Strona główna Blog Strona 71

Uzdrowiska chcą przyciągać także młodych i aktywnych kuracjuszy. Zainteresowanie takimi miejscami wzrosło w okresie pandemii

0

Przebyty COVID-19 dla wielu pacjentów oznacza konieczność rehabilitacji i długotrwałej rekonwalescencji, co znacznie zwiększyło popularność uzdrowisk i sanatoriów. Na wypoczynek w takich miejscach decydują się nie tylko seniorzy, lecz również osoby młode i aktywne, które chcą równocześnie skorzystać z uroków okolicy i zadbać o swoje zdrowie. Rosnące zainteresowanie skłoniło właścicieli Uzdrowiska Ustroń, jednego z najpopularniejszych w Polsce, do inwestycji w rozbudowę. To duże przedsięwzięcie, bo modernizacja uważanego za perłę polskiej architektury miejsca będzie opierać się na historycznych planach. Dla miasta ważny jest też fakt, że inwestycja stworzy nowe wakaty i możliwości rozwoju kariery zawodowej w sektorze medycznym, szczególnie w pielęgniarstwie.

– Ustroń zmienia się na przestrzeni lat i to widać, natomiast teraz stawiamy nacisk na całkiem inny model funkcjonowania naszego uzdrowiska. Nie chcemy być już kojarzeni tylko z miejscem dla starszych kuracjuszy. Nastawiamy się na model młodego, aktywnego turysty – kuracjusza, który przy okazji zabiegów w uzdrowisku aktywnie spędza czas. W tym kierunku idziemy już od kilku lat, m.in. bardzo aktywnie rozwijając trasy rowerowe – mówi agencji Newseria Biznes Przemysław Korcz, burmistrz miasta Ustroń.

Ustroń jest jedną z najpopularniejszych miejscowości uzdrowiskowych w Polsce. W 2019 roku przyjął ponad milion noclegów i pod względem relacji bazy noclegowej do liczby przyjezdnych zajmuje czołowe miejsca w rankingach. Miasto dysponuje też bardzo dobrze rozwiniętą bazą zdrowotną – na 16 tys. mieszkańców przypada tu aż 450 lekarzy. Uzdrowisko Ustroń w ciągu roku ma z kolei średnio 96 proc. zajętości łóżek, a liczba chętnych na przyjazd do Ustronia sukcesywnie rośnie.

– Uzdrowisko Ustroń to jest miejsce na mapie Śląska, które od początku miało przyciągać turystów i pacjentów przyjeżdżających tutaj po zdrowie. Natomiast teraz – z perspektywy szybkich i zaganianych czasów – wydaje się, że jest to też miejsce, które przyciąga ludzi przyjeżdżających po spokój – mówi Adam Szlachta, prezes zarządu American Heart of Poland.

Większościowy pakiet Przedsiębiorstwa Uzdrowiskowego „Ustroń” S.A. od ponad dekady należy do Polsko-Amerykańskich Klinik Serca. To spółka założona w 2000 roku przez grupę lekarzy z Polski i ze Stanów Zjednoczonych, która ma na koncie duże sukcesy m.in. w dziedzinie kardiologii i kardiochirurgii. Wpadli oni na pomysł założenia prywatnej kliniki kardiologicznej, a dziesięć lat później grupa American Heart of Poland stanęła przed wyzwaniem prywatyzacji uzdrowiska. Przyświecała jej myśl, że sieć leczenia kardiologicznego w różnych miejscach na mapie Polski będzie miała swoją kontynuację w Uzdrowisku Ustroń.

Mieliśmy okazję uczestniczyć w konkursie prywatyzacji, który udało nam się wygrać, już wtedy przewidując istotne zapotrzebowanie związane z kompleksowym leczeniem pacjentów nie tylko w reżimie szpitalnym. Teraz jesteśmy już blisko 10 lat po tej prywatyzacji i doszliśmy do poziomu, w którym obecna zajętość łóżek sięga średniorocznie 96 proc. W tej sytuacji nie jesteśmy już w stanie nic więcej zaoferować, mimo że mamy chętnych – mówi Adam Szlachta.

Znaczenie takich miejsc wzrosło zwłaszcza w okresie pandemii. Wielu pacjentów po przejściu COVID-19 wymaga bowiem długotrwałej rehabilitacji. Z kolei w czasie największej liczby zachorowań Uzdrowisko Ustroń służyło jako izolatorium dla pacjentów z koronawirusem. 

Po przeprowadzeniu analiz grupa American Heart of Poland zdecydowała się na rozbudowę i modernizację Uzdrowiska Ustroń. Jak podkreśla prezes zarządu spółki, koncepcja rozbudowy ma być zgodna z historycznymi planami architektonicznymi, spójna z architekturą otoczenia i charakterem kompleksu.

– Zakładamy, że czas trwania tej modernizacji powinien być możliwie najkrótszy, przy czym trzeba mieć na uwadze jej wielkość, ponieważ wszystkie obiekty chcemy w pełni zmodernizować i rozbudować o możliwości w zakresie lecznictwa, wellness, SPA i szpitala zabiegowego. Potrzebujemy wybudować dodatkowe miejsca – mówi Adam Szlachta.

Ustrońskie uzdrowisko jest w mieście największym pracodawcą, dlatego na jego modernizacji ma skorzystać też lokalna społeczność. Inwestor podkreśla, że nowe wakaty stworzą możliwości kształcenia i rozwoju kariery zawodowej w sektorze medycznym. Wspierane ma być zwłaszcza pielęgniarstwo, jako zawód szczególnie ważny w dobie kryzysu ochrony zdrowia.

Plany rozbudowy mogą dać nową jakość naszemu uzdrowisku i miastu – mówi burmistrz Ustronia. – Współpraca z władzami Uzdrowiska ma dla nas priorytetowe znaczenie, ponieważ jest ono największym w mieście pracodawcą. Dlatego Uzdrowisko i miasto uzdrowiskowe Ustroń muszą być wspólną marką, którą musimy razem promować nie tylko w kraju, ale i na rynkach zagranicznych.

Planowana rozbudowa Uzdrowiska Ustroń ma być w pełni oparta o historię i tradycję. Jej podstawą będzie pierwotna wizja dwóch wybitnych architektów: Henryka Buszki i Aleksandra Franty. Konkurs na projekt odbędzie się pod nadzorem Stowarzyszenia Architektów Polskich, przy udziale inwestora i rodzin obu architektów.

Ta modernizacja jest potrzebna, wręcz konieczna – mówi architekt Piotr Franta, syn Aleksandra Franty. – Tu niezbędna jest jednak znajomość całego kompleksu obiektów, ich funkcji i architektury, zagospodarowania przestrzennego, ale również zrozumienie ducha tego uzdrowiska. To są elementy tak czułe, że muszą uczestniczyć w tym ludzie, którzy potrafią to zrozumieć, mają na ten temat wiedzę i będą umieli zrobić to dobrze. Ta architektura nie powinna zostać w żaden sposób dotknięta, zniszczona.

– Mając na uwadze pierwotne plany zaprojektowane w latach 70. i realizowane do przełomu lat 80. i 90., wiele zostało tu jeszcze do opowiedzenia. Miało tu powstać 28 tzw. piramid, a jest ich tylko 17. Wspólnie podjęliśmy odważną decyzję, że przy współpracy właściwie całego Śląska chcemy dokończyć tego wielkiego dzieła architektury, dzięki czemu pokażemy, jak powinna wyglądać nowa odsłona sanatoriów i domów zdrojowych – dodaje Adam Szlachta.

Jak podkreślają pomysłodawcy projektu, ma to jeszcze umocnić ważną rolę Śląska na medycznej mapie Polski. Już dziś region pretenduje to miana lidera pod względem zabezpieczenia w obszarze ochrony zdrowia i skoordynowanej opieki medycznej opartej o najwyższe standardy. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/uzdrowiska-chca,p1040828179

Transformacja energetyczna w Polsce może pochłonąć aż 1,6 bln zł. Rząd może jednak wykorzystać w tym procesie zasoby sektora prywatnego

0

Długoterminowa strategia, stabilne regulacje, a przede wszystkim finansowanie – to niezbędne czynniki do przeprowadzenia w Polsce bardzo kapitałochłonnej transformacji energetycznej. – Trzeba znaleźć balans między projektami dotyczącymi nowych technologii i energii odnawialnej a stabilnym biznesem, który będzie generował przychody. Nie można z dnia na dzień zamknąć obecnych biznesów i oczekiwać, że będziemy mieć energię do funkcjonowania w nowy sposób. To się po prostu nie wydarzy – mówi Bogdan Kucharski, prezes bp w Polsce. Jak wskazuje, w procesie transformacji rząd powinien też skorzystać z zasobów i know-how sektora prywatnego, który ma już doświadczenie w realizacji dużych przedsięwzięć energetycznych.

Cele neutralności klimatycznej to cele bardzo długoterminowe. Stąd bardzo ważne jest, aby rozpisać je na poszczególne kroki, uwzględniając też cele średnioterminowe. Z obecnej perspektywy wydaje nam się, że 2050 rok jest bardzo odległy, ale projekty energetyczne są wielkoskalowe, wymagające wielkich nakładów i trzeba je rozpoczynać już dzisiaj. Natomiast aby te projekty rzeczywiście mogły być zrealizowane, potrzebne jest przewidywalne, jasne prawo, które umożliwia konkurowanie wszystkim podmiotom na jasnych i ściśle określonych warunkach – mówi agencji Newseria Biznes Bogdan Kucharski.

W połowie lipca Komisja Europejska opublikowała Fit for 55, czyli pakiet reform gospodarczych i legislacyjnych, które mają się przyczynić do realizacji celów przyjętych w Zielonym Ładzie. Te zaś zakładają 55-proc. redukcję emisji gazów cieplarnianych do 2030 roku (w stosunku do poziomu z 1990 roku) oraz osiągnięcie pełnej neutralności klimatycznej do 2050 roku. Innymi słowy, do połowy tego stulecia unijna gospodarka ma emitować tylko tyle gazów cieplarnianych, ile jest w stanie pochłonąć.

