Strona główna Blog Strona 74

Restauratorzy szukają szans na odbicie po wielomiesięcznym zamknięciu. Rosnąca inflacja i zadłużenie wywołały wzrost cen w gastronomii

0

Ceny w restauracjach w ostatnich miesiącach wzrosły. To głównie efekt wyższych kosztów i droższych produktów oraz sezonu wakacyjnego. – Przedsiębiorcy muszą teraz podnieść ceny, żeby jak najszybciej spłacić zadłużenie, które powstało w czasie pandemii. To jest kwota astronomiczna, prawie 800 mln zł – mówi Jacek Czauderna z Izby Gospodarczej Gastronomii Polskiej. Pandemia wykreowała też nowe trendy w gastronomii i skłoniła restauratorów do eksperymentów związanych zarówno z nową ofertą, jak i modelem biznesowym. Wiele z nich może zostać na rynku również po ustaniu pandemii.

Ceny w restauracjach po drugim lockdownie wzrosły, na co złożyły się dwie okoliczności. Pierwsza to galopująca inflacja – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Czauderna, prezes zarządu Izby Gospodarczej Gastronomii Polskiej (IGGP). – Ceny surowców wzrosły wszędzie, nie tylko w gastronomii, ale też w detalu. Wzrosły ceny energii, mediów, wszystkie te składniki mają wpływ na to, co się stało z naszymi kartami menu, czyli wzrost kosztów wytworzenia produktu.

W czerwcu inflacja ogółem wyniosła 4,4 proc. rok do roku, nieco mniej niż w maju, gdy sięgnęła 4,7 proc. Detaliczne ceny żywności i napojów bezalkoholowych wynosiły wówczas odpowiednio 2,0 proc. oraz 1,7 proc., a ekonomiści szacują, że ich wpływ na ogólny wskaźnik będzie coraz większy. W restauracjach i hotelach ceny wzrosły o 5,0 proc. r/r w maju i o 5,7 proc. w czerwcu. W lipcu, według szybkiego szacunku GUS-u, ogólny odczyt był najwyższy od ponad dekady i wyniósł 5 proc. W ujęciu rocznym ceny żywności i napojów bezalkoholowych wzrosły o ponad 3 proc.

 Weszliśmy w sezon po drugim, bardzo długim lockdownie, gastronomii nieczynnej przez ponad siedem miesięcy, utopionej w długach. Zadłużenie gastronomii w Polsce to jest kwota astronomiczna, prawie 800 mln zł, więc przedsiębiorcy muszą teraz podnieść ceny, żeby jak najszybciej spłacić zadłużenie, które powstało w czasie pandemii – tłumaczy prezes IGGP. – Poza tym są wakacje, zawsze na sezon, szczególnie w miejscowościach turystycznych, ceny są o 10–15 proc. wyższe.

Według analiz IGGP w minionym roku sektor gastro mógł stracić nawet 30 mld zł. Jak wynika z danych BIG InfoMonitor, w ciągu 11 miesięcy pandemii od kwietnia 2020 roku do lutego 2021 roku długi sektora podwyższyły się o 10 proc., do prawie 715 mln zł. Gdy w okresie od końca marca ub.r. do końca lutego tego roku zaległości wszystkich podmiotów notowanych w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor oraz w BIK podwyższyły się o 5,4 proc., w przypadku gastronomii było to 10,4 proc.

Nadzieją branży jest fakt, że po otwarciu lokali (ogródki od połowy maja, wnętrza z 50-proc. obłożeniem lub przegrodami między stolikami od 28 maja) konsumenci chętnie ruszyli do restauracyjnych stolików, a cena nie należy w tym wypadku do najistotniejszych kryteriów wyboru.

– W gastronomii pierwsze trzy priorytety to jest smak, smak, smak, a kolejne trzy priorytety to jest serwis, serwis, serwis. Jeżeli będziemy mieć dobrą, uśmiechniętą, profesjonalną obsługę i smaczne potrawy i napoje, to będziemy prowadzić dochodowy biznes gastronomiczny – przekonuje Jacek Czauderna. – Myślę, że przy wyjściu do restauracji cena jest na czwartym lub piątym miejscu. Może 10 proc. populacji chodzącej do gastronomii sprawdza ceny i idzie do restauracji obok, bo tam piwo, kawa czy kotlet są o złotówkę czy dwa złote tańsze, natomiast to są jednostkowe przypadki.

Jak podkreśla, działalność w branży restauracyjnej wymaga kreatywności, a pandemia dobitnie pokazała, że żaden przepis na sukces nie sprawdza się wiecznie. Najlepszym dowodem jest zniknięcie z rynku warszawskiego restauracji z gwiazdkami Michelin. Koronawirus spotęgował modę na warzywa, owoce, świeże soki, zastępniki mięsa i nabiału. Zmienił się także sposób podania – w czasie lockdownu wielu restauratorów zaczęło sprzedawać swoje napoje i dania w formie zapakowanych artykułów detalicznych i według Jacka Czauderny ta forma biznesu utrzyma się także w warunkach popandemicznych. Nie wszyscy natomiast utrzymają usługę dowozów.

 Odbiory własne są łatwiejsze, bo wystarczyło danie zapakować i klient zabierał je do domu. Natomiast wywozy to jest zupełnie nowa działalność – mówi prezes zarządu Izby Gospodarczej Gastronomii Polskiej. – Ich wprowadzenie to był sposób na przetrwanie, natomiast jeżeli ktoś nie prowadził wcześniej takiego biznesu, to nie miał szans osiągnięcia ekonomicznego sukcesu w tak krótkim czasie. Najbardziej „wygranymi” podczas pandemii były na pewno pizzerie, kuchnia azjatycka czy sushi, nie wspominając znanych sieci restauracji ze sprzedażą do samochodów, czyli całej branży hamburgerów i skrzydełek. Te sieci doskonale sobie radziły w pandemii, a nawet mogły mieć wzrosty sprzedaży, pomimo że restauracje w środku były nieczynne.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/restauratorzy-szukaja,p717090474

Pandemia zwiększyła potrzebę robotyzacji w polskich firmach. Wirtualnego pracownika można „zatrudnić” i zacząć na nim zarabiać w ciągu dwóch tygodni

0

Pandemia COVID-19 może być impulsem przyspieszającym robotyzację w polskich firmach. Barierą we wdrażaniu robotów na masową skalę wciąż pozostają jednak brak wiedzy, niska świadomość korzyści takich rozwiązań albo obawy przed wysokimi kosztami. – Można zacząć od wdrożenia jednego czy dwóch robotów, zamiast od razu otwierać bardzo duży projekt. Przy takim podejściu w krótkim czasie dwóch–trzech tygodni można już mieć w firmie wdrożonego pierwszego robota i od razu czerpać z tego korzyści – mówi Przemysław Lewicki, szef projektu SAIO w ING Banku Śląskim, w którym pracuje już ponad 2 tys. wirtualnych pracowników. Bank ma w tym zakresie duże doświadczenie, dlatego w ramach swojej RoboPlatformy, która obecnie działa pod nazwą SAIO, pomaga także swoim klientom usprawniać ich procesy wewnętrzne z wykorzystaniem robotyki.

– W firmach, w których były już roboty, pandemia COVID-19 przyspieszyła ich wdrażanie. Natomiast te, które jeszcze nie weszły na ścieżkę robotyzacji, w ostatnich miesiącach nie miały na to czasu, bo musiały mierzyć się z bieżącymi wyzwaniami, które przyniosła ze sobą pandemia. Zmieniła się natomiast świadomość, że robotyzacja jest czymś koniecznym, aby móc w przyszłości mierzyć się z podobnymi wyzwaniami. Dlatego dzisiaj firmy chcą i będą inwestować w roboty – mówi agencji Newseria Biznes Przemysław Lewicki. 

Skutki szybkiego rozprzestrzeniania się po świecie koronawirusa skłoniły wiele firm do szukania sposobów na uniezależnienie się od czynnika ludzkiego w sytuacji zagrożenia zdrowia. To spowodowało większe zainteresowanie rozwiązaniami RPA, czyli zrobotyzowanej automatyzacji procesów biznesowych. Z globalnego raportu firmy doradczej Deloitte („Inteligentna Automatyzacja 2020”) wynika, że w ubiegłym roku odsetek organizacji, które rozpoczęły wprowadzanie rozwiązań bazujących na inteligentnej automatyzacji, znacząco wzrósł. Działania w tym zakresie podjęło 73 proc. badanych firm, podczas gdy rok wcześniej było to 58 proc., a w 2015 roku takie plany deklarowało zaledwie 13 proc. przedsiębiorstw. W globalnej skali COVID-19 ograniczył lub spowolnił inwestycje w robotyzację w 29 proc. organizacji. W pozostałych przypadkach takie projekty są kontynuowane, a w przypadku co piątej firmy nawet przyspieszyły. Z kolei 9 proc. z nich wskazało, że dopiero koronawirus spowodował rozpoczęcie inwestycji w tym obszarze.

Z raportu Gartnera z września 2020 roku wynika, że 90 proc. dużych organizacji na całym świecie do 2022 roku wdroży w jakiejś formie rozwiązanie z obszaru RPA. W tym roku rynek takich rozwiązań będzie wart ok. 1,9 mld dol., o prawie jedną piątą więcej niż w ubiegłym roku. 

