Strona główna Blog Strona 72

Rekordowy rok pod względem inwestycji zagranicznych. Polska przyciąga coraz więcej projektów z perspektywicznych branż

0

Mimo pandemii koronawirusa i zawirowań gospodarczych inwestorzy zagraniczni chętnie lokują kapitał nad Wisłą. Polska Agencja Inwestycji i Handlu obsłużyła w ubiegłym roku 58 inwestycji o łącznej wartości ponad 2,7 mld euro oraz potencjale stworzenia 10 tys. nowych miejsc pracy. – Ten rok będzie dla nas rekordowy. Już w pierwszym półroczu poziom inwestycji zagranicznych w Polsce jest taki jak w całym ubiegłym roku – podkreśla Grzegorz Słomkowski, członek zarządu PAIH. Najwięcej projektów pochodzi z branży usług dla biznesu, ale wysoko są także tak perspektywiczne branże jak elektromobilność.

Znaczenie i pozycja Polski w światowych łańcuchach dostaw konsekwentnie rośnie. Jesteśmy pod tym względem coraz bardziej doceniani na arenie międzynarodowej. Od czasu transformacji ustrojowej, która otworzyła nas na współpracę z globalnym rynkiem, miało miejsce wiele istotnych wydarzeń, stanowiących impulsy do rozwoju. To m.in. wejście Polski do Unii Europejskiej czy organizacja Euro 2012 – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Grzegorz Słomkowski.

Te wydarzenia, ale także strumień pieniędzy z UE umożliwiły znaczącą rozbudowę infrastruktury drogowej, kolejowej, lotniczej czy portowej, co jest kluczowe dla inwestorów zagranicznych. Według rankingu fDi Markets Polska jest trzecią najpopularniejszą lokalizacją dla bezpośrednich inwestycji zagranicznych w Europie w 2020 roku, przyciągając projekty o łącznej wartości 17 mld euro, szczególnie w sektorach elektromobilności, odnawialnych źródeł energii i IT. Plasuje się zaraz za Wielką Brytanią i Niemcami oraz jest numerem jeden w regionie.

Jak podkreśla członek zarządu PAIH, Polska od lat jest stabilnym gospodarczo partnerem, który ma wiele do zaoferowania inwestorom z bardzo różnych branż: od strategicznej lokalizacji i dobrze przygotowanej infrastruktury dla zakładów przemysłowych, aż po wykwalifikowane kadry i konkurencyjne koszty pracy dla inwestorów sektora nowoczesnych usług dla biznesu. Partnerom spoza UE oferuje także dostęp do jednolitego rynku unijnego dzięki kulturowej i geograficznej bliskości do Europy Zachodniej. Poza tym w przeciwieństwie do gospodarek sąsiednich państw nasza nie opiera się wyłącznie na jednej gałęzi przemysłu, co daje nam istotną przewagę – różnorodność.

Nasz kraj jest jednym z największych producentów w 10 z 13 sektorów kluczowych, ze szczególnym uwzględnieniem przemysłu chemicznego, artykułów konsumpcyjnych trwałego użytku, przemysłu spożywczego i rolniczego, a także modowego. Te kluczowe branże są w pierwszej piątce pod względem wielkości bezpośrednich inwestycji zagranicznych na świecie – uściśla ekspert.

W ostatnich latach zmienił się w Polsce system zachęt dla inwestorów zagranicznych. Zwolnienia z podatku dochodowego w ramach Polskiej Strefy Inwestycji możliwe jest obecnie na terenie całego kraju, a nie tylko na gruntach należących do specjalnych stref ekonomicznych. Ponadto na początku tego roku zmienił się także program wspierania inwestycji o kluczowym znaczeniu dla Polski – nowe kryteria umożliwiają wsparcie także dla mniejszych firm.

Jeśli chodzi o granty inwestycyjne, ułatwiono proces aplikacyjny firmom innowacyjnym, na rozwoju których szczególnie nam zależy. W ramach regionalnej pomocy publicznej inwestorzy mogą również w wielu miejscach skorzystać ze zwolnienia z podatku od nieruchomości. Ci, którzy realizują projekty z zakresu badań i rozwoju, mogą liczyć na odliczenie podatkowe w wysokości nawet 250 proc. kosztów ponoszonych na ten cel i nie wpływa to negatywnie na zwolnienie podatkowe w ramach Polskiej Strefy Inwestycji. Dodatkowo przychody z praw własności intelektualnej mogą następnie opodatkować bardzo korzystną, 5-proc. stawką podatkową – wymienia Grzegorz Słomkowski.

Jak podkreśla, system zachęt się sprawdza, dzięki czemu inwestycji zagranicznych w Polsce przybywa. Widać to także w działalności Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu. Wśród 58 projektów obsłużonych przez agencję w ubiegłym roku są zarówno inwestycje produkcyjne, jak i z sektora nowoczesnych usług.

To są głównie duże inwestycje, które mają perspektywę wieloletnią, więc inwestorzy zagraniczni nie kierowali się wpływem COVID-u. Wynik ubiegłego roku – ponad 2,7 mld euro i ponad 10 tys. potencjalnie stworzonych miejsc pracy – był w zasadzie taki sam jak w poprzednim, niecovidowym roku – mówi członek zarządu PAIH.

Pandemia zmieniła jednak podejście do obsługi inwestycji. Duża część wizyt lokalizacyjnych odbywa się wciąż online. Wydarzenia promujące Polskę, jako dobre miejsce dla inwestycji, również zmieniły formę ze stacjonarnej na wirtualną. PAIH uruchomiła cykl webinariów skierowanych do najbardziej perspektywicznych branż.

– Mogę z całą pewnością powiedzieć, że ten rok będzie dla nas rekordowy, bo już w pierwszym półroczu osiągnęliśmy taki poziom inwestycji jak w całym ubiegłym roku – podkreśla Grzegorz Słomkowski.

Według danych PAIH do lipca tego roku zostało sfinalizowanych 48 projektów inwestycyjnych o wartości ponad 1,7 mld euro. W porównaniu do lipca 2020 roku oznacza to wzrost liczby projektów o 167 proc. Liczba zadeklarowanych miejsc pracy jest ponadtrzykrotnie wyższa – prawie 8,5 tys. wobec 2,5 tys. w lipcu 2020 roku. Agencja prowadzi 184 projekty, podczas gdy przed rokiem było ich 175 w analogicznym czasie. Najwięcej inwestycji pochodzi z Białorusi (39), co jest efektem programu „Poland. Business Harbour”, ale to koreańskie, amerykańskie i chińskie dominują pod względem wartości (odpowiednio 3,2 mld euro, 1,18 mld euro i 1,04 mld euro). Najpopularniejsze branże to usługi wsparcia biznesu (36 inwestycji), motoryzacja (20) i elektromobilność (17). Jak podkreślają przedstawiciele PAIH, lokowanie się w Polsce branż z dużym potencjałem na przyszłość (np. wspomniana elektromobilność) potwierdza wysoką atrakcyjność inwestycyjną naszego kraju i dodatkowo stale ją zwiększa. Polska staje się bowiem hubem dla projektów z tej branży, przyciągając inwestycje z pokrewnych sektorów, a także dostawców i poddostawców dla danego sektora.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rekordowy-rok-pod,p1301163309

Ministerstwo Finansów pracuje nad nowymi rozwiązaniami dla samorządów. Mają rekompensować ubytki spowodowane Polskim Ładem

0

Z wyliczeń Ministerstwa Finansów wynika, że zmiany podatkowe wprowadzane Polskim Ładem będą kosztować samorządy ok. 150 mld zł w ciągu 10 lat. Trwają prace nad rozwiązaniami legislacyjnymi, które mają te straty zrekompensować. Proponowane zmiany to gwarancja dochodów i subwencja rozwojowa dla aktywnych inwestycyjnie gmin. W efekcie dochody jednostek samorządu terytorialnego (JST) mają być o ok. 10 proc. wyższe niż prognozowane. – Zarówno w trakcie pandemii, jak i obecnie samorządy bardzo dobrze poradziły sobie, jeżeli chodzi o stronę budżetową – mówi Sebastian Skuza, wiceminister finansów.

Samorządy są integralną częścią państwa i struktur państwowych, więc najbardziej skorzystają na ogólnym rozwoju gospodarczym, który niesie ze sobą Polski Ład. Premier wspominał o dynamicznym wzroście wynagrodzeń, największym, jaki mieliśmy dotychczas w Polsce, więc samorząd terytorialny jako udziałowiec podatku od osób fizycznych również na tym wzroście płac skorzysta, podobnie jak na rozwoju gospodarczym w zakresie wyższych wpływów z podatku dochodowego od osób prawnych – mówi agencji Newseria Biznes Sebastian Skuza.