Polska, której miks energetyczny w ok. 70 proc. wciąż opiera się na węglu, musi jako członek UE wpisać się w ten kierunek. Aktualna, przyjęta na początku roku „Polityka energetyczna Polski do 2040 roku” (PEP 2040) zakłada stopniowe odchodzenie od węgla. Na koniec tej dekady jego udział w strukturze zużycia energii brutto ma już nie przekraczać 56 proc. (a nawet 37,5 proc. w scenariuszu wysokich cen uprawnień do emisji CO2). Z kolei udział OZE ma do tego czasu wynosić nie mniej niż 23 proc. Coraz wyraźniej słychać jednak głosy, że w obliczu coraz ostrzejszych regulacji UE rząd będzie musiał te plany zrewidować i przyjąć bardziej ambitne cele.

Wszyscy wiemy, że do 2050 roku powinniśmy dojść do neutralności klimatycznej. Jednak realizacja tego celu wymaga planowania i dużych nakładów finansowych. Aby te nakłady finansowe były dostępne, trzeba znaleźć balans pomiędzy projektami dotyczącymi nowych technologii i energii odnawialnej a stabilnym biznesem, prowadzonym obecnie, który będzie generował przychody. Te przychody mogą być reinwestowane właśnie w projekty dotyczące odnawialnej energii. Nie można z dnia na dzień zamknąć obecnych biznesów i oczekiwać, że będziemy mieć energię do funkcjonowania w nowy sposób. To się po prostu nie wydarzy. Trzeba zbudować moce, łańcuchy dostaw, to wszystko wymaga czasu – mówi prezes bp w Polsce.

Dekarbonizacja unijnej i polskiej gospodarki to z jednej strony szansa na skok rozwojowy, innowację i budowę nowych branż. Z drugiej strony oznacza też wielomiliardowe koszty. Według szacunków Europejskiego Banku Inwestycyjnego samo osiągnięcie połowicznej redukcji emisji przed końcem tej dekady będzie wymagać dodatkowych inwestycji rzędu 350 mld euro rocznie. Z kolei w „Polityce energetycznej Polski do 2040 roku” rząd przyjął, że koszt transformacji polskiej energetyki w latach 2021–2040 może sięgnąć aż 1,6 bln zł.

Prezes bp w Polsce podkreśla, że rząd może wykorzystać w tym procesie doświadczenie sektora prywatnego, który ma już know-how i potrafi realizować duże inwestycje energetyczne.

Sektor prywatny to doświadczenie, kapitał i umiejętność realizacji dużych projektów infrastrukturalnych czy energetycznych. Trzeba wykorzystać te zasoby, szczególnie w takich gospodarkach jak nasza, które dopiero zaczynają transformację. W Polsce nie mamy przykładowo rozwiniętego know-how dotyczącego energii odnawialnej z wiatru. Tymczasem duże firmy realizują już takie projekty globalnie, mają know-how, doświadczenie, zasoby i mogą je wykorzystać również tutaj – mówi Bogdan Kucharski.

Transformacja energetyki to wyzwanie również dla biznesu oraz firm, które czekają inwestycje w nowe technologie i źródła energii czy nowe rozwiązania dla klientów. Wiele z nich już w tym kierunku zmierza. Koncern energetyczny bp ogłosił w ubiegłym roku strategię, która zakłada ograniczenie wydobycia ropy naftowej i gazu (o 40 proc. do 2030 roku) na rzecz OZE. Do końca tej dekady ograniczy też swoje emisje o około 1/3, a w tym samym czasie 10-krotnie zwiększy wydatki na inwestycje w odnawialne źródła i technologie niskoemisyjne. W efekcie do 2050 roku koncern chce być już całkowicie neutralny dla klimatu.

Jest to rozpisane na konkretne cele średnio- i długoterminowe. Podjęliśmy zobowiązanie, że do 2030 roku będziemy mieć globalnie portfolio 50 GW energii odnawialnej. W tym samym okresie 10-krotnie zwiększymy skalę naszej sieci szybkich ładowarek. Będziemy też rozwijać energię wodorową i łańcuchy dostaw w oparciu o LNG – mówi prezes bp w Polsce. – Podjęliśmy również szereg zobowiązań dotyczących współpracy z lokalnymi władzami, samorządami i społecznościami po to, żeby edukować, wnosić know-how i rozwijać wspólne podejście do transformacji energetycznej.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/transformacja-energetyczna,p901188896

Coraz głośniej o konieczności podniesienia akcyzy na piwo. Ten krok może zwiększyć wpływy do budżetu o 4–5 mld zł i ograniczyć spożycie alkoholu

0

Dyskusja na temat niesprawiedliwego traktowania przez prawo producentów alkoholi różnych rodzajów powraca jak bumerang. Eksperci podkreślają, że to nie tylko zaburza równowagę na rynku, lecz także ma negatywne skutki finansowe dla budżetu oraz skutki zdrowotne dla społeczeństwa. Producenci mocnych alkoholi, ale też Państwowa Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych zwracają uwagę na preferencyjne traktowanie piwa w polityce akcyzowej, co powoduje straty dla budżetu państwa i przyczynia się do wzrostu spożycia alkoholu w ogóle. Drugim obszarem nierównego traktowania jest możliwość – ograniczonej czasowo, ale jednak – reklamy jedynie piwa, co wyklucza zazwyczaj zawierający porównywalną ilość alkoholu cydr.

 Wyroby alkoholowe według ustawy, która obowiązuje w tym kształcie od 2001 roku, są opodatkowane nierówno co do ilości alkoholu zawartego w napojach różnego typu. Tu uprzywilejowane jest piwo, dlatego że np. cydr – niskoprocentowy napój alkoholowy – jest obłożony taką akcyzą jak napoje spirytusowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Henryk Kowalczyk, przewodniczący sejmowej Komisji Finansów Publicznych.

Podatek akcyzowy od napojów spirytusowych jest liczony od procentowej zawartości alkoholu etylowego. Gdy napój zawiera więcej alkoholu, płacony jest wyższy podatek. Z kolei akcyza od piwa płacona jest na 1 stopień Plato, za który uważa się ułamek masowy o wartości 1 proc. ekstraktu brzeczki podstawowej, obliczony na podstawie zawartości alkoholu oraz ekstraktu rzeczywistego w gotowym wyrobie. Oznacza to, że piwa wysokiej jakości, o wysokim ekstrakcie, a średniej lub niskiej zawartości alkoholu, płacą wyższą akcyzę niż tanie piwa o wysokiej zawartości alkoholu i niskim ekstrakcie. Udział takiego piwa w rynku wprawdzie spada, ale producenci pozostałych alkoholi i tak płacą proporcjonalnie do zawartości alkoholu wyższą akcyzę. Dla porównania w półlitrowej butelce 40-proc. wódki, kosztującej 20 zł, akcyza stanowi 12,55 zł. W półlitrowej butelce piwa 5,5 proc., kosztującego 3 zł, akcyza wynosi 0,54 zł.

– To ma swoje skutki społeczne i zdrowotne, bo niemalże trzykrotny wzrost spożycia piwa przez ostatnich kilkanaście lat jest spowodowany tym, że akcyza jest nierówna, że piwo jest tanie w stosunku do innych napojów alkoholowych – ocenia Henryk Kowalczyk. – To te skutki zdrowotne powinny być na pierwszym planie w dyskusji o zmianie prawa w zakresie akcyzy. Na drugim planie są skutki fiskalne.

Piwo odpowiada za 55 proc. krajowego spożycia alkoholu, ale generuje tylko 28 proc. wpływów budżetowych z akcyzy, podczas gdy alkohol wysokoprocentowy to 38 proc. krajowego spożycia, a generuje 69 proc. wpływów.

– Akcyza w branży piwnej jest znacznie niedoszacowana i powoduje bardzo konkretne straty do budżetu państwa, które można uznać za lukę akcyzową – mówi Witold Włodarczyk, prezes zarządu Związku Pracodawców Polski Przemysł Spirytusowy.

Jak podkreśla Henryk Kowalczyk, w tej chwili Komisja Finansów Publicznych jeszcze nie dyskutuje nad zmianą prawa akcyzowego, ale dyskusja taka narodziła się w momencie wprowadzania ustawy o tzw. podatku cukrowym, która zawiera też zapis o dodatkowej opłacie za wyroby spirytusowe w małych pojemnościach (tzw. małpki). Zainspirowało to posłów do przeprowadzenia wspólnie z Komisją Zdrowia głębokiej dyskusji na temat polityki akcyzowej i zdrowotnej. Przeszkodziła temu pandemia, teraz jednak, gdy Sejm już pracuje stacjonarnie, dyskusje mają być kontynuowane. Poza ewidentnymi korzyściami społeczno-zdrowotnymi mają one przynieść także korzyści budżetowe.

Jedną z propozycji jest to, aby branża piwna, podobnie jak branża spirytusowa, płaciła podatek akcyzowy od zawartości alkoholu. Czym wyższa zawartość alkoholu, tym wyższa akcyza. To jest podatek sprawiedliwy, łatwo egzekwowalny, dużo bardziej sprawny dla budżetu państwa – ocenia Witold Włodarczyk. – Należy się spodziewać, że dzięki takiemu rozwiązaniu budżet państwa zyskałby rocznie od 4 do 5 mld zł.

Zgodnie z danymi Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych w 2019 roku statystyczny Polak spożył 97,1 l piwa, 9,25 l napojów spirytusowych i 6,2 l wina. Piwo pozostaje najpopularniejszym alkoholem w Polsce. Szczególnie dotyczy to młodzieży, ponieważ ten rodzaj trunku jest ich pierwszym wyborem i często służy inicjacji alkoholowej.

