Strona główna Blog Strona 75

Trwa rewolucja technologiczna w branży księgowej. Obowiązkowe e-faktury od 2023 roku jeszcze ten proces przyspieszą

0

Pandemia COVID-19 zmusiła księgowych i biura rachunkowe do szerszego korzystania ze zdobyczy technologii i wdrożenia programów do zdalnej i automatycznej pracy. Jak pokazują badania Ogólnopolskiej Sieci Certyfikowanych Biur Rachunkowych, księgowi postrzegają ostatnie miesiące jako czas rewolucji technologicznej w swojej branży, a automatyzacja i wdrożenie rozwiązań z zakresu sztucznej inteligencji jest w tej chwili kluczowym trendem, który przesądzi o być albo nie być biur księgowych. Ten proces dodatkowo przyspieszy jeszcze wdrożenie e-faktur, które od jesieni tego roku mają być dobrowolne, ale od 2023 roku będą już obowiązkiem.

– Biura rachunkowe są coraz bardziej innowacyjne. Pandemia wymusiła na nas stosowanie takich programów, które zastępują bezpośredni kontakt z naszymi klientami i ułatwiają nam pracę. To przekłada się na komfort: klient nie musi do nas przychodzić osobiście, wszystko załatwiamy zdalnie przez internet – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ewa Woźniak z Biura Rachunkowego Info-Plus, zrzeszonego w Ogólnopolskiej Sieci Certyfikowanych Biur Rachunkowych (OSCBR).

Podobnie jak dla innych branż pandemia COVID-19 okazała się wyzwaniem dla księgowych i biur rachunkowych. Z jednej strony tarcze antykryzysowe i szybkie zmiany legislacyjne wprowadzane przez rząd wymusiły ciągłe aktualizowanie wiedzy z zakresu bieżących przepisów. Z drugiej strony kolejne lockdowny spowodowały konieczność ograniczenia bezpośrednich kontaktów z klientami. W tej sytuacji na wagę złota okazały się programy do zdalnej i automatycznej pracy.

– Konieczne okazały się narzędzia umożliwiające przesyłanie dokumentów księgowych między przedsiębiorcami a biurami rachunkowymi. Jednym z takich narzędzi jest mOrganizer, który pozwala np. zrobić smartfonem zdjęcie faktury i ją wysłać – mówi Witold Rapczyński z Biura Rachunkowego Pitcom, zrzeszonego w OSCBR.

Ogólnopolska Sieć Certyfikowanych Biur Rachunkowych, stworzona w 2017 roku, która w tej chwili zrzesza już blisko 2 tys. podmiotów, przygotowała raport pokazujący, że księgowi postrzegają ten i ubiegły rok jako czas rewolucji technologicznej w swojej branży. Deklaruje tak 93 proc. biur rachunkowych, które oceniają, że automatyzacja procesów, wprowadzenie systemów online i algorytmów sztucznej inteligencji to konieczność, która przesądzi o ich istnieniu na rynku. Jako kluczowe branża postrzega w tej chwili technologie umożliwiające zdalną współpracę z klientami oraz automatyzację, która upraszcza procedury i uwalnia nawet 40–50 proc. zasobów ludzkich od żmudnych i czasochłonnych czynności.

– Automatyzacja powoli wchodzi do branży i trzeba się do tego przystosować. To jest przyszłość biur rachunkowych, chociaż nic nie zastąpi człowieka. Automatyzacja ułatwia nam jednak pracę, uwalnia nas od rutynowych czynności. Księgowych, którzy dawniej wprowadzali dane i wklepywali dokumenty do komputera, dziś zastępują programy, które odczytują dokumenty i automatycznie wprowadzają do systemów księgowych – mówi Ewa Woźniak.

Takie narzędzia rozwija polski fintech CashDirector, który ma ambicję zrewolucjonizowania branży księgowej. Start-up wspierany m.in. przez EC Venture, Luma Ventures i TechStars dotąd zainwestował już w rozwój 4 mln euro, a do końca tego roku planuje przeznaczyć drugie tyle. W Polsce spółka wspólnie z mBankiem w ramach sieci OSCBR rozwija mOrganizer finansów, który pozwala przedsiębiorcom prowadzić nowoczesną księgowość w chmurze, z poziomu aplikacji mobilnej. Na polskim rynku ma on już ok 120 tys. użytkowników.

mOrganizer jest dostępny dla posiadaczy konta firmowego w mBanku w zakładce „Mój biznes”. Pozwala m.in. wykonywać smartfonem zdjęcia dokumentów czy faktur kosztowych i przesyłać je do Inboxa (narzędzia umożliwiającego elektroniczne przekazywanie faktur księgowym) oraz wystawiać faktury sprzedaży – szybko i z dowolnego miejsca. Najnowsza wersja mOrganizera ma też wiele dodatkowych funkcji, jak np. możliwość uzupełnienia danych firmy z poziomu smartfona przy pierwszym wystawieniu faktury.

Według CashDirector wszystkie biura rachunkowe, które korzystają dziś z mOrganizera, będą w pełni przygotowane na powszechne wdrożenie w Polsce elektronicznych faktur. Te już za dwa lata będą obowiązkowe dla rozliczeń między firmami. W 2018 roku – jak wskazują dane Eurostatu – korzystało z nich zaledwie 13 proc. polskich firm (i 18 proc. europejskich).

– E-faktury to pomysł Ministerstwa Finansów, który ma uszczelnić system podatkowy. W tej chwili jest na etapie projektu, ale już od 1 października tego roku ma wejść jako rozwiązanie dobrowolne. Natomiast od 2023 roku to rozwiązanie będzie już obowiązkowe i wówczas wszyscy podatnicy i przedsiębiorcy będą musieli korzystać z systemu e-faktur – mówi Katarzyna Świętochowska z Kancelarii Podatkowej Katarzyna Świętochowska, zrzeszonej w OSCBR.

– E-fakturowanie zmieni sposób pracy biur rachunkowych i sposób wystawiania faktur przez przedsiębiorców. To będzie duża zmiana, więc potrzebny jest też sprawny system, który ją umożliwi. Aby e-fakturowanie zaczęło działać, konieczny jest program, który będzie łączył się z centralnym serwerem, gdzie będą się znajdowały faktury – dodaje Witold Rapczyński.

Polski system e-faktur ma być wzorowany na rozwiązaniu włoskim. Dokument w formie elektronicznej będzie wystawiany i wymieniany za pośrednictwem Krajowego Systemu E-faktur, czyli scentralizowanej, rządowej platformy. Centralny Rejestr Faktur spowoduje, że nie trzeba będzie ich ręcznie wprowadzać do systemu, bo będzie można je importować i automatycznie księgować.