Sami zainteresowani zwracają jednak uwagę przede wszystkim na spadek dochodów, jakie niesie za sobą Polski Ład i proponowane w nim zmiany podatkowe. Według przepisów, których konsultacje właśnie dobiegają końca, od przyszłego roku ma wzrosnąć kwota wolna od podatku do 30 tys. zł, a drugi próg podatkowy ma zostać podniesiony z 85 tys. na 120 tys. zł, przez co liczba osób płacących 32-proc. podatek dochodowy spadnie o połowę. Na zmianach skorzysta prawie 18 mln Polaków, a niemal 9 mln z nich przestanie płacić PIT. To m.in. osoby najuboższe i 70 proc. emerytów i rencistów. Obniżka podatków oznacza jednak ubytek w dochodach samorządów. Z oceny skutków regulacji przedstawionej przez resort finansów wynika, że spadną one o 26,8 proc., czyli o ponad 15 mld zł w przyszłym roku. W ciągu 10 najbliższych lat JST stracą ponad 150 mld zł. Ministerstwo Finansów zapewnia, że chce te negatywne skutki rekompensować.

– Przygotowujemy pewne rozwiązania legislacyjne w tym obszarze, które będą się opierać na dwóch filarach. Filar pierwszy – rozwiązania prawne, które de facto będą gwarantować jednostkom samorządu terytorialnego nie mniejsze z roku na rok udziały w podatkach dochodowych. Czyli dochody z tego tytułu nie będą spadać. Drugim filarem będzie wprowadzenie nowej części subwencji ogólnej, tzw. subwencji rozwojowej, która będzie naliczana w zależności np. od liczby mieszkańców, ale także aktywności inwestycyjnej jednostek samorządu terytorialnego – wymienia Sebastian Skuza.

Mechanizmem wspierającym samorządy ma być także Program Inwestycji Strategicznych, który będzie oferował bezzwrotne dofinansowanie inwestycji JST, co ma zwiększyć ich skalę. W tym roku do samorządów trafi też 8 mld zł (dzielone algorytmem), co jest efektem dobrej sytuacji budżetowej. Ministerstwo wprowadzi też rozwiązania przejściowe, które dadzą JST większą elastyczność zarządzania budżetami na skutek zmiany reguł fiskalnych, oraz podniesie limit spłaty długu JST i wprowadzi rozwiązania wspierające wykorzystanie środków unijnych.

Resort wyliczył, że po wprowadzeniu Polskiego Ładu i rozwiązań stabilizujących w przyszłym roku samorządy osiągną dochody z tytułu PIT, CIT i subwencji ogólnej na poziomie ok. 146 mld zł, czyli o 4,6 proc. wyższej, niż prognozowały w wieloletniej prognozie finansowej. Po doliczeniu do tego środków inwestycyjnych z Funduszu Polski Ład wzrost dochodów ma sięgnąć 9,6 proc.

Jak podkreśla wiceminister finansów, sytuacja finansów samorządowych jest stale monitorowana i na razie nie ma powodów do obaw.

Zarówno w trakcie pandemii, jak i obecnie samorządy poradziły sobie bardzo dobrze, jeżeli chodzi o stronę budżetową. Zwracam tutaj uwagę na fakt, że w roku 2020 jednostki samorządu terytorialnego zrealizowały dochody wyższe, niż planowały przed pandemią. Co więcej, planowały deficyt w wysokości około 21 mld zł, a rok zakończyły nadwyżką w wysokości 5,7 mld zł. Również rok bieżący jest rokiem obiecującym ze względu na stronę dochodową, jak również na wynik jednostek samorządu terytorialnego – zapewnia Sebastian Skuza.

Po I półroczu 2021 roku samorządy wykazują nadwyżkę budżetową w kwocie 22,4 mld zł. Dzięki dynamicznemu odbiciu w gospodarce i prognozowanemu wzrostowi wpływów z podatku PIT i CIT również perspektywy na II połowę roku są obiecujące.

Unia Metropolii Polskich podkreśla jednak, że dla samorządów dużym problemem jest znaczący wzrost bieżących kosztów obsługi mieszkańców. Jest on dwukrotnie wyższy niż wzrost dochodów bieżących. Bolączką jest także narastające niedofinansowanie oświaty. Subwencja na ten cel pokrywa dziś niecałe 60 proc. wydatków na oświatę.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/ministerstwo-finansow,p789735065

Rząd szykuje się na różne scenariusze czwartej fali. Przedsiębiorcy apelują o niewprowadzanie kolejnego lockdownu

0

Czwarty lockdown byłby gospodarczym złem i nie wszystkie firmy zdołałyby go przetrwać – ostrzegają przedsiębiorcy z Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie, którzy już w lipcu apelowali do rządu o jasną deklarację, że nie będzie już tak restrykcyjnych obostrzeń jak podczas trzeciej fali. Ich zdaniem jedyną skuteczną drogą do pokonania pandemii koronawirusa są masowe szczepienia. Minister zdrowia Adam Niedzielski przyznał niedawno, że rząd przygotowuje się na różne scenariusze kolejnego wzrostu zakażeń. Założenia są takie, żeby ewentualne obostrzenia wprowadzać strefowo, w tych regionach, które mają niski poziom zaszczepienia. Inną rozważaną opcją są restrykcje tylko dla osób niezaszczepionych.

Wprowadzenie kolejnego lockdownu będzie gospodarczym złem dla przedsiębiorców. Nie wiem, czy wszyscy przedsiębiorcy tak dzielnie by sobie poradzili, dlatego że nasza psychika też ma pewne granice odporności. Uważam, że do tej pory nie poznaliśmy wszystkich skutków wprowadzenia poprzedniego lockdownu i niektóre społeczne skutki mogą się pokazać dopiero za kilka miesięcy. Dlatego też powinniśmy zrobić wszystko, żeby przyspieszyć proces szczepień i żeby do końca roku jak największa liczba Polaków została zaszczepiona – mówi agencji Newseria Biznes Hanna Mojsiuk, prezes zarządu Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Przedsiębiorcy z obawą patrzą na zapowiadany powrót wysokiej liczby zakażeń. Według prognoz rządu na przełomie września i października może nastąpić szczyt czwartej fali pandemii, a liczba dziennych zachorowań może sięgać 15–20 tys. Ministerstwo Zdrowia przygotowuje się na różne scenariusze. Na razie jest mowa o tym, że ewentualne obostrzenia będą wprowadzane strefowo, w zależności od liczby zakażeń i poziomu wyszczepienia w danym powiecie. Planowany jest powrót zielonych, żółtych i czerwonych stref, ale limity, które będą decydowały o kwalifikowaniu się do poszczególnych stref, zostaną podniesione.

– Obecnie żyjemy w czasach takiej małej normalności. Jeżeli czwarta fala będzie wypłaszczona, jeżeli proces szczepień będzie przyspieszony, to nie będziemy odczuwać tak mocno restrykcji czy też groźby kolejnego lockdownu. Bardzo trudno jest jednak przewidzieć, co się wydarzy, możemy jedynie robić wszystko, aby temu zapobiec – mówi prezes PIG w Szczecinie.

Jak informuje Ministerstwo Zdrowia, do tej pory wykonano prawie 36 mln szczepień. W pełni zaszczepionych jest ponad 18,5 mln Polaków. Eksperci podkreślają, że to za mało, by osiągnąć odporność zbiorową. Akcja szczepień wyraźnie spowolniła. Minister Michał Dworczyk informował, że chętnych jest ok. 160 tys. osób tygodniowo.

Zachodniopomorscy przedsiębiorcy już na początku lipca zaapelowali do premiera o jasną deklarację, że kolejnego lockdownu nie będzie. Jak podkreśla Hanna Mojsiuk, w tej sprawie firmy w całym kraju mówią jednym głosem, co wynika z trudnej sytuacji w wielu branżach, najbardziej dotkniętych dotychczasowymi obostrzeniami.

Nasi przedsiębiorcy czują się trochę pomijani w decyzjach dotyczących wprowadzania lockdownu czy też zamykania konkretnych branż. Uważam, że my mamy bardzo dużo do powiedzenia, dlatego że znamy specyfikę tych branż. Dialog między przedsiębiorcami a rządem powinien pomóc we wprowadzaniu restrykcji bardziej dostosowanych do sytuacji – podkreśla ekspertka. – Firmy nie zawsze rozumiały powody tych restrykcji, nie zawsze miały one uzasadnienie merytoryczne. Jak można wytłumaczyć to, że fryzjer mógł iść do dyskontu, a pracownica dyskontu nie mogła iść do fryzjera. Też nie było dla nas zrozumiałe, dlaczego branża fitness została całkowicie zamknięta, ponieważ nie przedstawiono nam żadnych badań, które by argumentowały tę decyzję.