Niestety piwo w wielu miejscach sprzedaży jest tańsze niż woda i traktowane jako substytut, jest utożsamiane z koniecznością zaspokojenia pragnienia, z odpoczynkiem, rozluźnieniem – mówi dr Artur Bartoszewicz, ekonomista ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. – Z badań wynika, że część społeczeństwa nie utożsamia piwa z alkoholem. To jest bardzo niebezpieczne, dlatego że jeżeli mamy wrażenie, że to, co pijemy, nie jest alkoholem, może to spowodować upicie się w sposób nieświadomy. Ten brak świadomości jest bardzo niebezpieczny społecznie, generuje duże koszty społeczno-ekonomiczne i często doprowadza do tragedii życiowych.

Jak podkreślają eksperci, za bardziej beztroskie podejście do konsumpcji piwa odpowiada także możliwość – chociaż ograniczona – jego reklamowania. To kolejny aspekt, który nierówno traktuje producentów alkoholi. Przykładowo cydry, które zawierają podobną, a czasem mniejszą ilość alkoholu niż piwo, są objęte całkowitym zakazem reklamy.

– Nikt poza branżą piwną nie jest uprawniony do jakiejkolwiek reklamy w przestrzeni publicznej. To, co robi branża piwna, jest łamaniem ustawy, wychodzeniem poza ramy ograniczeń, które zostały przez ustawodawcę określone. To jest poszukiwanie środków i metod do tego, żeby zmienić naszą świadomość i zrobić z nas bezwolnego konsumenta, który identyfikuje spożywanie piwa z przyjemnością, pewną postawą życiową, rozrywką – ocenia dr Artur Bartoszewicz.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/coraz-glosniej-o,p989488888

Wsparcie państwa pomoże napędzić boom inwestycyjny. Wśród priorytetów takie obszary jak OZE, wodór i przemysł stoczniowy

0

– Dla Grupy PFR priorytetem będzie teraz już nie tylko ratowanie przedsiębiorstw i miejsc pracy. Chcemy aktywnie włączyć się we wsparcie inwestycji w obszarach infrastruktury oraz transformacji energetycznej i cyfrowej – zapowiedział Paweł Borys, przewodniczący Rady Grupy PFR. Do boomu inwestycyjnego polskich firm szykują się wszystkie spółki z grupy. Agencja Rozwoju Przemysłu wśród swoich priorytetowych obszarów wymienia m.in. odtworzenie przemysłu stoczniowego w związku z planowanym rozwojem offshore. Zapowiada także prace nad innowacjami w transporcie kolejowym – pojazdem hybrydowym i napędzanym wodorem. Jak oceniają przedstawiciele grupy, inwestycjom nie powinna zagrozić nawet zbliżająca się czwarta fala pandemii.

– Gospodarka jest już w tej chwili na etapie dobrej koniunktury, odbicie jest bardzo dynamiczne. Kolejna fala pandemii stworzy pewne ryzyka, ale dla gospodarki nie będzie już tak groźna jak te poprzednie. My oczywiście cały czas prowadzimy programy wspierające przedsiębiorców w zakresie pożyczek płynnościowych i preferencyjnych, umarzamy subwencje dla małych i średnich firm. Jeżeli okaże się, że sytuacja niestety znów stanie się groźna, jesteśmy gotowi kontynuować to wsparcie, o ile rząd tak zadecyduje – podkreślił w rozmowie z agencją Newseria Biznes Paweł Borys podczas XXX Forum Ekonomicznego w Karpaczu.

Jak wskazuje, w momencie rozpoczęcia pandemii COVID-19 Polska była w szczególnie trudnej sytuacji, ponieważ podstawą krajowej gospodarki są mikro-, małe i średnie przedsiębiorstwa, które nie były przygotowane na tak duży szok.

Najważniejsze było to, żeby pomoc płynnościowa docierała do nich możliwie szybko. I to się udało w ramach Tarczy Finansowej PFR, gdzie wypłacaliśmy subwencje w ciągu 48 godzin. W sumie wypłaciliśmy je 348 tys. firm, chroniąc ponad 3 mln miejsc pracy. Jestem przekonany, że to rzeczywiście wielu firmom pozwoliło możliwie bezpiecznie przejść przez pandemię – zapewnia prezes PFR.

W ramach programu pomocowego Tarczy Finansowej PFR dla Firm i Pracowników prawie 348 tys. mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw z całej Polski otrzymało częściowo bezzwrotne subwencje finansowe na łączną kwotę blisko 61 mld zł. Branże, które w związku z sytuacją epidemiologiczną musiały ograniczyć lub zawiesić działalność, mogły też liczyć na wsparcie z Tarczy Finansowej 2.0, w której łączna wartość pomocy dla MŚP wynosiła 13 mld zł.

Narzędzia pomocowe dla MŚP w czasie pandemii dostarczały też inne podmioty należące do Grupy PFR, m.in. KUKE, specjalizująca się w ubezpieczeniu należności polskich eksporterów i wspieraniu ich ekspansji na zagraniczne rynki. W ubiegłym roku KUKE wsparła polskie firmy, chroniąc ich obrót ubezpieczeniami i gwarancjami ubezpieczeniowymi na łączną kwotę 68,4 mld zł. To wynik aż o 23 proc. wyższy niż w przedpandemicznym 2019 roku.

 Zwłaszcza w pierwszej fazie pandemii mieliśmy dość dużą liczbę nowych przedsiębiorców, którzy zgłaszali się do nas chociażby dlatego, że towarzystwa ubezpieczeń odmawiały im ubezpieczenia i nie dawały limitów na kontrahentów z poszczególnych krajów, ale i z Polski – mówi Janusz Władyczak, prezes KUKE. – My staraliśmy się być pewnym odgromnikiem dla rynku, dzięki czemu polscy przedsiębiorcy mogli nadal spokojnie i bezpiecznie prowadzić swoją wymianę handlową. Wprowadziliśmy nowe rozwiązania, które podratowały ich sytuację.

Według lipcowego, opracowanego przez PARP „Raportu o stanie sektora małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce” pandemia nie zachwiała dominacją MŚP w krajowej gospodarce. W 2019 roku było ich w sumie 2,2 mln, czyli o prawie 3 proc. więcej r/r. Z kolei w 2020 roku – według danych z rejestru REGON – wykreślono z niego 170 tys. przedsiębiorstw, ale jednocześnie zarejestrowano 329 tys. nowych. Dane PARP pokazują, że zainteresowanie prowadzeniem biznesu sukcesywnie rośnie mimo pandemii. Tylko w I kwartale br. obsługiwana przez agencję infolinia udzieliła łącznie blisko 20 tys. konsultacji, z których połowa dotyczyła uruchomienia własnej działalności gospodarczej i finansowania jej rozwoju.

– Przed nami najprawdopodobniej fala bardzo dynamicznych inwestycji w 2022 i 2023 roku. Mamy dostęp do różnych źródeł finansowania z kolejnej perspektywy unijnej, z Krajowego Planu Odbudowy i programu Polski Ład, który właśnie został uruchomiony. Dla PFR priorytetem będzie teraz już nie tylko ratowanie przedsiębiorstw i miejsc pracy, chcemy aktywnie włączyć się właśnie w to wsparcie inwestycji w obszarach infrastruktury oraz transformacji energetycznej i cyfrowej – zapowiedział Paweł Borys, który został laureatem Nagrody 30-lecia Forum Ekonomicznego za „bezprecedensowy sukces PFR w działaniach antykryzysowych podczas pandemii Covid-19 oraz udział w stworzeniu koncepcji grupy PFR.

Jak wskazuje, PFR pracuje nad kilkoma dużymi projektami z zakresu energetyki odnawialnej.

Mamy projekty, które dotyczą chociażby transformacji ciepłowni węglowych na gazowe, projekty w obszarze energii z wiatru i słońca. Już w tej chwili jesteśmy też największym inwestorem na rynku biogazu, o czym niewiele osób wie. Te inwestycje energetyczne stanowią dla nas priorytet, ale jednocześnie pojawia się też coraz więcej projektów z obszaru infrastruktury. Właśnie ogłosiliśmy rozbudowę Portu Północnego i terminala DCT, który stał się już największym terminalem na Morzu Bałtyckim. To są zarówno duże, flagowe projekty, jak i mniejsze inwestycje na poziomie samorządowym – wymienia prezes Grupy PFR.

Inwestycje w zakresie energetyki odnawialnej, a zwłaszcza morska energetyka wiatrowa, znalazły się także wśród priorytetów Agencji Rozwoju Przemysłu. W jej ramach powołano już Grupę Przemysłową Baltic, skupiającą spółki z rynku stoczniowego i offshore, której zadaniem będzie budowa m.in. wież dla morskich elektrowni wiatrowych, ale też współpraca przy budowie statków serwisowych oraz instalacyjnych dla tych obiektów.

– Agencja jest zaangażowana w wiele dziedzin gospodarki, ale niewątpliwie w tej chwili będziemy się mocno koncentrować na przemyśle ciężkim, wielkogabarytowych konstrukcjach stalowych, czyli np. projektach morskich czy wieżach wiatrowych, oraz odtworzeniu w pewnym sensie przemysłu stoczniowego. To będzie dla nas priorytet – zapowiada Cezariusz Lesisz, prezes ARP.

Innym celem strategicznym Agencji Rozwoju Przemysłu jest budowa kompetencji w zakresie gospodarki wodorowej.

– Jesteśmy mocno zaangażowani w inicjowanie trzech dolin wodorowych: podkarpackiej, dolnośląskiej i śląskiej. Myślimy o kolejnych i to będzie dla nas wyzwanie organizacyjne i gospodarcze – podkreśla Cezariusz Lesisz, – Jesteśmy zaangażowani w przemysł kolejowy, czyli budowę nowych wagonów i lokomotyw. Mamy Fabrykę Pojazdów Szynowych Cegielski, gdzie będziemy prowadzić badania nad pojazdem hybrydowym i ewentualnie z napędem wodorowym.

