosmetyki i sprzęt gospodarstwa domowego. Wynika z nich, że aż w 42 proc. przypadków ekologiczne deklaracje producentów były przesadzone, fałszywe lub wprowadzające w błąd i mogły potencjalnie zostać uznane za nieuczciwe praktyki handlowe.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/od-przyszlego-roku,p38303679

Inflacja i wzrost kosztów produkcji uderzają w polskie firmy. Część z nich szuka okazji do ograniczenia wzrostów, inwestując za granicą

0

Zgodnie z nowymi danymi GUS inflacja w listopadzie wyniosła 7,7 proc. To wynik nienotowany od 21 lat. Wzrosty cen trapią też inne europejskie gospodarki. W październiku ceny w całej UE były wyższe o 4,4 proc. r/r, co jest najwyższym odczytem od co najmniej 1997 roku, od kiedy Eurostat podaje dane. Dynamiczny wzrost cen i zerwane w pandemii łańcuchy dostaw przekładają się na utrudnienia w działalności polskich firm. Jednym ze sposobów na ich ograniczenie może być międzynarodowa ekspansja. – Część polskich firm dostrzegła dla siebie duże możliwości przejmowania zagranicznych podmiotów albo rozwijania się za granicą właśnie dzięki temu, że na niektórych rynkach sytuacja nie zmienia się aż tak dynamicznie – mówi Maciej Bałabanow z Funduszu Ekspansji Zagranicznej PFR TFI.

– Aktualna sytuacja rynkowa, która charakteryzuje się przede wszystkim wzrostem cen, przekłada się na działalność wszystkich firm w polskiej i światowej gospodarce. Istotny jest też fakt, że te ceny nie wszędzie rosną równomiernie. Dla przykładu w Europie – m.in. z powodu kryzysu energetycznego, z którym mamy aktualnie do czynienia – rosną bardziej dynamicznie niż w Azji. To z kolei oznacza, że dywersyfikacja geograficzna umożliwia przedsiębiorstwom dostęp do czynników produkcji w tych regionach, gdzie ceny przynajmniej chwilowo są jeszcze niższe – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Maciej Bałabanow, dyrektor zarządzający Funduszem Ekspansji Zagranicznej w PFR TFI.

Październik był kolejnym miesiącem rekordowo wysokiej inflacji. Spośród 32 krajów europejskich (w tym również UE i strefy euro ogółem) w 27 inflacja przekroczyła 3 proc., a w 11 była wyższa niż 5 proc. W całej UE ceny były wyższe o 4,4 proc. r/r, co jest najwyższym odczytem, odkąd Eurostat zaczął raportować dane o inflacji – pokazuje ekspertyza opracowana przez zespół analityczny Polskiego Funduszu Rozwoju. Wynika z niej również, że wzrost kosztów i zakłócenia w łańcuchu dostaw negatywnie odbijają się na wynikach badań koniunktury gospodarczej. Wprawdzie w każdym z państw wskaźnik PMI przemysłu przekroczył w październiku 50 pkt, ale ogółem w strefie euro i całej UE był nieznacznie niższy niż we wrześniu. 

– Perspektywy dotyczące dalszych wzrostów cen mają dwa filary. Pierwszy to czynnik okresowy, wynikający m.in. z mniejszej dostępności nośników energii w Europie, który pewnie minie w średnim okresie. Natomiast drugi filar to czynniki trwałe, które mają związek właśnie z modyfikacją światowej gospodarki w kierunku niskoemisyjnym, zmniejszającym wpływ na środowisko – mówi ekspert.

W Europie, oprócz historycznie wysokich cen gazu, do galopujących cen najmocniej przyczyniają się rosnące koszty uprawnień do emisji CO2 w unijnym systemie ETS. Wzrosły one z 25 euro za tonę CO2 jeszcze na początku 2020 roku do około 75 euro obecnie. Przez niedobory gazu rosną także ceny tego surowca, co sumarycznie przekłada się na wyższe ceny energii i wzrost cen produkcji w wielu branżach. Odczuwają go również przedsiębiorstwa w Polsce. Jednocześnie w ramach walki ze skutkami pandemii wszystkie państwa przyjęły plany odbudowy gospodarki, które zakładają wzrost inwestycji, co z kolei powoduje zwiększony popyt na materiały i usługi oraz wzrost ich cen. Z kolei w wymiarze globalnym przyspiesza produkcja mocy z energii odnawialnej, co generuje wzrost inwestycji w infrastrukturę i napędza m.in. wzrost cen stali.