W dużej mierze na skutek pandemii koronawirusa, oraz mającym jej zapobiegać kolejnym lockdownom w Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej w 2020 roku przedsiębiorcy złożyli ponad 140 tys. wniosków o zakończenie działalności gospodarczej. Kolejnych 280 tys. firm zawiesiło swoje działania. Od stycznia do maja br. takich wniosków było odpowiednio 70 tys. i blisko 94 tys. Najwięcej z nich pochodzi z branży gastronomicznej, hotelarskiej i fitness. To one właśnie najbardziej ucierpiały do tej pory. Według Licznika Strat Lockdownowych WEI  straciły one odpowiednio 2,8 mld, 2,1 mld oraz 1,6 mld zł. Większe straty zanotowała branża rozrywkowo-kulturalna – ponad 3,1 mld zł.

– Nasz region jest bardzo mocno zaangażowany właśnie w te branże. Obserwowałam, jak nasi hotelarze przez wiele miesięcy mocno byli dotknięci tym, że nie mogli działać. Przede wszystkim te branże ucierpiały z powodu utraty dużej liczby pracowników. Wiele z tych osób, które pracowały w turystyce czy gastronomii, przeszło na przykład do e-commerce czy branży logistycznej. Po prostu chcą mieć pewność jutra, a nie jest do końca wiadome, czy lockdown nie będzie ponownie wprowadzony – komentuje prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rzad-szykuje-sie-na,p395680481

Ceny zbóż biją rekordy. Mąka i pieczywo wyprodukowane z tegorocznych zbiorów będą droższe

0

W połowie sierpnia pszenica była o 30–35 proc. droższa niż rok wcześniej, a pod koniec miesiąca cena na giełdzie MATIF sięgnęła historycznie najwyższego poziomu w okresie żniw. – Zazwyczaj żniwa przynosiły spadek cen. W tym roku jest odwrotnie, ceny rosną i nic nie zapowiada dużej i zdecydowanej korekty cenowej w najbliższych miesiącach – ocenia Krzysztof Gwiazda, prezes zarządu Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Zbożowo-Młynarskiego. W efekcie można się spodziewać podwyżek cen mąki, a także pieczywa. Od początku roku, jak wskazuje GUS, podrożały one odpowiednio o 3,6 proc. i 5,9 proc. r/r.

Ceny w skupie płacone polskim producentom są pochodną notowań na światowych giełdach oraz kursu złotego do euro i dolara. Na giełdzie MATIF pszenica konsumpcyjna (w kontrakcie z dostawą na wrzesień br.) kosztuje ok. 273 euro. Rok temu było to ok. 185 euro. Przy obecnym osłabionym kursie euro do złotego to prawie 1250 zł wobec 850 zł przed rokiem.

Wysokie ceny na giełdach wynikają z sytuacji na międzynarodowym rynku zbóż, w tym także na rynku pszenicy. Polska jest dużym eksporterem tego zboża. Eksportujemy około 4 mln ton pszenicy w sezonie przy zbiorach około 12 mln ton, czyli aż 1/3 pszenicy wyjeżdża z naszego kraju m.in. do Arabii Saudyjskiej, Algierii, Maroka czy Niemiec. Ceny, które obowiązują na tamtych rynkach, dyktują również ceny w Polsce. W praktyce cena portowa eksportowa ma kolosalny wpływ na każdy region w kraju – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Krzysztof Gwiazda.

W regionach, które leżą bliżej portu, ceny są wyższe, a na południu Polski – nieco niższe. Różnica wynika z kosztów transportu z pola do miejsca, w którym zboże jest ładowane na statki lub wyjeżdża transportem samochodowym.

Obecne ceny są najwyższe od przeszło ośmiu–dziewięciu lat, co jest spowodowane trudnym i ciasnym bilansem światowym zbóż. Popyt na świecie zwiększa się co roku, a nie jest to tylko konsumpcja dla ludzi, ale także zboża do produkcji różnego rodzaju pasz dla zwierząt. Z kolei podaż zbóż nie zawsze nadąża za popytem, bywają trudne lata z punktu widzenia klimatycznego, pogodowego. Taką sytuację mieliśmy rok temu we Francji, kiedy urodziło się poniżej 30 mln ton pszenicy. W efekcie wzrosło zapotrzebowanie na polską pszenicę. Tam, gdzie wcześniej byli obecni Francuzi, weszły polskie firmy, które zaczęły eksportować pszenicę w dużych ilościach np. do Algierii – wyjaśnia prezes Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Zbożowo-Młynarskiego.

Rynkowe ceny pszenicy i żyta konsumpcyjnego wpływają bezpośrednio na cenę mąki. Znaczenie mają także koszty pozasurowcowe, czyli m.in. cena energii elektrycznej, która w Polsce wzrosła bardzo mocno w ciągu ostatnich kilku lat. Branża zbożowo-młynarska radziła sobie z tym wzrostem dzięki długoterminowym kontraktom na dostawę prądu po cenach sprzed dwóch–trzech lat. Te jednak stopniowo wygasają i trzeba negocjować nowe, tyle że przy znacznie wyższych cenach, z uwzględnieniem dodatkowych opłat, które weszły w życie w ostatnich latach.

Do tego dochodzą coraz wyższe koszty pracy. Młyn to fabryka, w której nie da się wszystkiego zautomatyzować. Wciąż potrzebny jest człowiek, który nadzoruje wszystkie procesy. Potrzebni są ludzie w laboratoriach, gdzie sprawdzana jest jakość surowca i produktów gotowych. Trzeba ten produkt zapaczkować, zaworkować, załadować na samochód i wysłać. Presja płacowa daje się odczuć także w naszej branży – dodaje Krzysztof Gwiazda.

To też może być coraz większym problemem, tym bardziej że od przyszłego roku przewidziana jest kolejna podwyżka płacy minimalnej.

Jak podkreśla prezes PZPPZ-M, wzrost kosztów produkcji wynika także z innych podwyżek, nawet tak nieoczywistych dla branży surowców jak drewno czy folia, które wykorzystywane są w transporcie czy handlu detalicznym. Dla przykładu ceny tektury z recyklingu wzrosły o 33 proc., ceny folii (LDPL) nawet o 100 proc. Z kolei folia termokurczliwa i folia stretch podrożały o ponad 50 proc. Worki i torebki papierowe podrożały w tym okresie od 5 do 7 proc. Z kolei ceny palet drewnianych podniosły się o 30 proc. i dostawcy uprzedzają, że to nie koniec podwyżek, bowiem drewno ma istotnie podrożeć w kolejnych miesiącach.

– Koszty pozasurowcowe wzrosły w ciągu ostatniego roku o 5–7 proc. To niestety musi się przełożyć na cenę mąki, a dalej na cenę pieczywa i wszelkich wyrobów produkowanych z mąki – uściśla ekspert.

Jak wynika z ostatnich danych GUS, w lipcu mąka podrożała o 2,1 proc. w ujęciu rocznym i o 1,4 proc. w ujęciu miesięcznym. Od początku roku podwyżka wyniosła 3,6 proc. Pieczywo w tym czasie podrożało o blisko 6 proc.

Na koszty branży zbożowo-młynarskiej wpłynęła także pandemia koronawirusa, która wymusiła stosowanie nowych, restrykcyjnych procedur epidemicznych. Na presję inflacyjną przełożyły się także zakłócenia w globalnym handlu – tymczasowe zerwanie łańcuchów dostaw skutkowało opóźnieniami w dostawach. 

Jak dodaje Krzysztof Gwiazda, nie należy się spodziewać dużych i zdecydowanych korekt cenowych w dół w ciągu najbliższych miesięcy. Pozostaje poczekać do nowych zbiorów. Jeżeli będą one wyższe, bardziej udane niż w tym roku, to w naturalny sposób ceny zbóż powinny spadać.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/ceny-zboz-bija-rekordy,p552767346

Średni koszyk zakupowy w 9 z 11 sieci handlowych był w lipcu droższy niż w czerwcu i rok temu. Podwyżki najbardziej odczuwają mniej zamożni konsumenci

0

Cena minimalnego koszyka zakupowego wzrosła w lipcu niemal o 6 proc. w ujęciu rocznym. Był to kolejny miesiąc z rzędu, w którym obserwowany jest wzrost tej wartości. Z kolei maksymalny koszyk zakupowy był tańszy w lipcu o prawie 8 proc. – Stąd wniosek, że podwyżki prawdopodobnie odbiją się głównie na konsumentach, którzy kupują towary podstawowe. Inflacja i wzrost kosztów pracy dotknie najbardziej osoby mniej zamożne – mówi Patryk Górczyński, dyrektor zarządzający ASM Sales Force Agency.