Również należąca do Grupy PFR spółka KUKE przygotowuje się na zwiększone inwestycje firm i planuje się skupić na rozwijaniu nowego – i jak wskazuje, jednego z najnowocześniejszych w Europie – systemu wsparcia eksportu. Obejmuje on pakiet rozwiązań z gwarancjami Skarbu Państwa, które pomogą nie tylko zabezpieczać transakcje eksportowe, ale też m.in. objąć gwarancjami finansowanie obrotowe, co pozwoli przedsiębiorcom zwiększyć dostępne limity kredytowe w bankach i firmach faktoringowych.

Nowy system wsparcia eksportu stworzyliśmy w zeszłym roku, wprowadziliśmy w życie w marcu i najbliższe lata chcemy poświęcić na jego rozwijanie. Po pierwsze, chcemy wyjść z nim do systemu bankowego, razem z bankami propagować go wśród polskich przedsiębiorców. Będziemy im uświadamiać, że mają możliwości korzystania z zupełnie nowego ekosystemu wsparcia eksportu. Chcemy, żeby stał się on powszechny, żeby wzmocnić konkurencję i pozycję polskich przedsiębiorców na rynkach światowych – mówi prezes KUKE Janusz Władyczak.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/wsparcie-pastwa-pomoze,p1248332844

Prawnicy zwracają uwagę na konflikt interesów w sądowych procesach frankowych. Połowa społeczeństwa chce odsunięcia od tych spraw sędziów spłacających takie kredyty

0

Prawie 60 proc. społeczeństwa uważa, że sędziowie, którzy sami mają kredyty we frankach szwajcarskich, nie powinni orzekać w sprawach frankowiczów, a 51 proc. jest zdania, że powinni oni zostać odsunięci od orzekania w tych kwestiach – wynika z czerwcowego badania Centrum Badania Opinii Publicznej Ipsos dla Fundacji Laboratorium Prawa i Gospodarki. To tylko przykład konfliktu interesów w procesie stosowania prawa, o których coraz częściej alarmują eksperci. – Dobrym krokiem byłoby zwrócenie się z zaproszeniem do instytucji publicznych i organizacji pozarządowych o zainicjowanie prac nad procesem monitorowania potencjalnych konfliktów interesów ­– mówi dr hab. Krzysztof Koźmiński, prezes Fundacji.

­– Najbardziej intrygujące pytanie badania dotyczyło sytuacji sędziego, który spłaca kredyt frankowy w swoim życiu prywatnym – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. Krzysztof Koźmiński, radca prawny, prezes Fundacji Laboratorium Prawa i Gospodarki, partner w kancelarii Jabłoński Koźmiński. – Zapytaliśmy, czy może to zdaniem respondentów oddziaływać na sposób, w jaki wykonuje swoją pracę sędziego. Ponad 57 proc. uczestników badania udzieliło odpowiedzi, że taka sytuacja wywołuje ich wątpliwości co do bezstronności takiego sędziego. Co ciekawe, liczba krytycznych ocen takiej sytuacji wzrasta dosyć znacznie w przypadku respondentów z wyższym wykształceniem, dlatego że wówczas już jest to 67 proc.

Bezstronność sędziów-frankowiczów w sprawach frankowych jest podawana w wątpliwość przez blisko połowę ankietowanych. Tyle samo badanych uważa, że orzekanie w sprawach frankowych leży w interesie sędziów posiadających kredyty frankowe. Dlatego 51 proc. opowiada się za ich odsunięciem od orzekania w tych sprawach. Przeciwnego zdania jest co czwarty badany.

Fundacja Laboratorium Prawa i Gospodarki i związani z nią eksperci od wielu lat wypowiadają się na ten temat poprzez publikacje naukowe, wypowiedzi publicystyczne, artykuły prasowe. Zauważyliśmy, że jest to dyskusja, spór, w którym panuje pewien rodzaj podejrzliwości i gorliwości. Bardzo często formułowane są zarzuty wobec ekspertów, że oni mogą być uwikłani, że oni mogą mieć jakiś konflikt interesów – mówi radca prawny.

Okazuje się, że możliwe konflikty interesów w praktyce stosowania prawa, o których informują od dawna ogólnopolskie media, traktowane są z pobłażaniem lub w ogóle nie wywołują echa. Chodzi m.in. o sytuacje, kiedy sędzia orzekający w sprawie frankowiczów sam spłaca taki kredyt, prowadzi komercyjne szkolenia dla frankowiczów i ich pełnomocników czy ma relacje rodzinne z pełnomocnikiem procesowym. Mimo że często odmawia się prawa do głoszenia poglądów komentatorom o odmiennej optyce, dyskredytując ich i próbując wykluczyć z debaty jako rzekomo nieobiektywnych i stronniczych, to konflikty interesów dotyczące sędziów rozstrzygających o przyszłości sporu frankowego w sposób władczy nie budzą już takich emocji oraz stanowczych reakcji.

– Od wielu już lat pojawiają się publikacje medialne rzucające światło na udział sędziów, który może budzić wątpliwości co do ich bezstronności, na konflikt interesów – tłumaczy dr hab. Krzysztof Koźmiński. – Naszą inspiracją były prowadzone już wcześniej badania, w których staraliśmy się za pomocą m.in. metody empirycznej weryfikować potencjalny wpływ czynników pozanormatywnych, czyli okoliczności faktycznych poglądów sędziów, ich doświadczeń życiowych, sytuacji materialnej, płci, stanu zdrowia i innych czynników na proces orzekania stosowania prawa.

Funkcjonowanie sądów częściej spotykało się z krytyką (40 proc. wskazań) niż z aprobatą (32 proc. wskazań). Z kolei w bardziej pogłębionym badaniu CBOS sprzed kilku lat połowa badanych (51 proc.) negatywnie oceniła funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości w Polsce, a co ósmy indagowany (12 proc.) twierdził, że działa on zdecydowanie źle. Ocenę pozytywną wystawiło mu nieco ponad jedna trzecia respondentów (łącznie 36 proc.), w tym tylko nieliczni (2 proc.) uważają, że wymiar sprawiedliwości działa zdecydowanie dobrze.

Zgodnie z badaniami IPSOS 72,5 proc. badanych jest zdania, że wymiar sprawiedliwości powinien być szczególnie uwrażliwiony na konflikty interesów.

Wydaje się nam, że badanie to dobry punkt wyjścia do dalszych działań, zarówno natury badawczej, jak i działalności społecznej. Dobrym krokiem byłoby zwrócenie się z takim zaproszeniem zarówno do instytucji publicznych, jak i do innych organizacji pozarządowych o zainicjowanie procesu monitorowania potencjalnych konfliktów interesów ­– mówi prezes Fundacji Laboratorium Prawa i Gospodarki. – Ciekawym pomysłem jest porównanie rozwiązań występujących w innych krajach, w jaki sposób państwo, prawo radzi sobie z eliminowaniem czy minimalizowaniem takich potencjalnych konfliktów interesów. Wydaje się nam również, że dobrym sposobem jest tutaj nie tyle zmiana twardego prawa, ale np. promowanie różnych kodeksów etycznych, które będą wskazywać na pożądane rozwiązania w sytuacji, w której pojawia się tylko podejrzenie o taki konflikt interesów.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/prawnicy-zwracaja-uwage,p2031747711

Patrioty trafią do Polski w przyszłym roku. Polskie spółki włączą się w globalny łańcuch dostaw amerykańskiego koncernu zbrojeniowego

0

Polska Grupa Zbrojeniowa i producent patriotów – amerykański koncern Raytheon Technologies  w połowie sierpnia pomyślnie zakończyły negocjacje i zawarły umowy wykonawcze dotyczące offsetu w programie obrony powietrznej Wisła. Obejmują one 11 zobowiązań, które mają zapewnić spółkom z konsorcjum PGZ nowe możliwości projektowe, inżynieryjne i produkcyjne. Wpisujemy się też w łańcuch dostaw Raytheona zarówno dla dostawców zagranicznych, jak i oczywiście dla polskich sił zbrojnych – mówi prezes PGZ Sebastian Chwałek. Amerykański koncern wskazuje z kolei, że dzięki zawartym umowom realizacja programu Wisła powinna znacznie przyspieszyć, ale polskie firmy z sektora obronnego już wcześniej przystąpiły do produkcji kluczowych elementów systemu Patriot dla Polski i zostały włączone w globalny łańcuch dostaw Raytheona, dzięki czemu mogą oferować swoje systemy i usługi również pozostałym 16 państwom-partnerom programu Patriot.

PGZ podpisała umowy wykonawcze do offsetu z firmą Raytheon. Jest to 11 zobowiązań, które pomogą nam we wdrożeniu nowych zdolności. One dotyczą m.in. możliwości integracji naszych systemów radiolokacyjnych i innego rodzaju urządzeń do systemu Wisła. Wpisujemy się też w łańcuch dostaw koncernu Raytheon zarówno dla dostawców zagranicznych, jak i oczywiście dla polskich sił zbrojnych. Już dziś  m.in. Huta Stalowa Wola realizuje produkcję wyrzutni do systemu Wisła w kooperacji z firmą Raytheon, więc z punktu widzenia ekonomicznego te zobowiązania będą bardzo opłacalne – mówi Sebastian Chwałek, prezes zarządu Polskiej Grupy Zbrojeniowej.

Wisła – czyli program obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej średniego zasięgu – to jeden z priorytetów MON. W ramach I fazy w 2018 roku minister Mariusz Błaszczak podpisał umowę na dostarczenie dwóch pierwszych baterii Patriot (16 wyrzutni), które będą chronić polskie niebo. Będą one zintegrowane z systemem zarządzania polem walki IBCS, opracowanym dla wojsk lądowych Stanów Zjednoczonych. 