W sytuacji rosnących cen znalazło się wiele branż, a przedsiębiorstwa radzą sobie z nimi na różne sposoby. Część z nich przenosi ten wzrost na odbiorców końcowych i nawet czerpie z tego korzyści – pod warunkiem że nie przekłada się to na istotne obniżenie końcowego popytu. Z drugiej strony są sektory, w których obecna sytuacja wpływa na spadek marż, co jest spowodowane na przykład tym, że mają one podpisane kontrakty bez klauzuli indeksacji cen.

Ekspert ocenia, że w nadchodzącym czasie wzrost cen niekoniecznie wyhamuje, choć nie dotyczy to wszystkich produktów i branż. Tanieć będą te materiały, których ceny zostały tylko przejściowo zakłócone przez pandemię COVID-19 i czynniki jednorazowe.

 Ten wzrost cen i zerwane łańcuchy dostaw przekładają się na trudniejsze warunki działania i ekspansji firm – mówi dyrektor zarządzający Funduszem Ekspansji Zagranicznej w PFR TFI. – Widzimy jednak, że wszystkie firmy, które już wcześniej zdecydowały się na ekspansję, teraz korzystają z jej dobrodziejstw, np. dzięki dostępowi do tańszych czynników produkcji i możliwości korzystania z tańszych materiałów za granicą. Dodatkowo firmy działające za granicą mają dostęp do technologii, które często są tańsze w wytwórstwie albo pozwalają na osiągnięcie pewnych oszczędności. To sumarycznie powoduje, że ich produkty mogą być tańsze dla końcowego konsumenta.

Jak podkreśla ekspert, zaletą ekspansji zagranicznej jest możliwość dywersyfikacji źródeł dostawców. Wieloletnie relacje zagraniczne pomagają też w zabezpieczeniu łańcuchów dostaw i mogą ograniczać szoki cenowe, z którymi ostatnio borykały się m.in. branża hutnicza i przedsiębiorstwa bazujące na dostępie do mikroprocesorów. W tym drugim przypadku producenci elektroniki czy pojazdów dotkliwie przekonali się, jak istotne są relacje zagraniczne dla utrzymania ciągłości produkcji. Niedobór podaży mikroprocesorów skłonił wiele firm do zadbania o bardziej odporne łańcuchy dostaw i rozwijania bezpośrednich relacji m.in. z producentami półprzewodników.

– Każdy moment na ekspansję zagraniczną jest dobry, co wynika z faktu, że żyjemy w gospodarce, która dynamicznie się zmienia. Mamy bardzo wiele niepewności, która otwiera też nowe możliwości inwestycyjne – mówi Maciej Bałabanow.

Statystyki pokazują, że polskie firmy są coraz bardziej zainteresowane zagraniczną ekspansją – nie tylko eksportową, ale i kapitałową. Mimo spowolnienia gospodarczego również w ubiegłym roku wartość bezpośrednich inwestycji za granicą była wysoka i wyniosła 5 mld zł (wobec 7,1 mld zł w 2019 roku). Z badania przeprowadzonego przez ICAN Institute wśród firm obecnych na rynkach zagranicznych wynika, że trzy czwarte z nich w dobie pandemii odnotowało wzrost sprzedaży lub jej stabilizację za granicą. Prawie połowa podkreśliła, że ich biznes na innych rynkach rozwijał się w tym czasie lepiej niż w Polsce. 35 proc. deklarowało, że weszło na co najmniej jeden rynek zagraniczny.

– Właśnie w tych momentach, kiedy gospodarka dynamicznie się zmienia, pojawiają się możliwości inwestycyjne, dobre lokaty za granicą. Trzeba jednak zwrócić uwagę na fundamenty sukcesu ekspansji zagranicznej, czyli m.in. mieć bardzo dobry zespół menedżerski, dobrze przemyślany kierunek ekspansji, jak również strategię oraz plan taktyczny tej ekspansji – mówi ekspert PFR TFI.

Fundusz Ekspansji Zagranicznej to jedyny tego typu instrument w Polsce, który współinwestuje z rodzimymi przedsiębiorstwami poza granicami kraju, zarówno w formie brownfield, czyli przejmowaniu zagranicznych spółek, jak i greenfield, czyli tworzeniu nowych zakładów, np. fabryk od zera. Firmy, które planują taki rodzaj ekspansji, mogą się ubiegać o współfinansowanie funduszu sięgające nawet kilkunastu milionów euro, a dodatkową korzyścią jest rozłożenie ryzyka związanego z wejściem na całkiem nowy rynek. Od początku działalności w 2016 roku fundusz podpisał kilkanaście umów inwestycyjnych. Wśród niedawnych inwestycji są m.in. współfinansowanie rozbudowy portfela hoteli White Olive w Grecji przez Rainbow Tours czy pożyczka dla spółki Victoria Dom w celu rozwoju działalności deweloperskiej na rynku niemieckim.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/inflacja-i-wzrost-kosztow,p2068004176