Ze wstępnych danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w lipcu inflacja wyniosła w Polsce 5 proc. wobec 4,4 proc. w czerwcu i jest to najwyższy poziom od ponad 10 lat. O ponad 3 proc. zdrożały żywność i napoje bezalkoholowe. Widać to w codziennych zakupach Polaków. Jak wynika z badania i raportu „Koszyk Zakupowy” przeprowadzonego przez ASM Sales Force Agency średnia cena koszyka w lipcu była na poziomie 229,98 zł. To wzrost o 5,05 zł (2,25 proc.) w porównaniu do czerwca i o 0,97 zł (0,42 proc.) w porównaniu do lipca 2020 roku.

Gdyby koszyk ten był złożony wyłącznie z produktów najtańszych, kosztowałby 187,07 zł (więcej o 9,97 zł niż w czerwcu), natomiast koszyk produktów najdroższych – 295,09 zł (więcej o 4,95 zł niż w czerwcu). Różnica między nimi wyniosła 108,02 zł i jest ona o 5,02 zł mniejsza niż w czerwcu.

Cena minimalnych zakupów wzrosła po raz kolejny i to tym razem o blisko 6 proc. [w ujęciu rocznym – red.], czyli więcej niż wartość inflacji. Jednocześnie wartość maksymalnego koszyka maleje. Maksymalny koszyk był w lipcu o prawie 8 proc. tańszy niż przed rokiem – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Patryk Górczyński. – W skali roku w największym stopniu tanieją produkty sypkie, używki, np. alkohol, natomiast drożeją chociażby napoje. Jest to z całą pewnością efekt podatku cukrowego wprowadzonego w tym roku.

Jak podkreśla, znaczny wzrost cen najtańszego koszyka zakupowego oznacza, że podwyżki najmocniej odczują konsumenci, którzy mają mniej zasobny portfel.

Nasze badania potwierdzają, że sieci walczą o klientów cenami, ale nie tylko cenami regularnymi, ale także promocjami. Polska to społeczeństwo bardzo chłonne na efekt promocji, a sieci handlowe prowadzą bardzo sprawną politykę promocyjną. Przykładowo dyskonty królują w obszarze promocji i bardzo silnego marketingu, tworząc różne atrakcyjne gazetki cenowe, zachęcające klientów do odwiedzenia sklepu, a jednocześnie promocyjne towary wcale nie muszą być tańsze. Niskie ceny promocyjne dotyczą produktów wysokiej rotacji, natomiast dobre marże uzyskują na innych produktach tak, żeby wartość koszyka była uśredniona – tłumaczy ekspert.

Zgodnie z przyjętą metodologią ASM Sales Force Agency w przykładowym koszyku zakupowym znajduje się 40 produktów, artykułów FMCG z podstawowych kategorii takich jak nabiał, napoje, alkohole, ale także chemia, słodycze i kosmetyki. Agencja bada ich ceny w 11 sieciach handlowych w kanale offline, takich jak Auchan, Lidl, Biedronka, Tesco itp., oraz w kanale e-grocery.

Dyskonty są wysoko w hierarchii atrakcyjnej ceny, natomiast siecią, która w tym roku króluje na liście i na podium, jest właściwie nieprzerwanie sieć Auchan – podkreśla Patryk Górczyński.

Z danych zebranych przez agencję wynika, że w 9 na 11 sieci objętych badaniem ceny w lipcu były wyższe niż w czerwcu. Największy spadek średniej ceny koszyka zakupowego miał miejsce w sieci Lidl (5,78 proc.) – do poziomu 213,51 zł. Najdroższy średni koszyk oferowało Tesco – 245,44 zł, czyli o blisko 15 proc. drożej niż w Lidlu. Z kolei Auchan i Makro są liderami w przypadku minimalnego koszyka – sieci te oferowały po 11 produktów w cenach minimalnych. Również porównanie lipcowych cen z sytuacją sprzed roku wykazało podwyżki w 9 na 11 sieci.

– Najdroższy w raporcie i badaniu „Koszyk Zakupowy” jest dzisiaj kanał e-grocery, który musi sobie zrewanżować dodatkowe koszty z tytułu chociażby dostaw, co niestety przekłada się na odbiorcę końcowego – mówi dyrektor zarządzający ASM Sales Force Agency. – Myślę, że tak w najbliższym czasie jeszcze pozostanie z tego powodu, że jednak wzrastają nam koszty pracy i transportu.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/sredni-koszyk-zakupowy-w,p2013902982

Najbliższa dekada będzie kluczowa dla powstrzymania globalnego ocieplenia. Szczyt COP26 może przynieść radykalne rozstrzygnięcia

0

– Zjawiska wywołane przez zmiany klimatyczne są bardzo niebezpieczne. To są m.in. pożary, które pustoszą południe Europy, ale równie dobrze mogą pustoszyć i Polskę – mówi fizyczka atmosfery, dr Joanna Remiszewska-Michalak. Przed takim czarnym scenariuszem ostrzega nowy raport IPCC, który pokazuje, że globalne ocieplenie postępuje szybciej, niż do tej pory zakładano. Aby zapobiec katastrofie, do 2030 roku emisja gazów cieplarnianych powinna spaść o połowę, a do 2050 roku – do zera. Kluczowe w tym zakresie będzie najbliższych 10 lat. Jest szansa, że konkretne decyzje w tym kierunku zapadną już w październiku, podczas ONZ-owskiego szczytu COP26 w Glasgow.

– Na przestrzeni ostatnich lat widzimy, że natura trochę wyprzedziła nasze przewidywania, zmiany klimatu postępują szybciej. Mamy coraz więcej danych, coraz lepsze modele i moce komputerowe, które pokazują, że nie doszacowaliśmy tych zmian klimatu, że wzrost temperatury do 1,5˚C może nastąpić już w ciągu następnych 20 lat. Wiemy teraz z większą pewnością, że za wszystkie zjawiska ekstremalne, których w tej chwili doświadczamy, i ich intensywność odpowiada globalne ocieplenie. Nie ma innego wytłumaczenia. A ten rok jest pod tym względem szalony – natura demonstruje wszystko, co nas może spotkać, jeżeli nie ograniczymy emisji gazów cieplarnianych – mówi agencji Newseria Biznes dr Joanna Remiszewska-Michalak.

Międzyrządowy Panel ds. Zmian Klimatu (IPCC) – czyli utworzony przez ONZ międzynarodowy panel ekspertów i naukowców – na początku sierpnia po raz szósty opublikował swój raport uznawany za najbardziej wiarygodną i rzetelną ocenę skutków zmian klimatu. Dokument, który powstał na podstawie 14 tys. prac naukowych, po raz pierwszy tak jednoznacznie i dobitnie potwierdza, że to działalność człowieka odpowiada za ogrzanie planety. W żadnym z dotychczasowych raportów IPCC antropogeniczna geneza zmian klimatu nie została wskazana tak bezpośrednio.

 O ile poprzednie raporty mówiły o dużym prawdopodobieństwie, że to człowiek zmienia klimat, o tyle ten raport jest bardzo dosadny w swoim brzmieniu. On jednoznacznie pokazuje, że to my, nasze antropogeniczne emisje gazów cieplarnianych wpływają na zmianę klimatu – mówi fizyczka atmosfery.

Nowy raport IPCC pokazuje też, że globalne ocieplenie przyspiesza. W porównaniu do epoki przedindustrialnej średnia temperatura na Ziemi zwiększyła się już o ponad 1˚C. W obecnym tempie przekroczy bezpieczny próg 1,5˚C już w ciągu najbliższych 20 lat. Z kolei do końca tego wieku, według najbardziej prawdopodobnego scenariusza, wzrośnie o ponad 2,7˚C.

– Według IPCC bardzo szybko osiągniemy ten pierwszy, niebezpieczny próg ocieplenia, czyli 1,5˚C – mówi dr Joanna Remiszewska-Michalak. – Nowy raport pokazuje też różne scenariusze i to, że tak czy inaczej do połowy naszego wieku temperatury będą nadal rosnąć. Potrzebne są bardzo szybie działania, żeby ustabilizować ten wzrost maksymalnie do poziomu 2˚C. Zwłaszcza w tym dziesięcioleciu kluczowe będą szybkie działania, które pozwolą ściąć nasze emisje praktycznie do zera.