– W polskich firmach roboty są bardzo chętnie wykorzystywane np. w obsłudze posprzedażowej klienta, w obsłudze korespondencji, w obszarze księgowości albo do modyfikacji systemów ERP [oprogramowanie do kompleksowego zarządzania przedsiębiorstwem – red.]. W tradycyjnym modelu zmiany w tych systemach są drogie i czasochłonne, a wykorzystanie w tym celu robotów jest łatwe i skraca ten czas – zapewnia szef projektu SAIO w ING Banku Śląskim.

Jak podkreśla, potrzeba automatyzacji i obniżenia kosztów występuje praktycznie w każdej firmie, niezależnie od jej wielkości. Dlatego w tych obszarach, gdzie wykonywane są powtarzalne, automatyczne czynności, dobrym pomysłem jest właśnie „zatrudnienie” robota. Pozwala to radykalnie obniżyć koszty i skrócić czas realizacji bieżących zadań. Barierą w masowym wykorzystaniu robotów wciąż jest jednak brak wiedzy i niska świadomość korzyści z takich rozwiązań.

– Na rynku panuje przekonanie, że aby „zatrudnić” robota, trzeba powołać duży projekt, zrobić analizę procesów, a najlepiej jeszcze zatrudnić w tym celu firmę konsultingową. W przypadku bardzo dużych firm takie podejście może zadziałać, natomiast równie dobrze można zacząć od wdrożenia jednego czy dwóch robotów. Przy takim podejściu w czasie dwóch–trzech tygodni można już mieć w firmie wdrożonego pierwszego robota i od razu czerpać korzyści z robotyzacji – mówi Przemysław Lewicki. – Nasze doświadczenie pokazuje, że takie podejście jest lepsze, ponieważ po pierwsze – szybko dostarcza wartość w postaci robotów, a po drugie – przełamuje bariery, strach przed robotyzacją i obawy, że może się ona nie udać.

W ING Banku Śląskim w 10 krajach na dwóch kontynentach działa w tej chwili ponad 2 tys. robotów, z których większość wspiera procesy w obszarze operacji bankowych, ryzyku i finansach. Z powodzeniem działają one na istniejącej infrastrukturze IT, bez potrzeby kosztownych modyfikacji systemów. Bank ma w tym zakresie duże doświadczenie, dlatego w ramach swojej RoboPlatformy, która obecnie działa pod nazwą SAIO, pomaga także swoim klientom usprawniać ich procesy wewnętrzne z wykorzystaniem robotyki.

– SAIO to kompleksowa platforma, która integruje technologie sztucznej inteligencji i robotyzacji, żeby optymalizować i automatyzować procesy w firmie. Jest to nasze autorskie rozwiązanie. Mamy już kilkanaście lat doświadczenia w robotyzacji, przez ten czas staliśmy się już ekspertami w tej dziedzinie. I dlatego chcemy się dzielić tym doświadczeniem i umiejętnościami z naszymi klientami – podkreśla szef projektu SAIO w ING Banku Śląskim. – Do tego właśnie służy platforma SAIO, dzięki której można łatwo i szybko zrobotyzować firmę. Statystyki pokazują, że nawet do 50 proc. projektów robotyzacyjnych kończy się fiaskiem. My dajemy gwarancję, że projekty, którymi my się zajmujemy, kończą się sukcesem.

SAIO to uniwersalne narzędzie, z którego może korzystać wiele branż. Sprawdza się zarówno w sprzedaży, zarządzaniu klientami, jak i w skarbowości, finansach, rachunkowości, HR, procesach zakupowych, IT czy choćby w zarządzaniu operacyjnym.

 Kładziemy nacisk na to, żeby nasze roboty były w stanie obsługiwać coraz bardziej skomplikowane procesy. Dlatego wyposażyliśmy SAIO w reużywalne moduły sztucznej inteligencji, gdzie nawet nie trzeba programować, tylko poprzez wyklikanie można stworzyć zaawansowane modele AI i wyposażyć w nie roboty. Mogą to być np. klasyfikatory tekstu, obrazu czy detektory anomalii w procesach – wymienia Przemysław Lewicki. – Dzisiaj na rynku wyzwaniem jest nie tyle zbudowanie samego modelu sztucznej inteligencji, ale jego integracja z istniejącymi procesami. SAIO dostarcza komponenty AI i jednocześnie, dzięki technologii Robotix, pozwala na ich łatwe wdrożenie w firmie i integrację z istniejącą infrastrukturą. W tradycyjnym podejściu jest to trudne, potrafi trwać miesiącami i kosztować ogromne pieniądze. Natomiast dzięki SAIO możliwy jest natychmiastowy upgrade, co oznacza natychmiastowy skok technologiczny w firmie.

W ramach swojej platformy SAIO ING Bank Śląski zapewnia pełny zakres usług robotyzacyjnych: poczynając od bezpłatnego przeglądu procesów, przez szkolenia, aż po wdrożenie. Finalnym produktem jest robot, który automatycznie realizuje proces w firmie.

– Już za ok. 6 tys. zł można mieć pierwszego wirtualnego pracownika, który nie tylko na siebie zarobi, ale jest też w stanie wygenerować w firmie oszczędności rzędu od kilkudziesięciu do nawet kilkuset tysięcy złotych rocznie – podkreśla ekspert ING.

Raport firmy McKinsey i miesięcznika „Forbes” z 2018 roku wskazywał, że dzięki automatyzacji i wynikającemu z niej wzrostowi produktywności PKB Polski w 2030 roku może być wyższy o 15 proc., a średni roczny wzrost gospodarczy w tej dekadzie może być szybszy o 1 pkt proc. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pandemia-zwiekszyla,p545309164

Od pięciu lat rośnie liczba osób głodujących lub zagrożonych głodem. Pandemia przyspieszyła ten proces

0

Ponad 40 milionów ludzi na świecie znajduje się na skraju głodu, a więcej niż pół miliona już głoduje, przy czym koronawirus spowodował wyraźny przyrost osób zagrożonych głodem. Główną przyczyną są zmiany klimatu i spowodowane nimi kataklizmy, a także konflikty zbrojne. W efekcie po pandemii wirusowej światu może grozić pandemia głodu. Bez natychmiastowej pomocy organizacji humanitarnych, które zapewnią najbiedniejszym obszarom, głównie w Afryce, dostęp do żywności, nieuchronna stanie się kolejna fala imigracji.

– Pandemia głodu może nadejść, bo liczby wzrastają od 2016 roku. Ale w tym roku obserwujemy naprawdę duży wzrost liczby osób, których bezpieczeństwo żywnościowe jest zagrożone, czyli które np. jedzą posiłki, ale rezygnują z niektórych elementów, potrzebnych np. dzieciom, do właściwego rozwoju, albo omijają jakieś posiłki, żeby oszczędzić, albo po prostu oddają swoje posiłki dzieciom – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Helena Krajewska z Polskiej Akcji Humanitarnej. – Takie ukryte niedożywienie bardzo się zwiększyło wśród wielu osób, zwłaszcza osób pracujących w sektorze nieformalnym, które straciły zatrudnienie podczas pandemii.

Według danych Światowego Programu Żywnościowego 41 mln osób na całym świecie w ponad 40 krajach jest na skraju głodu, co oznacza, że nawet niewielki wstrząs może je postawić w sytuacji głodu. Już teraz jednak głoduje 600 tys. osób. Pandemia pogłębiła wszystkie istniejące kryzysy oraz konflikty zbrojne, a wybuchły też nowe. Na te czynniki nałożył się kryzys klimatyczny i kataklizmy, takie jak powodzie czy upały, które niszczą bądź uniemożliwiają uprawy.

Światowy Program Żywnościowy – agenda ONZ, uhonorowana zresztą w ubiegłym roku Pokojową Nagrodą Nobla – prowadzi obecnie siedem awaryjnych akcji ratunkowych: związanych z pandemią COVID-19 oraz z sytuacją w regionach: Demokratycznej Republice Konga, północno-wschodniej Nigerii, krajach Sahelu (ciągnący się wzdłuż południowej granicy Sahary pas, gdzie deszcz pada zaledwie przez dwa–trzy miesiące w roku), Syrii i Jemenie, gdzie trwa konflikt zbrojny, oraz w Sudanie Południowym, gdzie po tragicznych powodziach 60 proc. ludności (7 mln) cierpi głód bądź jest niedożywionych.

– Zwiększa się liczba osób, które potrzebują natychmiastowej pomocy humanitarnej, bo inaczej będą musiały przemieścić się, najpierw w obrębie własnego kraju, a później do krajów sąsiednich, ale razem ze wzrostem temperatur prawdopodobnie bardziej na północ – tłumaczy Helena Krajewska. – I jeżeli mówimy o tym, że należy pomagać na miejscu, aby później nie mieć problemu z dużą falą imigrantów lub – w tym przypadku – uchodźców, głównie klimatycznych, powinniśmy działać już teraz, aby pomóc tym osobom, by mogły odbudować swoje życie, by mogły żyć tam, gdzie się urodziły.