Warta 4,75 mld dol. realizacja I etapu programu Wisła to największy do tej pory kontrakt zbrojeniowy w historii polskiej armii. Patrioty, produkowane przez amerykański koncern zbrojeniowy Raytheon Technologies, mają trafić do Polski w 2022 roku, nieco wcześniej, niż zakładał harmonogram, a pełną zdolność bojową uzyskają na przełomie lat 2023 i 2024.

W realizacji I fazy programu Wisła szeroko uczestniczy też rodzimy przemysł zbrojeniowy, bo Raytheon Missiles & Defense zawarł kontrakty na produkcję i dostawy komponentów systemu Patriot z dziewięcioma polskimi firmami z sektora obronnego. Są wśród nich m.in. Wojskowe Zakłady Elektroniczne, które dostarczą moduły elektroniki DLTM, stanowiące komponent wyrzutni, firma TELDAT, która zapewnia dostawy wojskowych routerów, PIT-RADWAR, który produkuje anteny identyfikacji „swój–obcy” (IFF), Zakłady Mechaniczne Tarnów oraz Huta Stalowa Wola, która zajmuje się zintegrowaniem i produkcją wyrzutni rakietowych M903.

– Kontrakt na produkcję wyrzutni z firmą Raytheon to kolejny etap w rozwoju Huty Stalowa Wola. To też współpraca międzynarodowa, której tak bardzo nam potrzeba, i nowe obszary techniczno-technologiczne, które poznajemy. Ten kontrakt dał nam porcję rozwoju i nowej wiedzy, ale to również strona przychodowa, z której – nie ukrywamy – jesteśmy bardzo zadowoleni – mówi Bartłomiej Zając, prezes zarządu Huty Stalowa Wola.

W połowie sierpnia br. Polska Grupa Zbrojeniowa, która jest głównym offsetobiorcą w I fazie programu Wisła, podpisała także z Raytheon Missiles & Defense umowy wykonawcze do zobowiązań offsetowych. Obejmują one 11 zobowiązań, które mają zapewnić członkom konsorcjum PGZ m.in. pomoc techniczną i szkoleniową niezbędną w poszerzeniu zdolności projektowych, inżynieryjnych i produkcyjnych. Dzięki temu realizacja programu Wisła ma znacznie przyspieszyć.

– Umowa z Raytheon to 11 zobowiązań, które przyjęliśmy w ramach umów wykonawczych do offsetu podpisanego w 2019 roku – mówi prezes PGZ Sebastian Chwałek. – W ramach tych umów wykonawczych Raytheon przekaże nam możliwości – m.in. w postaci szkoleń i dokumentacji technicznej – które pozwolą na rozwój naszych zdolności projektowych, inżynieryjnych i produkcyjnych.

– Na podstawie tych umów PGZ i członkowie konsorcjum uzyskają wiedzę, pomoc techniczną i szkolenia, które zwiększą ich zdolności. Raytheon wypełni również zobowiązania offsetowe wobec Wojskowego Instytutu Technicznego Uzbrojenia, w ramach którego WITU uzyska zaawansowane przeszkolenie techniczne, co pozwoli mu na kwalifikację i certyfikację wyprodukowanych w Polsce wyrzutni i pojazdów do systemu Patriot. Te pierwsze umowy stanowią kolejny kamień milowy w rozwijającej się współpracy z PGZ – dodaje Shawn Rantas, dyrektor Programu Wisła w Raytheon Missiles & Defense.

W skład konsorcjum PGZ-Wisła, które odpowiada za realizację programu Wisła po stronie Polskiej Grupy Zbrojeniowej, wchodzi w sumie 14 krajowych firm z sektora obronnego (i kilka kolejnych jako poddostawcy). Na mocy nowo zawartych umów wykonawczych zobowiązania offsetowe Raytheon Missiles & Defense będą realizowane przy udziale siedmiu z nich.

– Polskie zakłady, wchodzące w skład PGZ, będą budować systemy i podsystemy, które następnie będziemy mogli integrować zarówno z systemami takiej klasy jak Wisła, jak również z innego rodzaju systemami przeciwlotniczymi i przeciwrakietowymi. Zdobędziemy nowe kompetencje, będziemy mogli je implementować do najnowszych rozwiązań, zarówno w kraju, jak i za granicą. Będziemy mogli też włączyć się w łańcuch dostaw Raytheona i oferować je podmiotom trzecim – mówi Sebastian Chwałek. – Nasza współpraca z Raytheonem jest oparta na partnerstwie. Staramy się, aby nasze zaangażowanie i pozyskane kompetencje były mocno podbudowane rachunkiem ekonomicznym.

– Offset daje nam szansę pogłębienia naszych relacji z branżą i eksplorowania nowych obszarów technologii. Oczekujemy bliskiej współpracy z polskim przemysłem – dodaje Shawn Rantas.

Jak podkreśla, kluczowa dla projektu modernizacji systemu obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej w Polsce będzie również II faza programu Wisła, a Raytheon Missiles & Defense jest gotowy do jej rozpoczęcia.

– Będziemy ściśle współpracować z polskim przemysłem, żeby zapewnić obserwację celów o polu widzenia 360 stopni i płynną interoperacyjność w ramach jednego systemu do niszczenia wszystkich typów zagrożeń ze strony wystrzelonych pocisków. Obejmuje to integrację radaru LTAMDS – Lower Tier Air and Missile Defense Sensor. Teraz, kiedy Raytheon został wybrany i podpisał umowę ze Stanami Zjednoczonymi w zakresie dostaw LTAMDS, oczekujemy dalszych rozmów na temat II fazy programu. Nasza oferta w tej fazie obejmuje także opcję SkyCeptor, czyli niskokosztowego pocisku przeciwrakietowego. SkyCeptor wypełnia pewną lukę, zapewniając przystępną cenowo ofertę pocisku z polem obserwacji 360, ale także ogromny transfer wiedzy, stwarzając szansę współpracy dla polskiego przemysłu – mówi dyrektor Programu Wisła w Raytheon Missiles & Defense.

Raytheon Missiles & Defense jest częścią globalnego koncernu Raytheon Technologies, który powstał wiosną ub.r. z połączenia dwóch gigantów przemysłu zbrojeniowego i lotniczego – Raytheon Company i United Technologies Corp. Tylko w Polsce koncern zatrudnia łącznie blisko 8 tys. pracowników w rodzimym sektorze obronnym, lotniczym, kosmicznym i wytwórczym. Firma ma w Polsce trzy swoje jednostki biznesowe: Collins Aerospace (konstrukcje lotnicze i awionika), Pratt & Whitney (silniki lotnicze, właściciel zakładów WSK Rzeszów) oraz właśnie Raytheon Missiles & Defense (wojskowe systemy rakietowe).

– Obrona przeciwlotnicza stanowi dla Polski jeden z priorytetów. Dlatego Raytheon ściśle współpracuje też z Kongsbergiem, naszym długoletnim partnerem, w zakresie rozwiązań obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej krótkiego zasięgu, takich jak NASAMS. Chętnie nawiążemy współpracę z PGZ, żeby przyczynić się do sukcesu programu Narew. Jesteśmy również zainteresowani nowymi programami, jak np. Sona, w ramach których możemy zaoferować możliwości takie jak systemy obrony przeciw bezzałogowym statkom powietrznym czy systemy przeciwartyleryjskie i przeciwmoździerzowe – mówi Shawn Rantas.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/patrioty-trafia-do-polski,p117853157

Branża ciepłownicza obawia się unijnego pakietu Fit for 55. Prezes PGE: Niemożliwy do realizacji w tak krótkim czasie

0

– Pakiet Fit for 55 jest szalenie ambitny i uważam, że on jest nierealny do przeprowadzenia w ciągu pięciu lat. W polskim ciepłownictwie niemożliwe jest wprowadzenie zmiany technologicznej i przestawienie na OZE w tak krótkim czasie – mówi Wojciech Dąbrowski, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej. Unijna polityka klimatyczna i dekarbonizacja to dziś największe wyzwanie, które stoi przed ciepłem systemowym w Polsce. Koszt transformacji tego sektora jest szacowany na ok. 100 mld zł w ciągu najbliższej dekady. Branża wskazuje jednak, że szybkie przejście na OZE jest w jej przypadku niemal niemożliwe – chociażby z braku odpowiedniej technologii – a alternatywą jest kogeneracja oparta na gazie. W procesie transformacji liczy też na szeroką dostępność unijnych środków pomocowych.

– Przed branżą ciepłowniczą stoją dzisiaj gigantyczne zmiany związane z polityką klimatyczną Unii Europejskiej i dekarbonizacją. To jest wciąż branża oparta w większości na węglu. W tym procesie odchodzenia od węgla znaczącą rolę będzie odgrywał gaz, ale też oczywiście wykorzystanie odnawialnych źródeł energii i tych technologii, które dopiero przed nami, związanych i z magazynowaniem energii, z magazynowaniem ciepła, z wykorzystaniem wodoru, z większą ilością dekarbonizowanego gazu w ramach sieci gazowniczych. To wszystko oczywiście na dziś są wyzwania wymagające nakładów inwestycyjnych, ale jestem głęboko przekonany, że branża jest w stanie takie inwestycje zrealizować – mówi Artur Soboń, sekretarz stanu w Ministerstwie Aktywów Państwowych.

