Strona główna Blog Strona 73

Inflacja bije rekordy, a stopy ani drgną. Przedsiębiorcy obawiają się wzrostu oczekiwań płacowych

0

Polska od miesięcy należy do państw o najwyższej inflacji w Europie, zajmując wraz z Węgrami na zmianę pierwsze lub drugie miejsce. Węgrzy rozpoczęli już walkę z tym zjawiskiem, podobnie jak Czesi, gdzie inflacja jest zdecydowanie niższa. Tymczasem NBP utrzymuje rekordowo niski poziom stóp procentowych. Według Pawła Wojciechowskiego z Pracodawców RP taka sytuacja nakręci spiralę oczekiwań inflacyjnych i płacowych, co jeszcze bardziej podbije wzrost cen, a podwyżka stóp potrzebna będzie jeszcze w tym roku.

– Mamy powody, żeby obawiać się wysokiej inflacji, ponieważ w tej chwili już należymy do państw o najwyższej inflacji w Europie, a te państwa, które taką inflację wysoką już mają, postanowiły podnieść stopy procentowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Paweł Wojciechowski, główny ekonomista, wiceprezydent Pracodawców RP. – W Polsce w dalszym ciągu trwa zaklinanie rzeczywistości, że ta inflacja nie jest wysoka i że Narodowy Bank Polski ma czas na podjęcie decyzji o podwyższeniu stóp procentowych. Tymczasem inflacja powoduje, że następuje zakotwiczenie oczekiwań inflacyjnych na wyższym poziomie, co będzie skutkowało tym, że nie tylko będą rosły ceny, ale również oczekiwania płacowe, co spowoduje też presję na złotego i w konsekwencji będzie trudniej opanować inflację, jeśli podwyżki stóp procentowych nie nastąpią szybko.

W lipcowych badaniach dla Komisji Europejskiej 90 proc. polskich gospodarstw domowych było przekonanych, że w najbliższym czasie ceny będą rosły, z czego blisko 1/3 badanych uważa, że będą rosły jeszcze szybciej niż dotychczas. Rosną też oczekiwania inflacyjne firm, które nie kryją się z zamiarami przerzucania wzrostu cen surowców na klientów końcowych. A to nie wszystkie koszty.

W czerwcu, a są to ostatnie dostępne dane, średnie wynagrodzenie w przedsiębiorstwach zatrudniających powyżej dziewięciu osób wynosiło 5725,47 złotych brutto, a w całym pierwszym półroczu było średnio wyższe od tego z I półrocza 2020 roku o 7,8 proc. Jest więc wyższe niż inflacja, a to oznacza wyższe koszty dla pracodawców. Grupa ta nie obejmuje mikroprzedsiębiorców ani samozatrudnionych.

W rachunku ekonomicznym każdej firmy jednym z najważniejszych elementów są płace. Nadmierna presja inflacyjna na płace może spowodować to, że wrócimy do tzw. rynku pracownika. Trudności w znalezieniu pracowników będą powodowały również wzrost wynagrodzeń. Dodatkowo rząd planuje ponadustawowo wzrost płacy minimalnej do 3 tys. zł, co przesunie również wszystkie inne płace wyżej – przypomina Paweł Wojciechowski. – Czyli płace rosną i będą rosły, będziemy mieć inflację, budżet będzie się miał lepiej wskutek jej wzrostu i będziemy żyli w świecie złudzenia, że wszystko jest dobrze. Tak naprawdę czekają nas rafy, zarówno jeżeli chodzi o zadłużenie publiczne, jak i o nieprzewidywalność zmian podatkowych proponowanych w Polskim Ładzie.

Potwierdziły się wstępne dane o wzroście cen w lipcu, gdy średnio wyniósł on 5 proc. i był najwyższy od ponad 10 lat. Najmocniej podrożały paliwa do prywatnych środków transportu: benzyna o 32 proc., olej napędowy o 28,7 proc., a gaz ciekły i pozostałe paliwa o 20,7 proc. Zdecydowanie droższe było mięso drobiowe (+22,6 proc.) i wywóz śmieci (+23,1 proc.), a dwucyfrowo wzrosły też usługi związane z kulturą (+12,1 proc.) i turystyka zorganizowana za granicą (o 10,7 proc.). Niewiele mniej, bo o 9,5 proc., zdrożała energia elektryczna.

Już w maju, gdy inflacja sięgnęła 4,7 proc., ekonomiści przestrzegali przed jej dalszym wzrostem, ale niższy czerwcowy odczyt (4,4 proc.) posłużył RPP jako pretekst do podtrzymywania narracji o przejściowym charakterze wzrostu cen.

Przykładowo Czechy i Węgry już rozpoczęły zacieśnianie polityki pieniężnej, podnosząc stopy procentowe i zapowiadając kolejne podwyżki. Nad Wełtawą stopy wzrosły w dwóch ruchach z 0,25 proc. do 0,75 proc., na Węgrzech natomiast bank centralny podniósł już stopy o łącznie 60 punktów bazowych (z 0,6 proc. do 0,9 proc., a potem do 1,2 proc.). Warto przy tym zauważyć, że w Czechach lipcowa inflacja wyniosła 3,4 proc. przy celu inflacyjnym na poziomie 2 proc. (+/- 1 pkt proc.), zaś na Węgrzech 4,6 proc. przy 3-proc. celu z jednopunktowym pasmem wahań w górę i w dół.

Z kolei inflacja zharmonizowana, pozwalająca na porównanie wzrostu cen w różnych krajach w czerwcu (dane za lipiec zostaną opublikowane 18 sierpnia), wyniosła w Polsce 4,1 proc. przy 5,3 proc. na Węgrzech i 2,5 proc. w Czechach. Oznacza to drugie miejsce Polski pod tym względem w UE (utrzymywane przez cały drugi kwartał, wcześniej przez siedem miesięcy zajmowaliśmy pierwsze), przy czym w lipcu inflacja nad Balatonem wyhamowała, a nad Wisłą przyspieszyła.

Kilka miesięcy temu przewidywałem 5-proc. inflację i ona tyle dziś wynosi. Wydaje mi się, że cały czas będzie się wahała w okolicach 4–4,5 proc. w najbliższych miesiącach. Są oczywiście pewne efekty sezonowe, ale tak naprawdę cały czas uważam, że inflacja będzie powyżej 4 proc., około 4,5 proc. na koniec roku. Uważam, że Rada Polityki Pieniężnej powinna już w IV kwartale poważnie zastanowić się nad podwyżką stóp procentowych – wskazuje wiceprezydent Pracodawców RP. – Jeśli ona nie nastąpi, to w przyszłym roku czekają nas większe podwyżki stóp procentowych niż te, które mogłyby nastąpić jeszcze w tym roku.

RPP stoi na stanowisku, że od wzrostu cen ważniejsze jest stymulowanie gospodarki, a gołębio nastawieni członkowie mają w niej przewagę. Gdy poprzednio w maju 2011 roku inflacja w Polsce sięgała 5 proc., główna stopa procentowa wynosiła 4,25 proc., a w czerwcu wzrosła do 4,50 proc. Obecnie od ponad 14 miesięcy mamy stopę referencyjną na poziomie 0,10 proc., a Rada wzbrania się przed choćby symbolicznymi podwyżkami. Kolejne decyzyjne posiedzenie RPP zaplanowane jest na 8 września.

Trudno odpowiedzieć, jak powinna wyglądać skala podwyżek stóp procentowych, ale podwyżka o 0,25 proc. byłaby oczekiwana w tym roku. Wydaje mi się, że to wszystko też zależy od innych czynników, czyli nie tylko od tych popytowych w polskiej gospodarce, ale też podażowych – rozważa Paweł Wojciechowski. – Zobaczymy, co będzie z pandemią. Jeśli będzie czwarta fala, to szybka podwyżka być może nawet nie będzie bardzo konieczna, bo będzie trzeba w dalszym ciągu pobudzać gospodarkę przyduszoną kolejnym lockdownem. Te wszystkie elementy są relatywne, ale już na dzisiaj można powiedzieć, że podwyżka stóp procentowych jest potrzebna.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/inflacja-bije-rekordy-a,p2125044789

Polska najpóźniej dzisiaj powinna się odnieść do wyroku TSUE. Grozi nam milion euro dziennie kary finansowej

0

Dziś mija termin, w którym Polska musi się ustosunkować do postanowienia TSUE z połowy lipca, nakazującego całkowicie zawieszenie działania Izby Dyscyplinarnej SN. W przeciwnym razie Komisja Europejska zapowiedziała już, że będzie wnioskować o karę finansową. – Ta kara może wynosić nawet ponad 1 mln euro dziennie – podkreśla konstytucjonalista, prof. Marek Chmaj. Jak wskazuje, jeżeli postanowienie TSUE nie zostanie wykonane, Polska musi się też liczyć z utratą głosu w unijnych instytucjach i problemami z wypłatą środków z Funduszu Odbudowy. Tymczasem Izba Dyscyplinarna SN wciąż rozpoznaje sprawy.

– Polski rząd powinien kierować się traktatami Unii Europejskiej i polską Konstytucją. Nie może mieć miejsca sytuacja, w której premier – komentując orzeczenie TSUE, Rady Europy czy trybunału w Strasburgu – mówi: „Będziemy realizować nasz program niezależnie od kłopotów po drodze, bo uważamy, że mamy słuszność”. To jest złe myślenie. Partia rządząca może realizować swój program, ale zgodnie z tymi regułami, które są zawarte w obowiązujących aktach prawnych. To jest jak z grą w piłkę nożną: możemy grać, jeżeli obie drużyny respektują te same zasady i gra opiera się na równości szans. Jeżeli jedna z drużyn wprowadzi 10 dodatkowych zawodników i jeszcze wymieni sędziów na tych, którzy im sprzyjają, to już nie ma mowy o grze w piłkę – mówi agencji Newseria Biznes prawnik i konstytucjonalista, prof. dr hab. Marek Chmaj.