Polska Akcja Humanitarna obserwuje zmianę w myśleniu Polaków o żywności i potrzebie jej niemarnowania. I choć zaoszczędzonej nad Wisłą żywności nie można przetransportować do Afryki, bo koszt takiego transportu przewyższyłby wartość produktów, to zmiana podejścia, po pierwsze, może pomóc głodującym dzieciom w Polsce, do których skierowane są akcja Pajacyk PAH-u czy inne programy dożywiania dzieci albo banki żywności. Ponadto niewydane na zbędną żywność pieniądze można, choć częściowo, przeznaczyć na pomoc organizacjom charytatywnym, które kupią za nią racje żywnościowe bliżej potrzebujących.

– Problemem nie jest brak żywności per se, tylko bardziej brak możliwości zapewnienia stałego dostępu do tej żywności, czyli absolutne zniszczenie możliwości uprawiania roli albo hodowania zwierząt w niektórych krajach z powodu konfliktu zbrojnego, z powodu katastrof naturalnych czy np. dlatego, że zostały zniszczone rynki zbytu przez pandemię i restrykcje nią spowodowane – podkreśla przedstawicielka Polskiej Akcji Humanitarnej. – Tak naprawdę należałoby zaczynać od podstaw, czyli wspierać rolnictwo, wspierać osoby, które chcą dostarczyć żywność sobie, swoim rodzinom i ogólnie w kraju. To chyba są najlepsze działania, bo są długofalowe.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/od-pieciu-lat-rosnie,p179589167

Branża hotelarska wciąż liczy straty. W najgorszej sytuacji są obiekty bazujące na klientach biznesowych i turystach z zagranicy

0

– Hotele obsługujące gości biznesowych nie mogą jeszcze organizować dużych spotkań, a jednocześnie nie funkcjonuje branża wystawienniczo-targowa, która zapewniała popyt na usługi hotelowe – mówi Ireneusz Węgłowski z Izby Gospodarczej Hotelarstwa Polskiego i zaznacza, że całkowite zniesienie obostrzeń powinno już dawno nastąpić. Badania pokazały, że 85 proc. obiektów otrzymuje zapytania o możliwość organizowania spotkań biznesowych i są zmuszone odmawiać z uwagi na narzucone limity. Tylko w maju utracone przychody całej branży hotelarskiej w Polsce sięgnęły rekordowej kwoty 750 mln zł.

Izba Gospodarcza Hotelarstwa Polskiego podaje, że uwolnienie działalności hoteli po długim weekendzie majowym z limitem 50 proc. dostępnych pokoi i bez możliwości świadczenia otwartej gastronomii oraz usług towarzyszących negatywnie wpłynęło na ich wyniki finansowe. 76 proc. hoteli odnotowało średnią frekwencję nie większą niż 30 proc., z czego 47 proc. poniżej 20 proc., a co piąty poniżej 10 proc. obłożenia.

– Obiekty hotelowe, które nadal mają administracyjne ograniczenia w funkcjonowaniu, spodziewają się pomocy ze strony państwa. Dotychczasowa pomoc często przychodziła za późno i nie dotyczyła tych obiektów, które akurat najwięcej traciły podczas pandemii. Część hoteli na pewno skorzystała z pomocy, ale w przypadku hoteli dużych, sieciowych nie gwarantowała spokojnego przetrwania w okresie pandemii – podkreśla Ireneusz Węgłowski.

Jak zaznacza, decyzja o częściowym zniesieniu obostrzeń pomogła hotelom wypoczynkowym, które bazują na gościach przyjeżdżających do miejscowości turystycznych, ale w trudnej sytuacji pozostają hotele, które obsługują gości biznesowych.

– Te obiekty nie mogą jeszcze organizować dużych spotkań, a branża wystawienniczo-targowa jest wstrzymana. Brak jest naturalnego popytu w segmencie MICE, który dawałby hotelom możliwość zarabiania pieniędzy wtedy, kiedy jest szczyt sezonu. Mam nadzieję, że jesienią, jeżeli nie będzie kolejnego lockdownu, ten segment rynku się ożywi – dodaje ekspert.

Badania pokazują, że 85 proc. obiektów otrzymuje zapytania o możliwość organizowania spotkań biznesowych, w tym aż 50 proc. oceniło liczbę zapytań na dużą lub umiarkowaną. Jednocześnie ponad 80 proc. hoteli potwierdziło, że w związku z narzuconym limitem dotyczącym konferencji (1 osoba na 10 mkw.) będzie nadal zmuszone do odmawiania organizacji niektórych spotkań biznesowych.

– Już dawno powinno nastąpić całkowite zniesienie obostrzeń. Naszym zdaniem nie ma dzisiaj racjonalnych przesłanek, aby ograniczenia działalności w branży hotelarskiej były nadal stosowane. Hotelarze wielokrotnie dali dowód tego, że są odpowiedzialni i przygotowani do obsługi gości. Przeszliśmy wiele inspekcji sanitarnych, zdaliśmy egzamin i potrafimy pracować w reżimie sanitarnym. Poza tym nie ma naukowego dowodu na to, że hotele powinny być obecnie ograniczone w zakresie swojej działalności – zaznacza prezes Izby Gospodarczej Hotelarstwa Polskiego.

Branża hotelarska wciąż nie powróciła do rzeczywistości sprzed pandemii – ani pod względem obłożenia hoteli, ani średnich cen. Wskaźnik średniej ceny nadal utrzymuje się na znacząco niskim poziomie. 67 proc. hoteli odnotowało ceny niższe niż w maju 2019 roku, przy czym dla 35 proc. spadki były większe niż o 10 proc., a dla 21 proc. większe niż o 20 proc. Jednocześnie 15 proc. hoteli utrzymało średnie ceny z roku 2019, a 26 proc. zanotowało wzrost o nie więcej niż 10 proc.

– Od półtora roku hotele pracują w sposób ograniczony, ale dzięki zmianom organizacyjnym i wprowadzeniu nowych zasad sanitarnych goście mogą czuć się bezpiecznie. Niestety pandemia zrujnowała branżę hotelarską, bo według naszych szacunków tylko w maju hotele zanotowały 750 mln zł utraconych przychodów z powodu ograniczeń, które uniemożliwiły im prowadzenie działalności w sposób nieskrępowany – informuje Ireneusz Węgłowski.

Jak podkreśla, skutki tego kryzysu będą odczuwalne jeszcze długo, a odbicia można się spodziewać dopiero około 2023 roku. W wielu przypadkach konieczne będzie dofinansowanie hoteli ze względu na ubytek przychodów i gorsze wyniki finansowe. Ponadto już teraz widać problemy ze zdobyciem pracowników na stanowiska obsługi gości. Brakuje kelnerów, kucharzy, a wiele osób odeszło z branży z uwagi na brak perspektyw wynikających z obawy przed kolejnymi lockdownami i groźbą zwolnień.

Z ankiety IGHP wynika, że ponad 87 proc. hoteli nie przewiduje osiągnięcia zysku z działalności operacyjnej wcześniej niż na koniec 2022 roku, a 53 proc. wskazuje na jeszcze późniejszą datę. Z kolei aż 31 proc. ankietowanych prognozuje, że powróci do przychodów z lat 2018–2019 dopiero w 2024 roku lub później.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/branza-hotelarska-wciaz,p431979519

Przez pandemię aż 42 proc. Polaków musiało ciąć wydatki. Jednak tylko 1/3 zamierza ograniczać konsumpcję także w przyszłości

0

Aż 42 proc. Polaków w trakcie pandemii COVID-19 musiało rezygnować albo ograniczyć część wydatków. Najczęściej dotyczyło to wyjazdu na wakacje, zakupu nowych ubrań, obuwia, kosmetyków czy sprzętu RTV/AGD. Ponad połowa badanych wskazała, że w czasie pandemii takie zakupy nie były im potrzebne, ale 31 proc. musiało wprowadzić oszczędności ze względu na obniżkę dochodów lub utratę pracy. Co ciekawe, co piąty Polak zdecydował się też na ograniczenie wydatków ze względu na wzrost świadomości ekologicznej. Przypadający w tym roku 29 lipca Dzień Długu Ekologicznego – obchodzony prawie miesiąc wcześniej niż w roku ubiegłym – pokazuje jednak, że poziom konsumpcji zaczyna już wracać do poziomu sprzed pandemii.

– Polacy deklarują, że ich sytuacja finansowa w trakcie pandemii się nie zmieniła – 45 proc. z nich nie dostrzegło specjalnej zmiany. Kolejne 24 proc. co prawda też nie odczuło pogorszenia, ale w dalszym ciągu obawia się tego, jak ich sytuacja finansowa będzie wyglądać w ciągu najbliższych miesięcy. Natomiast 10 proc. Polaków wskazało, że – z uwagi na utratę pracy albo zmniejszone wynagrodzenie – ich sytuacja finansowa zdecydowanie pogorszyła się w czasie pandemii – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Agnieszka Salach, rzeczniczka prasowa KRUK SA.

Pandemia COVID-19 nie wpłynęła na sytuację finansową 69 proc. Polaków. Blisko co czwarty obawia się jednak, że może się ona zmienić w ciągu najbliższych miesięcy – wynika z badania przeprowadzonego dla KRUK-a na grupie blisko 1,1 tys. respondentów powyżej 18. roku życia. Badanie pokazuje też, że średnio co 10. Polak odczuł pogorszenie swojej sytuacji w wyniku pandemii, ale tylko 5 proc. nie było w stanie opłacać na czas rachunków i innych zobowiązań finansowych. Taki sam odsetek zadeklarował, że dzięki podwyżce przyznanej przez pracodawcę w czasie pandemii odczuł poprawę w stanie swoich finansów.