Według danych Forum Energii w Polsce prawie 1/4 ciepła powstaje w systemach ciepłowniczych (reszta to indywidualne instalacje grzewcze). Z sieci ogrzewane jest też ok. 40 proc. zasobu mieszkaniowego, a Polska dysponuje siecią ciepłowniczą, która liczy w sumie 21,4 tys. km i jest jedną z najbardziej rozwiniętych w Europie. Jednak krajowe ciepłownictwo opiera się głównie na węglu, rokrocznie zużywając go ok. 26 mln ton. Emituje przy tym około 68 mln ton CO2 rocznie – czyli aż 1/4 całej, krajowej emisji. Wyzwaniem jest też bardzo wysoki  przekraczający w Polsce aż 80 proc.  odsetek nieefektywnych systemów ciepłowniczych. Wszystko to ma wpływ na klimat i zdrowie publiczne, zaostrzając problem smogu, który rokrocznie kosztuje Polskę ok. 30 mld euro (raport „Ciepłownictwo w Polsce 2019”).

– Przed branżą stoi wiele wyzwań, przede wszystkim spełnienie wymogów polityki klimatycznej Unii Europejskiej. Z niepokojem patrzymy na obecne propozycje, następuje próba forsowania kolejnych obostrzeń, kolejnych ograniczeń możliwości produkcji z paliw kopalnych – mówi Wojciech Dąbrowski.

Celem polityki klimatycznej UE jest redukcja emisji CO2 o 55 proc. do końca tej dekady i osiągnięcie neutralności klimatycznej w 2050 roku. W połowie lipca br. Komisja Europejska przedstawiła pakiet reform gospodarczych i legislacyjnych Fit for 55, który ma umożliwić realizację tych założeń. Kierunek wyznaczony przez UE  a przy tym rekordowo wysokie ceny uprawnień do emisji CO2 w systemie ETS  będzie mieć w nadchodzących latach ogromne przełożenie na ciepłownictwo, które czeka etap gruntownych zmian.

– Pakiet Fit for 55 to jest szalenie ambitny plan i uważam, że on jest nierealny do przeprowadzenia w ciągu pięciu lat. Oczekiwany jest dwu-, niemalże trzykrotny wzrost produkcji z OZE, a w tak dużych systemach ciepłowniczych, jakimi są polskie miasta – gdzie mamy wytwarzanie, dystrybucję, duże przedsiębiorstwa ciepłownicze – niemożliwe jest przestawienie na OZE w tak krótkim czasie. Na dziś nie ma takiej technologii, która by to umożliwiała – podkreśla prezes PGE Polskiej Grupy Energetycznej.

Jak wskazuje, obok braku odpowiedniej technologii problemem są też gigantyczne nakłady finansowe, których wymaga transformacje sektora. Te są szacowane na ponad 100 mld zł w ciągu najbliższej dekady. Sama Polska Grupa Energetyczna zamierza do 2050 roku przeznaczyć na ten cel ok. 70 mld zł.

– Nie możemy kosztów całego procesu transformacji przerzucić na klienta – mówi Wojciech Dąbrowski. – Jeśli Unia Europejska oczekuje od nas zmian i przyspieszenia transformacji, to musi nam w tym pomóc finansowo.

– Warunki zawarte w pakiecie Fit for 55 są bardzo trudne do spełnienia – zarówno czasowo, jak i ekonomicznie. To są największe bolączki, bo technicznie można zrobić wiele rzeczy, ale potrzeba na to czasu i środków. Mamy nadzieję, że Unia Europejska – stawiając takie wymagania – będzie konsekwentna i powie: „mamy środki pomocowe i pomożemy wam w dojściu do tej neutralności klimatycznej” – dodaje Przemysław Kołodziejak, prezes zarządu PGE Energia Ciepła.

Ogłoszona w październiku ub.r. strategia Grupy PGE zakłada, że do 2030 roku udział produkcji ciepła ze źródeł zero- i niskoemisyjnych czyli innych niż węglowe – ma wynieść 70 proc. Należąca do niej spółka PGE Energia Ciepła, która na polskim rynku jest liderem (25-proc. udział w rynku ciepła z kogeneracji, 16 elektrociepłowni i ponad 670 km sieci ciepłowniczej), deklaruje, że ten cel jest jak najbardziej realny. Zwłaszcza że nie zaczyna od zera, bo już w tej chwili spółka produkuje ok. 40 proc. ciepła z paliw innych niż węglowe  głównie z gazu.

– Kierunek transformacji jest jasny, tu już nie mamy wątpliwości, musimy zmierzać w stronę zazieleniania ciepła i nasze inwestycje zmierzają w tę stronę. Oczywiście z racji tego, że działamy głównie w dużych miastach, szybkie zastosowanie technologii OZE w tak dużych systemach jest trudne. Dlatego etapem przejściowym jest wykorzystywanie gazu jako paliwa i zakładamy, że po 2040 roku technologie związane z innymi źródłami OZE, z wodorem czy magazynowaniem energii rozwiną się na tyle, że będzie można przejść na nie już w większym stopniu. Natomiast obecnie realizujemy przejście na gaz – mówi Przemysław Kołodziejak.

Gaz jest paliwem dostępnym „tu i teraz”, które z jednej strony pozwala ograniczyć emisje i wpływ branży na środowisko, a z drugiej – zapewnia, że klienci nie odczują rosnących cen na swoich rachunkach. PGE Energia Ciepła już w 2018 roku rozpoczęła prace zmierzające do zamiany węgla na gaz w swoich zakładach. W efekcie do 2023 roku praktycznie w większości zostaną już oddane do eksploatacji nowe instalacje, które przyczynią się do całkowitej albo częściowej rezygnacji z węgla.

– Nasza największa inwestycja, która jest już w trakcie, to budowa nowego bloku Czechnica w Siechnicach pod Wrocławiem, o mocy 170 MW elektrycznych i 160 MW cieplnych. Jest to elektrociepłownia zasilająca aglomerację wrocławską. W przygotowaniu jest budowa podobnej wielkości bloku dla Gdyni, toczą się też postępowania przetargowe na źródła gazowe dla Bydgoszczy i Kielc. Tam, gdzie do tej pory wykorzystywaliśmy kotły węglowe, będą budowane kotłownie gazowe, pełniące funkcję źródeł szczytowych i rezerwowych. Tak więc na dziś przechodzimy na gaz, natomiast przygotowujemy już także scenariusz dekarbonizacji ciepłownictwa – mówi prezes zarządu PGE Energia Ciepła.

Branża podkreśla też, że – wobec czekających ją wyzwań – potrzebne są zarówno środki na sfinansowanie przyszłych inwestycji, jak i odpowiednie, stabilne ramy regulacyjne.

– Fit for 55 to kolejne wyzwania przed polską energetyką i sektorem ciepłownictwa. Dzisiaj jeszcze nie znamy ich skali, bo propozycja Komisji Europejskiej musi wejść w życie i wtedy będziemy mogli się do niej dostosować. Ale już dziś polityka klimatyczna UE i sytuacja rynkowa wymagają gigantycznych nakładów inwestycyjnych, które szacujemy na 100 mld zł do roku 2030. Jednak do tych źródeł współfinansowania inwestycji, które już znamy – m.in. ze środków krajowych NFOŚiGW, z programu Infrastruktura i Środowisko i regionalnych programów operacyjnych – dochodzą środki z Funduszu Sprawiedliwej Transformacji, z Krajowego Planu Odbudowy. Tak więc możliwości współfinansowania inwestycji będzie sporo. Mam nadzieję, że wspólnie uda się wypracować taki program inwestycyjny, który pozwoli wypełnić zobowiązania i dostarczyć klientom nowoczesny produkt w dobrej cenie – mówi minister Artur Soboń.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/branza-cieplownicza,p1646982

Polska najbardziej rozbudowanym rynkiem ciepłowniczym w Europie. Branża skupia się na rozwoju źródeł niskoemisyjnych

0

– Polskie ciepłownictwo musi się rozwijać w kierunku źródeł niskoemisyjnych i rozszerzenia pakietu usług dla klientów. To już nie tylko ciepło, ale szerszy pakiet usług dodatkowych, których klienci od nas oczekują. Wśród wyzwań jest na pewno cyfryzacja, elastyczne taryfowanie klientów, zawieranie umów bilateralnych już bez nadzoru Urzędu Regulacji Energetyki. W tym kierunku ciepłownictwo będzie się rozwijać powiedział Wojciech Dąbrowski, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej, podczas II Kongresu Kogeneracji zorganizowanego przez Polskie Towarzystwa Elektrociepłowni Zawodowych. Branża ciepła systemowego podkreśla, że to właśnie kogeneracja oparta na gazie jest dla niej naturalnym etapem w drodze do pełnej dekarbonizacji, ale w nadchodzących latach czekają ją też inne, duże inwestycje, m.in. w nowe usługi, podyktowane rosnącymi oczekiwaniami klientów.

– Stoimy przed wyzwaniami, które są szalenie ważne dla przyszłości branży ciepłowniczej w Polsce, aby mogła ona dalej funkcjonować i zapewniać bezpieczeństwo energetyczne. Polska jest specyficznym rynkiem, jeśli chodzi o ciepłownictwo. Jesteśmy pod tym względem unikatowym, najbardziej rozbudowanym rynkiem w Europie. W dużej mierze, w większości naszych przedsiębiorstw ciepło jest produkowane w kogeneracji, czyli procesie jednoczesnego wytwarzania energii cieplnej i energii elektrycznej. Jest to najbardziej efektywny proces produkcji, który powoduje, że straty energii są jak najmniejsze, a emisja oczywiście dużo niższa – mówi agencji Newseria Biznes Wojciech Dąbrowski, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej.

Co istotne, kogeneracja oparta na paliwie gazowym jest  obok rozwoju OZE  skutecznym narzędziem w walce z emisją CO2 i jednym z rozwiązań technologicznych, które wpisują się w wymogi polityki klimatycznej UE. Miejsce dla kogeneracji  zarówno w ramach systemów ciepłowniczych, jak i elektroenergetycznych  zostało też przewidziane w unijnym pakiecie Fit for 55.