W połowie lipca Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej orzekł, że system odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów w Polsce nie jest zgodny z prawem UE. Zanegował niezależność Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego i możliwość pociągania sędziów do odpowiedzialności dyscyplinarnej, a także kompetencje prezesa Izby Dyscyplinarnej do wyznaczania składu właściwego do rozpoznania takich spraw. W ocenie TSUE Izba Dyscyplinarna SN nie może być uznana za niezależny i bezstronny sąd. TSUE uwzględnił tym samym wszystkie zarzuty Komisji Europejskiej, która w 2019 roku skierowała skargę do Luksemburga, uznając, że Polska naruszyła unijne prawo.

W orzeczeniu TSUE z 14 lipca br. Polska została też ponownie zobowiązana do natychmiastowego zawieszenia stosowania przepisów krajowych dotyczących uprawnień Izby Dyscyplinarnej SN. Pierwszy raz miało to miejsce w marcu ubiegłego roku, kiedy trybunał uwzględnił wniosek KE o zastosowanie środków tymczasowych i nakazał zawieszenie działalności tej izby. Jednak postanowienie zostało wykonane tylko częściowo, ponieważ Izba Dyscyplinarna nie podejmowała spraw dyscyplinarnych, ale nadal wydawała uchwały o zawieszeniu immunitetu sędziów.

Lipcowe orzeczenie TSUE de facto pozbawia sędziów zasiadających w Izbie Dyscyplinarnej kompetencji do rozpoznawania takich spraw. Tym samym powinni oni powstrzymać się od orzekania, a sędziowie sądów powszechnych – zawieszeni w czynnościach na mocy jej decyzji – powinni zostać przywróceni do wykonywania swoich obowiązków. Rozstrzyganie postępowań dyscyplinarnych wobec sędziów powinno zaś ponownie trafić do Izby Karnej Sądu Najwyższego.

W praktyce – pomimo orzeczenia TSUE – Izba Dyscyplinarna SN jeszcze w czwartek rozpoznawała sprawę dotyczącą odebrania immunitetu sędziemu, a z wokandy wynika, że kolejne posiedzenia w podobnej sprawie są zaplanowane na 26 sierpnia i 6 września br.

– Mamy miesiąc na wprowadzenie orzeczenia TSUE w życie. Jeżeli to się nie zdarzy, wtedy trybunał może wydawać środki zabezpieczające, m.in. może nałożyć karę finansową, płaconą z budżetu państwa, określoną w stawkach dziennych. Ta kara może wynosić nawet ponad 1 mln euro dziennie. To będzie milion euro płaconych z naszego budżetu, a nie z budżetu UE – wskazuje prof. Marek Chmaj.

Polska ma czas na ustosunkowanie się do orzeczenia TSUE do poniedziałku, 16 sierpnia. Rząd, premier Mateusz Morawiecki oraz minister sprawiedliwości i prokurator generalny Zbigniew Ziobro już wcześniej wskazali, że nie zgadzają się z postanowieniem, które raczej nie zostanie wykonane. W takim scenariuszu Komisja Europejska będzie wnioskować do TSUE o kary finansowe, o czym już pod koniec lipca ostrzegła wiceszefowa KE Vera Jourova.

Konstytucjonalista podkreśla jednak, że kary finansowe to niejedyne sankcje, z którymi Polska musi się liczyć, jeżeli nie zawiesi całkowicie działania Izby Dyscyplinarnej SN.

– TSUE może też nakazać podjęcie określonych kroków i nałożyć środek zapobiegawczy, również finansowy. Czyli z jednego zdarzenia może pączkować kilka kar finansowych bądź też kar zawieszających. Pamiętajmy, że jeżeli zostanie wdrożona procedura ochrony praworządności, możemy też stracić nasze prawo głosu w instytucjach europejskich, co będzie dla nas karą daleko idącą – podkreśla.

Jak zauważa prof. Marek Chmaj, w przypadku dalszego konfliktu z UE Polska długofalowo może mieć też problemy z wypłatą środków z Funduszu Odbudowy, przeznaczonych na odbudowę europejskich gospodarek po pandemii COVID-19. Zgodnie z założeniami mamy być jednym z największych beneficjentów tego instrumentu.

– Unijny Fundusz Odbudowy jest jednym z mechanizmów, który może być wstrzymany, jeżeli unijne wartości i zasady będą naruszane przez dane państwo. Jak na razie nie jest wstrzymany, natomiast jest wydłużona procedura jego przyznawania. To wydłużenie ma charakter dość spory, więc widać, że organy Unii będą bacznie przyglądać się temu, co się dzieje w Polsce. Oczywiście zobaczymy, czy zasada ochrony praworządności będzie powiązana z przyznaniem funduszu. Być może tak się stanie i wtedy w wyniku działań naszego rządu i Sejmu będziemy pozbawieni ogromnych środków, które mogły być przeznaczone na rozwój infrastruktury w naszym kraju. Środków, które mogą stanowić nawet połowę budżetu naszego państwa – zaznacza konstytucjonalista.

Izba Dyscyplinarna SN rozpoczęła działalność w 2018 roku na mocy nowej ustawy o Sądzie Najwyższym. To jedna z najważniejszych zmian w wymiarze sądownictwa, które od kilku lat wdraża Zjednoczona Prawica. Sędziowie izby zostali w całości powołani przy udziale nowej Krajowej Rady Sądownictwa, której niezależność już wcześniej budziła wątpliwości TSUE.

– Reforma Izby Dyscyplinarnej SN jest w tej chwili niemożliwa. Izba została uznana za niemającą przymiotu niezależności, jej sędziowie wybrani przez neo-KRS zostali uznani za osoby, które nie są niezawisłe. A zatem reforma czegoś, co od początku było wadliwe, niczego nie zmieni. Izba Dyscyplinarna musi być zlikwidowana, a nowy model odpowiedzialności dyscyplinarnej dostosowany do standardów wynikających z wartości unijnych, takich jak praworządność, sprawiedliwość, niezależność sądów i niezawisłość sędziów – podkreśla prof. Marek Chmaj.

15 lipca br. – czyli równolegle z orzeczeniem TSUE – krajowy Trybunał Konstytucyjny orzekł, że unijne przepisy, na podstawie których TSUE zobowiązuje Polskę do stosowania środków tymczasowych w sprawie sądownictwa, są niezgodne z Konstytucją RP. W uzasadnieniu wskazano, że UE nie może zastępować państw członkowskich w tworzeniu regulacji dotyczących ustroju sądów i gwarancji niezawisłości sędziów. Po tym wyroku m.in. Helsińska Fundacja Praw Człowieka zaapelowała do rządu i premiera o wycofanie się z prób poszukiwania sztucznego konfliktu pomiędzy Konstytucją RP a prawem Unii Europejskiej.

– TSUE ma szereg środków, które mogą wymusić respektowanie jego postanowień i żaden krajowy trybunał, nawet Trybunał Konstytucyjny, nie może podważyć jego uprawnień – podkreśla konstytucjonalista.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polska-najpozniej,p1680559081

WHO: Na razie nie ma potrzeby podawania przypominających dawek. Priorytetem powinno być przyspieszenie podstawowych szczepień

0

 Jeśli każdy miałby przyjąć kolejną dawkę, potrzebowalibyśmy 800 mln dodatkowych dawek szczepionek, których obecnie nie mamy – mówi dr Paloma Cuchi, przedstawicielka Światowej Organizacji Zdrowia w Polsce. WHO na razie oficjalnie nie rekomenduje szczepień trzecią, przypominającą dawką. Niedawno zaapelowała też, żeby poszczególne kraje nie zamawiały dodatkowych szczepionek w czasie, kiedy te biedniejsze wciąż nie otrzymały preparatu do przeprowadzenia pierwszej rundy szczepień. – Ważne, żeby na razie wszyscy zaszczepili się jedną lub dwoma dawkami, w zależności od preparatu. A myślenie o trzeciej dawce zostawmy sobie na przyszłość. W tym momencie i na podstawie informacji, które mamy, trzecia dawka nie wydaje się konieczna – mówi ekspertka.

– Obecnie nie ma wskazania, że potrzebujemy kolejnej, przypominającej dawki szczepionki przeciw COVID-19. Nauka się jednak rozwija i może się okazać, że za rok czy dwa taka potrzeba się pojawi – mówi agencji Newseria Biznes dr Paloma Cuchi.

Badania wciąż nie odpowiedziały jednoznacznie na pytanie, czy trzecia dawka szczepionki przeciw COVID-19 jest konieczna, żeby osiągnąć pełną odporność. Mimo że na razie nie ma takiego oficjalnego wskazania ze strony WHO, na taki ruch – w obliczu rozprzestrzeniającego się wariantu Delta – decydują się kolejne państwa. Izrael od sierpnia szczepi trzecią dawką osoby po 60. roku życia. W Szwecji jesienią trzecia dawka zostanie podana osobom z grup ryzyka, a większość obywateli ma ją otrzymać w 2022 roku. Z kolei Niemcy od września zaczną podawać trzecią dawkę szczepionki seniorom, podopiecznym domów opieki i osobom z upośledzoną odpornością, które są szczególnie narażone na zakażenie. Trzecią dawkę zalecają też władze węgierskie i hiszpańskie. Z doniesień węgierskich mediów wynika, że na dodatkowe szczepienie chętne są przede wszystkim osoby, które poprzednio otrzymały preparat chińskiej firmy.

Minister zdrowia Adam Niedzielski, pytany o szczepienia kolejną dawką, poinformował, że resort i Rada Medyczna przy premierze czekają na oficjalne wyniki badań naukowych.