Z badania wynika również, że – mimo dość stabilnej sytuacji – Polacy w dalszym ciągu zachowują powściągliwość w wydatkach. 30 proc. stara się więcej oszczędzać, a 23 proc. kupuje mniej niż przed pandemią. Co piąty Polak przyznaje też, że dokładniej planuje swój domowy budżet i zakupy.

– Oczywiście część z tych zakupów została odłożona w czasie, bo w trakcie obostrzeń nie mieliśmy dostępu do sklepów, nie mogliśmy zrealizować wszystkich planów zakupowych – mówi Agnieszka Salach. – Wielu Polaków na pewno czekało z nimi do momentu otwarcia galerii, natomiast w dalszym ciągu jesteśmy powściągliwi, jeśli chodzi o decyzje zakupowe. Co trzeci Polak stara się więcej oszczędzać, bardziej przykładamy się też do sporządzania listy zakupów, do planowania wydatków – co wcześniej nie było aż tak oczywiste.

Aż 42 proc. Polaków przyznało też, że w trakcie pandemii musiało rezygnować albo ograniczyć część wydatków. Najczęściej dotyczyło to wyjazdu na wakacje (61 proc.), ale blisko połowa zrezygnowała też z zakupu nowych ubrań, a średnio co trzeci – z zakupu obuwia, kosmetyków i sprzętu RTV/AGD. Dodatkowo 1/3 konsumentów zrezygnowała także z kupowania droższych produktów spożywczych (np. żywności ekologicznej i bio). Z kolei 21 proc. Polaków musiało odłożyć na lepsze czasy zakup samochodu, a 15 proc. – zakup mieszkania bądź działki. Co niepokojące, niemal co 10. badany wskazał też, że musiał ograniczyć wydatki na podstawowe produkty spożywcze.

Wśród powodów cięcia wydatków Polacy najczęściej wskazywali, że nie potrzebowali takich zakupów podczas pandemii (52 proc.). Co trzeci zadeklarował, że musiał zrezygnować z niektórych wydatków, bo jego dochody spadły w wyniku utraty pracy albo obniżki wynagrodzenia. 30 proc. badanych musiało  natomiast ograniczyć swoje zakupy ze względu na wzrost cen.

Co ciekawe, badanie przeprowadzone na zlecenie KRUK-a pokazuje też, że w trakcie pandemii Polacy starali się wstrzymywać z decyzją o  zaciągnięciu nowych zobowiązań finansowych. Tylko 4 proc. zadeklarowało, że zdecydowało się wziąć pożyczkę, kredyt konsumencki lub hipoteczny.

– Nie chcemy zaciągać pożyczek i kredytów, a z drugiej strony nasze badanie pokazuje, że w trakcie pandemii zaczęliśmy interesować się zakupem różnego rodzaju nieruchomości czy działek poza miastem, żeby móc spędzać czas bliżej natury – mówi rzeczniczka prasowa KRUK SA. – Aż 40 proc. Polaków zadeklarowało, że pojawiły się u nich takie potrzeby, więc domyślam się, że będą one jakoś finalizowane. Natomiast z naszych danych wynika też, że zadłużenie Polaków w porównaniu z I kwartałem 2020 roku – czyli okresem jeszcze sprzed pandemii – nieznacznie rośnie. Liczba obsługiwanych przez nas spraw na koniec marca br. wzrosła o 1,5 proc. w porównaniu do analogicznego okresu sprzed roku, natomiast jego łączna wartość zwiększyła się o 7 proc. i wyniosła ponad 22 mld zł.

Badanie pokazuje również, że w trakcie pandemii COVID-19 wzrosła wśród Polaków świadomość ekologiczna. 21 proc. właśnie z tego powodu ograniczyło swoje wydatki zakupowe.

– Część osób zaobserwowała, że mamy coś takiego jak kryzys klimatyczny i zaczęła pilnować swojego domowego budżetu, przyglądać się każdej wydawanej złotówce. Stara się nie marnować jedzenia. Ponad 30 proc. wręcz zrezygnowało z zakupu niepotrzebnych ubrań. Dostrzegamy też pozytywy związane z pracą zdalną i tym, że nie musimy dojeżdżać do pracy, więc nie emitujemy do atmosfery tyle CO2 – wskazuje ekspertka.

Blisko połowa Polaków (49 proc.) ocenia, że pandemia i związane z nią restrykcje miały korzystny wpływ na ochronę środowiska i poprawę jakości powietrza. Zdaniem 44 proc. koronawirus wpłynął też na proekologiczne postawy i zachowania konsumentów. Więcej niż co trzeci Polak uważa, że ludzie zmieniają swoje przyzwyczajenia konsumenckie i będą kupować mniej dóbr materialnych, na czym skorzysta środowisko naturalne

– Z drugiej strony 24 proc. badanych dostrzegło, że w czasie pandemii faktycznie zaczęliśmy zużywać więcej plastiku, więc pojawił się nowy problem. Tylko co trzecia osoba deklaruje też, że po pandemii zamierza kontynuować ograniczanie nadmiernej konsumpcji i niepotrzebnych zakupów. Mam jednak wrażenie, że niestety dość szybko zapominamy o pozytywnym wpływie koronawirusa na nasze środowisko – co pokazują wyliczenia organizacji Global Footprint Network, według której w tym roku Dzień Długu Ekologicznego znowu obchodzimy prawie miesiąc wcześniej – mówi Agnieszka Salach.

Według wyliczeń organizacji Global Footprint Network w tym roku Dzień Długu Ekologicznego przypadnie w czwartek, 29 lipca. To ruchoma data, wyznaczająca moment, w którym zapotrzebowanie ludzkości na zasoby planety w danym roku przekroczyło możliwości ich regeneracji. Ubiegłoroczny Dzień Długu Ekologicznego wypadał 22 sierpnia, czyli o prawie miesiąc później. To oznacza, że w tym roku zużywaliśmy naturalne zasoby znacznie szybciej.

– Oznacza to także, że znowu wracamy do poziomu konsumpcji sprzed pandemii – mówi rzeczniczka KRUK SA.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/przez-pandemie-az-42,p2024124412

W wyniku zmian klimatycznych polskie firmy coraz chętniej będą się ubezpieczać. Już teraz ubezpieczyciele chronią ich majątek w wysokości 1,7 bln zł

0

Około 60 proc. całego majątku zgromadzonego przez polskie firmy jest objęte ochroną ubezpieczeniową. Wraz z rozwojem gospodarczym i zmianami klimatu rośnie jednak zarówno ryzyko szkód, jak i wartość majątku, który trzeba ubezpieczać. W Polsce przed pożarami, powodziami czy gwałtownym wiatrem trzeba obecnie chronić o 2,2 bln zł więcej majątku niż w 1995 roku – wynika z danych PIU i Deloitte’a. Polskie przedsiębiorstwa – zwłaszcza MŚP – są tego coraz bardziej świadome i coraz chętniej sięgają po ubezpieczenia, szczególnie polisy od odpowiedzialności cywilnej i zdarzeń losowych. Wraz z rosnącym zainteresowaniem zmienia się również oferta ubezpieczycieli dedykowana tej grupie.

– Małe i średnie przedsiębiorstwa chętnie się ubezpieczają. Pomijając kwestie ubezpieczeń komunikacyjnych, których posiadanie jest w dużej mierze obowiązkowe, dobrowolne ubezpieczenia majątkowe są z roku na rok coraz bardziej powszechne wśród MŚP. Szacuje się, że między 60 a 70 proc. przedsiębiorstw posiada polisy ubezpieczenia mienia czy odpowiedzialności cywilnej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Klepuszewski, menedżer w Departamencie Ubezpieczeń dla Małych i Średnich Firm w UNIQA.

Według raportu Deloitte’a przygotowanego dla Polskiej Izby Ubezpieczeń około 60 proc. majątku polskich firm jest objętych ubezpieczeniami, a wartość mienia ubezpieczonego od pożarów, powodzi i innych żywiołów to około 1,7 bln zł. Szacunki wskazują, że wartość majątku, który należy chronić przed skutkami katastrof naturalnych, będzie w Polsce rosła w kolejnych latach. PIU podkreśla, że taka asekuracja ogranicza ryzyka związane z prowadzeniem działalności, pozwalając firmom uniknąć przestojów i kosztów także w przypadku m.in. kradzieży, zakłóceń produkcyjnych czy szkód spowodowanych np. gwałtownymi zjawiskami pogodowymi.

Świadomość konieczności takiej ochrony jest coraz większa także wśród MŚP.

– Świadomość ubezpieczeniowa małych i średnich firm wzrasta i jest to podyktowane czynnikami zewnętrznymi, które niosą ze sobą zagrożenia dla prowadzonej działalności. Z drugiej strony – to również kwestia samych roszczeń i poziomu ich skomplikowania. Chodzi już nie tylko o szkody osobowe czy proste szkody rzeczowe, bo zgłaszanych jest też coraz więcej skomplikowanych spraw – zarówno przez samych przedsiębiorców, jak i osoby trzecie, poszkodowane w wyniku ich działań – mówi Rafał Klepuszewski.