Specyfiką polskiego ciepłownictwa jest też to, że funkcjonuje w nim najwięcej w Unii Europejskiej systemów ciepłowniczych o dużych mocach. Jak wskazuje branża, najlepszym kierunkiem transformacji dla tego typu systemów są jednostki kogeneracyjne oparte na paliwach gazowych. A propozycja ich dzielenia w celu wykorzystania niskomocowych rozwiązań OZE nie ma ekonomicznego uzasadnienia.

– Dzisiaj jesteśmy skupieni na okresie przejściowym, w którym wprowadzamy do naszego mixu paliwowego gaz w większym procencie – mówi Elżbieta Kowalewska, dyrektor Oddziału Wybrzeże w PGE Energia Ciepła. – W ramach PGE Energia Ciepła budujemy też kotły elektrodowe do produkcji ciepła w okresie rezerwy bądź szczytu energetycznego. I z dumą powiem, że pierwsze takie wdrożenie, pilotaż, będzie mieć miejsce w Gdańsku w tym sezonie zimowym. Z punktu widzenia Pomorza – nie wprowadzimy do atmosfery ani grama CO2. I jeżeli zazielenimy tę energię, np. wykorzystując energię elektryczną wyprodukowaną w morskich farmach wiatrowych – to właśnie będzie odpowiedź na wyzwania, które nas czekają.

Założone jeszcze na początku lat 90. Polskie Towarzystwo Elektrociepłowni Zawodowych skupia elektrociepłownie, które produkują ciepło i energię elektryczną w kogeneracji. W tej chwili należy do niego ponad 150 członków, a celem PTEZ jest promowanie i rozwijanie kogeneracji jako najbardziej wydajnej i bezpiecznej dla środowiska technologii wytwarzania ciepła i energii.

PTEZ działa na rzecz tego, aby  tam gdzie jest to uzasadnione  wymieniać istniejące ciepłownie i kotłownie właśnie na jednostki kogeneracyjne. W tym tygodniu, podczas II Kongresu Kogeneracji w Kazimierzu Dolnym, PTEZ obchodziło jubileusz 30-lecia swojej działalności, w którym wzięli udział m.in. wiceminister klimatu i środowiska Jacek Ozdoba, wiceminister aktywów państwowych Artur Soboń i prezes Urzędu Regulacji Energetyki Rafał Gawin.

– 30 lat PTEZ to przede wszystkim możliwość wymiany poglądów, kreowania rzeczywistości energetycznej i rozwiązywania wspólnych problemów. W ciągu tych 30 lat nasza spółka zmieniła się w fantastyczny sposób. Kiedyś skupialiśmy się wyłącznie na energetyce, a kiedy w 1997 roku weszło w życie Prawo energetyczne, wyszliśmy poza nasz obszar i stworzyliśmy departamenty handlowe, stając się nie tylko spółką produkcyjną, ale i handlową. Dzisiaj jesteśmy w miastach i regionach, gdzie aktywnie działamy na rzecz walki o czyste powietrze i mamy już pomysł na jutro. Myślę, że kolejnych 30 lat jawi się w zielonych barwach, mówiąc nie tylko dosłownie o zazielenieniu systemów ciepłowniczych, ale również o świetnych perspektywach przed nowym pokoleniem energetyków – mówi Elżbieta Kowalewska.

Ciepłownicy rozmawiali w Kazimierzu Dolnym nie tylko o ostatnich 30 latach, ale i kolejnych wyzwaniach dla branży, która w Polsce wciąż opiera się głównie na węglu. Dlatego największym wyzwaniem nadchodzących lat jest dla niej dekarbonizacja i konieczność spełnienia wymogów polityki klimatycznej UE. Według szacunków Forum Energii łączna moc instalacji opartych na węglu (w ciepłownictwie systemowym i indywidualnym), koniecznych do wycofania przed 2030 rokiem, sięga ok. 84 GWt.

W Polsce od 2019 roku obowiązuje nowy, zatwierdzony przez KE system wsparcia dla wysokosprawnej kogeneracji, oparty już nie na certyfikatach pochodzenia, ale aukcjach i naborach oraz systemie premii gwarantowanej i premii gwarantowanej indywidualnej. Nowy system wsparcia ma się przyczynić  do rozwoju kogeneracji i ciepła systemowego w Polsce, a ustawodawca szacuje, że do 2030 roku przyrost nowych mocy kogeneracyjnych wyniesie ok. 5 GW.

Branża wskazuje, że – oprócz wdrażania kolejnych projektów uwzględniających wymianę węglowych kotłów ciepłowniczych na jednostki kogeneracyjne wykorzystujące paliwo gazowe – w nadchodzących latach czekają ją też inne wyzwania, wymagające sporych nakładów finansowych. Do najważniejszych zalicza się cyfryzacja i konieczność rozwijania nowych usług, podyktowanych oczekiwaniami klientów.

– Musimy być coraz bardziej elastyczni, nasi klienci oczekują coraz szerszego wachlarza usług. Dzisiaj klient nie oczekuje od nas już tylko tego, żebyśmy zapewnili mu ciepło, chce także innych usług. Nie wspominając już o inteligentnych sieciach, czyli smart grid i cyfryzacji, która także postępuje w ciepłownictwie tak jak we wszystkich branżach. Za kilka lat takie rozwiązania jak np. możliwość sterowania ciepłem w domu za pomocą smartfona będą pewnie czymś naturalnym. Tak więc wyzwań inwestycyjnych jest mnóstwo, ale mam nadzieję, że przy wsparciu URE i administracji rządowej uda się te cele osiągnąć w zamierzonym czasie i tak, abyśmy mogli dalej produkować energię cieplną, zapewniać bezpieczeństwo energetyczne naszym klientom i dostarczać im usługę jak najwyższej jakości w akceptowalnej dla nich cenie – mówi Wojciech Dąbrowski, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polska-najbardziej,p850010073

Liczba wypadków na kolei systematycznie maleje. To efekt poprawy bezpieczeństwa systemu kolejowego i akcji edukacyjnych

0

– Kolej to najbezpieczniejszy środek transportu – przekonuje Ignacy Góra, prezes Urzędu Transportu Kolejowego. Ze statystyk UTK wynika, że wskaźnik wypadkowości na kolei był w ubiegłym roku rekordowo niski. Jest to nie tylko efektem pandemii, lecz przede wszystkim sukcesywnej poprawy bezpieczeństwa. Jednak wciąż prawie 80 proc. wypadków na kolei ma miejsce z winy człowieka spoza systemu kolejowego, który – pieszo lub w pojeździe – nie zachowuje zasad bezpieczeństwa. Dlatego Urząd Transportu Kolejowego prowadzi akcję edukacyjną Kampania Kolejowe ABC, w ramach której o bezpiecznym podróżowaniu koleją chce informować nie tylko dzieci i młodzież, lecz także ich rodziców i nauczycieli.

– Efekty Kampanii Kolejowe ABC można oceniać na podstawie sukcesywnej poprawy bezpieczeństwa w całym systemie kolejowym. Miernik wypadkowości jest najniższy, odkąd prowadzimy statystyki. Wynosi w tej chwili 1,71 wypadku na każdy milion przejechanych kilometrów. I ta krzywa, jeżeli chodzi o wypadkowość, z każdym rokiem maleje. I to bardzo dobrze, bo to oczywiście świadczy o tym, że system kolejowy jest bezpieczny – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Ignacy Góra. – Większość wypadków ma miejsce na przejazdach kolejowo-drogowych i w miejscach przekraczania torów, w miejscach niedozwolonych. I niestety za te wypadki winę ponoszą piesi i kierowcy.

UTK skupia się więc szczególnie na edukacji – i to już od poziomu przedszkola. Od 2017 roku prowadzona jest ogólnopolska Kampania Kolejowe ABC, skierowana do dzieci w wieku szkolnym i przedszkolnym oraz ich nauczycieli i wychowawców.

– Edukować trzeba wszystkich. […] Dużo ciężej zmieniać przyzwyczajenia osób dorosłych, które niestety często świadomie łamią obowiązujące przepisy. I podczas akcji Kolejowe ABC obserwujemy, że dzieci mają już wiedzę i pewne informacje, które my uzupełniamy. Ale zdarza się też, że zwracają uwagę dorosłym: „Tato, ty przejechałeś na czerwonym świetle!”. Dlatego to jest rodzaj edukacji, która rzeczywiście działa dużo szerzej, w obrębie całej rodziny – mówi prezes Urzędu Transportu Kolejowego.

Podczas pierwszej edycji Kampanii Kolejowe ABC do tej pory w zajęciach edukacyjnych z zakresu bezpieczeństwa na kolei wzięło udział ponad 19 tys. dzieci z blisko 700 placówek oświatowych w całej Polsce. Najmłodsi uczyli się m.in. tego, ile czasu potrzebuje pociąg, aby się zatrzymać, dlaczego warto nosić odblaski i jak bezpiecznie przechodzić przez przejazd kolejowy.

– W systemie kolejowym są takie miejsca, gdzie zagrożeń jest dużo. Do takich miejsc z pewnością należą przejazdy kolejowo-drogowe. To na nich oraz tzw. dzikich przejściach notujemy najwięcej wypadków. Natomiast system kolejowy to też stacja, perony, […] wsiadanie i wysiadanie z pociągu oraz zasady obowiązujące podczas podróżowania. Dlatego w Kampanii Kolejowe ABC nie tylko wskazujemy miejsca zagrożeń i mówimy, jak dzieci powinny się w tych miejscach zachowywać, ale uczymy je również szeroko pojętej kultury podróżowania – wskazuje Ignacy Góra.