– Korzystanie z systemu e-fakturowania wpłynie bardzo korzystnie na zwrot VAT-u naliczonego dla podatnika. W tej chwili podatnik czeka na zwrot 60 dni, a jeśli podatnik będzie korzystał z e-faktury, ten czas skróci się do 40 dni – wyjaśnia Katarzyna Świętochowska. – Nie trzeba będzie wystawiać duplikatów faktur, bo wszyscy będą mogli się zalogować do systemu i w każdej chwili sprawdzić bądź pobrać daną fakturę. Nie ma możliwości, aby faktura po prostu zaginęła.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/trwa-rewolucja,p1686663133

Metoda „na stłuczkę” wciąż działa. Liczba wyłudzeń z ubezpieczeń komunikacyjnych rośnie z każdym rokiem

0

W Polsce rokrocznie likwiduje się ponad 6,6 mln szkód w ubezpieczeniach majątkowych i wypłaca prawie 4,7 mln świadczeń z indywidualnych ubezpieczeń na życie. Około 10 proc. z nich to wyłudzenia i oszustwa – wynika z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń. Najczęściej dotyczą one ubezpieczeń komunikacyjnych – w 2019 roku skalę oszustw w tym segmencie szacowano na ponad 270 mln zł. – Dobrze jest mieć w samochodzie wideorejestrator jazdy, który będzie rejestrować, co dzieje się przed naszym samochodem i w jego pobliżu, abyśmy mieli dowód, że np. ktoś nie ustąpił nam pierwszeństwa – mówi sierż. sztab. Mariusz Kurczyk z KGP. Nagranie z wideorejestratora może też posłużyć jako dowód podczas ewentualnej sprawy w sądzie. Warunkiem jest jednak jego dobra jakość.

Polacy w 2019 roku podjęli ponad 17,1 tys. udowodnionych prób oszustw ubezpieczeniowych na łączną kwotę 393,8 mln zł – wynika z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń. Liczba takich spraw rośnie z każdym rokiem – w 2018 roku było ich nieco ponad 12,2 tys., a oszuści próbowali wyłudzić 232,7 mln zł. Nie oddaje to jednak całej skali zjawiska, bo nie każdy przypadek zostaje wykryty i trafia do organów ścigania. Szacuje się, że w Europie ok. 10 proc. wszystkich wypłacanych przez branżę odszkodowań i świadczeń trafia do osób, które dopuściły się oszustw. Polski rynek nie odbiega od tych szacunków.

Najwięcej wyłudzeń i oszustw dotyczy ubezpieczeń komunikacyjnych. Cztery na pięć wykrywanych fraudów dotyczy właśnie tego segmentu. Ich wartość opiewa na ponad 270 mln zł. Ubezpieczyciele wychwytują m.in. coraz więcej fikcyjnych szkód osobowych z OC komunikacyjnego, które polegają na składaniu roszczeń za rzekome uszkodzenia ciała w wypadku. Przybywa także wyłudzeń na szkodach majątkowych.

– Są dwie grupy tego typu wyłudzeń z tytułu zdarzeń drogowych. Pierwsza to oszuści, którzy działają w zorganizowanej, kilkuosobowej grupie, fingujący zdarzenia, które faktycznie nie miały miejsca. Sporządzają dokumentację, oświadczenia i na tej podstawie domagają się wypłaty od ubezpieczyciela – mówi sierż. sztab. Mariusz Kurczyk z Komendy Głównej Policji. – Druga grupa to sytuacje, w których ktoś posiadający lekko uszkodzone auto chce je naprawić z ubezpieczenia innego uczestnika ruchu drogowego. W tym celu próbuje doprowadzić do kolizji, ale w taki sposób, żeby ten inny uczestnik ruchu został wskazany jako sprawca, z którego polisy zostaną pokryte szkody.

Jak wskazuje policjant, częstą metodą stosowaną przez oszustów w tym celu jest poruszanie się po rondzie zewnętrznym pasem ruchu i chowanie się w tzw. martwym polu innego samochodu. W momencie, kiedy kierowca poruszający się wewnętrznym pasem będzie zjeżdżał z tego ronda, ma dużą szansę doprowadzić do kolizji. W świetle przepisów to on zostanie wskazany jako sprawca, który nie zachował należytej ostrożności podczas zmiany pasa.

– Inną metodą jest też poruszanie się po niewielkich skrzyżowaniach równorzędnych. W momencie, kiedy oszust znajdzie się po prawej stronie, to w świetle przepisów ma pierwszeństwo, ale wykazując się rzekomą kulturą, może wskazywać innemu uczestnikowi ruchu drogowego, że ustępuje mu miejsca, np. kiwając głową albo wskazując ręką. Kiedy samochód z lewej strony ruszy, oszust również rusza i dochodzi do zderzenia. Z punktu widzenia przepisów prawa to oszust jest osobą poszkodowaną – wyjaśnia sierżant sztabowy z KGP.

Większość kierowców dobrze zna sytuację, w której inny uczestnik ruchu jest na tyle uprzejmy, żeby ich przepuścić. Przykładowo osoba jadąca drogą główną mruga długimi światłami, żeby wpuścić kogoś z drogi podporządkowanej. Takie zachowanie, świadczące o kulturze kierowcy, stanowi również wykroczenie (korzystanie ze świateł drogowych niezgodnie z przepisami), ale zdarzają się i tacy, którzy celowo uderzają w przepuszczany pojazd i doprowadzają do kolizji. Po spisaniu oświadczenia lub wezwaniu policji już tylko krok dzieli ich od pieniędzy z odszkodowania.

Jak wskazuje ekspert, w przypadku tak spowodowanej kolizji trzeba zachować zimną krew i zorientować się, czy wokół są np. osoby trzecie, które mogłyby poświadczyć, że np. „mrugnięcie” światłami miało miejsce. Warto też sprawdzić, czy w pobliżu nie ma kamer miejskiego monitoringu.

– Zapis z kamer monitoringu mógłby przykładowo poświadczyć, że oszust już od kilku minut jeździł po rondzie, czekając, aż trafi się ktoś, kto doprowadzi do zderzenia i z czyjego ubezpieczenia będzie można pokryć szkody – mówi Mariusz Kurczyk. – Policjanci, którzy udają się na miejsce takiego zdarzenia, po wysłuchaniu relacji uczestników też wykorzystują dostępne dowody. To może być monitoring miejski, z pobliskich sklepów, lokali usługowych, a nawet domów prywatnych.

Do ustalenia faktycznego przebiegu zdarzenia może posłużyć zainstalowany w samochodzie wideorejestrator, który nagrywa wszystko to, co się dzieje w pobliżu auta. Pamiętajmy jednak, żeby zamontować go w pojeździe w taki sposób, aby nie zasłaniał pola widzenia kierowcy, a w przypadku zdarzenia drogowego nie stanowił dodatkowego zagrożenia w postaci elementu, który może nas uderzyć.

– W razie potrzeby mamy wtedy dowód, że ktoś faktycznie machnął ręką i ustąpił nam pierwszeństwa – wskazuje policjant. – Warto, żeby w miarę możliwości taka kamera była w samochodzie zainstalowana. Materiał z takiego nagrania może posłużyć do tego, żeby udowodnić swoją niewinność.

Nagranie z wideorejestratora jazdy zamontowanego w samochodzie – o ile jest dobrej jakości i nie było w żaden sposób modyfikowane – może posłużyć jako dowód podczas ewentualnej sprawy w sądzie.

– Nagrania z kamer wideo są coraz częściej wykorzystywane w procesach sądowych, co wynika też z faktu, że coraz więcej kierowców nabywa takie urządzenia. Sądy patrzą na tego rodzaju nagrania bardzo przychylnie, ponieważ obiektywnie przedstawiają przebieg zdarzenia. Sam jako pełnomocnik, rozmawiając z klientem, w pierwszej kolejności pytam właśnie o to, czy posiada nagranie ze zdarzenia – mówi radca prawny Mariusz Woźniak.