Wśród ubezpieczeń najchętniej wybieranych przez MŚP są przede wszystkim polisy od pożaru i innych zdarzeń losowych. Chronią one majątek firmy przed konsekwencjami nieprzewidzianych incydentów, do których zaliczają się też m.in. powodzie, trąby powietrzne, grad czy uderzenie pioruna. Jak wynika z danych PIU, w latach 2011–2020 z tytułu odszkodowań związanych z pożarami i innymi żywiołami ubezpieczyciele wypłacili poszkodowanym (klientom indywidualnym i firmom, łącznie) ponad 14 mld zł.

– Dużą popularnością cieszą się też polisy od odpowiedzialności cywilnej. Dzięki niej przedsiębiorca może przenieść obowiązek naprawienia szkody – rzeczowej lub osobowej, wynikającej z prowadzonej działalności albo posiadania mienia – na ubezpieczyciela. W ten sposób może też uniknąć konsekwencji finansowych dla budżetu swojej firmy – mówi ekspert.

Jak zauważa, wraz z rosnącym zainteresowaniem ochroną ubezpieczeniową wśród MŚP zmienia się również oferta ubezpieczycieli dedykowana tej grupie. Przede wszystkim zwiększa się zakres ochrony ubezpieczeniowej i zakres ryzyk objętych polisą.

– Zaciera się również granica pomiędzy ofertą produktową adresowaną dla małych i średnich przedsiębiorstw, jak i dużych podmiotów korporacyjnych. Można powiedzieć, że ubezpieczyciele starają się nadążać za potrzebami ubezpieczeniowymi, które wynikają ze zmieniającej się rzeczywistości – mówi menedżer Departamentu Ubezpieczeń dla Małych i Średnich Firm w UNIQA.

Dobra polisa ubezpieczeniowa dla firmy powinna odpowiadać zagrożeniom wynikającym z danego rodzaju prowadzonej działalności. Inny zakres ochrony ubezpieczeniowej powinien być zaoferowany dla branży gastronomicznej, a inny dla usług budowlanych. Stąd – przed podpisaniem umowy z ubezpieczycielem – warto dokładnie przeanalizować jej zapisy.

– Idealnie, jeśli ochrona ubezpieczeniowa w standardowym zakresie przewiduje szerokie pokrycie. To może być np. zwrot kosztów dodatkowych wynikających ze szkody. Ważną kwestią jest również automatyczny wzrost sumy ubezpieczenia np. w przypadku nowych inwestycji albo zwiększenia zatowarowania – mówi Rafał Klepuszewski.

Ekspert wskazuje, że – podpisując umowę z ubezpieczycielem – firma powinna pamiętać też o klauzulach dodatkowych, które rozszerzają zakres ochrony ubezpieczeniowej. Zarówno w ubezpieczeniu mienia, jak i w ubezpieczeniu odpowiedzialności cywilnej ten zakres może być bowiem rozbudowywany przez klauzule specjalne.

– Można do nich zaliczyć np. ubezpieczenie odpowiedzialności cywilnej na wypadek szkód spowodowanych przez wprowadzenie do obrotu wadliwego produktu czy też szkód powstałych w mieniu powierzonym w celu wykonania naprawy czy usługi – wskazuje ekspert UNIQA.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/w-wyniku-zmian,p1105156309

Ministerstwo Finansów pominęło małe i średnie firmy w pracach nad nową akcyzą tytoniową. Według branży będą tam reprezentowane interesy tylko jednego koncernu

0

– Forum Akcyzowe zostało zawładnięte przez jeden z koncernów tytoniowych i to tematy związane zapewne z działalnością tego koncernu będą wiodły prym – mówi Przemysław Jaskóła, członek Stowarzyszenia Vaping Association Polska. To jedna z organizacji branżowych, które nie zdołały włączyć się w prace powołanego przez resort finansów Forum Akcyzowego. Decydowała kolejność zgłoszeń, ale formularz rejestracji online został zamknięty już kilkanaście sekund po uruchomieniu. W efekcie skład forum został zdominowany przez międzynarodowe koncerny tytoniowe i nie ma w nim przedstawicieli polskich małych i średnich firm. 

Ministerstwo Finansów powołało Forum Akcyzowe w celu wypracowania wspólnie z branżą nowego modelu podatku akcyzowego na wyroby tytoniowe, płyny do papierosów elektronicznych, nowatorskie wyroby tytoniowe oraz susz tytoniowy. Do udziału zaproszono organizacje branżowe, producentów i dystrybutorów wyrobów tytoniowych oraz ekspertów. Zdecydowano się na stworzenie czterech 10-osobowych grup roboczych, które docelowo mają przedstawić rekomendacje dla resortu. Choć nie będą one wiążące ani automatycznie wdrożone, przyjmą formę twardych rekomendacji, przez co mogą mieć realny wpływ na kształtowanie nowych regulacji.

O rejestracji do grup roboczych Forum Akcyzowego decydowała kolejność zgłoszeń. Polscy producenci z sektora MŚP przekonują, że takie kryterium powoływania grup roboczych wyklucza reprezentatywność środowisk branżowych. Podobne zastrzeżenie przed rozpoczęciem prac forum zgłaszało szereg innych podmiotów, w tym Krajowe Stowarzyszenie Przemysłu Tytoniowego. Organizacja zrzesza czterech największych producentów firm tytoniowych w kraju: British American Tobacco Polska Trading, Imperial Tobacco Polska, Japan Tobacco International Polska oraz Philip Morris Polska Distribution.

Postulaty przedstawicieli branży nie spotkały się z reakcją resortu. Rejestracja do grup roboczych odbyła się przez formularz online i według zasady pierwszeństwa zgłoszeń. Według relacji polskich firm z sektora MŚP formularz rejestracji został zamknięty w kilkanaście sekund po uruchomieniu. Ich zdaniem skład grup roboczych został przez to wypaczony i jest zdominowany przez ekspertów powiązanych głównie z jednym z międzynarodowych koncernów tytoniowych. 

– O ile sama idea forum i pomysł stworzenia wspólnej platformy był bardzo ciekawy, o tyle system tworzenia grup roboczych już całkowicie nas rozczarował. Ten system był oparty na zasadach kolejności zgłoszeń – co spowodowało, że my po prostu nie zdążyliśmy się do niego zarejestrować, mimo że próbowaliśmy to zrobić od razu po uruchomieniu platformy, punktualnie o godzinie 15.00. Nikt z członków naszego stowarzyszenia nie został przyjęty do żadnej grupy roboczej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Wargocki, prezes Polskiego Stowarzyszenia Przemysłu Tytoniowego.

PSPT to jedna z najważniejszych organizacji na polskim rynku tytoniowym. Zrzesza głównie małe i średnie firmy zajmujące się uprawą, przetwórstwem, importem i dystrybucją tytoniu i wyrobów tytoniowych oraz prowadzeniem prac badawczo-rozwojowych w tym obszarze. O problemach z rejestracją do grup roboczych forum mówi też inna duża organizacja branżowa: Stowarzyszenie Vaping Association Polska.

– Wyścig o to, kto pierwszy się zarejestruje, nie jest dobrym rozwiązaniem w tak ważnej kwestii – mówi Przemysław Jaskóła, członek Vaping Association Polska. – Liczyliśmy na to, że przy tym stoliku akcyzowym podniesiemy temat tego, jak te przepisy wpłyną na małe i średnie polskie przedsiębiorstwa i co możemy zrobić, abyśmy jako MŚP pozostali uczestnikami tego rynku. Teraz już wiemy, że ten stolik został zawładnięty przez jeden z koncernów tytoniowych i zapewne to tematy związane z jego działalnością będą wiodły przy nim prym.

Przedstawiciele firm z branży MŚP otwarcie mówią o skandalu. Przekonują, że wypełnienie formularza rejestracji w kilka sekund było niemożliwe. W ich ocenie mogły zostać wykorzystane programy lub skrypty internetowe, które w ułamku sekundy wypełniały go, uniemożliwiając udział innym ekspertom. W rezultacie w grupach roboczych forum zabrakło miejsc dla polskich MŚP. Kontrowersje związane z powoływaniem i działaniem grup roboczych spowodowały, że z udziału w nich rezygnują też inni członkowie. Swoich przedstawicieli wycofał już Philip Morris Polska Distribution.

– Tworzenie grup roboczych powinno odbywać się na zasadzie doboru fachowców i podmiotów, które bardzo dobrze znają ten rynek. Formuła zastosowana przez MF absolutnie tego nie zapewniła. Dlatego obecny skład grup roboczych nie pozwoli zbudować dobrego systemu akcyzowego – dodaje Grzegorz Wargocki.

Jak podkreśla prezes PSPT, obecny skład grup roboczych Forum Akcyzowego jest niereprezentatywny i nie uwzględnia opinii małych i średnich przedsiębiorców, co przeczy idei powołania forum jako organu doradczego, który miał reprezentować cały rynek.

– Obawiamy się, że grupy robocze w obecnym składzie, w których nie możemy uczestniczyć, stworzą system podatkowy uwzględniający wyłącznie interesy dużych, międzynarodowych koncernów – mówi Grzegorz Wargocki. – Nie jest możliwe stworzenie jednego, dobrego systemu akcyzowego dla tych dużych i dla tych małych, to są zupełnie inne produkty. Członkowie naszego stowarzyszenia produkują wyroby niszowe, takie jak cygara, tytonie fajkowe czy tytonie do skręcania. Obawiamy się więc, że to, co wypracuje forum, nie będzie spełniało oczekiwań całej branży.