Od 1 grudnia manualny pobór opłat na państwowych autostradach przestanie działać. Kierowcy osobówek będą płacić przez system e-TOLL lub kupować e-bilety

0

Podniesione szlabany na bramkach nie oznaczają jednak, że kierowcy osobówek przejadą bez opłat po zarządzanych przez GDDKiA odcinkach autostrad A2 Konin–Stryków i A4 Wrocław–Sośnica. Obecny Manualny System Poboru Opłat dla pojazdów o dopuszczalnej masie całkowitej poniżej 3,5 tony zostanie od 1 grudnia zastąpiony nowym, elektronicznym systemem e-TOLL, podobnie jak miało to miejsce z początkiem października dla samochodów ciężarowych. Wszyscy użytkownicy muszą zarejestrować swoje auta w nowym systemie e-TOLL i wyposażyć je w urządzenia lokalizacyjne lub zakupić e-bilet autostradowy uprawniający do przejazdu. 

 Mieliśmy w ostatnim czasie dość duże wydarzenie w branży transportowej, mianowicie zmianę systemu opłat drogowych w Polsce. Przeszliśmy z viaTOLL na e-TOLL. Wcześniejszy system funkcjonował na zasadzie bramownic i urządzeń, które komunikowały się za pomocą mikrofal. W nowej technologii wszystko odbywa się zdalnie, za pomocą systemu GPS i transmisji danych geolokalizacyjnych pojazdów do systemu e-TOLL. Potrzebne są też nowe urządzenia, które należało wymienić w odpowiednim czasie. Ta sprawa dotyczyła wcześniej transportu ciężkiego, ale z początkiem grudnia obejmie również pojazdy lekkie – mówi agencji Newseria Biznes Mariusz Derdziak, ekspert DKV Mobility Polska.

Szybki przejazd przez bramki pozwoli kierowcom zaoszczędzić sporo czasu, jednak zanim to nastąpi, muszą oni jak najszybciej przejść przez procedurę rejestracyjną w systemie e-TOLL i wyposażyć swoje samochody w urządzenia geolokalizacyjne (OBU/ZSL) lub zainstalować na swoich smartfonach specjalną aplikację e-TOLL PL, dzięki której system będzie mógł śledzić telefon wraz z przypisanym do niego pojazdem.

– To jednak nie koniec obowiązków i wyzwań, przed jakimi staną osobowi użytkownicy e-TOLL – dodaje Mariusz Derdziak. – Warto pamiętać, że urządzenia i aplikacja służą tylko do rejestracji i naliczania opłat w systemie; ale już ich regulowanie, pilnowanie stanu konta i odpowiedzialność za braki lub opóźnienia w płatnościach są już w gestii użytkowników. Tu z pomocą przychodzi DKV Mobility Polska, który jako jedyny operator kart flotowych może wspierać swoich klientów we wszystkich aspektach uiszczania opłat w nowym systemie. Na stronach e-TOLL można znaleźć szczegółowe informacje dotyczące usług i zakresu wsparcia, jakie poszczególni dostawcy kart zapewniają swoim klientom.

DKV było także pierwszym emitentem kart, dzięki któremu od 4 października można było rozliczać opłaty drogowe w systemie e-TOLL. Do tego momentu płatności można było realizować za pomocą BLIK-u lub kart Mastercard oraz Visa. Jednak każdej takiej transakcji należało dokonywać odrębnie, pilnując przy tym stanu środków w systemie e-TOLL. To o tyle ryzykowne, że w przypadku braku zarejestrowania transferu na czas kierowcom grożą kary.

– Uruchomienie płatności za e-TOLL kartą paliwową to bardzo duże ułatwienie dla użytkowników. Po pierwsze, mogą oni ustawić sobie doładowania automatyczne. Przykładowo ustalamy kwotę doładowania w wysokości 100 zł i ustawiamy próg minimalny salda np. na kwotę 20 zł. Po jego przekroczeniu system automatycznie pobierze z karty zadeklarowaną wcześniej kwotę doładowania. Dzięki temu nie musimy cały czas kontrolować stanu konta – wyjaśnia ekspert DKV Mobility Polska. – Warto jednak zaglądać tam raz na jakiś czas i sprawdzać, czy nie ma na koncie jakichś nieopłaconych przejazdów. Wtedy można je uregulować w ciągu trzech dni bez naliczenia kary. A przypominam, że w przypadku pojazdu osobowego jest to 500 zł za nieopłacony przejazd, a w przypadku pojazdu ciężarowego 1,5 tys. zł.