Aby nagranie z wideorejestratora mogło posłużyć jako dowód, musi być w miarę wysokiej jakości. Warto więc zaopatrzyć się w kamerę o wysokiej rozdzielczości, która ma możliwość czytelnego nagrywania w dzień i w nocy. W razie stłuczki na drodze pozwoli to np. zidentyfikować sprawcę zdarzenia i odczytać jego numery rejestracyjne.

– Przy zakupie kamery samochodowej na pewno warto zwrócić uwagę na jakość wykonania sprzętu i to, czy pochodzi on z odpowiedniego źródła, polskiej dystrybucji oraz czy ma odpowiedni pakiet serwisowy, czyli tzw. obsługę posprzedażową – wskazuje Łukasz Tetkowski, marketing manager CEE & DACH w Mio, firmie produkującej wideorejestratory.

Jak podkreśla, przy zakupie kamery samochodowej szczególną uwagę warto zwrócić na elementy optyki, która stanowi jeden z najważniejszych elementów decydujących o jakości obrazu w wideorejestratorze.

– Pierwszą i podstawową cechą powinny być szklane soczewki. Im więcej szklanych soczewek, tym lepsza rejestracja obrazu. Ważne są też komponenty wykonania. Warto zwrócić uwagę m.in. na to, czy wideorejestrator jest wyposażony w moduł GPS i inne unikatowe funkcje, jak np. ochrona przed odcinkowym pomiarem prędkości, tryb parkingowy czy funkcje ADAS [zaawansowane systemy wspomagania kierowcy – przyp. red.] – wymienia Łukasz Tetkowski.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/metoda-na-stluczke,p608788007

Zaproponowana reforma podatkowa negatywnie oceniana przez pracodawców. Proponują debatę nad zmianami i przesunięcie ich o rok

0

W ramach Polskiego Ładu rząd chce zmienić limity kwoty wolnej od podatku oraz drugiego progu podatkowego. Według Pracodawców RP nie jest to jednak projekt przemyślany. Skorzystają z niego tylko najubożsi pracujący i emeryci, natomiast uderzy on w przedsiębiorców rozliczających się podatkiem liniowym. Dodatkowo propozycja upraszcza podatki w jednych kwestiach, ale komplikuje je w innych. Według głównego ekonomisty Pracodawców RP potrzebne są pogłębione konsultacje społeczne i odsunięcie reformy w czasie.

 Jako Pracodawcy RP nie możemy niestety dobrze ocenić zaproponowanej reformy klina podatkowego i zaproponowaliśmy, żeby rząd przeprowadził pogłębione konsultacje społeczne i żeby odłożył tę reformę przynajmniej o rok, ponieważ ona nie spełnia naszych oczekiwań. Przede wszystkim nie daje nic przedsiębiorcom – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Paweł Wojciechowski, główny ekonomista i wiceprezydent Pracodawców RP. – Po drugie, radykalnie komplikuje system. Z jednej strony są pewne małe kroki do przodu poprzez np. fakt likwidacji degresywnej kwoty wolnej i brak odliczenia składki zdrowotnej od PIT-u, ale z drugiej strony wprowadza szereg ulg, które są jeszcze bardziej skomplikowane, a będą również ulgi dodatkowe, które są negocjowane w ramach koalicji rządowej.

Rząd przekonuje, że reforma klina podatkowego, którą chce wprowadzić w ramach Polskiego Ładu, służy uczynieniu polskiego systemu podatkowego bardziej sprawiedliwym i jest korzystna lub neutralna dla 90 proc. podatników. Na proponowanych zmianach, według zapowiedzi pomysłodawców, skorzysta 18 mln Polaków, w tym ponad 90 proc. emerytów, 68 proc. osób zatrudnionych na umowę o pracę i 40 proc. osób prowadzących działalność gospodarczą. Osoby na płacy minimalnej w ogóle nie zapłacą PIT. O ile z pierwszym i trzecim twierdzeniem główny ekonomista organizacji pracodawców się zgadza, o tyle ma poważne wątpliwości co do korzyści dla biznesu.

– Przede wszystkim po raz kolejny skorzystają emeryci i osoby o bardzo niskich, najniższych wynagrodzeniach – argumentuje wiceprezydent Pracodawców RP. – Natomiast stracą przede wszystkim tzw. liniowcy, czyli prowadzący działalność gospodarczą na 19-proc. Picie. Stracą również firmy, ponieważ ich system stanie się bardziej skomplikowany, wzrosną koszty pracy pracowników najbardziej wydajnych, o najwyższych kwalifikacjach. Największymi zagrożeniami tego typu reformy jest przede wszystkim brak jej kompleksowości, czyli rozwiązania są na zasadzie łatania, co dobrze pasuje do określenia Polski Ład.

Reforma ma podnieść kwotę wolną od podatku do 30 tys. zł, co spowoduje, że osoby zarabiające do 2,5 tys. zł brutto w ogóle nie będą płacić podatku. Drugi próg podatkowy ma wzrosnąć do poziomu 120 tys. zł (obecnie jest to 85,5 tys. zł), czyli wyższa, 32-proc. stawka pobierana będzie dopiero od pierwszej złotówki zarobionej powyżej 10 tys. zł miesięcznie. Planowana jest „ulga dla klasy średniej”, która obejmie zatrudnionych na umowę o pracę osiągających roczny dochód w przedziale 70–130 tys. zł. Dzięki niej reforma ma być neutralna dla etatowych pracowników z dochodem od 6 do 11 tys. zł miesięcznie. Ujednolicona – do wysokości 9 proc. podstawy opodatkowania – ma też zostać wysokość składki zdrowotnej, która dziś jest ryczałtowa. Nie będzie też możliwości jej odliczenia od podatku. Zmiany mają wejść w życie z początkiem przyszłego roku, czyli już za mniej niż sześć miesięcy.

 To nie jest żaden ład, to jest efekt pewnej koncepcji redystrybucji dochodów od bogatszych do biedniejszych. Rząd ma prawo do takiej reformy, natomiast powinien zrobić to w sposób kompleksowy – wskazuje prof. Paweł Wojciechowski. – Powinien zastosować takie podejście, żeby nie tworzyć ulg wyrównawczych, tylko w sposób prosty ujednolicić bazy podatkowe, podstawę wymiaru, zlikwidować te ulgi, które są niepotrzebne, np. zbiegi tytułów, i dopiero przeprowadzić tę reformę. Chodzi o to, żeby uprościć rozliczenia, ponieważ skomplikowane prawo podatkowe to jest wyższe ryzyko podatkowe dla przedsiębiorstw, a tym samym również koszty.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/zaproponowana-reforma,p1620585617

85 proc. Polaków po pandemii nie zamierza rezygnować z zakupów w internecie. Sprzedawcy i branża logistyczna dostosowują się do rosnących wymagań e-konsumentów

0

Pandemia COVID-19 skłoniła wielu Polaków do zakupów online. Napędziła też oczekiwania klientów w tym kanale. – W tej chwili platformy internetowe koncentrują się już nie tylko na pozyskaniu nowych klientów, lecz także na tym, jak poprzez nowe strategie i działania mogą utrzymać już po zakończeniu pandemii swoich klientów – mówi Elżbieta Dziuba, ekspertka ds. cyfryzacji z Konfederacji Lewiatan. PwC wskazuje, że kluczowe będą przy tym takie trendy jak omnichannel, customer experience i sprawna logistyka, ponieważ – oprócz ceny – bardzo ważna dla klientów jest też gwarantowana szybkość i liczba oferowanych opcji dostawy.