 W tej chwili najważniejsze jest to, żeby wszyscy jak najszybciej się zaszczepili, zwłaszcza ci, którzy pracują na pierwszej linii, czyli medycy, oraz szczególnie narażeni na ryzyko zakażenia, czyli seniorzy czy osoby z chorobami współistniejącymi. Im więcej jest osób niezaszczepionych, tym większe ryzyko pojawienia się kolejnych groźnych wariantów, które mogą przełożyć się na rosnące liczby dziennych zachorowań. Dlatego ważne, żeby na razie wszyscy zaszczepili się jedną lub dwoma dawkami, w zależności od preparatu. A myślenie o trzeciej dawce zostawmy sobie na przyszłość – mówi przedstawicielka Światowej Organizacji Zdrowia w Polsce.

Pod koniec lipca koncern medyczny Pfizer poinformował, że po podaniu trzeciej dawki szczepionki na COVID-19 poziom przeciwciał przeciwko mutacji Delta był ponad pięciokrotnie wyższy niż po drugiej dawce. Jednak Światowa Organizacja Zdrowia oficjalnie nie rekomenduje na razie szczepień przypominającą dawką. WHO zaapelowała wręcz o to, aby poszczególne kraje nie zamawiały dawek szczepionek w czasie, kiedy te biedniejsze wciąż nie otrzymały preparatu do przeprowadzenia pierwszej rundy szczepień. Wezwała do ustanowienia moratorium na dawki przypominające co najmniej do końca września, co od razu odrzuciły Stany Zjednoczone. WHO podaje, że na ponad 4 mld dawek zaaplikowanych na świecie 80 proc. przypada na państwa o wysokich lub średnich wyższych dochodach.

 Jeśli każdy miałby przyjąć kolejną dawkę, potrzebowalibyśmy 800 mln dodatkowych dawek szczepionek, których obecnie nie mamy – mówi Paloma Cuchi. 

Na początku sierpnia Komisja Europejska poinformowała, że cel pełnego zaszczepienia 70 proc. dorosłej populacji w UE jest bliski osiągnięcia. Według Europejskiego Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób (ECDC) odsetek przekracza dziś 62 proc. (zaszczepieni jedną dawką stanowią 73 proc. osób powyżej 18. roku życia). Najwyższy odsetek zaszczepionej w pełni populacji w Europie mają w tej chwili: Malta (87 proc.), Islandia (86,5 proc.), Irlandia (77,9), Portugalia (74,6) i Dania (73,2).

W Polsce, według danych resortu zdrowia, wykonano do tej pory niecałe 35,2 mln szczepień przeciw COVID-19. Ponad 18 mln Polaków zostało zaszczepionych w pełni.

Liczba nowych zakażeń w Polsce ustabilizowała się na stosunkowo niskim poziomie, jednak wciąż istnieje ryzyko wystąpienia jesienią czwartej fali, do której może się przyczynić nadal duża liczba osób niezaszczepionych i rozprzestrzeniający się w Europie wariant Delta. Dlatego Ministerstwo Zdrowia wciąż apeluje o to, aby się szczepić. W końcówce lipca resort wydał też komunikat dotyczący możliwości mieszania szczepionek przeciw COVID-19 w przypadku osób, które odnotowały niepożądane odczyny po podaniu pierwszej dawki. Skuteczność takiego schematu potwierdza już coraz więcej badań naukowych.

 Trwa badanie dotyczące mieszania szczepionek Astry Zeneki i Pfizera, które zostało dodatkowo rozszerzone o Modernę i inne szczepionki. Musimy poczekać na jego wyniki. Wiemy już, że osoby, które najpierw przyjęły szczepionkę Astry Zeneki, a potem Pfizera, cierpiały na nieco więcej lekkich efektów ubocznych jak np. ból głowy, ale nie było to nic poważnego, co zakończyłoby się hospitalizacją – mówi przedstawicielka Światowej Organizacji Zdrowia w Polsce. – Zalecamy jednak przede wszystkim zaszczepienie się którąkolwiek szczepionką, bo wszystkie preparaty zatwierdzone i przebadane przez WHO są bezpieczne. Szczepmy się więc taką szczepionką, jaką nam zaproponują, bo każda pozwoli nam uniknąć bardzo poważnej choroby i śmierci.

Według statystyk Our World in Data na całym świecie wykonano dotąd 4,6 mld szczepień przeciw COVID-19, a 2,4 mld ludzi jest zaszczepionych co najmniej jedną dawką.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/who-na-razie-nie-ma,p190852179

Polacy coraz częściej kupują akcje globalnych spółek. Platformy inwestycyjne notują rekordowe wzrosty zainteresowania

0

Niskie stopy procentowe, widmo gospodarczej recesji, wzrost wykorzystania technologii cyfrowych i zamknięcie w domach podczas pandemii, które dało ludziom więcej czasu na podnoszenie swoich umiejętności inwestycyjnych, jak i wiedzy o rynkach finansowych – to czynniki, które w ubiegłym roku zachęciły rekordową liczbę inwestorów indywidualnych do wejścia na rynki kapitałowe. Globalna platforma inwestycyjna eToro w całym 2020 roku zyskała 5,2 mln nowych użytkowników, a w I kwartale br. dołączyły już kolejne 3 mln. Udział w tym wzroście mieli również drobni inwestorzy z Polski, entuzjastycznie nastawieni do technologii w finansach i coraz bardziej zaangażowani w światowe rynki finansowe.

COVID-19 i kolejne lockdowny zachęciły rekordową liczbę inwestorów indywidualnych do wejścia na rynki za pośrednictwem aplikacji i internetowych platform inwestycyjnych.

Inwestorzy byli w ubiegłym roku bardziej zaangażowani po tym, jak pandemia zmusiła ich do pozostania w domach. Zmusiło ich to też do korzystania z większej liczby rozwiązań cyfrowych, np. żeby zamówić jedzenie do domu, brać udział w kursach online czy pracować. Ten wzrost cyfryzacji sprawił, że wielu z nich czuło się komfortowo, korzystając po raz pierwszy z aplikacji inwestycyjnych – mówi agencji Newseria Biznes Gil Shapira, dyrektor inwestycyjny eToro. – Zamknięci w domach, wielu z nich miało okazję zastanowić się nad swoją przyszłością i rozważyć różne alternatywy, poczytać o rynkach kapitałowych. Zwiększenie się liczby relacji medialnych dotyczących pakietów pomocy i zmienności rynkowej spowodowało, że rynki stały się przedmiotem zainteresowania osób, które wcześniej nie śledziły ich tak uważnie. Zobaczyliśmy, że wiele osób zainwestowało w spółki, z których usług korzystało intensywniej w trakcie lockdownu, takie jak Netflix, Alibaba, Microsoft, Amazon czy Tesla.

Działająca od 14 lat platforma eToro umożliwia swoim użytkownikom handel i transakcje na globalnych rynkach wybranymi przez nich aktywami, od akcji i towarów po kryptowaluty. Kluczowe wskaźniki efektywności w I kwartale, opublikowane w czerwcu, potwierdzają wciąż rosnącą liczbę indywidualnych inwestorów na rynkach kapitałowych. W pierwszych trzech miesiącach tego roku platforma zyskała aż 3,1 mln nowych użytkowników (wobec 5,2 mln w całym 2020 roku).

– Rozpoczynaliśmy ubiegły rok z bazą ok. 12 mln zarejestrowanych użytkowników na świecie. W trakcie lockdownu więcej ludzi postanowiło zainwestować przez platformy inwestycyjne, więc zakończyliśmy rok, mając już ok. 17 mln zarejestrowanych użytkowników. Tylko w 2020 roku do platformy dołączyło więc 5 mln nowych użytkowników, a w tym roku doszły już kolejne 3 mln w I kwartale, między innymi polscy inwestorzy, klienci z innych krajów Europy, Australii i Ameryki. Prognozujemy, że inwestorzy indywidualni będą coraz bardziej zaangażowani, odgrywając w nadchodzących latach coraz większą rolę na rynku – mówi Gil Shapira.

W I kwartale br. liczba transakcji na platformie przekroczyła 210 mln, rosnąc aż o 233 proc. w porównaniu z I kwartałem ub.r. Ten wzrost był napędzany głównie silnym popytem detalicznym na akcje i kryptowaluty.

– Hossa kryptowalut pod koniec 2020 i na początku 2021 roku podkreśliła również rosnący trend w kierunku dywersyfikacji kryptoaktywów w portfelach inwestorów indywidualnych, niektóre altcoiny dodatkowo zyskały na popularności. W tym roku eToro dodało więc do platformy siedem nowych kryptowalut, żeby wesprzeć ten popyt na większą dywersyfikację, i planujemy dodać ich więcej – zapowiedział ostatnio w komunikacie spółki współzałożyciel i dyrektor generalny eToro, Yoni Assia.

Co istotne, udział w ostatnich wzrostach mają również inwestorzy z Polski, choć w globalnej skali nadal stanowią oni tylko około 1 proc. wszystkich zarejestrowanych użytkowników eToro. Polacy są jednak entuzjastycznie nastawieni do technologii w sektorze finansowym, a – jak pokazało ogólnoeuropejskie badanie przeprowadzone w końcówce ubiegłego roku przez eToro i Centre for Economics and Business Research – ponad 80 proc. chce większej cyfryzacji w finansach. Dlatego ich aktywność na rynku kapitałowym będzie zapewne coraz większa, zwłaszcza wobec niskiej bazy (według ubiegłorocznej ankiety IPSOS dla eToro ok. 60 proc. Polaków nie ma jeszcze żadnej inwestycji).