Dlatego karta paliwowa może się okazać najwygodniejszą opcją rozliczania e-TOLL dla użytkowników aut osobowych. Mogą skorzystać z niej zarówno użytkownicy aplikacji mobilnej e-TOLL PL, posiadacze urządzeń OBU/ZSL, jak i klienci chcący doładować swoje konto manualnie w punktach obsługi klienta (POS).

– Poza tym za pomocą jednej karty paliwowej przedsiębiorca może zapłacić nie tylko za opłaty drogowe, ale również za paliwo, warsztaty, myjnie, parkingi czy akcesoria na stacjach oraz wliczyć sobie wszystkie te pozycje w koszty prowadzenia działalności gospodarczej, co w przypadku rozdrobnionych płatności rzadko ma miejsce lub jest mocno utrudnione – dodaje Mariusz Derdziak.

Dla kierowców, którzy nie chcą dzielić się z operatorem systemu e-TOLL danymi o swojej lokalizacji lub nie posiadają przystosowanych do tego celu urządzeń, jedyną alternatywą będzie zakup tzw. e-biletu autostradowego, w którym z wyprzedzeniem trzeba określić czas i miejsce poruszania się po płatnych odcinkach dróg, oraz podać numery rejestracyjne pojazdu. Zdalny zakup biletów ma od 1 grudnia umożliwiać bezpłatna aplikacja e-TOLL PL BILET. Będzie je można także nabyć stacjonarnie w wybranych punktach partnerów systemu e-TOLL – najprawdopodobniej na stacjach paliwowych poprzedzających wjazdy na płatne odcinki dróg. Operator systemu nie udostępnił jeszcze aplikacji ani wykazu miejsc pozwalających na zakup e-biletów.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/od-1-grudnia-manualny,p1931786022

Firmy przemysłowe mają dziś wyższą zdolność do konkurowania niż przed pandemią. Duża w tym zasługa inwestycji w maszyny i urządzenia

0

Zdolność do konkurowania polskich firm przemysłowych jest znacznie wyższa niż rok temu. Wskazuje na to Index MiU przygotowywany regularnie przez Siemens Financial Services w Polsce. W II połowie br. wynosi on 50,60 pkt i jest o 6,69 pkt wyższy niż przed rokiem. O większej zdolności firm do konkurowania zarówno teraz, jak i w kolejnym roku decydują takie czynniki jak inwestycje w park maszynowy, automatyzacja procesu produkcji czy dywersyfikacja rynków zbytu. Coraz większa w tym rola finansowania zewnętrznego, na jakie decydują się badane przedsiębiorstwa. Jako największe wyzwanie na kolejne miesiące firmy wskazują wzrost cen surowców, problemy z pozyskiwaniem pracowników i zmiany spowodowane ochroną środowiska.

Index MiU opisuje zdolność do konkurowania firm z branż poligraficznej, spożywczej, obróbki metalu i przetwórstwa tworzyw sztucznych. Wskazuje też, jak zmienia się w czasie ich zdolność do zwiększania aktywności eksportowej i wzrostu możliwości sprzedaży krajowej, między innymi dzięki inwestycjom w maszyny i urządzenia.

– Tegoroczny wynik jest najwyższy ze wszystkich dotychczasowych pomiarów, lepszy również od tego, jaki zaobserwowaliśmy w I kwartale 2020 roku, czyli przed rozpoczęciem pandemii w Polsce – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Jarzębski, Country Head of Sales w Siemens Financial Services w Polsce. – Wskaźnik ten zmienił się przede wszystkim dzięki wzrostowi inwestycji w odnowienia środków trwałych, wzrostowi sprzedaży krajowej, eksportu oraz większej dywersyfikacji rynków zbytu przez ankietowanych przedsiębiorców.

Tegoroczny wynik wskazuje więc na znacznie lepszą kondycję firm do konkurowania, zarówno obecnie, jak i w najbliższych 12 miesiącach.

– Ostatnie półtora roku to czas pełen zawirowań i zmian w gospodarce, firmy borykały się z wieloma problemami związanymi z dostawami, ze spadkiem popytu i zamrożeniem części gospodarki. Szczególnie istotny i trudny dla przedsiębiorców był okres pierwszej fali pandemii, kiedy firmy działały w kompletnie nowych warunkach, w niepewnej rzeczywistości – mówi ekspert Siemens Financial Services w Polsce. – Dziś mamy do czynienia z zupełnie inną sytuacją. Znaczna część przedsiębiorców zmodyfikowała swoje modele biznesowe w taki sposób, że są one w stanie generować wzrost w nowych warunkach, są bardziej elastyczne i umożliwiają szybsze wyjście z kolejnych fali pandemii.