Obydwie organizacje zaapelowały do Ministerstwa Finansów o rozszerzenie składu grup roboczych i uwzględnienie w toku prac mniejszych podmiotów, produkujących wyroby niszowe. Chodzi o to, aby wypracowane rozwiązania uwzględniały interes całej branży, a nie tylko jej wąskiego wycinka.

– MŚP stanowi około 70 proc. firm, które dystrybuują płyny do papierosów elektronicznych. Dziwi nas to, jak można pominąć tak ważnego uczestnika rynku i nikt wcześniej nie pomyślał o tym żeby każda grupa miała jakąś reprezentację przy tym stoliku akcyzowym – mówi Przemysław Jaskóła z Vaping Association Polska. – Wielokrotnie apelowaliśmy już do ministra Tadeusza Kościńskiego i wiceministra Jana Sarnowskiego o to, aby uwzględnili nas w pracach tego gremium. Liczymy na rozpatrzenie naszych próśb i zrozumienie, że dla nas to jest być albo nie być – dodaje ekspert.

Wobec braku reakcji Ministerstwa Finansów polskie firmy z sektora MŚP zwróciły się o pomoc do Rzecznika MŚP. Ten zaś wysłał apel do resortu, aby włączyć mniejszych przedstawicieli branży do zespołów roboczych Forum Akcyzowego. Odpowiedź była negatywna. Ministerstwo wskazało, że lista jest już zamknięta, a zainteresowane podmioty mogą ewentualnie śledzić prace forum poprzez media i transmisje online z posiedzeń.

– Oczywiście to Ministerstwo Finansów jest głównym dysponentem tego, kogo chce zapraszać i na jakich zasadach dobiera partnerów do tego typu rozmów. Jednak dla przejrzystości całej polityki akcyzowej dobrze by było, gdyby pula reprezentantów całego sektora była jak najszersza – aby były to zarówno duże, jak i małe firmy – mówi Kamil Rybikowski, radca Rzecznika MŚP.

Biuro Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców również chciało mieć swojego przedstawiciela w grupach roboczych Forum Akcyzowego. Ze względu na przyjętą przez resort formułę kolejności zgłoszeń nie zdołało zarejestrować się w porę.

– Odmówiono nam możliwości wzięcia udziału w pracach zespołów roboczych, tłumacząc się kolejnością zgłoszeń – mówi Kamil Rybikowski. – Dziwi nas praktyka, w której przedstawiciele takich grup roboczych są wybierani poprzez kolejność zgłoszeń. Byłoby lepiej, gdyby zasiadały w nich osoby dobrane z pewnego klucza, reprezentujące szerokie spektrum rynku, przedstawiciele branży zarówno z tych dużych firm, jak i z sektora MŚP oraz organizacji pozarządowych i instytucji takich jak nasza, której celem jest ochrona praw przedsiębiorców. Jednak MF podjęło inną decyzję. My oczywiście jesteśmy z resortem w stałym dialogu, ale mamy nadzieję, że dojdzie do zmiany decyzji i skład tych grup zostanie rozszerzony – dodaje radca Rzecznika MŚP.

W swoich postulatach firmy z branży MŚP powołują się na zarządzenie ministerstwa z 14 maja 2021 roku, na mocy którego powołano Forum Akcyzowe. W §10.3 stwierdza ono jasno: „Wskazując uczestników grupy roboczej Przewodniczący Forum uwzględnia równą reprezentację różnych środowisk uczestniczących w pracach Forum”.

Ministerstwo Finansów mimo przesłanej prośby o komentarz nie odniosło się do sposobu wyłonienia Forum Akcyzowego.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/ministerstwo-finansow,p1828450790

Do 2050 roku z powodu niskiej dzietności liczba ludności Polski zmniejszy się o 4,5 mln. Skuteczność Strategii Demograficznej może być niewielka

0

Polska już od 1998 roku notuje zbyt niski współczynnik dzietności kobiet, a od 2018 roku ujemny przyrost naturalny. Pandemia COVID-19, która spowodowała duży wzrost liczby zgonów w IV kwartale ub.r., jeszcze ten trend przyspieszyła. Z kolei niepewność związana z SARS-CoV-2 wpłynęła negatywnie na plany prokreacyjne części potencjalnych rodziców, co jak wynika z projektu Strategii Demograficznej – najprawdopodobniej w pełni objawi się w tym roku w postaci kolejnego spadku urodzeń. Ten trend ma zahamować opublikowany w czerwcu projekt Strategii Demograficznej 2040, jednak – jak ocenia ekspert Nowej Konfederacji – skuteczność tego typu polityk w krajach Europy Zachodniej jest aktualnie niewielka.

– Na świecie istnieje wiele modeli polityki demograficznej, ale zasadniczo one są do siebie stosunkowo podobne. Przede wszystkim próbuje się wspierać dzietność zasiłkami czy ulgami podatkowymi. Efekty tej polityki – dążącej do tego, aby rodziło się jak najwięcej dzieci – trzeba przyznać, że zazwyczaj są dość mizerne. Ona pomaga raczej – zwłaszcza w zachodnich, bogatych państwach, które mają w budżecie dużo pieniędzy na tego typu działania – utrzymać tę dzietność, żeby nie spadła maksymalnie – mówi Jarema Piekutowski, główny ekspert ds. społecznych Nowej Konfederacji.

Demografia jest bolączką nie tylko Polski, ale też innych krajów UE i większości rozwiniętych państw świata. Główny problem to niska dzietność, która przyczynia się do starzenia społeczeństwa, stopniowego zaniku populacji i rodzi szereg problemów m.in. dla systemu emerytalnego, konkurencyjności gospodarki i PKB, systemu ochrony zdrowia czy rynku pracy.

Według projektu rządowej Strategii Demograficznej Polska należy na dodatek do państw o dzietności poniżej średniej w Europie. W 2019 roku mimo wzrostu w stosunku do 2015 roku – współczynnik dzietności osiągnął wartość 1,42 dziecka na kobietę, co uplasowało Polskę na 190. miejscu na 208 sklasyfikowanych państw świata. Ten współczynnik już od 1998 roku nie przekracza 1,5 dziecka na kobietę w wieku rozrodczym, co oznacza, że już od wielu lat w naszym kraju rodzi się za mało dzieci, żeby zapewnić zastępowalność pokoleń. Tę gwarantuje dopiero wskaźnik dzietności na poziomie 2,1–2,15 (dane z czerwcowego raportu „Demografia” Warsaw Enterprise Institute).

– W niektórych krajach byłego bloku sowieckiego, takich jak Rumunia, Węgry, poniekąd też i Polska, w ostatnich latach – nie licząc ubiegłego, pandemicznego – zaobserwowaliśmy pewien wzrost współczynnika dzietności, który wcześniej bardzo spadał. Jednak za ten wzrost niekoniecznie odpowiadała polityka i działania państwa, ale po prostu poprawa jakości życia oraz znaczący wzrost wynagrodzeń w porównaniu z poprzednimi latami i w stosunku do naszych aspiracji. Polacy mają bowiem takie same aspiracje jak Zachód, oddziałuje na nas ta sama popkultura, ten sam biznes – mówi Jarema Piekutowski.

Rządowa Strategia Demograficzna również zauważa, że w ostatniej dekadzie wiele krajów Europy Środkowo-Wschodniej w szczególności Rumunia i Czechy oraz Węgry i Słowacja zanotowały wzrosty dzietności. Odmienny trend widać w krajach Europy Zachodniej, np. w Holandii, Belgii, Irlandii czy Francji, która przez dekady należała do liderów dzietności, m.in. dzięki rozbudowanej polityce prorodzinnej. Obecnie jest ona wciąż istotna, choć w zmieniających się okolicznościach politycznych i społecznych powoli niewystarczająca. Podobna sytuacja ma też miejsce w Skandynawii, np. w Szwecji, długo będącej liderem polityk sprzyjających dzietności, która w ostatnich latach również notuje spadek dzietności (choć w 2019 roku wyniósł on w tym kraju 1,71 dziecka na kobietę).

– Skuteczne są takie działania państwa, które powodują, że zmniejsza się różnica między możliwościami a aspiracjami społeczeństwa – mówi główny ekspert ds. społecznych Nowej Konfederacji. – Chodzi o to, żeby państwo nie przeszkadzało, a tam, gdzie trzeba lub można, pomagało w rozwoju gospodarczym. Aby próbowało konsekwentnie i długoterminowo zaradzić problemowi mieszkaniowemu, który jest jednym z najistotniejszych dla Polaków i stopuje ich przed decyzjami prokreacyjnymi. Kolejna sprawa to korzystne opodatkowanie, które sprawia, że w kieszeni zostaje wystarczająco dużo pieniędzy z pracy. W Polsce jest słabo opodatkowany majątek, mocno opodatkowana jest praca. Podatki omijają te najbogatsze osoby, z największymi majątkami – oni akurat się rozmnażają, ale ich jest mało. Chodzi też o to, żeby ludzie poczuli się stabilnie, bo brak stabilności to kolejny, ogromny problem. Niestety nastroje apokaliptyczne – związane m.in. z kryzysem klimatycznym i pandemią – jeszcze go wzmocniły i to też jest trudne zadanie dla państwa.