– Polacy są – i myślę, że w przyszłości również będą – ważną częścią napływu nowych użytkowników. Z naszych własnych badań wynika, że Polacy chcieliby bardziej angażować się w rozwiązania cyfrowe związane z usługami finansowymi – mówi Gil Shapira.

Jak wskazuje, z każdym rokiem rośnie też świadomość polskich inwestorów na rynkach kapitałowych, którzy są coraz mniej przywiązani do akcji lokalnych i coraz bardziej otwarci na inwestowanie w globalne spółki.

– Obserwujemy zbieg zdarzeń – podkreśla dyrektor inwestycyjny eToro. – Doświadczamy niskiego lub ujemnego oprocentowania, ludzie w trakcie lockdownu mieli więcej czasu na podnoszenie swoich kwalifikacji, rynki finansowe były częściej przedmiotem analiz w prasie ze względu na pakiety pomocowe i niestabilność, a ludzie coraz bardziej oswajają się z cyfrowymi rozwiązaniami. Spowodowało to wzrost inwestowania indywidualnego, jako że ludzie myślą bardziej innowacyjnie, rozważają więcej rozwiązań i wybierają te bardziej zaawansowane, poszukując też alternatyw dla własnych rynków kapitałowych. Dotyczy to również Polski.

Jak wskazuje, inwestowanie poprzez aplikacje i internetowe platformy to dziś głównie domena pokolenia milenialsów, które lepiej orientuje się w cyfrowych narzędziach i mediach. Pokolenie to jest też bardziej skłonne do aktywnego pomnażania swoich oszczędności przy użyciu inwestycji długoterminowych.

– To pokolenie wkroczyło w świat, w którym od 2008 roku panują bardzo niskie stopy procentowe. Dlatego postanowili się mocniej zaangażować, poczytać trochę o inwestycjach, skonsultować się z innymi inwestorami – mówi Gil Shapira. – Jesteśmy przekonani, że to dopiero początek. Pokolenie milenialsów coraz bardziej angażuje się w rynki kapitałowe, pozostawiając w tyle poprzednie, które bardziej skupiało się na tradycyjnych formach inwestycji. Natomiast kolejna generacja Z też będzie już częścią tego nowego trendu.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polacy-coraz-czesciej,p644716071

Boom na rynku usług kurierskich. Tylko w tym roku do klientów może trafić nawet 1 mld paczek [DEPESZA]

0

Pandemia COVID-19 i szybki rozwój e-commerce wywołały boom na rynku kurierskim. Według UKE w ubiegłym roku wolumen dostarczonych przesyłek wzrósł aż o 45 proc., a przychody operatorów działających na tym rynku – o 33 proc. UKE prognozuje, że w najbliższych latach ten wzrostowy trend się utrzyma. Najwięksi gracze inwestują więc w rozwój sieci punktów odbioru. Sieć DHL POP urośnie w najbliższych miesiącach do 12 tys. lokalizacji.

– Olbrzymie wzrosty, jakie kanał e-commerce odnotował w Polsce w czasie epidemii COVID-19, miały bezpośrednie przełożenie na rynek usług logistycznych. Zwiększona aktywność Polaków w zakresie zakupów internetowych napędzała liczbę przesyłek rozwożonych przez firmy kurierskie. Jeszcze przed epidemią rynek przesyłek rósł w szybkim, dwucyfrowym tempie, a w ubiegłym roku ten wzrost przyspieszył prawie dwukrotnie – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Joanna Bandera-Sikorska, menedżer ds. analiz rynkowych i cen w DHL Parcel Polska.

Pandemia COVID-19 zmieniła zwyczaje zakupowe Polaków, którzy dużą część swoich wydatków przenieśli do e-commerce. Z badania KPMG („Nowa rzeczywistość: konsument w dobie COVID-19”) wynika, że 71 proc. konsumentów rezygnowało w tym czasie z tradycyjnych zakupów i produkty inne niż spożywcze kupowali na ogół w sklepach internetowych. 34 proc. Polaków natomiast zaczęło kupować w internecie produkty, których wcześniej nie zamawiali online. W efekcie – jak pokazują z kolei szacunki PwC – w 2020 roku sprzedaż dóbr online w Polsce zwiększyła się o 35 proc. r/r, a kanał online zyskał już 14-proc. udział w wartości sprzedaży detalicznej. Z kolei cały rynek internetowego handlu w Polsce osiągnął już wartość ok. 100 mld zł.

Szybki rozwój e-commerce pociągnął za sobą rekordowe wzrosty na rynku usług kurierskich i logistycznych. Urząd Komunikacji Elektronicznej – we wstępie do majowego „Raportu o stanie rynku pocztowego w 2020 roku” – wskazuje, że w ubiegłym roku można wręcz mówić o boomie, zwłaszcza w segmencie przesyłek kurierskich. Operatorzy działający na tym rynku zwiększyli swoje przychody łącznie aż o prawie 1,7 mld zł w stosunku do 2019 roku. To zaś oznacza blisko 33-proc. wzrost r/r. Wolumen dostarczonych przez nich przesyłek zwiększył się zaś aż o 196 mln sztuk, co oznacza prawie 45-proc. wzrost.

– W tej chwili wzrost rynkowy przechodzi z gwałtownego w stabilny, jednak większość Polaków deklaruje utrzymanie częstotliwości zakupów online na tym samym poziomie również po zakończeniu pandemii COVID-19. Ponadto milowy krok wykonany przez branżę kurierską w ciągu ostatniego roku sprawia, że prognozy na 2021 rok zakładają już przekroczenie progu 1 mld rozwiezionych przesyłek – wskazuje menedżer ds. analiz rynkowych i cen w firmie DHL Parcel Polska, która w ostatniej edycji branżowego badania satysfakcji klientów „Operator Logistyczny Roku” została wyróżniona tytułem najlepszego dostawcy usług logistycznych w e-commerce.

Firma doradcza PwC prognozuje średnioroczny wzrost branży e-commerce o 12 proc., do wartości 162 mld zł brutto w 2026 roku. Co istotne, badania przeprowadzone przez PwC pokazują, że nie jest to jednorazowy pik, ale trwałe zwiększenie popularności e-zakupów. Po zakończeniu pandemii COVID-19 aż 74 proc. Polaków planuje utrzymać dotychczasowy poziom zakupów internetowych, a 10 proc. zamierza je nawet zwiększyć.

Wpłynie to również na rozwój rynku usług logistycznych i kurierskich.

– Szybki rozwój e-commerce wymusza na firmach kurierskich coraz lepsze dostosowanie usług do potrzeb prywatnego odbiorcy, który chce mieć możliwość odbioru przesyłki w dogodnym dla siebie czasie i miejscu. W efekcie sektor odbiorów poza domem (OOH) przeżywa w ostatnich kilkunastu miesiącach okres rozkwitu. Jest on widoczny zarówno w rosnącej liczbie przesyłek kierowanych do punktów odbioru, jak i w rosnącym zadowoleniu klientów korzystających z tej formy dostawy – mówi Joanna Bandera-Sikorska.

Jak wskazuje UKE, wszyscy najwięksi gracze na rynku kurierskim zapowiadają m.in. dalsze inwestycje w sieci punktów odbioru. Należy do nich także DHL Parcel, którego sieć DHL POP w najbliższych miesiącach urośnie już do 12 tys. lokalizacji. W efekcie 80 proc. klientów będzie mogło w mniej niż 10 min dotrzeć do takiego punktu odbioru z domu bądź pracy. Już w tej chwili paczkę można odebrać przez siedem dni w tygodniu, nawet do godz. 23.00, płacąc kartą za pobranie. Z DHL POP współpracują też najwięksi gracze e-commerce, tacy jak np. Zalando czy CCC, którzy oferują swoim klientom tę formę dostawy. W efekcie wolumen przesyłek obsługiwanych w punktach DHL POP w ostatnich latach rósł nawet o 100 proc. rocznie. Ta forma dostawy jest też coraz bardziej popularna i doceniania przez klientów, notując bardzo dobre wyniki w badaniu lojalności Net Promoter Score.

 Wskaźnik lojalności NPS wśród klientów DHL POP w tym roku sięgnął 75 punktów i jest to wynik o kilka punktów lepszy niż jeszcze w ubiegłym oraz o kilkanaście punktów wyższy niż w 2019 roku – mówi menedżer ds. analiz rynkowych i cen w DHL Parcel Polska.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/boom-na-rynku-uslug,p118646300

Samorządy nie chcą płacić za Polski Ład. W ciągu 10 lat stracą na nim 145 mld zł, a budżet państwa 65 mld zł

0

Resort finansów upublicznił pod koniec lipca projekt przepisów podatkowych Polskiego Ładu. Nie pozostaną one bez konsekwencji dla finansów samorządów. W latach 2022–2030 z ich budżetów zniknie łącznie 145 mld zł. Najbardziej ucierpią duże miasta, takie jak Warszawa, którą Polski Ład będzie kosztował 1,7 mld zł. Jednostki samorządu terytorialnego obawiają się, że będą zmuszone likwidować część usług, z których korzystają mieszkańcy, ciąć inwestycje albo podnosić lokalne podatki i opłaty. Dlatego zaapelowały do rządu o wprowadzenie mechanizmów, które uchronią je przed radykalnym spadkiem dochodów. Chcą m.in. większego udziału samorządów w podatkach PIT.

 Związek Miast Polskich wyliczył, że na Polskim Ładzie stracimy w ciągu dekady ok. 145 mld zł, więc są powody do obaw – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Kuczera, prezydent Rybnika, przewodniczący Śląskiego Związku Gmin i Powiatów.

Ministerstwo Finansów opublikowało 26 lipca br. projekt zmian w ustawach o PIT i CIT, które są częścią zapowiadanego od kilku tygodni Polskiego Ładu. Najważniejsze projektowane zmiany to m.in. zwiększenie kwoty wolnej od podatku do 30 tys. zł, podniesienie drugiego progu podatkowego z 85,5 do 120 tys. zł i wprowadzenie ulgi podatkowej dla klasy średniej.