Według prognoz IPCC w optymistycznym scenariuszu do 2100 roku średnia temperatura wzrośnie „tylko” o 1,4˚C. W czarnym scenariuszu – bez radykalnych działań – wzrost ten może sięgnąć nawet 4,4˚C, czego efektem będzie m.in. wzrost poziomu mórz i oceanów o 3m i zalanie terenów zamieszkałych przez ogromną część światowej populacji.

– Podniesienie poziomu mórz i oceanów będzie wiązać się z utratą bardzo dużego obszaru, który w tej chwili zamieszkuje ludzka populacja. Bardzo wiele opracowań naukowych wskazuje, że globalny kryzys klimatyczny będzie się wiązał nie tylko z utratą cennych ekosystemów, ale również naszego dziedzictwa kulturalnego – podkreśla fizyczka atmosfery.

Naukowcy wskazują, że w kolejnych latach coraz częstsze i bardziej dotkliwe w skutkach będą ekstremalne zjawiska, takie jak susze, powodzie i pożary, które w ostatnich tygodniach pustoszyły południe Europy. Co więcej, w klimacie już zaszły zmiany, które są zauważalne w każdym rejonie Ziemi. Wiele z nich jest niemożliwych do odwrócenia w skali stuleci lub nawet tysiącleci.

– Co istotne, wzrost globalnych temperatur powoduje też uwalnianie się wszystkich gazów zakumulowanych w wiecznej zmarzlinie. To jest zjawisko, którego możemy w przyszłości nie kontrolować – zauważa dr Joanna Remiszewska-Michalak.

Jak wynika z nowego raportu IPCC, aby zatrzymać globalne ocieplenie, kluczowe jest jak najszybsze ograniczenie emisji gazów cieplarnianych. Do 2030 roku ich emisja powinna spaść już o połowę, a do 2050 roku – do zera.

 Wciąż mamy szansę na stabilizację wzrostu temperatur do końca tego wieku – mówi ekspertka. – Warunek jest jeden i tutaj fizyka mówi jasno: przestańmy emitować gazy cieplarniane. Mocno skupiamy się na dwutlenku węgla, który jest gazem najdłużej żyjącym w atmosferze, ale oprócz niego mamy jeszcze emisję freonów, różnych gazów przemysłowych i przede wszystkim metanu. Najnowszy raport IPCC mówi o tym, że musimy ściąć emisje również innych gazów.

Publikowany co kilka lat raport IPCC to dokument, który ma duży wpływ na politykę klimatyczną prowadzoną przez instytucje międzynarodowe i poszczególne kraje. Nieprzypadkowo najnowsza edycja raportu została opublikowana na trzy miesiące przez ONZ-owskim szczytem klimatycznym COP26, który odbędzie się w szkockim Glasgow w dniach 31 października – 12 listopada br.

 Każdy COP to wielka nadzieja, że powstanie jakiś globalny plan poradzenia sobie z kryzysem klimatycznym. Paryż zdecydowanie rozbudził nadzieje. Każdy kraj jechał na paryską konferencję z jakimś zobowiązaniem dotyczącym redukcji emisji gazów cieplarnianych. Ale mimo szczerych chęci to, co zadeklarowano, nie uchroni nas już przed ociepleniem i wzrostem temperatury mniejszym niż 2˚C w stosunku do epoki przedprzemysłowej. Dlatego spodziewamy się, że w Glasgow kraje podejmą bardziej zdecydowane działania – mówi dr Joanna Remiszewska-Michalak. – Agenda COP26 uwzględnia szereg działań i zobowiązań, które pozwolą nam opanować wzrost temperatur. Jest konkretny plan opracowania mechanizmów i instrumentów finansowych związanych z zaprzestaniem inwestycji w brudne technologie węglowe. 

Wiele poszczególnych państw na własną rękę zadeklarowało już osiągnięcie neutralności klimatycznej w ciągu najbliższych dekad. Jednym z pionierów jest Unia Europejska, która zgodnie z Zielonym Ładem i ogłoszonym w połowie lipca pakietem legislacyjnym Fit for 55 zamierza zredukować swoje emisje gazów cieplarnianych co najmniej o 55 proc. do 2030 roku (w stosunku do poziomu z 1990 roku), a do 2050 roku osiągnąć już zerową emisję netto. Część państw (m.in. Szwecja, Finlandia i Austria) zamierza osiągnąć ją jeszcze wcześniej. Co istotne, w dążeniu do neutralności klimatycznej i radykalnego ścięcia emisji coraz większą rolę zaczyna odgrywać też biznes.

– Wiele firm istotnie to robi, co bardzo cieszy. O ile jeszcze kilka lat temu to my, jako społeczeństwo, wywieraliśmy na firmy i biznes nacisk, żeby był bardziej ekologiczny, o tyle teraz wkraczamy w epokę równoważności. Teraz to firmy wymuszają na nas albo pokazują nam swoimi dobrymi praktykami, że dbają o klimat i idą w stronę neutralności klimatycznej – mówi  fizyczka atmosfery.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/najblizsza-dekada-bedzie,p873251475

Odbicie polskiej gospodarki zwiększa aktywność przedsiębiorstw. Firmy szukają możliwości rozwoju za granicą [DEPESZA]

0

Szybsze niż prognozowane odbicie w gospodarce sprawia, że aktywność klientów Citi Handlowy wraca do poziomów sprzed pandemii – wynika z raportu wynikowego banku za II kwartał. Widać to zarówno w segmencie korporacyjnym, jak i indywidualnym, m.in. po wzroście wolumenu transakcji kartami kredytowymi. Widoczna jest aktywność eksportowa firm – o 1/3 zwiększył się wolumen wymiany walut przez przedsiębiorstwa, a o 16 proc. wzrosła liczba przelewów zagranicznych. Po raz trzeci z rzędu bank znacząco zwiększył też akcję kredytową w branżach nastawionych na eksport.

Jak wynika z szybkiego szacunku Głównego Urzędu Statystycznego, w II kwartale tego roku produkt krajowy brutto wzrósł o prawie 11 proc. w porównaniu do tego samego okresu rok wcześniej. W ujęciu rocznym jest to najwyższy wzrost w historii.

 Oczekujemy, że szybsze niż prognozowane odbicie gospodarcze pozytywnie przełoży się na rozwój naszych klientów. Będziemy ich w tym wspierać, między innymi oferując nowoczesne rozwiązania, które ułatwią im prowadzenie biznesu w Polsce i na rynkach międzynarodowych – powiedziała podczas wideokonferencji Elżbieta Czetwertyńska, wiceprezes zarządu, kierująca pracami zarządu banku Citi Handlowego.

– Dla tych klientów, dla których rynek polski okazał się za mały i chcieli wyjść na rynki zagraniczne, Citi Handlowy jest oczywistym partnerem poprzez swoje przewagi zarówno w obszarze wymiany walut, jak i bankowości transakcyjnej oraz globalnej sieci – podkreśla Natalia Bożek, wiceprezes zarządu banku do spraw finansowych.

Według szacunków banku wzrost eksportu w całym 2021 roku sięgnie 15 proc., a w 2022 roku dołoży kolejne 10,7 proc.

– Dzięki doświadczeniu zdobytemu wśród globalnych firm digital Citi Handlowy stworzył unikatową ofertę dla klientów z obszaru e-commerce, która proponuje zarówno automatyzację procesów, jak i transakcje wymiany walut i zarządzanie płynnością. Jesteśmy bankiem pierwszego wyboru dla firm globalnych, natomiast w tym kwartale skoncentrowaliśmy się na małych firmach, które mają aspiracje, by działać globalnie, i do nich ta oferta została dostosowana – mówi Natalia Bożek.

W wolumenach transakcyjnych Citi Handlowego rośnie udział firm nowej ekonomii, zwłaszcza z segmentów gier mobilnych i dowozów jedzenia, dynamicznie się rozwijających podczas pandemii. Depozyty globalnych firm digital na koniec czerwca w banku były o ponad połowę wyższe niż w grudniu zeszłego roku. Wspieraniu tego segmentu służy nawiązana niedawno współpraca ze spółką PayU oferującą szybkie płatności online.

– Widzimy obiecującą dynamikę w segmencie bankowości przedsiębiorstw, czego zdecydowanym dowodem jest wzrost produkcji przemysłowej. Na podstawie danych z II kwartału widać, że jest on znacznie powyżej trendu jeszcze sprzed czasów pandemii – podkreśla wiceprezes zarządu do spraw finansowych. – Beneficjentami tej produkcji przemysłowej są główne gałęzie przemysłu, które stoją za wzrostem eksportu, zwłaszcza urządzenia elektryczne i elektroniczne. Cieszy nas fakt, że Bank Handlowy podąża za tymi trendami, że wolumeny kredytowe w branży produkcji urządzeń elektronicznych i elektrycznych osiągnęły 14 proc. wzrostu rok do roku.