W Polsce w 2002 roku po raz pierwszy odnotowano przewagę liczby zgonów nad urodzeniami, a od 2018 roku notowany jest już znaczny wzrost tego zjawiska, co oznacza ujemny przyrost naturalny. Spowodowany pandemią duży wzrost liczby zgonów w IV kwartale 2020 roku jeszcze ten trend przyspieszył. Niepewność związana z SARS-CoV-2 wpłynęła też negatywnie na plany prokreacyjne części potencjalnych rodziców, co jak wynika z projektu Strategii Demograficznej najprawdopodobniej w pełni objawi się w tym roku w postaci kolejnego spadku urodzeń.

Ten trend ma zahamować opublikowany w czerwcu br. projekt Strategii Demograficznej 2040, która jest obecnie na etapie konsultacji społecznych. Dokument ma odpowiedzieć na pytanie, czego potrzebują polskie rodziny, i wyznaczyć kierunek działań, które będą sprzyjać dzietności. Rząd wskazał w nim 10 obszarów-barier wpływających na decyzję o posiadaniu dzieci i zaproponował 12 kierunków interwencji. Są to m.in. zabezpieczenie finansowe polskich rodzin (m.in. poprzez program 500+) i popularyzacja kultury sprzyjającej rodzinie, rozwój rynku pracy (np. gwarancja elastycznej pracy dla kobiet w ciąży i rodziców dzieci do czterech lat) oraz opieki zdrowotnej w kierunku sprzyjającym rodzinie i opiece nad dziećmi, poprawa jakości i organizacji edukacji oraz wsparcie w zaspokojeniu potrzeb mieszkaniowych rodzin (Mieszkanie bez wkładu własnego, Bon mieszkaniowy).

Prognozy demograficzne GUS zakładają, że – przy utrzymaniu obecnych trendów niskiej dzietności – w 2050 roku liczba ludności Polski wyniesie już 33 mln 951 tys. (dla porównania w 2020 roku Polaków było nieco ponad 37 mln 958 tys.). W stosunku do bazy, za którą przyjęto 2013 rok, będzie to oznaczać spadek liczby ludności o 12 proc., czyli 4,55 mln osób. Oprócz ujemnego przyrostu naturalnego GUS prognozuje też spadek liczebności kobiet w wieku rozrodczym (15-49 lat) oraz szybkie starzenie się społeczeństwa. Według szacunków w 2050 roku seniorzy w wieku 65+ będą już stanowić 32,7 proc. populacji (wobec 14,7 proc. w stosunku do bazy z 2013 roku, co oznacza wzrost o 5,4 mln osób). Oznacza to m.in. duży problem dla polskiej gospodarki i rynku pracy, którego rozwiązanie – jak podkreśla ekspert Nowej Konfederacji – może okazać się niemożliwe bez wdrożenia równocześnie przyjaznej polityki migracyjnej.

– Z roku na rok coraz więcej osób schodzi z rynku pracy i tych miejsc nie ma komu zapełnić. Do 2006–2007 roku walczyliśmy z bezrobociem, potem częściowo ten problem rozwiązała masowa emigracja Polaków na Zachód po wejściu do UE i strefy Schengen. Natomiast w tej chwili już mamy do czynienia z deficytem pracowników w niektórych branżach, m.in. budowlanej, przemysłowej, turystycznej czy  gastronomicznej. Pandemia trochę zachwiała tą sytuacją, ale my dość szybko się odbiliśmy i zaraz znów pojawią się ogromne deficyty. Częściowo uzupełniamy je imigracją z Ukrainy i Białorusi, ale polskie prawo migracyjne nadal jest skomplikowane, źle zorganizowane i Polska dla migrantów wciąż jest państwem nieprzyjaznym. Trzeba zaproponować mądrą politykę migracyjną, która pozwoli nam zachować naszą tożsamość i jednocześnie ściągnąć do Polski nowych obywateli i ich integrować – mówi Jarema Piekutowski.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/do-2050-roku-z-powodu,p504622455

Gwałtowne zjawiska pogodowe powodują coraz więcej szkód. Codziennie ubezpieczyciele likwidują ok. 1 tys. szkód spowodowanych różnymi żywiołami

0

Aż 83 proc. Polaków uważa, że ubezpieczenie przydaje się w czarnej godzinie, a w czasie pandemii ten odsetek wzrósł o 5 p.p. Oprócz ciężkiej choroby czy wypadku komunikacyjnego Polacy coraz bardziej obawiają się też zmian klimatu, gwałtownych zjawisk pogodowych i ich następstw. Dotyczy to już 64 proc. badanych – wynika z lipcowego raportu PIU i firmy doradczej Deloitte „Mapa ryzyka Polaków”. Porywiste burze i nawałnice przetaczające się przez Polskę w ostatnich tygodniach czy powodzie nawiedzające sąsiednie Niemcy i kraje Beneluksu tylko potwierdzają te obawy. Kiedy ustaje żywioł, zaczyna się szacowanie szkód. Dom czy samochód można na tę okoliczność zabezpieczyć odpowiednią polisą.

– W ostatnich latach obserwujemy coraz bardziej gwałtowne zjawiska pogodowe i wzrost liczby szkód z tego tytułu. To także obserwują nasi klienci. W niedawno opublikowanym przez Polską Izbę Ubezpieczeń raporcie mapy ryzyka w Polsce zmiany pogodowe czy też szkody spowodowane wichurami i silnym wiatrem znalazły się w pierwszej dziesiątce spośród wszystkich 40 ryzyk wziętych pod uwagę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Rink, menedżer Zespołu Rozwoju Produktów i Badań Rynku w Uniqa.

Z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń wynika, że w I kwartale tego roku odszkodowania związane z żywiołami oraz pozostałymi szkodami rzeczowymi wyniosły 651 mln zł (o 1,5 proc. mniej niż rok temu). Te dane obejmują jednak okres przed letnimi miesiącami, podczas których często występuje nasilenie niekorzystnych zjawisk pogodowych. W ostatnich dniach kraje Europy Zachodniej zmagają się z falą powodzi, a przez Polskę przetaczają się burze i nawałnice, z porywistym wiatrem, gwałtownymi opadami deszczu lub gradu. Skutkiem są zalane piwnice, wybite okna, pozrywane dachy i uszkodzone samochody.

– Auto można zabezpieczyć przed skutkami tego typu zdarzeń, chowając je w garażu i nie parkując pod drzewami. To jednak nie daje 100-procentowej gwarancji. Dlatego warto się ubezpieczyć, wykupić polisę autocasco, która zadziała w takiej sytuacji – mówi Jacek Rink.

W czerwcu 2020 roku, jak podaje PIU, poszkodowani zgłosili ubezpieczycielom ponad 50 tys. różnych szkód spowodowanych zalaniami (w budynkach i innym majątku). W 2019 roku w okresie od 20 maja do 15 czerwca było ich o połowę mniej. Według badań z 2018 roku ponad połowa Polaków – zapytanych o to, jakie działania by podjęli w razie dużej szkody pogodowej – zwróciłoby się po pomoc do władz samorządowych lub państwa. Mniej niż 50 proc. odpowiedziało, że powiadomiłoby o tym swojego ubezpieczyciela.

Autocasco (AC) jest dobrowolnym ubezpieczeniem komunikacyjnym, które gwarantuje pokrycie kosztów szkody powstałej w wyniku kolizji lub wypadku drogowego, pożaru bądź kradzieży samochodu. W zależności od wariantu AC chroni też w razie uszkodzenia samochodu będącego następstwem nieprzewidzianych warunków atmosferycznych, np. upadku konaru drzewa podczas wichury, gradobicia czy zalania samochodu na parkingu podziemnym.

– Odszkodowanie otrzymane z tego tytułu pozwoli na naprawę samochodu bądź kupno nowego, jeżeli dojdzie do tzw. szkody całkowitej i ze względów ekonomicznych naprawa auta będzie nieuzasadniona – wyjaśnia ekspert Uniqa.

Jak podkreśla, aby mieć pewność, iż polisa autocasco zadziała w takiej sytuacji, należy jednak dokładnie sprawdzić warunki danego ubezpieczenia.

– Co do zasady większość ubezpieczycieli odpowiada za skutki uszkodzenia samochodu właśnie w wyniku upadku drzewa czy zalania auta. Trzeba jednak zwrócić uwagę na głębokie kałuże i nie przejeżdżać przez nie, ponieważ może dojść do zassania wody przez silnik, a już tego typu zdarzenia najczęściej są wyłączone z odpowiedzialności ubezpieczenia autocasco – mówi Jacek Rink.

Ekspert Uniqa wskazuje też, że w Polsce ubezpieczenie autocasco wciąż wykupuje zaledwie ok. 20 proc. kierowców. Jednak z uwagi na coraz gwałtowniejsze zjawiska pogodowe, wywołane zmianami klimatu, ten odsetek w kolejnych latach zapewne będzie rósł. Taka polisa, uzupełniona również o pakiet assistance, który zagwarantuje pomoc w razie awarii na drodze, to również niezbędny dodatek na wakacyjne podróże.