Najwyższą zdolność do konkurowania ma branża przetwórstwa tworzyw sztucznych – subindeks MiU dla tej branży wynosi obecnie 54,72 pkt. W porównaniu do ubiegłorocznego pomiaru kondycja do konkurowania poprawiła się również dla branży poligraficznej (53,70 pkt) oraz obróbki metali (52,93 pkt).

– Po słabszych wynikach w ostatnim badaniu w obydwu tych branżach notujemy dwucyfrowy wzrost wskaźnika. W związku z tym możemy się spodziewać większej aktywności przedsiębiorstw z tych sektorów w rozwijaniu nowych rynków zbytu. Wynik wskazuje także na zdecydowanie mniejsze ryzyka dla partnerów biznesowych współpracujących z tymi branżami – ocenia Grzegorz Jarzębski.

Z kolei subindeks dla branży spożywczej wynosi obecnie 41,07 pkt i w relacji do ubiegłego roku jest to spadek o 7,69 pkt.  Aktualny odczyt oznacza, że w nadchodzących 12 miesiącach można się spodziewać mniejszej zdolności przetwórców spożywczych do konkurowania. W przypadku branży spożywczej spadki można zaobserwować w sześciu na osiem badanych obszarów, jednak na uzyskany wynik najbardziej wpływa przyhamowanie inwestycji na odnowienia parku maszyn i urządzeń. Warto jednak podkreślić, że obecny pomiar obejmuje również okres drugiej i trzeciej fali pandemii, w której część gospodarki była w pewnym zakresie zamrożona, np. sektor HoReCa.

– Przed firmami z wszystkich badanych branż stoją dziś nowe wyzwania, zarówno związane z dostępnością surowców, ze zmianami na rynku pracy, jak również z inflacją. Przedsiębiorcy pytani o trendy w branżach najczęściej wskazują na wzrost cen surowców. Ponad 56 proc. uznaje to za istotne wyzwanie. Dodatkowo ankietowani twierdzą, że to zostanie z nami na dłuższy czas – dodaje ekspert Siemens Financial Services w Polsce.

Kolejnym trendem dostrzeganym przez przedsiębiorców są zmiany związane z rynkiem pracy i pozyskiwaniem pracowników. Na ten problem wskazuje ponad 43 proc. ankietowanych z wszystkich branż. Ponad 30 proc. przedsiębiorców dostrzega także problemy związane z dostępnością komponentów i surowców.

Rosnące ceny surowców są największym wyzwaniem dla przedstawicieli branży przetwórstwa tworzyw sztucznych – 61 proc. ankietowanych wskazuje na ten trend. Z kolei dostępność surowców jest bardzo często wskazywana przez przedstawicieli branży poligraficznej. Rosnące problemy na rynku pracy związane z pozyskiwaniem nowych pracowników, bez względu na poziom kwalifikacji, to trendy wskazywane przede wszystkim przez przedstawicieli branży spożywczej oraz obróbki metalu. Ponad połowa (56 proc.) przedstawicieli tych branż wskazuje na ten problem – uściśla Grzegorz Jarzębski.

Blisko 19 proc. badanych wskazuje również na wyzwania związane z ochroną środowiska. Co 10. ankietowany wymienia natomiast rosnącą konkurencję.

Z badania Siemens Financial Services w Polsce wynika, że obecnie ponad 2/3 firm wykorzystuje środki zewnętrzne do finansowania inwestycji w rozwój parków maszyn i urządzeń. Ponad 21 proc. wykorzystuje wyłącznie środki zewnętrzne, a 41 proc. wspiera je również kapitałem własnym. W porównaniu do wyników z zeszłego roku wzrósł odsetek firm (o 9 pkt proc.), które korzystają wyłącznie z finansowania zewnętrznego, a mniej jest firm, które opierają się wyłącznie na kapitale własnym.

– Zarówno w ostatnim badaniu, jak i w dwóch poprzednich widzimy kluczową rolę finansowania zewnętrznego we wzmacnianiu zdolności firm do konkurowania. Przedsiębiorstwa, które z niego korzystają, częściej dokonują odnowienia parku maszyn czy automatyzacji procesów produkcyjnych. Są też lepiej przygotowane do radzenia sobie z wyzwaniami spowodowanymi przez pandemię COVID-19 – podsumowuje ekspert Siemens Financial Services w Polsce.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/firmy-przemyslowe-maja,p734985885