Odbicie w gospodarce wiąże się także z większym optymizmem wśród klientów indywidualnych banków.

Zauważyliśmy prawie że powrót do zachowań sprzed pandemii, co się przejawia m.in. we wzroście transakcyjności. Analizując dane transakcyjne dla wydatków na karcie kredytowej, zarówno krajowych, jak i zagranicznych, widzimy, że wolumeny w II kwartale tego roku były istotnie wyższe niż przed rokiem. Istotne jest również to, że w tym okresie one z miesiąca na miesiąc wykazywały trend wzrostowy – podkreśla Natalia Bożek.

O lepszych nastrojach konsumentów mogą świadczyć przykładowo dane o dobrej dynamice przychodów prowizyjnych na kartach kredytowych (o 12 proc. w ujęciu kwartalnym) czy wyższej transakcyjności w branży turystycznej. O ponad 120 proc. wzrosła sprzedaż kart kredytowych u partnera banku – sieci handlowej OBI.

W raportowanym okresie straciły na atrakcyjności depozyty, co nie dziwi, zważywszy na 5-proc. inflację i praktycznie zerowe stopy procentowe. W ujęciu kwartalnym ich wartość spadła o 4 proc., a rok do roku aż o 23 proc. Z kolei inwestycje i ubezpieczenia odnotowały wzrost o jedną czwartą w porównaniu ze stanem sprzed roku.

W II kwartale byliśmy świadkami wzrostu sprzedaży produktów inwestycyjnych. W efekcie w segmencie wealth management portfel środków pod zarządzaniem osiągnął rekordowy poziom, co w połączeniu ze spadkiem salda depozytów klientów indywidualnych kwartał do kwartału pokazuje, że nasi klienci bardzo aktywnie poszukują alternatyw dla ochrony wartości swoich aktywów finansowych – wyjaśnia Natalia Bożek

Sprzedaż produktów inwestycyjnych w II kwartale wzrosła aż o 34 proc., a saldo produktów inwestycyjnych – o 39 proc. w ujęciu rocznym. Jak podkreślają przedstawiciele banku Citi Handlowy, trend wzrostowy utrzymywał się również w lipcu, co dobrze wróży również na drugą połowę roku.

Zysk netto banku w II kwartale 2021 roku wyniósł 73 mln zł i był o 19 proc. niższy niż w I kwartale, co wynikało z niższej aktywności w obszarze działalności skarbcowej. Ten obszar odpowiadał jednak za dynamiczny wzrost w I kwartale. W całej I połowie roku zysk netto dla akcjonariuszy wyniósł blisko 468 mln zł i był trzy razy wyższy niż w 2020 roku. Przedstawiciele banku Citi Handlowy podkreślają, że dzięki silnej bazie kapitałowej może on wypłacić 100 proc. zysku za 2020 rok.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/odbicie-polskiej,p1176255929

Rząd i szpitale szykują się do czwartej fali pandemii. W przygotowaniach uczestniczą też organizacje charytatywne i biznes

0

W covidowych statystykach od kilkunastu dni widać wyraźną tendencję wzrostową. Rząd przestrzega przed czwartą falą pandemii i kreśli już scenariusze awaryjne na wypadek skokowego wzrostu zachorowań jesienią. Resort zdrowia ocenia z kolei, że tym razem szpitale są gotowe na nadejście nowej fali zakażeń i udało się zabezpieczyć sprzęt do ratowania życia. Swój udział mają w tym też różne organizacje charytatywne i firmy, które od początku pandemii wspierają medyków i placówki medyczne, zaopatrując je w niezbędny sprzęt i środki ochrony osobistej. Jednym z przykładów jest akcja HASHWdzięczniMedykom realizowana przez Caritas Polska przy współudziale m.in. Polskich Sieci Energetycznych.

– Zeszłoroczna pomoc kierowana do medyków, zwłaszcza na początku pandemii, była bardzo spontaniczna. Wtedy wszyscy tej pomocy potrzebowali, bardzo trudno było zakupić potrzebny sprzęt, były trudności nawet w zdobyciu maseczek. Teraz wszystko jest już dostępne, ceny spadły, więc możemy zaopatrzyć placówki medyczne w sprzęt konieczny do tego, żeby dalej mogły działać – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes ks. dr Marcin Iżycki, dyrektor Caritas Polska.

W Polsce od początku pandemii koronawirusem zaraziło się prawie 2,9 mln osób, z których ponad 75 tys. zmarło. W czwartek Ministerstwo Zdrowia poinformowało o wykryciu 197 nowych zakażeń i czterech zgonach. W szpitalach przebywa ponad 350 chorych, z czego 46 pacjentów jest podłączonych do respiratorów. W skali całego kraju dla zakażonych COVID-19 przygotowanych jest 6 tys. łóżek covidowych i 580 respiratorów.

W ostatnich miesiącach sytuacja epidemiczna w Polsce była ustabilizowana, liczba nowych zakażeń COVID-19 utrzymywała się na stosunkowo niskim poziomie. Teraz widać już jednak tendencję wzrostową. Ostatnie statystyki są najwyższe od połowy czerwca br.

Rząd już od tygodni przestrzega przed czwartą falą pandemii i kreśli scenariusze awaryjne na wypadek skokowego wzrostu zachorowań jesienią, na przełomie września i października. Ministerstwo Zdrowia przewiduje, że w czarnym scenariuszu dzienna liczba zakażeń w Polsce może sięgnąć 15 tys. Resort ocenia jednak, że tym razem szpitale są gotowe na nadejście czwartej fali i udało się zabezpieczyć sprzęt do ratowania życia. Swój udział mają w tym też instytucje i firmy, które od początku pandemii COVID-19 wspierają medyków i placówki, zaopatrując je w niezbędny sprzęt i środki ochrony osobistej.

– To była pomoc bardzo ważna, bo sprzęt trudno było kupić. Musieliśmy sprowadzać go z zagranicy, przede wszystkim z Wielkiej Brytanii. Bez pomocy i wsparcia partnerów biznesowych nie byłoby to możliwe – mówi ks. dr Marcin Iżycki.

Caritas Polska w marcu ub.r., podczas pierwszej fali, zainicjował akcję HASHWdzięczniMedykom w odpowiedzi na zapotrzebowanie szpitali i placówek, które tworzą pierwszy front w walce z pandemią. Celem było dostarczenie im niezbędnych środków i sprzętu. W akcję włączyło się kilkanaście firm i partnerów biznesowych – w tym m.in. właśnie PSE – oraz indywidualni darczyńcy.

 Gdy w zeszłym roku wybuchła pandemia COVID-19, wiele placówek medycznych z całego kraju zwróciło się do nas z prośbą o pomoc. Z przyczyn głównie organizacyjnych nie byliśmy w stanie odpowiedzieć samodzielnie na apele medyków. Uznaliśmy, że inicjatywa Caritas HASHWdzięczniMedykom wpisuje się w oczekiwania nasze i służby zdrowia, a pomoc trafi dokładnie tam, gdzie jest oczekiwana – dodaje Szymon Kostiuk, koordynator programów społecznych w spółce Polskie Sieci Elektroenergetyczne.

W ubiegłym roku spółka przekazała na rzecz akcji HASHWdzięczniMedykom 400 tys. zł. Za te środki Caritas zakupił m.in. dwa respiratory, 56 tys. maseczek chirurgicznych, ponad 16 tys. maseczek FFP2 i KN95, 49 tys. par jednorazowych rękawiczek i ponad 12 tys. fartuchów lekarskich. Ta pomoc rzeczowa trafiła w sumie do 16 szpitali i placówek medycznych, m.in. w Jastrzębiu-Zdroju, Wejherowie, Jaworznie, Otwocku, Kartuzach i Ostrołęce.

– Firmy, szczególnie taka jak PSE, która jest obecna ze swoją infrastrukturą przesyłową na terenie przeszło tysiąca polskich gmin, powinny czuć się zobowiązane do pomocy w tak trudnej sytuacji, jaką jest pandemia COVID-19. Dla nas jest to wyraz odpowiedzialności i solidarności ze społecznościami lokalnymi – mówi Szymon Kostiuk.

Od początku tego roku spółka przekazała na rzecz akcji HASHWdzięczniMedykom kolejne 200 tys. zł. Środki te zostały przeznaczone na zakup 77 sztuk koncentratorów tlenu, każdy o wartości 2,6 tys. zł. Pomoc rzeczową rozdysponowano między sześć szpitali, m.in. w Gorzowie Wielkopolskim, Słupsku i Kartuzach.