– W tym roku na polskich drogach widzimy wzmożony ruch, ponieważ większość Polaków planuje spędzić wakacje w kraju i na urlopy pojadą własnymi samochodami. Zawsze istnieje ryzyko, że taka podróż może zakończyć się stłuczką, wypadkiem czy kradzieżą samochodu, co może skutecznie popsuć wakacje. Polisa OC zabezpieczy nas przed szkodami, które my spowodujemy innym. Natomiast z polisy autocasco możemy skorzystać w sytuacji, kiedy samochód zostanie uszkodzony. Podczas letnich wyjazdów dobrze jest mieć także ubezpieczenie assistance, ponieważ w razie wypadku, awarii czy kradzieży auta będziemy mogli liczyć na holowanie, samochód zastępczy albo transport do celu podróży – wyjaśnia menedżer Zespołu Rozwoju Produktów i Badań Rynku w Uniqa.

W takich sytuacjach pomoc kierowcy jest udzielana natychmiast. W zależności od wariantu polisy obejmuje ona m.in. usunięcie awarii na miejscu zdarzenia, holowanie, organizację części zamiennych, pomoc w zakwaterowaniu na czas naprawy i udostępnienie pojazdu zastępczego. Co istotne, assistance co do zasady jest sprzedawane na okres 12 miesięcy, ale na rynku są też dostępne ubezpieczenia krótkoterminowe, np. na 7–15 dni, które można wykupić tylko na czas wakacyjnego wyjazdu.

– Z naszych szacunków wynika, że prawie 74 proc. sytuacji, w których nasi klienci potrzebują na drodze pomocy assistance, to właśnie awarie – mówi Jacek Rink. – Wybierając assistance, zwróćmy uwagę, czy zadziała ono również pod domem, jakie są limity holowania i czy poza nimi w umowie nie ma jakiegoś wyłączenia lub zastrzeżenia, np. że holowanie będzie odbywało się na odcinku 500 km, ale nie dalej niż do najbliższej stacji autoryzowanej danej marki. Jest to istotne o tyle, że średni wiek samochodu w Polsce to około 13 lat, a takie samochody z reguły serwisujemy i naprawiamy w warsztatach nieautoryzowanych.

Z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń wynika, że w I kwartale tego roku ubezpieczyciele wypłacili Polakom 3,8 mld zł z tytułu ubezpieczeń komunikacyjnych (OC + AC). Średnia składka za obowiązkowe ubezpieczenie OC posiadaczy pojazdów mechanicznych wyniosła 496 zł, o 11,6 proc. mniej niż rok wcześniej. Jednocześnie wzrosła jednak średnia szkoda: jej koszt przekroczył 8 tys. zł i był o 11,3 proc. wyższy niż przed rokiem.

Z raportu PIU i firmy doradczej Deloitte „Mapa ryzyka Polaków” wynika, że w latach 2011–2020 zlikwidowano 18 mln szkód komunikacyjnych, a ubezpieczyciele wypłacili z tego tytułu ponad 116 mld zł. W tym samym czasie odszkodowania związane z pożarami i innymi żywiołami przekroczyły 14 mld zł. Codziennie ubezpieczyciele likwidują ok. 5 tys. szkód komunikacyjnych i ponad 1 tys. szkód związanych z ogniem i innymi żywiołami.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/gwaltowne-zjawiska,p1503451692

Nowa polityka klimatyczna w UE będzie dla Polski oznaczać wyższe ceny energii. Tylko szybka transformacja energetyczna pozwoli zmniejszyć koszty

0

Komisja Europejska przyjęła pakiet Fit for 55, aby dostosować politykę unijną do obniżenia emisji gazów cieplarnianych netto o co najmniej 55 proc. do 2030 roku w porównaniu z poziomami z 1990 roku. Efektem zmian w polityce klimatycznej UE będzie dalszy wzrost cen energii. Według Polskiego Instytutu Ekonomicznego dla najuboższych gospodarstw unijnych koszty emisji w transporcie i budynkach wzrosną średnio o 4,3 proc., w Polsce – aż o 14,3 proc. – Ceny wzrosną tym bardziej, im wolniej i bardziej ospale będziemy prowadzić transformację energetyczną – ocenia Izabela Zygmunt, starsza analityczka ds. energii i klimatu z WiseEuropa.

W połowie lipca Komisja Europejska przyjęła pakiet zmian w przepisach, które pozwolą na redukcję do 2030 roku emisji gazów cieplarnianych o 55 proc. względem 1990 roku. Regulacje zawarte w pakiecie Fit for 55 obejmują m.in. zmiany w handlu uprawnieniami do emisji oraz wprowadzenie opłat za emisję w sektorze lotnictwa czy żeglugi. Jednym z kluczowych elementów jest też wsparcie redukcji emisji CO2 z budynków i transportu.

Polska potrzebuje dodatkowych funduszy na transformację, bo wiemy, że dla nas ten proces może być większym wyzwaniem niż dla innych państw i te dodatkowe fundusze w tym pakiecie się znajdą. Więcej pieniędzy trafi na transformację energetyczną ze sprzedaży uprawnień do emisji, dodatkowe pieniądze z obłożenia opłatami paliw w transporcie i w budynkach z kolei zasilą nowo powstający Społeczny Fundusz Klimatyczny. Ma on wspierać gospodarstwa dotknięte np. problemem ubóstwa energetycznego – mówi agencji Newseria Biznes Izabela Zygmunt, starsza analityczka ds. energii i klimatu z WiseEuropa.

Nowy pakiet to dla Polski konieczność przyspieszenia transformacji energetycznej. Obecnie, jak wynika z danych Polskich Sieci Elektroenergetycznych, w czerwcu 2021 roku największy udział w produkcji energii elektrycznej miał węgiel kamienny – 51,6 proc. i węgiel brunatny – 28,6 proc. Największą dynamikę wzrostu miały odnawialne źródła energii – w przypadku innych niż wiatrowe wzrost przekroczył 212 proc., jednak ich udział w miksie energetycznym wynosi 5,8 proc., a instalacji wiatrowych – 4,4 proc.

To, co do tej pory się działo, pozwalało Polsce w takim ogonie ciągnąć się za resztą Europy, ale jeszcze się nie gubić. Natomiast teraz cała Europa wrzuca wyższy bieg i te działania dekarbonizacyjne, transformacja energetyczna, to wszystko będzie bardzo mocno przyspieszało w momencie wejścia w życie tego pakietu. Musimy się przygotować również na skokową zmianę w naszym podejściu do transformacji energetycznej – przekonuje ekspertka WiseEuropa.

Jednym z najważniejszych skutków podwyższenia celu klimatycznego UE będzie wzrost cen uprawnień do emisji CO2 z systemu ETS (handlu emisjami). Krajowy Ośrodek Bilansowania i Zarządzania Emisjami podaje, że zgodnie z oceną wpływu rewizji systemu ETS, do którego dotarła agencja Bloomberg News, ceny uprawnień do emisji mogą wzrosnąć od 50 do 85 euro do 2030 roku. Prognozy autorstwa BloombergNEF na 2030 rok wskazują, że cena może się ukształtować na poziomie 108 euro. Dla Polski, która mimo postępującej transformacji wciąż opiera energetykę na węglu, oznacza to bardzo wysokie hurtowe ceny prądu.

Ceny energii wzrosną, to jest prawdopodobne, ale o ile wzrosną, to będzie zależało od tego, jak szybko będzie postępowała transformacja energetyczna w Polsce. Dlatego że ten mechanizm z jednej strony obciąża wysokoemisyjne źródła energii kosztami finansowymi, ale z drugiej strony kieruje te pieniądze na inwestycje w czyste źródła. Więc jeżeli zrobimy to dynamicznie, to wzrost cen będzie łagodniejszy, niż gdybyśmy dalej zwlekali z transformacją energetyczną – ocenia Izabela Zygmunt.

Polski Instytut Ekonomiczny w raporcie „Wpływ włączenia transportu i budynków mieszkalnych do EU ETS na gospodarstwa domowe” szacuje, że w naszym kraju przez koszty emisji z budynków mieszkalnych wydatki na energię wśród najbiedniejszych gospodarstw domowych zwiększą się o 108 proc., a w najgorszym scenariuszu – nawet o 163 proc. W ramach nowego pakietu klimatycznego Komisja Europejska proponuje powołać nowy Społeczny Fundusz Klimatyczny z budżetem 72,2 mld euro na lata 2025–2032. Polska ma być największym beneficjentem i otrzymać 12,7 mld euro na złagodzenie kosztów transformacji.

Z drugiej jednak strony, jak pokazuje raport Fundacji Instrat „Co po węglu? Potencjał OZE w Polsce”, możemy zredukować emisję CO2 o 65 proc. w 2030 roku w stosunku do roku 2015. Konieczne w tym celu byłyby: odblokowanie rozwoju elektrowni wiatrowych na lądzie, terminowa realizacja morskich farm wiatrowych, odroczenie zmiany systemu rozliczeń energetyki prosumenckiej, stworzenie systemu zachęt dla rozwoju magazynów energii, przyjęcie strategii wodorowej czy zwiększenie nakładów finansowych na modernizację sieci.

Teraz, kiedy należy się spodziewać jeszcze szybszego wzrostu cen uprawnień do emisji, mamy z jednej strony silniejszy impuls, żeby szybciej dekarbonizować energetykę, a z drugiej strony więcej na to pieniędzy. Więc te ceny wzrosną tym bardziej, im bardziej ospale będziemy prowadzić transformację energetyczną – podkreśla ekspertka WiseEuropa.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/nowa-polityka-klimatyczna,p1470571359