W kolejnej edycji Kampanii Kolejowe ABC Urząd Transportu Kolejowego planuje do końca 2023 roku przeprowadzić zajęcia dla kolejnych 10 tys. dzieci. Nauczyciele i dyrektorzy wciąż mogą zgłaszać placówki do udziału w programie. Zajęcia w przedszkolach i szkołach w czasie pandemii odbywają się online, w formule zabawy, przy wykorzystaniu m.in. interaktywnych aplikacji i maskotki kampanii – sympatycznego nosorożca Rogatka. Z jego udziałem m.in. w telewizji i kinach emitowane są też spoty edukacyjne, które przypominają o zachowaniu bezpieczeństwa na kolei.

– Myślimy również o osobach dorosłych, które pracują w systemie kolejowym, są zatrudnione u przewoźników, u zarządców infrastruktury. Właśnie do nich skierowana jest akcja Akademia Bezpieczeństwa, w ramach której dbamy o podnoszenie poziomu wiedzy wszystkich osób, które odpowiadają za bezpieczeństwo systemu kolejowego – mówi prezes UTK.

Według statystyk urzędu w 2020 roku miał miejsce istotny spadek liczby wypadków w transporcie kolejowym. Na liniach kolejowych odnotowano w sumie 406 wypadków  – czyli o niemal 23 proc. mniej niż jeszcze rok wcześniej, kiedy było ich 525. Po części przyczyniły się do tego ograniczenia związane z pandemią COVID-19, które spowodowały spadek zapotrzebowania na transport i mniejszy ruch na torach. W 2020 roku pociągi pasażerskie i towarowe przejechały bowiem o prawie 15 mln km mniej (spadek o 6 proc.) niż jeszcze rok wcześniej.

– W systemie kolejowym mamy jeszcze dużo do zrobienia, ale już dziś na kolei jeździ coraz więcej nowoczesnych pociągów, które gwarantują komfort i jakość przemieszczania się. To jest bardzo ważne z punktu widzenia pasażera. Polską koleją można dziś przemieszczać się z prędkością 200 km/h, a czas podróżowania również ma znaczenie. Polska kolej jest przy tym ekologiczna i należy do najbezpieczniejszych w Europie. Liczba wypadków rok do roku się zmniejsza i to jest stały trend, który obserwujemy od 10 lat – mówi Ignacy Góra.

Według statystyk UTK większość wypadków na kolei ma miejsce z winy człowieka spoza systemu kolejowego, który – pieszo lub w pojeździe – nie zachowuje zasad bezpieczeństwa kolejowego. W 2020 roku doszło do 314 takich zdarzeń (ponad 77 proc. wszystkich wypadków na liniach kolejowych). Aż 169 z nich miało miejsce na przejazdach kolejowo-drogowych. W celu poprawy bezpieczeństwa na przejazdach z inicjatywy UTK rozpoczęto w ubiegłym roku testowanie innowacyjnych systemów bezpieczeństwa. Nowoczesne urządzenia rejestrują złamanie przepisów przez kierowcę i ostrzegają go np. o zbyt szybkim zbliżaniu się do przejazdu. Nagrania z zarejestrowanymi wykroczeniami mogą być też automatycznie przesyłane do odpowiednich służb.

Urząd Transportu Kolejowego zauważa jednak, że historycznie niski miernik wypadkowości to przede wszystkim zasługa stopniowej poprawy bezpieczeństwa na kolei. Tylko za ok. 20 proc. takich niebezpiecznych zdarzeń odpowiada bowiem wyłącznie system kolejowy. Cała reszta to wypadki na przejazdach kolejowo-drogowych i w trakcie nielegalnego przechodzenia przez tory.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/liczba-wypadkow-na-kolei,p589042165

ARP: Polska gospodarka jest przygotowana na czwartą falę pandemii. Duży udział mają w tym polskie firmy

0

– Jeśli jesienią pojawi się czwarta fala pandemii, być może będzie pewne spowolnienie, ale jesteśmy już na tyle odporni i przygotowani, że zareagujemy w odpowiedni sposób – mówi Cezariusz Lesisz, prezes Agencji Rozwoju Przemysłu. Stabilność polskiej gospodarki potwierdza agencja ratingowa Fitch, która pod koniec sierpnia podwyższyła prognozy wzrostu gospodarczego dla Polski do 5,2 proc. w 2021 roku, jednocześnie utrzymując długoterminowy rating A- z perspektywą stabilną. To oznacza wysoki poziom odporności na koronakryzys, do czego przyczyniły się m.in. ponad 312 mld zł, jakie trafiły do polskich firm w ramach tarcz antykryzysowych. Niebagatelną rolę w wychodzeniu z kryzysu odegrały też spółki Skarbu Państwa.

– W II kwartale nastąpiło bardzo szybkie odbicie gospodarcze, mamy PKB 10,9 proc., co jest niespotykane w naszej historii. I to jest związane z inwestycjami. Spółki Skarbu Państwa nie tylko zwiększyły swoje przychody, ale nastąpiła też pewna zmiana myślenia, że ta poduszka finansowa, którą uzyskały w zeszłym roku, zabezpieczyła pewną mądrość decyzji. I te decyzje miały miejsce w tym roku, prawdopodobnie będą też następować w kolejnych kwartałach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Cezariusz Lesisz.

W II kwartale br. nastąpiło rekordowe odbicie polskiego PKB. Jak podał GUS, krajowa gospodarka wzrosła o 1,9 proc. w ujęciu kwartalnym i aż o 10,9 proc. względem analogicznego okresu rok wcześniej. Choć to w dużej mierze zasługa niskiej, ubiegłorocznej bazy – pierwszego pandemicznego kwartału – dalsze prognozy są optymistyczne. 27 sierpnia agencja ratingowa Fitch poinformowała też o utrzymaniu długoterminowego ratingu Polski w walucie obcej na poziomie A- z perspektywą stabilną. Według agencji odzwierciedla ona odporność polskiej gospodarki na szok spowodowany pandemią koronawirusa. Jednocześnie Fitch podwyższył też swoje prognozy wzrostu gospodarczego dla Polski do 5,2 proc. w 2021, 4,5 proc. w 2022 oraz 3,8 proc. w 2023 roku.

Według Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej na walkę z pandemią tylko do lutego br. rząd przeznaczył już ponad 312 mld zł w ramach tarcz antykryzysowych – czyli pakietu instrumentów pomocowych dla pracowników i pracodawców. Ponad 182 mld zł trafiło na ratowanie miejsc pracy, dzięki czemu zabezpieczono ich ok. 6 mln. Duża w tym zasługa krajowych firm, które w trakcie koronakryzysu skorzystały z rządowych tarcz i walczyły o utrzymanie zatrudnienia.

– Bezpieczeństwo to jest po prostu utrzymanie miejsc pracy, natomiast dla przedsiębiorcy bezpieczeństwo oznacza możliwość utrzymania płynności finansowej. Pandemia rozpoczynała się w marcu i nikt dokładnie nie wiedział, kiedy się zakończy. Udostępnienie funduszy z Grupy PFR pomogło utrzymać tę płynność i zatrudnienie. Decyzje rządu były słuszne i bardzo szybkie – podkreśla prezes Agencji Rozwoju Przemysłu.

Według niego obecnie największym zagrożeniem dla krajowej gospodarki jest czwarta fala pandemii COVID-19 i związane z nią ryzyko kolejnego lockdownu. Rząd nakreślił już scenariusze awaryjne na wypadek skokowego wzrostu zakażeń na przełomie września i października, po powrocie uczniów do szkół. Według przewidywań resortu zdrowia w czarnym scenariuszu dzienna liczba zachorowań w Polsce może sięgnąć nawet ok. 15 tys. Z medialnych doniesień wynika, że wśród obostrzeń planowanych przez rząd jest m.in. zakaz zgromadzeń i zakaz organizacji imprez towarzyskich.

– Decyzje Ministerstwa Zdrowia i Kancelarii Premiera są adekwatne do sytuacji. Niewątpliwie powinien być większy udział zaszczepionych i być może pewne zawody powinny być szczepione obowiązkowo, natomiast w kontekście przemysłu i gospodarki – myślę, że nie będzie już takiego lockdownu i zapaści, jaka miała miejsce wiosną ubiegłego roku. Być może będzie pewne spowolnienie, gdyby pojawiła się czwarta fala, ale jesteśmy już na tyle odporni i przygotowani, że zareagujemy w odpowiedni sposób – mówi Cezariusz Lesisz.

Agencja Rozwoju Przemysłu, w ramach jednej z tarcz antykryzysowych, dysponuje budżetem 1,7 mld zł na wsparcie małych i średnich przedsiębiorstw dotkniętych skutkami pandemii. Mogą się one ubiegać m.in. o finansowanie dłużne na komercyjnych warunkach. Tylko w I kwartale tego roku ARP udzieliła polskim przedsiębiorstwom finansowania o łącznej wartości ponad 45 mln zł.

– W dalszym ciągu mamy fundusze, które są do dyspozycji. Do tej pory złożono ponad 510 wniosków o wsparcie, na kwotę ok. 1,2 mld zł. Tak więc do dyspozycji jest jeszcze ok. 500 mln zł. Mamy instrumenty takie jak pożyczki na kapitał obrotowy, które nadal są oferowane przedsiębiorcom. Ich zaletą jest spłata odroczona o 12 do 15 miesięcy, dzięki czemu przedsiębiorca nie musi się martwić, że już następnego miesiąca po zaciągnięciu pożyczki musi spłacać ten kapitał – mówi prezes ARP.

O roli polskiego kapitału podczas pandemii COVID-19 eksperci debatowali podczas ubiegłotygodniowego Forum Wizja Rozwoju w Gdyni, pod patronatem premiera Mateusza Morawieckiego. W tym roku odbyła się już IV edycja tego wydarzenia, w trakcie którego ekonomiści, naukowcy, przedsiębiorcy i przedstawiciele rządu rozmawiają o najistotniejszych wyzwaniach dla krajowej gospodarki. Forum Wizja Rozwoju to zarazem jedno z największych wydarzeń gospodarczych w północnej Polsce.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/arp-polska-gospodarka,p361112993