– Największy wpływ na zmianę potrzeb i oczekiwań konsumentów miała pandemia COVID-19, która zatrzymała ich w domach i zmieniła ich preferencje zakupowe. Kanał online zaczął królować – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Aleksandra Musielak, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

W Polsce rynek e-commerce rósł dynamicznie jeszcze przed pandemią, która dodatkowo przyspieszyła ten wzrost i proces migracji klientów z offline’u do online’u. Według raportu e-Izby i Mobile Institute („Omni-commerce. Kupuję wygodnie”) w sieci kupuje już 84 proc. internautów. Jeszcze w czerwcu 2019 roku odsetek ten wynosił 57 proc.

Ten wzrost potwierdzają też dane PwC, według których pomiędzy 2019 i 2020 rokiem sprzedaż dóbr online w Polsce zwiększyła się o 35 proc., a w ubiegłym roku kanał e-commerce osiągnął już 14-proc. udział w wartości sprzedaży detalicznej.

Najliczniejszą grupą klientów e-commerce są osoby w wieku 35–49 lat, z wyższym wykształceniem, dobrze oceniające sytuację finansową swojego gospodarstwa domowego. W sieci najchętniej kupują odzież, w tym dodatki i akcesoria z nią związane, ale także obuwie, kosmetyki i perfumy, książki, płyty, filmy oraz bilety do kin i teatrów. Pandemia spowodowała, że nie tylko zostawiają oni w e-commerce więcej pieniędzy, ale i ich oczekiwania dotyczące tego kanału wzrosły.

– Konsumenci nauczeni doświadczeniem pandemii oczekują, że zakupy online będą proste, szybkie i bezpieczne. Chcą szybko nawigować po stronie internetowej, w krótkim czasie znaleźć towar, który ich interesuje, mają też duże oczekiwania dotyczące prostoty płatności. W coraz mniejszym stopniu chcą podpinać swoje karty kredytowe czy debetowe, płacąc za produkt online, a coraz bardziej chcą opierać się na wiarygodnych operatorach płatności. Ważna jest też prostota towarzysząca dostawie zamówionych produktów – konsumenci chcą, żeby one były dostarczone do ich domu albo wskazanego punktu jeszcze tego samego albo najpóźniej następnego dnia – mówi Aleksandra Musielak.

Jak podaje PwC, obecnie sprzedaż swoich produktów i usług przez internet prowadzi ok. 150 tys. polskich firm. Korzystają one zarówno z własnych sklepów, jak i z popularnych platform typu marketplace. Analitycy wskazują, że w porównaniu do krajów zachodnioeuropejskich liczba e-sklepów w Polsce wciąż jest jednak relatywnie mała, dlatego rynek wciąż ma ogromny potencjał wzrostu. PwC szacuje, że w 2026 roku wartość brutto polskiego rynku e-commerce wyniesie już 162 mld zł, przy średniorocznym wzroście na poziomie 12 proc. Najszybciej zaś będzie rosnąć sprzedaż produktów spożywczych oraz z kategorii zdrowie i uroda.

Z badań PwC wynika, że 85 proc. Polaków nawet po zakończeniu pandemii nie zamierza zmniejszyć częstości e-zakupów. Ponad 74 proc. deklaruje, że utrzyma ją na obecnym poziomie, a 10 proc. planuje kupować w sieci nawet częściej. Co istotne, Polacy planują też zwiększenie wydatków online. 82 proc. twierdzi, że w tym roku wyda na nie tyle samo, co w ubiegłym, ale ponad 23 proc. zamierza podnieść wydatki w kanale online.

– W tej chwili platformy internetowe koncentrują się nie tylko na pozyskaniu nowych klientów, ale również na tym, jak poprzez nowe strategie i działania mogą utrzymać już po zakończeniu pandemii swoich klientów – mówi Elżbieta Dziuba, ekspertka ds. cyfryzacji w Konfederacji Lewiatan.

Dla firm działających w e-commerce będzie to oznaczać m.in. zaostrzenie konkurencji. Aby utrzymać przewagę i lojalność klientów, będą musiały szybko reagować na ich rosnące potrzeby. Eksperci PwC wskazują, że kluczowe będą przy tym takie trendy jak omnichannel i customer experience, ponieważ aż 42 proc. polskich konsumentów jest w stanie zrezygnować z danej marki po zaledwie jednym złym doświadczeniu. Równie ważna będzie logistyka i zapewnienie ciągłości łańcuchów dostaw, szczególnie w nieprzewidywalnej rzeczywistości, co w ostatnim roku uwidoczniła pandemia.

– Rozwój e-commerce ma zasadniczy wpływ na branżę kurierską. Firmy – chcąc pozyskać nowych klientów – oferują od pewnego czasu możliwość dostawy przesyłek w tym samym dniu. Kolejną opcją jest możliwość nadania oraz odbioru przesyłki podczas weekendu. Zdarza się bowiem, że klienci, którzy dokonują zakupów na platformie internetowej, rezygnują z zakupów, jeśli sprzedawca nie ma w swojej ofercie interesującej ich formy dostawy – mówi Elżbieta Dziuba.

– Możliwość wyboru wygodnej formy dostawy jest bardzo ważna dla kupujących online. Często brak sposobu doręczenia przesyłki, z którego korzystamy, może spowodować, że zakupy dokończymy już w innym sklepie. Dlatego ważne, żeby konkurencyjne cenowo i wygodne formy dostawy były dostępne w sklepie internetowym – mówi Maciej Dudek, menedżer Działu Sieci Partnerskiej w DHL Parcel Polska.

Z badań PwC wynika, że dla 68 proc. polskich klientów e-commerce przy wyborze sprzedawcy internetowego kluczowym czynnikiem wciąż pozostaje cena, ale bardzo ważna, zwłaszcza dla klientów w wieku 18–24 lata, jest też gwarantowana szybkość i liczba oferowanych opcji dostawy.

– Coraz popularniejsza jest forma click and collect i opcja, w której klient sam może wybrać dogodny dla siebie punkt i nadać albo odebrać w nim swoją paczkę – mówi ekspertka ds. cyfryzacji w Konfederacji Lewiatan.

– Trend związany z odbieraniem paczek w punktach partnerskich jest coraz bardziej znaczący. Dostawy do punktów są szczególnie popularne wśród konsumentów w wieku 25–49 lat, którzy są mobilni, aktywni zawodowo i cenią możliwość wykonania kilku rzeczy naraz: zrobienia zakupów, zatankowania samochodu i odebrania paczki w dogodnej lokalizacji. Dlatego nasza sieć punktów DHL POP będzie w najbliższych miesiącach liczyć już 12 tys. lokalizacji. W efekcie 80 proc. konsumentów będzie mogło dotrzeć do takiego punktu z domu lub pracy w mniej niż 10 minut – wyjaśnia Maciej Dudek.

Z tej formy odbioru paczek korzystają już m.in. klienci Zalando, CCC czy Apteki Gemini.

– Dodatkową zaletą są długie godziny otwarcia – przesyłki można odebrać nawet do godziny 23.00, w ciągu siedmiu dni kalendarzowych. To jest ważne np. w przypadku weekendowego wyjazdu, kiedy 48 godzin to za mało, żeby spokojnie odebrać paczkę po powrocie – dodaje ekspert DHL Parcel Polska.