Resort wyliczył, że na projektowanych zmianach ma skorzystać 18 mln Polaków, w których kieszeni zostanie w sumie ok. 14 mld zł rocznie. Podatek PIT przestanie płacić prawie 9 mln Polaków, w tym ok. 70 proc. emerytów i rencistów. Z kolei zwiększenie progu podatkowego o 40 proc. już od 2022 roku spowoduje, że liczba osób płacących 32-proc. podatek spadnie o połowę. Konsultacje społeczne projektu przepisów podatkowych Polskiego Ładu mają potrwać do 30 sierpnia br.

Planowane przez rząd zmiany podatkowe będą mieć duże przełożenie także na finanse samorządów. Środki z podatków dochodowych są dla nich główną pozycją w budżetach, stanowią ok. 20 proc. regularnych dochodów, więc Polski Ład je znacznie uszczupli. Jak wynika z oceny skutków regulacji przedstawionej przez Ministerstwo Finansów, w ciągu 10 lat jednostki samorządu terytorialnego stracą 145 mld zł. W przypadku Warszawy będzie to kwota 1,7 mld zł rocznie, a Krakowa – ponad 500 mln zł.

– Każde miasto posiada indywidualne wyliczenia, w przypadku Rybnika mówimy o stracie ok. 57 mln zł rocznie. Jesteśmy na etapie tworzenia budżetu na kolejny rok i czekamy na wskaźniki, które przychodzą co roku z Ministerstwa Finansów. Zobaczymy, jakie one będą. Wiadomo jednak, że wydatki bieżące miasta rosną, a to bardzo ważny element budżetu – mówi Piotr Kuczera.

Samorządowcy wskazują, że Polski Ład zabierze lokalnym wspólnotom pieniądze, z których opłacane są usługi najbliższe mieszkańcom, takie jak edukacja, komunikacja publiczna, gospodarka odpadami czy sport. W efekcie JST będą zmuszone likwidować część usług, ciąć inwestycje albo podnosić lokalne podatki i opłaty.

– Z jednej strony mamy budżety inwestycyjne i tutaj obawy są mniejsze. Problemem będzie jednak bieżące funkcjonowanie miast. Ten dochód bieżący służy m.in. finansowaniu dopłat do oświaty, do komunikacji miejskiej i wszystkich innych rzeczy, które budują komfort funkcjonowania miasta i mieszkańców. Chcielibyśmy, żeby cena tego komfortu była jak najniższa. Niestety finansowanie wydatków bieżących będzie pochłaniało coraz większe kwoty, a to oznacza, że część będzie przerzucana na mieszkańców. To nigdy nie jest popularne, ale ekonomia jest jedna: rząd zabiera samorządom, więc te będą musiały szukać tych pieniędzy gdzie indziej – wyjaśnia prezydent Rybnika.

Osiem organizacji samorządowych na początku sierpnia wystosowało apel do rządu, w którym zwracają uwagę na skutki projektowanych zmian. Uruchomiony przez nie kalkulator na stronie www.natwojkoszt.pl pozwala też wyliczyć, ile poszczególne miasta stracą na Polskim Ładzie już w 2022 roku.

Tym samym korzyści, o których mówi rząd, w postaci kilkudziesięciu złotych miesięcznie dla najmniej zarabiających, znikną wraz z gigantycznym spadkiem budżetów powiatowych i gminnych i koniecznością większej dopłaty do obiadów dzieci w szkołach, likwidacji dodatkowej matematyki czy gminnego programu szczepień dla seniorów. Uderzy to przede wszystkim w najuboższych, najmniej zarabiających i pogorszy ich sytuację życiową – czytamy w liście, pod którym podpisały się m.in. Unia Metropolii Polskich, Związek Miast Polskich i Związek Gmin Wiejskich RP.

– Przede wszystkim bardzo byśmy chcieli, żeby dochody miast były czymś pewnym. Nie chcemy klientelizmu zakładającego, że o każdy wydatek  samorząd musi wnioskować. Pewne pieniądze to te, które są w budżecie i są stałym dochodem gminy – mówi Piotr Kuczera.

Szacunki Ministerstwa Finansów zakładają, że wskutek zmian podatkowych zapowiedzianych w Polskim Ładzie dochody samorządów mają spaść o ok. 13–14 mld zł rocznie (a budżetu centralnego o 5–7 mld zł), choć opracowania ekspertów samorządowych wskazują na kwoty wyższe. Ten ubytek ma zrekompensować zapowiedziana przez premiera Mateusza Morawieckiego subwencja inwestycyjna, której wysokość będzie wyliczana na bazie algorytmu określonego w ustawie o podatku dochodowym.

Samorządowcy liczą się jednak z tym, że obiecane subwencje nie pokryją im utraty dochodów. Krytykują również postępującą centralizację państwa ze szkodą dla lokalnych społeczności. Chcą zachowania obecnego systemu finansowania samorządów, w którym pieniądze podatników zostają najbliżej miejsca ich pracy i życia, oraz zwiększenia udziału JST w podatku PIT z obecnych 50,08 do 68,42 proc.

 Zwiększenie udziału samorządów w Picie byłoby elementem dobrze widzianym – mówi przewodniczący Śląskiego Związku Gmin i Powiatów. – Nie ma co ukrywać, mamy w tej chwili do czynienia z procesem centralizacji państwa. Mam wrażenie, że przerzucenie akcentu na możliwość pozyskiwania pieniędzy w postaci konkursowej – też nie do końca transparentnej, jak wiemy z kilku ostatnich programów – to jest dominująca tendencja w ostatnich latach. Chcielibyśmy odwrócenia tego typu trendów.

Ogólnopolskie Porozumienie Organizacji Samorządowych, do którego należy również Śląski Związek Gmin i Powiatów, w swoim stanowisku z czerwca br. postuluje o wprowadzenie mechanizmu zapewnienia samorządom także udziału w podatku VAT, a także zapewnienie JST zwolnienia z VAT od towarów i usług nabywanych do realizacji projektów inwestycyjnych.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/samorzady-nie-chca,p26138527

Prawie 2/3 Polaków akceptuje pracę na czarno, żeby uniknąć ściągnięcia długów. W czasie pandemii moralność finansowa jednak nieznacznie wzrosła

0

Ponad 90 proc. Polaków surowo ocenia posłużenie się cudzym dowodem w celu zaciągnięcia kredytu. Z kolei 63 proc. rodaków jest w stanie usprawiedliwić pracę na czarno, aby uniknąć ściągnięcia długów z pensji – wynika z nowego badania Związku Przedsiębiorstw Finansowych. Pokazuje ono też, że połowa Polaków akceptuje zachowania takie jak zatajanie informacji uniemożliwiających wzięcie kredytu albo przepisywanie majątku na rodzinę, żeby uniknąć płacenia długów. – Poziom akceptacji dla nieetycznych zachowań w finansach na przestrzeni ostatniego roku zmalał – mówi Marcin Czugan, prezes ZPF.

– Indeks Akceptacji Nieetycznych Zachowań Finansowych stanowi pewną miarę moralności finansowej Polaków. Opiera się na ocenach zachowań konsumentów naruszających pewne standardy etyczne bądź normy prawne. Badani są pytani o to, czy i w jakim stopniu można usprawiedliwiać zachowania takie jak np. posługiwanie się cudzym dokumentem tożsamości, aby uzyskać kredyt, albo podejmowanie pracy na czarno, aby uniknąć ściągania długów z pensji – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Lewicka-Strzałecka, emerytowana profesor Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk.

– Poziom akceptacji dla nieetycznych zachowań w finansach na przestrzeni ostatniego roku zmalał, tzn. na najbardziej fundamentalne pytanie w badaniu, czy oddawanie długów jest zawsze obowiązkiem moralnym, w zeszłym roku 90 proc. ankietowanych odpowiedziało: tak, jest zawsze obowiązkiem moralnym. W tym roku ten odsetek wzrósł do 92 proc. Na wyniki te wpływ miała pandemia. Społeczeństwo zrozumiało, że w dobie perturbacji w gospodarce zapewnienie prawidłowego obiegu pieniądza jest bardzo istotne i wszelkie odchylenia od normy finalnie mogą powodować szkody, zarówno dla przedsiębiorstw, jak i obywatelek lub obywateli, chociażby w zakresie transferów socjalnych – wskazuje Marcin Czugan, prezes Związku Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce.

Indeks Akceptacji Nieetycznych Zachowań Finansowych, czyli badanie moralności finansowej Polaków, jest przeprowadzany cyklicznie od sześciu lat na zlecenie Związku Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce (ZPF). Jego nowa edycja pokazuje, że w ciągu ostatniego roku nieznacznie spadła akceptacja dla nieetycznych zachowań w finansach. Z drugiej strony pandemia COVID-19 spowodowała też większą skłonność Polaków do usprawiedliwiania niemoralnych zachowań np. trudną sytuacją finansową albo szukania przyczyny w działaniach urzędów, regulacjach prawnych czy wysokich podatkach.

– Wartość indeksu wyniosła w tym roku 45 proc., co oznacza, że badane osoby są skłonne do usprawiedliwiania nadużyć finansowych w ponad 2/5 sytuacji – mówi prof. Anna Lewicka-Strzałecka. – To wskazuje na wciąż wysoki poziom społecznego przyzwolenia na nieetyczne zachowania konsumenckie. Wartość indeksu okazała się też wyższa niż w poprzednich edycjach – co może wskazywać na postępującą erozję norm etycznych. Źródeł tej erozji można szukać m.in. w poczuciu niepewności finansowej gospodarstw domowych, do której w ostatnim czasie przyczyniła się pandemia.