 Koncentratory tlenu zawsze się przydają, bo to są rzeczy, których NFZ nie może zrefundować. Corocznie kupujemy kilkaset takich urządzeń. Bez wsparcia dużego biznesu nie byłoby możliwe wyposażenie placówek medycznych w ten sprzęt – mówi dyrektor Caritas Polska. – Sprzęt, który zakupiliśmy dzięki naszym darczyńcom, trafił do kilkuset szpitali w całej Polsce, praktycznie w każdym województwie. On jest wykorzystywany przez cały czas, nasze respiratory przenośne są używane na SOR-ach i w karetkach pogotowia. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rzad-i-szpitale-szykuja,p1348613726

Firmy rodzinne lepiej niż inne poradziły sobie w pandemicznym kryzysie. Mimo to kilka procent z nich nigdy nie wróci na rynek

0

Firmy rodzinne są w Polsce jednym z kół zamachowych gospodarki, generują ok. 1/5 krajowego PKB. Ich wyróżnikiem jest to, że na tle ogółu lepiej radzą sobie z kryzysami i rynkowymi zawirowaniami. Potwierdził to też okres pandemii, w którym spółki rodzinne notowane na GPW zapewniały inwestorom wyższą rentowność i mniejszą zmienność kursów niż nierodzinne biznesy. Nie oznacza to jednak, że wszystkim udało się przetrwać ten trudny okres. – W zależności od branży mówi się o kilku procentach firm, które już nigdy nie wrócą na rynek. W przypadku branży gastronomicznej ten odsetek sięga nawet 30 proc. – mówi dr hab. Krzysztof Safin z Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu.

 Przedsiębiorstwa rodzinne dobrze radzą sobie z kryzysami, a z pewnością lepiej niż firmy nierodzinne. Przykładowo ostatni kryzys finansowo-ekonomiczny z lat 2008–2009 pokazał, że kiedy wszyscy się zamykali, przedsiębiorstwa rodzinne trwały. Kiedy wszyscy zwalniali, przedsiębiorstwa rodzinne pracowników zatrzymywały. Mamy wiele przesłanek, aby sądzić, że w okresie kryzysu pandemicznego sytuacja może być podobna – mówi dr hab. Krzysztof Safin, profesor Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu, dyrektor Centrum Biznesu Rodzinnego i inicjator Kongresu Firm Rodzinnych we Wrocławiu.

Z marcowego raportu opracowanego przez Grant Thornton („Firmy rodzinne na GPW”) wynika, że co trzecia spółka notowana na warszawskim parkiecie jest przedsiębiorstwem rodzinnym. Na rynku głównym jest ich 139. Podczas wielu rynkowych zawirowań, w tym też w okresie pandemii COVID-19, zapewniały inwestorom wyższą rentowność i mniejszą zmienność kursów niż spółki nierodzinne. Między IV kwartałem 2019 roku a III kwartałem 2020 roku rentowność EBITDA dla spółek rodzinnych wyniosła 12,3 proc., tymczasem dla pozostałych – 10,8 proc. Zysk netto wyniósł w tym okresie 2,7 proc. w spółkach rodzinnych, a dla pozostałych spółek odnotowano stratę na poziomie 1,5 proc.

– Z wielu badań wynika, że firmy rodzinne szybko zareagowały na kryzys. Próbowały się ratować, np. kierując pracowników na urlopy, ograniczając czas zatrudnienia czy ograniczając inwestycje. Ratowały się też nowymi instrumentami, chociażby pracą zdalną. W przypadku wielu z nich zaskoczeniem było to, że w ogóle potrafiły to zrobić. Po pierwszym okresie szoku okazało się, że firmy rodzinne wychodzą z chwilowej zapaści, rozszerzając swoją paletę usług i obszar produkcji – podkreśla ekspert.

Grant Thornton wskazuje, że indeks GT Rodzinne, który obrazuje zachowanie akcji 20 największych spółek rodzinnych na GPW, w okresie luty 2020 – luty 2021 zyskał 57 proc., podczas gdy WIG20 stracił 5 proc. To powoduje, że podczas rynkowych i gospodarczych zawirowań inwestorzy darzą spółki rodzinne większym zaufaniem. Nie oznacza to jednak, że wszystkim takim podmiotom udało się przetrwać dotychczasowe pandemiczne turbulencje.

– Trudno powiedzieć, ile firm zostało zamkniętych albo zawiesiło działalność z powodu COVID-19. Firmy rodzinne są bardzo zróżnicowane i wiele zależy od tego, jak długą mają historię, w jakim sektorze funkcjonują, kiedy zaczęły swój rozwój etc. W zależności od branży mówi się o kilku procentach firm, które już nigdy nie wrócą na rynek. W przypadku branży gastronomicznej, która musiała się zamknąć na wiele miesięcy, ten odsetek sięga nawet 30 proc. – mówi profesor wrocławskiej WSB.

Dyrektor Centrum Biznesu Rodzinnego wskazuje, że ta grupa przedsiębiorstw boryka się z podobnymi problemami co cały rynek. Jednak ze względu na osobiste zaangażowanie właścicieli częstokroć radzi sobie z nimi dużo lepiej. 

– Okres pandemii sprawia, że modele biznesowe podlegają weryfikacji, bo nie wszystkie się sprawdziły. Firmy, które nie potrafiły szybko przejść na inne formy działalności przestały funkcjonować albo popadły w głęboki kryzys. Natomiast w firmach rodzinnych – i to jest ich duży wyróżnik – zdolność elastycznego reagowania jest dużo większa niż w pozostałych. To wynika m.in. z bezpośredniego zaangażowania przedstawicieli rodziny, bo w rodzinnych przedsiębiorstwach jest właściciel, lecz także jego dzieci, dalsza rodzina i każdy z nich identyfikuje się z firmą i angażuje się mocniej. Dzięki temu nowe pomysły i innowacje są zgłaszane intensywniej niż w firmach nierodzinnych – wyjaśnia dr hab. Krzysztof Safin.

Do głównych wyzwań, jakie stoją przed rodzinnym biznesem, trzeba doliczyć też sukcesję pokoleniową. Dane Instytutu Biznesu Rodzinnego, przytaczane przez Ministerstwo Rozwoju, pokazują, że w ciągu najbliższych pięciu lat sukcesję planuje ok. 57 proc. firm rodzinnych w Polsce, ale tyko 8,1 proc. następców chce poprowadzić w przyszłości firmy rodziców. Ekspert wrocławskiej WSB wskazuje, że ten problem dotyczy zwłaszcza małych biznesów.

– Istnieje cała rzesza firm rodzinnych – nie tylko w Polsce, lecz także na Zachodzie Europy – które nie mają sukcesorów nie dlatego, że właściciele nie mają dzieci, ale dlatego, że jest to dla nich zbyt małe wyzwanie. One często robią już kariery w dużych korporacjach. Tak więc jest to problem w przypadku małych firm. Natomiast w przypadku średnich i dużych istotnym czynnikiem będą z kolei fundacje firm rodzinnych – mówi dyrektor Centrum Biznesu Rodzinnego.

Projekt ustawy o fundacji rodzinnej – opracowany przez Ministerstwo Finansów oraz Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii – został upubliczniony w marcu tego roku. Zakłada, że w Polsce od 1 stycznia 2022 roku pojawi się możliwość zakładania fundacji przez firmy rodzinne. Ma to umożliwić polskim przedsiębiorstwom kompleksowe zaplanowanie sukcesji pokoleniowej i określenie m.in. kto ma zostać właścicielem firmy, kto ma nią zarządzać i kto może czerpać z niej finansowe korzyści. Projektowana ustawa ma też wyeliminować ryzyko konfliktów okołospadkowych oraz zapewnić ochronę przed rozdrobnieniem majątku i niekontrolowanym podziałem firmy rodzinnej wskutek dziedziczenia. Resort finansów zakłada, że ustawa trafi do Sejmu po wakacjach.

– Ustawa ta – długo wyczekiwana, opracowywana już od dłuższego czasu ku zadowoleniu wielu przedsiębiorstw rodzinnych – będzie istotnym elementem wspierającym ich funkcjonowanie i rozwój. Dotyczy to jednak raczej większych i średnich firm rodzinnych. Szacuje się, że pozytywne efekty będą dotyczyć około 5 tys. takich  przedsiębiorstw, podczas gdy na rynku mamy ich w sumie setki tysięcy – mówi Krzysztof Safin.  