Wolumen przesyłek obsługiwanych w punktach DHL POP rośnie w ostatnich latach nawet o 100 proc. rocznie, co pokazuje, że ta forma dostawy jest wśród klientów coraz popularniejsza. Na dodatek notuje też bardzo dobre wyniki w badaniu lojalności klientów NPS (Net Promoter Score).

– Badanie NPS jest rynkowym standardem, jeśli chodzi o pomiar lojalności klientów. Ono mierzy liczbę tzw. promotorów, czyli klientów, którzy z dużym prawdopodobieństwem będą polecali naszą usługę bądź markę – mówi Joanna Bandera-Sikorska, menedżer ds. analiz rynkowych i cen w DHL Parcel Polska. – Wynik powyżej  70 punktów jest już naprawdę świetny, udaje się go uzyskać nielicznym firmom i markom. My od kilku lat monitorujemy lojalność klientów z użyciem wskaźnika NPS i w zasadzie z roku na rok cały czas obserwujemy wzrost zadowolenia z usług.

Jak podkreśla, w ciągu ostatniego roku szczególnie wyraźnie wzrósł wskaźnik lojalności klientów, którzy korzystają z usługi DHL POP.

– Poziom NPS w tej grupie wynosi w tej chwili aż 76 punktów i jest naprawdę rekordowy – zarówno w porównaniu do poprzednich lat, jak i na tle całej branży logistycznej. To pokazuje, że mamy dużą rzeszę klientów, którzy są zadowoleni z naszej usługi, przywiązani do marki, skłonni polecać naszą usługę innym – mówi Joanna Bandera-Sikorska.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/85-proc-polakow-po,p1485880385

E. Chojna-Duch: Stan finansów publicznych jest stabilny i niezagrożony. Będziemy mieli rozkwit gospodarki

0

– Wydaje się, że produkt krajowy brutto w następnych kwartałach i mierzony rok do roku będzie powyżej 5 proc., a więc z pewnością w związku z odbudową konsumpcji i gospodarki realnej będziemy mieli rozkwit gospodarki w najbliższych okresach – prognozuje dr hab. Elżbieta Chojna-Duch, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, była członkini Rady Polityki Pieniężnej. Jej zdaniem prognozy dla Polski wyróżniają się pozytywnie na tle innych krajów europejskich, podobnie jak stan finansów publicznych i poziom zadłużenia. Jednak nadzwyczajna sytuacja, w jakiej pandemia postawiła unijne gospodarki, wymagała zdecydowanych i szybkich działań, które mogą być oceniane jako nieprzejrzyste.

– Stan finansów publicznych w porównaniu chociażby z innymi krajami Unii Europejskiej jest stabilny i niezagrożony – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. Elżbieta Chojna-Duch.­ – Miejmy nadzieję, że czwarta fala pandemii nie nastąpi i będziemy powoli odbudowywać nasze finanse publiczne po tym okresie, który spowodował ich nieprzejrzystość. Rząd musiał działać szybko, bo skutki pandemii były destrukcyjne dla społeczeństwa i gospodarki.

Ekonomistka przypomina, że Unia Europejska w marcu 2020 roku zezwoliła na zwiększenie wydatków oraz powiększenie kryteriów deficytu i długu publicznego, natomiast Polska nie naruszyła dopuszczalnego przez Konstytucję RP poziomu 60 proc. długu do PKB, ponieważ zadłużenie sektora finansów publicznych lekko przekroczyło 57 proc. Jednak na początku lipca prezes NIK Marian Banaś w analizie wykonania budżetu państwa skrytykował rząd za „wypychanie” wydatków pomocowych poza budżet tak, by nie przekroczyć granicy 55 proc. PKB. To próg ostrzegawczy, którego pokonanie pociągałoby za sobą konieczność wdrożenia rozwiązań stabilizujących finanse publiczne.

Prezes NIK swoje zarzuty przedstawił na konferencji „Przejrzyste finanse publiczne jako fundament odbudowy gospodarki po pandemii” zorganizowanej 8 lipca, ale zaopiniował pozytywnie sprawozdanie rządu, gdyż „budżet państwa został wykonany zgodnie z ustawą budżetową”. Zarzucił jednak nieprzejrzystość finansowania tarcz, np. dokonywanie ich z pominięciem budżetu państwa (przekazywanie obligacji państwowym firmom, finansowanie Funduszu Solidarnościowego z pożyczek, które mają małe szanse na spłatę) czy ujmowanie w budżecie wydatków w rzeczywistości nieponiesionych w 2020 roku. Jak podkreśliła Elżbieta Chojna-Duch podczas wspomnianej konferencji, wzrost wydatków związany z ratowaniem gospodarki, przedsiębiorców i miejsc pracy był kolosalny, a co za tym idzie – pogorszył sytuację budżetu państwa i finansów publicznych. Udało się ją jednak zachować stabilną dzięki pewnemu obejściu konstytucyjnej zasady jawności finansów publicznych i ustawy o finansach publicznych. Takie nadzwyczajne rozwiązania wdrażano na całym świecie.

– Oczywiście przejrzystość finansów publicznych jest bezwzględnie potrzebna. Ona wynika z Konstytucji i z ustawy o finansach publicznych. Dobrze, że taka konferencja się odbyła, a raport będzie upubliczniony. Teraz trzeba się zastanowić, jak wyjść z tej strategii nadmiernego, być może, zadłużenia publicznego – mówi ekonomistka. – Tarcza, która służyła odbudowie gospodarki w pierwszej fazie pandemii, była bezwzględnie konieczna i działanie to było bardzo skuteczne. Ponadto Narodowy Bank Polski po raz pierwszy w historii zastosował tzw. luzowanie ilościowe, co pomogło rządowi złagodzić straty związane z pandemią.

Jak podkreśla, pandemia zmieniła podejście do przejrzystości finansów publicznych w UE, w związku z czym reguły fiskalne zostały zawieszone. Widać to po finansach niektórych państw członkowskich. Średnio w UE dług publiczny oscyluje wokół 90 proc. W krajach południa Europy jest jeszcze wyższy: w Grecji przekracza 200 proc. PKB, we Włoszech stanowi ok. 160 proc., w Hiszpanii – 120 proc., a w Portugalii niemal 135 proc. Problemy tych krajów pogłębiło zamrożenie w ubiegłym roku turystyki, na której w dużym stopniu opierają się ich gospodarki, oraz posiadanie wspólnej np. z Niemcami waluty.

– Być może czeka nas jeszcze fala wynikająca z uwspólnotowienia zadłużenia europejskiego. Kraje południa Europy mają wysoki poziom zadłużenia i miejmy nadzieję, że ten dług nie spocznie na naszych barkach – komentuje Elżbieta Chojna-Duch. 

Poprawie stanu finansów publicznych – zarówno w Polsce, jak i w Europie – będzie służyć stopniowe odbudowywanie gospodarki. Zdaniem ekspertki perspektywy dla polskiego rynku są szczególnie obiecujące.