Największy poziom społecznego przyzwolenia, podobnie jak w poprzednich latach, dotyczy pracy na czarno, aby uniknąć ściągania długów z pensji. Takie zachowanie jest w tej chwili skłonnych usprawiedliwić ponad 63 proc. Polaków.

– Praca na czarno w celu uniknięcia długów niezmiennie co roku jest numerem jeden w naszym badaniu. W okresie pandemii zauważyliśmy też wzrost płacenia gotówką bez paragonu, żeby uniknąć opłaty podatku VAT, co jest niepokojącym trendem – mówi Marcin Czugan.

W najmniejszym stopniu Polacy są zaś skłonni zaakceptować posłużenie się cudzym dokumentem w celu zaciągnięcia kredytu. To najbardziej surowo oceniane zachowanie w całym badaniu – 90 proc. Polaków nie znajduje dla niego usprawiedliwienia.

– W porównaniu do zeszłorocznego badania spadł również odsetek tych osób, które akceptują zatajenie informacji w celu wzięcia kredytu czy pożyczki – wskazuje prezes ZPF.

Indeks pokazuje też, że w tej chwili niecałe 46 proc. Polaków uważa, że zatajanie informacji uniemożliwiających wzięcie kredytu jest działaniem nagannym. Dla porównania jeszcze w 2019 roku, przed pandemią, ten odsetek wynosił 52,4 proc.

– Z dobrych informacji: z 60 do 55 proc. spadł również odsetek tych respondentów, którzy są w stanie zaakceptować przepisywanie majątku na rodzinę, żeby uniknąć płacenia długów. 55 proc. respondentów jest też w stanie zaakceptować zmianę rachunków bankowych, żeby nie zajął ich komornik sądowy. Mimo spadku tych wskaźników nadal niepokoi jednak ich wysokość – mówi Marcin Czugan. – Niepokojące jest również to, że wzrósł odsetek respondentów, którzy akceptują brak znajomości warunków udzielenia kredytu. Umowy trzeba czytać, analizować i trzeba znać warunki udzielenia kredytu lub pożyczki.

Jak wynika z badania – nieco ponad 52 proc. Polaków jest skłonnych usprawiedliwić to, że ktoś zaciąga kredyt, nie zapoznając się dokładnie z warunkami jego spłaty. Rok temu ten odsetek był nieznacznie niższy (51 proc.). Około 1/3 Polaków uważa za dopuszczalne zawyżanie wartości poniesionych szkód, żeby uzyskać nienależne odszkodowanie, albo wykorzystywanie błędu kasjera, który pomylił się na swoją niekorzyść.

– Z badań wynika też, że to mężczyźni – w większym stopniu niż kobiety – są skłonni do przymykania oka na nadużycia konsumenckie. Ten wniosek koresponduje też z wynikami innych badań, wskazującymi na wyższy rygoryzm moralny kobiet. Inną, powtarzalną prawidłowością okazało się to, że wymagania moralne rosną wraz z wiekiem. To znaczy, że nieetyczne zachowania w najmniejszym stopniu byli skłonni usprawiedliwiać emeryci i osoby starsze. Natomiast najczęściej usprawiedliwiały je osoby młode. To może być efektem różnicy międzypokoleniowej, spowodowanej funkcjonowaniem w odmiennych systemach gospodarczych, albo funkcją naturalnego procesu rozwoju moralnego – mówi prof. Anna Lewicka-Strzałecka.

Jak wskazuje, nadużycia w obszarze finansów najczęściej usprawiedliwiają też osoby, które czują się pokrzywdzone przez instytucje finansowe i mają z nimi złe doświadczenia, natomiast najrzadziej – osoby, które są zadowolone z ich usług.

– Reasumując, moralny permisywista to raczej mężczyzna, osoba młoda, z zaciągniętym kredytem lub pożyczką i mająca trudności z jego spłatą, oraz osoba czująca się pokrzywdzona przez instytucje finansowe – mówi emerytowana profesor Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk.

Jednym z najbardziej skutecznych, pozasądowych sposobów wywierania nacisku na dłużników i osoby, które dopuszczają się nieetycznych zachowań finansowych, są prowadzące rejestry dłużników biura informacji gospodarczej. Wpis do takiego rejestru skutecznie uniemożliwia zaciągnięcie kredytu, ponieważ banki sprawdzają w nich swoich klientów przed udzieleniem finansowania – podobnie jak m.in. telekomy czy operatorzy telewizji kablowej przed podpisaniem umowy.

– Polacy w większości wiedzą, czym są biura informacji gospodarczej i rejestry dłużników, a im konsument starszy – tym bardziej świadomy istnienia tego typu instytucji. Ta świadomość rośnie też wraz z wykształceniem. W największym stopniu dotyczy osób, które posiadały kredyt i go spłaciły. Z kolei ci, którzy nie mają żadnych kredytów ani innych zobowiązań, nie zawsze wiedzą o istnieniu rejestru dłużników – mówi Sławomir Grzelczak, prezes Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor.

Statystycznie o istnieniu tego typu instytucji wie czterech na pięciu Polaków. Około 70 proc. deklaruje też, że – figurując w takim rejestrze – od razu spłaciłoby swoje zobowiązania finansowe.

– Ogół społeczeństwa pozytywnie ocenia rolę biur informacji gospodarczych w gospodarce, bo pomagają ściągać zaległości, a w rejestrze można też sprawdzić osobę bądź firmę i podjąć bardziej świadomą decyzję finansową. Natomiast gorzej oczywiście oceniają nas dłużnicy, bo istnienie takich instytucji utrudnia im życie – mówi Sławomir Grzelczak.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/prawie-23-polakow,p494073816

Wartość kredytów hipotecznych najwyższa w historii. Polacy zapożyczają się na rekordowo wysokie kwoty

0

Polacy pożyczyli już w bankach rekordową kwotę 500 mld zł na mieszkania i domy. Liczba udzielonych kredytów hipotecznych w I połowie 2021 roku wzrosła o prawie 23 proc., ale ich wartość – aż o 33 proc., co oznacza, że na zakup nieruchomości potrzebujemy coraz wyższych kwot. Średnia wartość kredytu sięgnęła już niespotykanego dotąd poziomu 318 tys. zł. Wzrost pożyczanych sum obserwowany jest również w innych kredytach: ratalnych i gotówkowych. – To pokazuje, że nad rynkiem nie ciąży już widmo pandemii – ocenia dr Mariusz Cholewa, prezes zarządu Biura Informacji Kredytowej.

W pierwszej połowie br. w każdym segmencie rynku kredytowego odnotowano wzrost zarówno liczby, jak i wartości udzielanych kredytów. Łączne zadłużenie gospodarstw domowych na koniec czerwca wyniosło 712 mld zł. 

– Pierwsze półrocze 2021 roku zakończyło się wysokim odbiciem w każdej kategorii kredytów. Wspólnym mianownikiem tego wzrostu jest to, że wydłużają się okresy kredytowania oraz rosną średnie kwoty nowo udzielonych kredytów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Mariusz Cholewa.

W tym okresie najmocniejsze odbicie zanotowały hipoteki, stanowiące 70 proc. wartości całego portfela kredytowego. Banki udzieliły ponad 132 tys. takich produktów na kwotę 41,6 mld zł. To odpowiednio o 23 proc. i 33 proc. więcej niż w I połowie 2020 roku.

– Jesteśmy świadkami najwyższej w historii wartości kredytów hipotecznych, które na koniec czerwca 2021 roku przekroczyły wartość 500 mld zł. Średnia kwota nowo udzielonego kredytu hipotecznego jest również rekordowa i wyniosła w I półroczu 318 tys. zł. Szacujemy, że cały rok 2021 zakończy się sprzedażą kredytów na poziomie przekraczającym 80 mld zł, co będzie również rekordową wartością w historii obserwacji tego rynku – zapowiada prezes BIK.

Jedną czwartą wszystkich hipotek stanowią kredyty na kwotę wyższą niż 500 tys. zł. Ich sprzedaż wzrosła w analizowanym okresie o 68 proc. r/r (przy średnim wzroście na poziomie 22,7 proc.). Dla porównania kredyty do 150 tys. zł stanowią niecałe 6 proc. rynku. Tak wysoka sprzedaż kredytów wysokokwotowych to efekt rosnących cen nieruchomości i materiałów budowlanych, lecz także w miarę łagodnej polityki kredytowej banków i niskich stóp procentowych.

Coraz wyższe kwoty zaciąganych kredytów charakteryzują też rynek produktów ratalnych. Banki i SKOK-i udzieliły ich w I półroczu ponad 1,73 mln na kwotę 8 mld zł, o prawie 28 proc. wyższą niż rok wcześniej (przy wzroście liczbowym na poziomie niższym niż 8 proc.).

– W tej kategorii widzimy pewne odwrócenie trendu. Na początku pandemii Polacy zaciągali sporo drobnych kredytów ratalnych, w tej chwili więcej jest zaciąganych na wysokie kwoty. Kredyty ratalne przekraczające kwotę 10 tys. zł stanowią już 45 proc. produkcji nowych kredytów – mówi dr Mariusz Cholewa.

Dynamiczne wzrosty notowane były także w segmencie kredytów gotówkowych. Ich liczba w okresie od stycznia do końca czerwca br. wzrosła o 14,2 proc., a wartość – o 26 proc. (do kwoty 32,1 mld zł).

– Szacujemy, że drugie półrocze będzie na podobnym poziomie jak pierwsze, co oznacza, że łącznie przekroczymy wartość 64 mld zł. Tutaj również widzimy koncentrację na kredytach wysokokwotowych. Kredyty o wartości powyżej 50 tys. zł przekraczają 44 proc. całej produkcji kredytów gotówkowych z I półrocza – wyjaśnia prezes zarządu BIK.