Z danych Ministerstwa Rozwoju wynika, że z ponad 2 mln polskich przedsiębiorstw prywatnych prawie 830 tys. to właśnie firmy rodzinne. Najwięcej jest ich w branży handlowej (32 proc.), przetwórstwa przemysłowego (16 proc.), budowlanej (12 proc. ) oraz usług profesjonalnych (11 proc.). Co istotne, ich wpływ na gospodarkę sukcesywnie rośnie. Podczas gdy jeszcze w 2009 roku firmy rodzinne wytwarzały ok. 10 proc. polskiego PKB, tak obecnie jest to już ok. 18 proc., czyli ponad 330 mld zł (dane PARP). To oznacza, że średnio co piąta wypracowana w kraju złotówka jest efektem działalności firm rodzinnych. Pod tym względem wciąż daleko nam jednak do rozwiniętych gospodarek, w których wpływ firm rodzinnych na PKB przekracza nawet 50 proc.

Z ubiegłorocznego raportu „Najmocniejsze marki rodzinne”, opracowanego przez Fundację Firm Rodzinnych, wynika, że dziesiątka najbardziej rozpoznawalnych marek rodzinnych w Polsce to: Grycan, Black Red White, Solaris, Komputronik, Koral, Wedel, Kania, Olewnik, Tarczyński i Ziaja. Dalej uplasowały się też m.in. dr Irena Eris, Mokate, Adamed, Roleski, Pruszyński, Blikle, W. Kruk i Gessler. W tym zestawieniu znalazło się jednak kilka firm, które – choć zmieniły właścicieli i już od kilku lat nie kwalifikują się jako firmy rodzinne – to nadal są tak przez Polaków postrzegane.

Podsumowanie dotychczasowych zmagań przedsiębiorców z pandemią i perspektywy na przyszłość będą głównymi tematami IV Kongresu Firm Rodzinnych, który odbędzie się na początku września we Wrocławiu.

– W czasie Kongresu chcemy pokazywać, w jaki sposób firmy rodzinne są przygotowane na wyzwania popandemiczne. Te wyzwania dotyczące samej przyszłości będą pewnie jeszcze przez wiele lat stygmatyzowane covidem. Chcemy porozmawiać o tym, jak firmy sobie poradziły, jakie są instrumenty, aby mogły sobie poradzić lepiej, jaka instytucja może im pomóc – wskazuje profesor Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/firmy-rodzinne-lepiej-niz,p327248562

Nowelizacja ustawy o finansach publicznych w rękach prezydenta. Podpis pod nią oznacza ryzyko zadłużenia kraju ponad rzeczywiste potrzeby

0

Zgodnie z przyjętą przez parlament nowelizacją ustawy o finansach publicznych klauzula powrotu do stosowania standardowej stabilizującej reguły wydatkowej zostanie wydłużona jeszcze na 2022 rok. Nowe przepisy rozszerzają zakres tej reguły o państwowe fundusze celowe, ale jednocześnie wyłączono z jej limitu wydatki m.in. z Funduszu Przeciwdziałania COVID-19. – Z jednej strony rząd domyka jedną furtkę, a otwiera kilka dużych bram na omijanie reguły wydatkowej – mówi główny ekonomista FOR dr Sławomir Dudek. Jak podkreśla, to zwiększa przestrzeń do pogłębiania deficytu.

Sejm odrzucił w środę 11 sierpnia prawie wszystkie z 12 poprawek Senatu do ustawy o finansach publicznych, która ma określić sposób powrotu do stabilizującej reguły wydatkowej w postaci przedcovidowej, przyjmując jedynie poprawkę natury formalnej. Tym samym m.in. dał zielone światło do przenoszenia wydatków budżetu oraz ich blokowania osobiście przez premiera, choć senatorowie chcieli, by wymagało to zgody całego rządu.

– Ustawa o finansach publicznych zakłada przedłużenie okresu przejściowego w regule wydatkowej, czyli mamy możliwość powrotu do reguły wydatkowej rok później – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Sławomir Dudek, główny ekonomista i wiceprezes zarządu Forum Obywatelskiego Rozwoju, przedstawiciel Towarzystwa Ekonomistów Polskich.

Chodzi o zapis zobowiązujący rządzących do oszczędnościowego budżetu po przekroczeniu 55 proc. zadłużenia publicznego do PKB, a według metodologii unijnej próg ten został przekroczony i na koniec I kwartału 2021 roku wyniósł 59,1 proc., czyli znalazł się tuż pod granicą 60 proc., zapisaną w Konstytucji jako nieprzekraczalna. Nawet już jednak przebicie poziomu 55 proc. zmuszałoby rząd do posunięć oszczędnościowych, takich jak zrównoważony budżet na kolejny rok (lub przynajmniej taki, który pozwoliłby na zmniejszenie zadłużenia), zamrożenie płac w budżetówce czy waloryzacja rent i emerytur na poziomie nie wyższym niż inflacja z poprzedniego roku.

Zawieszenie stosowania tej reguły wymusiły pandemia i spowodowane nią spowolnienie gospodarcze, które wymagało wypłaty wielomiliardowej pomocy m.in. dla przedsiębiorców. Zgodnie z przyjętym właśnie prawem powrót do SRW został odłożony w czasie o kolejny rok, co rząd uzasadnia dalszym wspieraniem gospodarki w walce z pandemią.

– Komisja Europejska zachęca do kontynuowania działań antykryzysowych, a w miarę postępów w walce z pandemią – do wspierania ożywienia gospodarczego. Również Międzynarodowy Fundusz Walutowy sygnalizował, że rozpoczęcie konsolidacji fiskalnej od 2022 roku może być zbyt szybkie i gwałtowne – podkreślali w czerwcu przedstawiciele rządu po przyjęciu ustawy.

– To oznacza, że zwiększa się przestrzeń do pogłębiania deficytu, ale to jeszcze można uzasadnić sytuacją związaną z COVID-em, podobne rozwiązania stosuje Unia Europejska. Jednak moim zdaniem ta przestrzeń, którą sobie robi rząd na kolejne lata, jest za duża – ocenia Sławomir Dudek.

Jak podkreśla, poprawki senatorów – odrzucone w sejmowym głosowaniu – zmierzały do tego, by zwiększyć przejrzystość finansów publicznych, m.in. rozszerzając regułę wydatkową.

– Rząd rzeczywiście za głosem ekonomistów, m.in. z Towarzystwa Ekonomistów Polskich, włącza do reguły państwowe fundusze celowe, to jest ruch w dobrym kierunku, zacieśniający. Ale tu rząd domyka jedną furtkę, a otwiera kilka dużych bram na omijanie reguły wydatkowej, omijanie finansów publicznych – ocenia wiceprezes Forum Obywatelskiego Rozwoju. – Przykładowo dalej będzie rozdawał obligacje – zamiast dać dotację, która byłaby objęta regułą wydatkową – ale wchodzi to oczywiście w zadłużenie. Ten proceder na kilkadziesiąt miliardów złotych już jest stosowany. Rząd zaczął tworzyć fundusze zupełnie poza finansami publicznymi, czego przykładem jest Fundusz Przeciwdziałania COVID-19 czy Rządowy Fundusz Inwestycji Lokalnych.

Ekonomiści podkreślają, że „wypychając” część wydatków poza budżet państwa do funduszy celowych, rządzący zapewniają sobie możliwość stworzenia deficytu na poziomie bieżących potrzeb, a nie reguł dyscyplinujących wydatki państwa. Tymczasem zadłużenie rośnie w szybkim tempie (w ciągu I kwartału 2021 roku zwiększyło się o 1,6 pkt proc. w stosunku do PKB), a na koniec 2020 roku rozdźwięk między danymi rządu a Eurostatu sięgał już 9,5 p.p. (co wynika z różnic w metodologiach polskiej i unijnej – o ich rozliczenie także wnioskowali senatorowie).

Według wyliczeń ekonomisty FOR rozwiązaniem wprowadzanym w nowelizacji Rada Ministrów pod pozorem uszczelnienia – poprzez dodanie państwowych funduszy celowych – zapewnia sobie w innych obszarach margines nawet na 100 mld zł.

– Rząd wyjmuje z tego wiążącego limitu Fundusz Przeciwdziałania COVID-19. To jest fundusz, który finansuje czeki Morawieckiego dla samorządów, a wiemy, że one były rozdawane według klucza politycznego, co Fundacja Batorego udowodniła w swoich kilku raportach – przypomina Sławomir Dudek. – I ten fundusz ma finansować Polski Ład. To nie są działania stricte związane z walką z COVID i wyłączenie spod wiążącego limitu tego funduszu czyni go raczej funduszem wyborczym. Pewnie będą wcześniejsze wybory albo nawet jeżeli nie, to widać, że rządzący budują sobie bufor na nieskrępowane wydatkowanie i realizowanie obietnic wyborczych.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/nowelizacja-ustawy-o,p436527885