– Wydaje się, że produkt krajowy brutto w następnych kwartałach i mierzony rok do roku będzie powyżej 5 proc., a więc z pewnością w związku z odbudową konsumpcji i gospodarki realnej będziemy mieli rozkwit gospodarki w najbliższych okresach – ocenia ekonomistka UW. – Musimy się skupić na gospodarce realnej. Mamy finanse z Unii Europejskiej, z Funduszu Odbudowy, również z naszego Krajowego Planu Odbudowy i środki, które są realizowane w związku z Polskim Ładem.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/e-chojnaduch-stan,p136493609

Rewolucja energetyczna w Polsce wymaga inwestycji rzędu 1 bln zł i ponadpartyjnego porozumienia. To duże wyzwanie także dla biznesu

0

– Transformacja energetyczna w Polsce potrzebuje kwoty rzędu 1 bln zł. To nie będą środki pochodzące wyłącznie z zewnątrz, sami też będziemy musieli znaleźć pieniądze w budżecie – mówi Jan Szewczak, członek zarządu PKN ORLEN ds. finansowych. Jak wskazuje, przejście na zieloną energię w Polsce będzie wymagać gigantycznych inwestycji w nowe źródła i infrastrukturę, ale przy tym jest to też duże wyzwanie dla biznesu. Podczas debaty zorganizowanej przez Związek Pracodawców Klastry Polskie eksperci podkreślali, że energetyczna rewolucja wymaga nie tylko dużych pieniędzy, lecz także stabilnych ram prawnych i ponadpartyjnego konsensusu.

Europejski Zielony Ład stawia za cel 55-proc. redukcję emisji gazów cieplarnianych do 2030 roku (w stosunku do poziomu z 1990 roku) oraz osiągnięcie pełnej neutralności klimatycznej do 2050 roku. Dla energetyki i całej polskiej gospodarki oznacza to nowe wyzwania, a z drugiej strony szansę na skok rozwojowy i rozbudowę innowacyjnych branż.

– Zielony Ład to szansa na nowoczesność, innowacje i postęp, ale też wielka inwestycja, bo potrzeby w tym zakresie są gigantyczne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jan Szewczak. – Ta transformacja energetyczna, nazywana przez niektórych rewolucją, wymaga konkretnych rozwiązań, jeżeli do 2030 roku emisyjność ma spaść o 55 proc. 

– Zielony Ład to dla polskiej gospodarki ogromna szansa i środki finansowe, żeby zrobić pewien skok w czasie, nadrobić zmarnowane lata w obszarze transformacji energetycznej, walki ze zmianami klimatu i zapewnienia Polsce bezpieczeństwa energetycznego – mówi Andrzej Szejna, poseł Nowej Lewicy.

Rok 2021 jest pierwszym z nowej perspektywy finansowej UE na lata 2021–2027. Do Polski trafi w niej łącznie ok. 170 mld euro (ok. 770 mld zł). Resort rozwoju, pracy i technologii dopina jeszcze projekt Umowy Partnerstwa, czyli najważniejszego dokumentu określającego, w co nasz kraj zainwestuje fundusze z nowej „siedmiolatki”. Chodzi głównie o 76 mld euro z unijnej polityki spójności i Funduszu na rzecz Sprawiedliwej Transformacji. Polska dostanie z niego ok. 3,8 mld euro na łagodzenie skutków transformacji energetycznej i odchodzenia od węgla, które trafią głównie do województwa śląskiego i małopolskiego.

– Szacuje się, że transformacja energetyczna w Polsce to są potrzeby rzędu ok. 1 bln zł. Wiadomo przecież, że nie będą to środki pochodzące wyłącznie z zewnątrz, sami też będziemy musieli pieniądze w budżecie na ten cel znaleźć – podkreśla Jan Szewczak. – Ważne jest też to, jakie będą dalsze regulacje Komisji Europejskiej. My jako Polska i kraj Europy Środkowo-Wschodniej startujemy z innego poziomu. Nie mieliśmy elektrowni atomowej, jesteśmy tradycyjnym krajem opartym na węglu. Ale robimy gigantyczne postępy, jeśli chodzi m.in. o fotowoltaikę, inwestujemy w rozwój lądowej i morskiej energetyki wiatrowej, robimy bardzo duży krok naprzód.

Przyjęta w lutym br. „Polityka Energetyczna do 2040 roku” (PEP2040) zakłada, że Polska będzie stopniowo odchodzić od węgla, na którym dziś opiera się w 70 proc. Na koniec tej dekady jego udział w miksie energetycznym ma spaść do co najmniej 56 proc. Udział OZE ma do tego czasu wynosić nie mniej niż 23 proc. Zgodnie z umową społeczną, którą rząd wypracował z górnikami, ostatnia kopalnia w Polsce ma zostać zamknięta w 2049 roku.

– Bezpieczeństwo energetyczne Polski jest umiejscowione razem z bezpieczeństwem energetycznym całej Europy i będzie opierać się na gazie i energii odnawialnej. Odchodzimy od źródeł kopalnych i węgla. Taka jest decyzja całej Europy. Na te surowce nie będzie środków w UE i szkoda marnować je w Polsce, a jeszcze głupsze byłoby importowanie węgla z Rosji. Musimy więc iść tą samą drogą, którą idzie cała Europa i świat, a więc walka ze zmianami klimatycznymi, energia odnawialna, energia oparta na gazie jako pewnym pomoście – wskazuje poseł Nowej Lewicy.

Jak podkreśla, transformacja energetyczna, podobnie jak polityka zagraniczna, to obszar, który wymaga ponadpartyjnego porozumienia. Tym bardziej że wymagane od krajów członkowskich cele są zakrojone na najbliższe trzy dekady.

– Polska jest dziś na poziomie Niemiec z lat 70., ponieważ nie my rozdajemy karty, zostaliśmy ominięci przez Nord Stream 2, mamy niestabilność prawa i niezbyt jeszcze rozwiniętą politykę energetyczną w zakresie odnawialnych źródeł energii. W tym zakresie wszystkie partie powinny zgodzić się na skonstruowanie programu, który byłby realizowany przez kolejne rządy, niezależnie od tego, która opcja polityczna wygra wybory – uważa Andrzej Szejna.

– Wierzę, że Polska swój cel zeroemisyjności osiągnie zdecydowanie wcześniej niż w 2050 roku. Możemy to zrobić w ciągu najbliższych 20 lat, ale pod warunkiem że będzie stabilne prawo i zgoda – mówi Marek Sawicki, poseł Polskiego Stronnictwa Ludowego, były minister rolnictwa. – Oczekujemy od rządu poważnej rozmowy z opozycją, że przygotujemy przemyślane prawo, skonsultowane z ekspertami, także z tymi bezpośrednio pracującymi w energetyce odnawialnej, i że będziemy je realizować przez najbliższe 10–15 lat.

Transformacja energetyki to duże wyzwanie dla biznesu i polskich firm, które czekają m.in. inwestycje w nowe źródła energii, badania i rozwój, technologie czy nowe rozwiązania dla klientów. Wiele przedsiębiorstw już zmierza w tę stronę. Orlen ogłosił zamiar zredukowania swoich emisji o 20 proc. w obszarze rafinerii i petrochemii oraz o 33 proc. w obszarze energetyki do 2030 roku.

– Żeby to osiągnąć, musimy z własnych środków zainwestować 25 mld zł, a więc niebagatelną kwotę, która pokazuje, jakie wyzwania stoją przed polskimi firmami i systemami energetycznymi – mówi Jan Szewczak. – Trzeba będzie dużej sprawności menedżerskiej, dużych środków, ale przede wszystkim – wsparcia ze strony wszystkich sił politycznych dla tych projektów inwestycyjnych i rozwojowych.