Dla porównania kredyty gotówkowe do kwoty 5 tys. zł odpowiadają dziś za niecałe 4 proc. sprzedaży tych produktów.

Wzrost wartości kredytów oznacza wyższe ryzyko związane ze spłacalnością zadłużenia. Banki jednak dokładniej niż przy kredytach niskokwotowych analizują zdolność i wiarygodność kredytobiorców. Kolejnym czynnikiem ryzyka jest możliwość podnoszenia stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej. Zdaniem prezesa BIK na razie nie ma jednak powodów do niepokoju.

– Nie sprawdziły się obawy z początku pandemii, że będziemy doświadczali pogorszenia jakości spłaty kredytów. Dziś widzimy stabilizację, a w niektórych kategoriach kredytów nawet poprawę jakości. To jest spowodowane kilkoma czynnikami. Z jednej strony moratoria kredytowe pomogły przetrwać ten najtrudniejszy czas. Z drugiej strony jest to ostrożna polityka banków. Poza tym Polacy odpowiedzialnie podchodzą do kredytowania i dobrze spłacają kredyty, a najlepiej hipoteczne i ratalne – wyjaśnia dr Mariusz Cholewa.

Analiza wyników z I połowy br. skłoniła BIK do podniesienia prognoz dotyczących całego roku. Według nowych szacunków wzrost wartości udzielonych kredytów hipotecznych na koniec roku sięgnie 31 proc., kredytów ratalnych – 15 proc., a gotówkowych – 25 proc. względem całego 2020 roku.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/wartosc-kredytow,p1094063903

Polscy naukowcy szukają nowych zastosowań światłowodów. Skonstruowali już unikatowy w skali świata sejsmograf rotacyjny i pracują nad liniami odpornymi na podsłuchy

0

Coraz popularniejszy w Polsce światłowód w klasycznym zastosowaniu pozwala przesyłać dane z ogromną prędkością i zapewnia superszybki dostęp do internetu. Naukowcy z Wojskowej Akademii Technicznej szukają jednak innych, nietelekomunikacyjnych zastosowań włókien optycznych. Efektem ich prac jest już jeden z dwóch istniejących na świecie światłowodowych sejsmografów rotacyjnych, który pozwala badać zjawiska sejsmiczne towarzyszące trzęsieniom ziemi, rejestrować ruchy rotacyjne wysokich budowli i przewidywać tąpnięcia w kopalniach. Z myślą o administracji rządowej badacze rozwijają też metody kodowania binarnego, które pozwolą zabezpieczyć światłowody przed podsłuchami z zewnątrz.

 Informacje w światłowodzie są przesyłane w postaci kodowanych impulsów światła. Pojedyncze włókno światłowodowe, które pozwala nam transmitować to światło przez ocean, ma już w tej chwili pojemność liczoną w petabitach na sekundę. To są wielkości niewyobrażalne dla zwykłego człowieka. Dla przykładu UE chciała, żeby do 2020 roku każdy z jej obywateli miał dostęp do internetu szerokopasmowego o prędkości 1 gigabita na sekundę. Pojemność włókna przesyłającego światło za ocean jest już milion razy większa – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria dr inż. Paweł Marć, kierownik Zakładu Technicznych Zastosowań Fizyki na Wydziale Nowych Technologii i Chemii Wojskowej Akademii Technicznej.

W klasycznym zastosowaniu światłowód zapewnia superszybki dostęp do internetu. Według raportu Urzędu Komunikacji Elektronicznej światłowody należą do najszybciej rozwijających się technologii dostępowych. Tylko w 2020 roku w Polsce przybyło 25 tys. km sieci światłowodowej, a liczba użytkowników internetu dostarczanego za pomocą FTTH (z ang. światłowód do domu) wzrosła o 36 proc. (w ciągu ostatnich dwóch lat o 71 proc.).

Podobnie jak w przypadku łącza bazującego na tradycyjnych miedzianych kablach również w przypadku światłowodu sygnał jest przesyłany za pomocą zer i jedynek, ale zamiast sygnału elektrycznego jest to fala światła z zakresu podczerwieni (niewidzialna dla wzroku).

– Informacja w światłowodzie jest przesyłana w sposób cyfrowy, to znaczy, że światło jest zakodowane, a każda informacja jest zamieniona na ciąg zer i jedynek i przesyłana z olbrzymią szybkością. Z drugiej strony znajduje się urządzenie elektroniczne, które przetwarza to na zmiany natężenia prądu i odczytuje tę informację. I to jest właśnie przesył cyfrowy – wyjaśnia prof. dr hab. inż. Leszek R. Jaroszewicz z Wydziału Nowych Technologii i Chemii Wojskowej Akademii Technicznej, członek korespondent PAN.

Przewód światłowodowy składa się z płaszcza, wewnątrz którego jest rdzeń wykonany najczęściej z kwarcu, oraz zewnętrznej warstwy ochronnej, pokrytej polimerową powłoką. Taka konstrukcja ma zapewnić, że światło, przewodzące zapisaną cyfrowo informację, będzie nieczułe na wszelkie zewnętrzne zaburzenia podczas wielokilometrowej transmisji i wzdłuż niezwykle krętej drogi.

 Światłowód nie wyczerpał jeszcze swoich możliwości. Nieustannie testowane są nowe technologie wytwarzania bardzo skomplikowanych struktur antyrezonansowych, struktur z rdzeniem powietrznym, które można zastosować jako ekwiwalenty dla standardowych włókien światłowodowych. Sam pojedynczy światłowód wciąż ma też wystarczającą pojemność informacyjną do tego, żebyśmy mogli komunikować się ze sobą w czasie rzeczywistym czy prowadzić streaming wideo nawet w pakietach 4K – wskazuje dr inż. Paweł Marć.

Naukowcy z Wojskowej Akademii Technicznej pracują też nad nietelekomunikacyjnymi zastosowaniami światłowodów. Wykorzystują włókna optyczne – a szerzej mówiąc, fotonikę światłowodową – głównie jako czujniki do pomiaru zewnętrznych pól fizycznych (temperatury, naprężenia, wilgotności etc.), chemicznych, a nawet biologicznych. Każde takie rozwiązanie wymaga jednak „uczulenia” włókna światłowodowego na dane czynniki. W tym celu naukowcy modyfikują budowę włókien i strukturę ich pokrycia (np. poprzez odpowiednie warstwy metaliczne, polimerowe, grafenowe). To w połączeniu z zaawansowanymi technikami detekcji umożliwia wykrywanie wybranych czynników z bardzo duża precyzją.

Jednym z takich nietelekomunikacyjnych zastosowań światłowodu, opracowanym przez badaczy z WAT, jest detekcja drgań rotacyjnych. Pozwala ona badać zjawiska sejsmiczne towarzyszące trzęsieniom ziemi, rejestrować ruchy rotacyjne wysokich budowli czy też przewidywać tąpnięcia w kopalniach, których skutki mogą być katastrofalne.

– Trzęsienia ziemi i tąpnięcia w kopalniach można mierzyć za pomocą tradycyjnych sejsmometrów. Natomiast w układach światłowodowych szukamy też możliwości odbioru rotacyjnych składowych takiego trzęsienia ziemi. W przypadku takiego zjawiska – poza tym, że grunt drga fizycznie – może też występować skręcenie płaszczyzny, w której to drganie się odbywa. I tutaj wykorzystujemy interferometr w bardzo specyficznej konfiguracji optycznej. Mamy nadzieję, że ten sposób pomiaru się ugruntuje – mówi kierownik Zakładu Technicznych Zastosowań Fizyki na Wydziale Nowych Technologii i Chemii Wojskowej Akademii Technicznej.

– W podobny sposób przewiduje się także tąpnięcia w kopalniach, czyli osunięcie, zawalenie się części korytarza. Kiedy ono występuje, to w innych miejscach pojawiają się naprężenia, od których rozchodzą się drgania. Te drgania mają podobną charakterystykę jak drgania trzęsień ziemi. Można powiedzieć, że tąpnięcia w kopalniach to takie lokalne, bliskie trzęsienia ziemi – dodaje prof. Leszek Jaroszewicz.

Efektem pracy naukowców z WAT jest światłowodowy sejsmograf rotacyjny. To jedno z zaledwie dwóch takich urządzeń na świecie.

– Drugie wytwarza firma iXblue z Francji – mówi członek korespondent PAN. – Natomiast w Polsce jeden z tych sejsmografów znajduje się obecnie w podziemiach zamku Książ, w Obserwatorium Sejsmologicznym Polskiej Akademii Nauk. Niestety wycieczki turystyczne po zamku powodują, że nasze badania mogą być prowadzone tylko w nocy. Druga lokalizacja to Główny Instytut Górnictwa w Katowicach, którego stanowiska badawcze pozwalają na monitorowanie zaburzeń występujących w śląskim regionie górniczym.

Na bazie włókien światłowodowych polskim badaczom udało się skonstruować też m.in. platformę czujnikową do pomiaru mikroustrojów biologicznych, generator wirów optycznych dla potrzeb komputerów kwantowych i system pomiaru niebezpiecznych związków w powietrzu (w tym np. środków bojowych). Jednym z ostatnich rozwiązań – rozwijanych z myślą o administracji rządowej – jest z kolei kodowanie binarne dla zabezpieczeń antypodsłuchowych linii transmisyjnych.