Planowane połączenie PKN ORLEN, Grupy Lotos i PGNiG ma stworzyć energetyczno-paliwowego giganta, który będzie w stanie sprawnie przeprowadzić transformację sektora. Multienergetyczny koncern, który powstanie w wyniku połączenia tych trzech grup, będzie mieć łączne przychody szacowane na ok. 200 mld zł rocznie i zysk operacyjny na poziomie ok. 20 mld zł.

– To będzie liczący się w Europie podmiot, jego pozycja negocjacyjna będzie zupełnie inna niż dotychczas. Uważamy, że jesteśmy w tej chwili zdecydowanym liderem, jeśli chodzi o te przemiany w Polsce – zapewnia członek zarządu PKN ORLEN.

Mimo wyzwań społeczno-gospodarczych w Polsce transformacja energetyczna ma już coraz większe poparcie społeczne, w szczególności wśród osób młodych. Potrzeba zmian dostrzegana jest również na wsi, która już dostrzega korzyści z proekologicznego podejścia.

– Rolnicy w każdej nowej propozycji upatrują szansy i są bardzo otwarci, żeby z nich skorzystać. Już wprowadzają fotowoltaikę, oszczędne silniki i maszyny, chcą budować małe panele biogazowe, ale do tego wszystkiego muszą mieć dobre otoczenie prawne – mówi Marek Sawicki. – Polską wieś i małe miasteczka może zmienić dalsze dofinansowanie na rzecz wymiany kopciuchów i termomodernizacji.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rewolucja-energetyczna-w,p1649497665

Banki wycofują się z finansowania nieekologicznych projektów. ING przeznaczy 5,3 mld zł na OZE i osiągnie neutralność klimatyczną do 2030 roku

0

Aktualizacja 12.07.2021, godz. 11:19

Sektor finansowy w coraz większym stopniu inwestuje w zielone projekty, wycofując się z finansowania tych nieekologicznych. Dla przykładu większość banków komercyjnych w Polsce rezygnuje z finansowania spółek węglowych. Zmiana polityki kredytowej to efekt rosnącej świadomości, lecz także kolejnych regulacji ukierunkowanych na dekarbonizację i ochronę środowiska. W tym kierunku zmierza też ING Bank Śląski, który wycofał się z finansowania węgla, a do 2040 roku chce ograniczyć finansowanie projektów dla branży paliw kopalnych o 19 proc. względem 2019 roku. Sam bank zamierza do końca dekady stać się neutralny klimatycznie. Zapowiada też wspieranie odnawialnych źródeł energii i innych proekologicznych inwestycji. Na ten cel przeznaczy 5,3 mld zł do końca 2023 roku.

– Banki są krwiobiegiem gospodarki. Nasze ukierunkowanie na tematy związane z ochroną klimatu, ekologią, wyrównywaniem szans czy różnorodnością jest swego rodzaju katalizatorem zachowań pozostałych podmiotów na rynku. Jeśli promujemy zielone aktywa i walkę z pogłębiającym się kryzysem klimatycznym, to kierujemy naszą uwagę i środki na transakcje oraz wspomaganie tych klientów, którym te zagadnienia są bliskie – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Joanna Erdman, wiceprezes zarządu ING Banku Śląskiego.

Większość banków komercyjnych w Polsce w ostatnich latach wycofała się z finansowania spółek węglowych i firm zajmujących się produkcją energii z węgla. Taką decyzję cztery lata temu podjął też ING Bank Śląski – po 2025 roku nie będzie już w ogóle finansować klientów, których działalność jest bezpośrednio zależna od węgla energetycznego w stopniu wyższym niż 5 proc.

 Wygaszamy te relacje, nie rozpoczynamy nowych projektów ze spółkami działającymi w tym podsegmencie rynkowym. Tym samym wysyłamy do rynku sygnał, że tego rodzaju inwestycje nie są w zgodzie z naszymi celami strategicznymi – mówi Joanna Erdman. – Jesteśmy już mocno zaawansowani w realizacji tego celu. Aktywa węglowe w całym portfelu kredytowym stanowią w tej chwili 1,1 proc., a jesteśmy cztery lata przed datą graniczną.

Do 2040 roku bank chce także ograniczyć finansowanie całej branży paliw kopalnych. Jej udział we wspieranych inwestycjach ma się stopniowo zmniejszyć o docelowe 19 proc. względem poziomu z 2019 roku. Dotyczy to m.in. projektów gazowych.

– Tematem, któremu się intensywnie przyglądamy, jest gaz. Jest to o tyle trudne, że dla Polski i wielu państw będzie on paliwem przejściowym w okresie transformacji energetycznej, które ma pozwolić skutecznie odejść od węgla, a jednocześnie sprostać rosnącemu zapotrzebowaniu na energię. Dlatego na ten moment nie przewidujemy w tym obszarze żadnych gwałtownych ruchów. Natomiast stawiamy sobie cele długofalowe – założyliśmy, że do końca 2040 roku udział portfela opartego na gazie stopniowo spadnie o blisko 1/5 – podkreśla wiceprezes zarządu ING Banku Śląskiego.

Paliwa kopalne to niejedyny segment, w którym docelowo bank zmniejszy swoje zaangażowanie. Nie finansuje też już m.in. działalności związanej z uprawą i produkcją tytoniu oraz z negatywnym wpływem na obszary chronione, leśnictwo i dobrostan zwierząt.

– Krótkoterminowo to nie są dla nas proste decyzje, ale gra toczy się o przyszłość, a nie o teraźniejszość. Staramy się wyważyć z jednej strony potrzeby biznesowe i sytuację naszych klientów, zwłaszcza w branżach bardziej eksponowanych na ryzyko klimatyczne, a z drugiej strony naszą strategię i odpowiedzialność za to, co możemy zrobić dla społeczeństwa i gospodarki – mówi Joanna Erdman.

Dlatego poza ograniczaniem udziału w inicjatywach szkodliwych dla środowiska bank także wspiera zielone projekty. Na ich finansowanie do końca 2023 roku przeznaczy 5,3 mld zł. Z tego 4,5 mld zł trafi na odnawialne źródła energii i projekty proekologiczne w obszarze korporacyjnym.

– To duża kwota, biorąc pod uwagę, że w ubiegłym, pandemicznym roku tych projektów było relatywnie niewiele, natomiast my uczestniczyliśmy w 25 proc. transakcji z obszaru OZE, które w ogóle na rynku się zmaterializowały. Mamy w tym obszarze bardzo dobre doświadczenia i chcemy je rozwijać jeszcze szybciej – zapewnia wiceprezes ING.

Jak wskazuje, kolejne 500 mln zł trafi w nadchodzących latach na wsparcie samorządów, które chcą wejść na zieloną ścieżkę.

– Myślimy głównie o wsparciu tych gmin, które planują projekty proekologiczne i prośrodowiskowe dla swoich mieszkańców i podmiotów gospodarczych. Tutaj też mamy dobre doświadczenia w finansowaniu np. hybrydowej i elektrycznej floty komunikacyjnej czy emisji zielonych obligacji. Sami też wyemitowaliśmy takie papiery, mamy więc know-how, jak to się robi – mówi Joanna Erdman.

W zieloną transformację zaangażuje się też ING Lease Polska, które przeznaczy do 2023 roku aż 300 mln zł na finansowanie pojazdów elektrycznych i hybrydowych, infrastruktury ładowania oraz promocję elektromobilności.