– Od wielu lat rozwijana jest technika kodowania informacji po stronie nadawcy i odbiorcy. Tym, którzy chcą nas podsłuchać i przeprowadzają np. ataki komputerowe, staramy się to matematycznie utrudnić. Natomiast sam światłowód nie jest chroniony. A zatem wiedząc, który światłowód będzie wykorzystywany przez nadawcę i odbiorcę, można mechanicznie uzyskać do niego dostęp, a następnie odebrać część sygnału, analizować ten sygnał optycznie i elektronicznie, a w końcu rozkodować przesyłaną informację. My natomiast budujemy układ optoelektroniczny, który wykorzystamy do tego, aby przeciwdziałać tego typu atakom, bo teraz nie jesteśmy nawet w stanie ich wykryć – zapowiada dr inż. Paweł Marć.

Naukowcy z Wojskowej Akademii Technicznej byli gośćmi nowego formatu spotkań Good Morning Science w ramach inicjatywy klubu Trend House, założonego przez Fundację Venture Café Warsaw. Misją klubu jest łączenie innowatorów i rozwiązywanie ważnych problemów społecznych, ekonomicznych i technologicznych. Trend House obecnie liczy ponad 160 członków, w tym osobistości ze świata nauki, biznesu i ekosystemu innowacji. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polscy-naukowcy-szukaja,p118822402

Od 14 do 36 tys. górników będzie potrzebować wsparcia na rynku pracy. Wielu znajdzie zatrudnienie w energetyce odnawialnej

0

Do końca tej dekady od 14 do 36 tys. górników będzie potrzebować wsparcia na rynku pracy: przebranżowienia, relokacji do innych kopalni albo wcześniejszego odejścia na emeryturę. Jednocześnie do tego czasu na Śląsku istnieje możliwość stworzenia nawet 75–85 tys. nowych miejsc pracy, a największe szanse na zastąpienie górniczych etatów mają budownictwo, przetwórstwo przemysłowe i energetyka oparta na OZE – pokazują szacunki Instytutu Badań Strukturalnych. – Nie wolno tracić czasu, trzeba od razu przystąpić do tych działań. One muszą być podejmowane stopniowo, bez gwałtownych ruchów, każdy  obawia się pogorszenia sytuacji materialnej i utraty pracy – podkreśla prezes zarządu ILF Consulting Engineers Polska, Andrzej Dercz.

– W Polsce skutki społeczne wydobycia węgla nie objawiają się dopiero teraz, to dzieje się już od dłuższego czasu. Niektórzy może pamiętają, jak w dziennikach telewizyjnych wydobycie węgla na poziomie 180–190 mln ton było ogłaszane jako wielki sukces, a zatrudnienie w branży węglowej sięgało 400 tys. osób. Dzisiaj mamy wydobycie rzędu 54 mln ton rocznie, a zatrudnienie na poziomie ok. 80 tys. Wszystkie rządy, niezależnie od barw politycznych, miały mniej więcej podobne podejście, żeby przeprowadzać zmiany łagodnie i inwestować we wcześniejsze emerytury, w pomoc socjalną. To sprawiło, że na Śląsku mamy najwyższe emerytury i najmłodszych emerytów – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Dercz.

Według danych ARP na koniec maja br. sektor węglowy w Polsce zatrudniał 78,9 tys. pracowników. To zatrudnienie powoli, ale systematycznie spada (jeszcze na koniec grudnia ub.r. wynosiło 80 tys. osób) – podobnie jak wydobycie i sprzedaż węgla kamiennego. Według ARP w ubiegłym roku krajowe kopalnie wydobyły w sumie 54,4 mln ton tego surowca, o blisko 11,7 proc. mniej rok do roku. Z kolei sprzedaż spadła o ponad 9,2 proc., do 53 mln ton.

– Program PEP 2040 przewiduje odchodzenie od węgla. Z obecnych 70 proc. powinniśmy zejść do około 56 proc. w 2030 roku i ok. 28 proc. albo nawet niżej w sytuacji, kiedy koszty uprawnień do emisji CO2 będą wysokie. A takie obecnie są – mówi prezes ILF Consulting Engineers Polska.

Zgodnie z przyjętą w lutym br. „Polityką energetyczną Polski do 2040 roku” udział węgla w krajowym miksie energetycznym do 2030 roku ma spaść do 56 proc. albo 37,5 proc. w scenariuszu wysokich uprawnień do emisji CO2. Z kolei udział OZE ma do tego czasu wynosić już nie mniej niż 23 proc. Dekadę później, do 2040 roku, węgiel ma już odpowiadać raptem za 28 proc. produkcji energii albo 11 proc. przy wysokich cenach uprawnień do emisji CO2. Z drugiej strony nakłady na rozwój odnawialnych źródeł energii do tego czasu mają już przekroczyć 40 mld euro. Zgodnie z umową społeczną, którą rząd wypracował z górnikami, w Polsce ostatnia kopalnia ma zostać zamknięta w 2049 roku.

– Posiadamy najwyższe ceny hurtowe energii w Europie, prawie dwukrotnie przekraczamy średnią europejską. To wynika z faktu, że koszty wydobycia węgla są zbyt wysokie. W Polsce kopalnie – szczególnie na Śląsku – są głębokie, wydobywają węgiel z około 800 metrów, a pod względem efektywności – na jedną osobę przypada średnio 700 ton. Dla porównania w Bogdance jest to 1,7 tys. ton, a w Stanach Zjednoczonych prawie 11 tys. ton na osobę. Widać więc, jak niska jest efektywność tego wydobycia – mówi Andrzej Dercz.

Stopniowe wygaszanie wydobycia węgla jest w Polsce nieuniknione, zarówno z przyczyn klimatycznych i konieczności dostosowania się do polityki UE, jak i z powodów ekonomicznych. Zależność krajowej energetyki od węgla, przekraczająca obecnie 70 proc., sprawia, że przy wysokich cenach uprawnień do emisji CO2 w systemie ETS cena hurtowa energii elektrycznej w Polsce jest najwyższa w UE i przekracza unijną średnią o ponad 50 proc.

Kolejny powód jest też związany z zanieczyszczeniem powietrza. Nowe badania Uniwersytetu Harvarda i University College London – przytoczone w raporcie ILF Polska pt. „Energia (od)nowa” – pokazują, że z tego powodu w Polsce przedwcześnie umiera około 90 tys. osób rocznie, niemal dwa razy więcej, niż szacowano do tej pory. Na 50 najbardziej zanieczyszczonych miast w Europie aż 37 znajduje się w Polsce.

– Śląsk emituje 13 razy więcej zanieczyszczeń niż średnia dla całej Polski, aż 37 najbardziej zanieczyszczonych miast w Europie jest z Polski i z tego większość oczywiście na Śląsku. Sytuacja jest naprawdę dramatyczna. Nowe dane dotyczące przedwczesnych zgonów związanych z emisjami pokazują szacunki rzędu 90 tys. osób rocznie, to jest liczba porównywalna z efektami pandemii COVID-19 – mówi ekspert.

Dla Śląska – regionu, który jest tradycyjnie górniczy, a więc kulturowo i ekonomicznie uzależniony od kopalni – dekarbonizacja będzie największym wyzwaniem nadchodzących dekad. Pociągnie też za sobą daleko idące zmiany gospodarcze i społeczne. Śląsk może jednak wykorzystać w tym procesie miliardowe środki z unijnej polityki spójności i Funduszu na rzecz Sprawiedliwej Transformacji, z którego Polska otrzyma 3,8 mld euro na łagodzenie skutków transformacji energetycznej. Trafią one głównie do województwa śląskiego i małopolskiego.

– Śląsk jest bardzo dobrze położony komunikacyjnie, blisko granicy, znajduje się tam wiele ośrodków naukowych, oferuje wykształcone kadry, wielu doświadczonych inżynierów i pracowników, którzy mają etos i kulturę wydajności pracy. Jest to ogromny kapitał. Te trzy czynniki: dobrze rozwinięta infrastruktura, położenie i potencjał ludzki są to niewątpliwie atuty tego regionu. Z drugiej strony mamy jednak na Śląsku chaotyczny, niespójny system komunikacyjny, są też szkody górnicze, wysypiska, a usuwanie zasolonych wód z kopalń sprawiło, że wody powierzchniowe wymagają rekultywacji. W te elementy trzeba inwestować, żeby przyciągnąć inwestorów na Śląsk – wskazuje prezes ILF Consulting Engineers Polska.

Według Instytutu Badań Strukturalnych do 2030 roku, w zależności od tempa dekarbonizacji, od 14 do 36 tys. górników będzie potrzebowało wsparcia na rynku pracy. Te liczby dotyczą pracowników, którzy będą potrzebować przebranżowienia, relokacji do innych kopalni lub wcześniejszego odejścia na emeryturę. Według ekspertów stopniowe, naturalne przejścia na emeryturę w górnictwie nie wystarczą bowiem do wdrożenia ambitnych planów dekarbonizacji („Dekarbonizacja i zatrudnienie w górnictwie węgla kamiennego w Polsce” 2021).

Styczniowy raport IBS – przygotowany we współpracy z WWF Polska – pokazuje z kolei, że największe szanse, żeby zastąpić górnicze etaty, mają budownictwo, przetwórstwo przemysłowe i energetyka związana z OZE, a do 2030 roku na Śląsku istnieje możliwość stworzenia nawet 75–85 tys. nowych miejsc pracy.

– Nie wolno tracić czasu, trzeba od razu przystąpić do tych działań. Tym bardziej że muszą być one podejmowane stopniowo, bez gwałtownych ruchów, każdy się obawia pogorszenia sytuacji materialnej i utraty pracy – mówi Andrzej Dercz. – Ja sam jestem ze Śląska, miałem kiedyś okazję być na dole w kopalni i to przeżycie pamiętam do dziś. To naprawdę ciężka praca i jestem przekonany, że jeżeli ludziom zaoferuje się godne wynagrodzenie w innych branżach, to parcie na utrzymywanie branży węglowej za wszelką cenę będzie mniejsze.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/od-14-do-36-tys,p139403532