Kolejny krok to utworzenie funduszu grantowego dla start-upów oraz młodych, polskich naukowców, dzięki któremu będą rozwijane projekty z obszaru zrównoważonego rozwoju. Rokrocznie ING Bank Śląski będzie zasilać go kwotą 2 mln zł.

 Chcemy w ten sposób wspierać te najbardziej obiecujące, nowe technologie i idee, które mogą przyczynić się do osiągnięcia zielonego celu – wskazuje wiceprezes ING.

Jak podkreśla, zieloną transformację bank zaczyna jednak przede wszystkim od siebie. Zgodnie z Deklaracją Ekologiczną z 2021 roku do 2030 roku ING Bank Śląski ma być już całkiem neutralny klimatycznie i od czterech lat podejmuje w tym zakresie szereg działań.

 Obejmują one m.in. instalację paneli fotowoltaicznych na dachach naszych siedzib, np. w centrali w Katowicach – mówi Joanna Erdman. – To także wymiana naszej floty służbowych samochodów na pojazdy hybrydowe lub plug-in. Do 2023 roku chcemy mieć 100 proc. takich aut. Już w tym roku ten odsetek wyniesie 71 proc.

ING Bank Śląski zamierza kompensować swoją emisję CO₂, wynikającą z działalności operacyjnej, m.in. poprzez zakup 100 proc. energii ze źródeł odnawialnych. Ponadto planuje podpisać umowy z dostawcami energii elektrycznej, tak aby jego pracownicy mieli zniżki na zakup energii z OZE.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/banki-wycofuja-sie-z,p2038683249

Marian Banaś: W przyszłym roku szczegółowe kontrole tarcz covidowych. Pomoc nawet w nadzwyczajnych sytuacjach musi być przejrzysta

0

– Pandemia zmusiła rząd, nie tylko polski, do specjalnych działań, czyli nadzwyczajnej pomocy. Taka pomoc musi być jednak udzielana w sposób przejrzysty, czytelny i w granicach rozsądku – podkreśla Marian Banaś, prezes Najwyższej Izby Kontroli. Analiza wykonania ubiegłorocznego budżetu przeprowadzona przez NIK wskazuje jednak, że tej przejrzystości brakuje. Kontrolerzy krytykują rząd za wyprowadzenie poza budżet dużych kwot związanych m.in. z obligacjami dla PFR i BGK, co ma wpływ na oficjalną wysokość długu publicznego. Szczegółowe kontrole pomocy dla przedsiębiorców NIK zaplanowała na przyszły rok.

– Największe wątpliwości w wykonaniu budżetu za 2020 rok budzi sam fakt sporządzania tego budżetu, który jest nie w pełni przejrzysty. Wyprowadzenie poza budżet dużych kwot w postaci obligacji dla Polskiego Funduszu Rozwoju i Banku Gospodarstwa Krajowego w kwocie ponad 164 mld zł sprawia, że są one mniej kontrolowalne. Niewykazywanie ich w budżecie państwa powoduje, że nie wpływają one na reguły sanacyjne – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marian Banaś.

Z analizy NIK wynika, że choć wydatki publiczne realizowano zgodnie z ustawą budżetową, to wielu operacji związanych z finansowaniem zadań państwa w niej nie zawarto. Doprowadziło to do znaczących rozbieżności między wysokością deficytu i długu publicznego. Gdyby finansowanie tych operacji zapewniał bezpośrednio Skarb Państwa, państwowy dług publiczny prawdopodobnie w 2021 roku przekroczyłby 55 proc. PKB.

– NIK zwraca szczególną uwagę na zastosowanie różnych mechanizmów zaburzających przejrzystość finansów publicznych. Było to np. finansowanie zadań poza rachunkiem deficytu lub finansowanie w 2020 roku zadań, które będą faktycznie realizowane dopiero w roku następnym. To, co wzbudziło nasze zaniepokojenie, to ogromny przyrost długu Skarbu Państwa, a przede wszystkim zadłużenie, jakie zostało zaciągnięte przez Polski Fundusz Rozwoju i Bank Gospodarstwa Krajowego na rzecz Funduszu Przeciwdziałania COVID, które najprawdopodobniej będzie obciążało Skarb Państwa i będziemy musieli to spłacić – dodaje Anna Rybczyńska, wicedyrektor Departamentu Budżetu i Finansów Najwyższej Izby Kontroli.

Jak wyjaśnia Ministerstwo Finansów w komentarzu do raportu NIK, umieszczenie obsługi wsparcia antykryzysowego poza sektorem finansów publicznych (w rozumieniu metodologii krajowej, tj. PFR i BGK) zaowocowało tym, że pomoc była łatwiejsza do zrealizowania i mogła być udzielana niemalże od ręki, bez zbędnej biurokracji i nadmiernych procedur.

– Rządowe działania pozwoliły na uratowanie tysięcy przedsiębiorców, tysięcy miejsc pracy, co jest widoczne w danych gospodarczych (jedna z najmniejszych recesji w zeszłym roku wśród krajów UE,  jedna z najniższych stóp bezrobocia w UE) i podatkowych – czytamy w stanowisku ministerstwa.

Na wzrost zadłużenia, które będą spłacać kolejne pokolenia, NIK zwracała uwagę już w poprzednich analizach wykonania budżetu, jak również w kontroli zarządzania długiem publicznym.

Jak podkreśla prezes NIK, krytyka nie dotyczy samego faktu udzielania pomocy, ponieważ pandemia zmusiła rządy na całym świecie do nadzwyczajnych działań. Jego zdaniem powinna ona być nakierowana na usprawnienie działalności i przetrwanie firm w trudnym okresie.

– Natomiast nie możemy udzielać pomocy, która powoduje, że mamy taką sytuację jak przed pandemią, bo to jest w końcu kryzys i sytuacja nadzwyczajna – mówi Marian Banaś. – O rezultatach tej pomocy będziemy mogli powiedzieć dopiero po przeprowadzeniu właściwych kontroli, które zaplanowaliśmy na przyszły rok.

Zdaniem Anny Rybczyńskiej dla zwiększenia przejrzystości finansów publicznych istotne jest ujednolicenie metody obliczania dochodów, wydatków, deficytu i długu według metodologii unijnej i krajowej. Ministerstwo Finansów taką zmianę chce wprowadzić w nowelizacji ustawy o finansach publicznych, nad którą trwają prace w parlamencie (od projektu ustawy budżetowej na 2022 rok). Zgodnie z proponowanymi przepisami stabilizująca reguła wydatkowa ma zostać rozszerzona o wydatki państwowych funduszy celowych, w tym Funduszu Solidarnościowego.

– Bardzo ważne jest, aby w ramach budżetu państwa było jak najmniej wyłączeń instytucji, czyli żeby ustawa budżetowa odzyskała swoją rangę. Przejrzystości finansów nie służy również tworzenie dużej liczby nowych instytucji pozabudżetowych, które realizują istotne zadania finansów publicznych, zadania publiczne – wskazuje ekspertka NIK.

Ministerstwo Finansów podało, że w ubiegłym roku dług publiczny wyniósł 47,8 proc. PKB według definicji krajowej i 57,5 proc. według definicji UE. Argumentuje, że zadłużenie było niższe niż w całej UE i strefie euro, podobnie jak tempo przyrostu długu publicznego. Zdaniem resortu struktura długu jest bezpieczna, bo finansowanie potrzeb odbywa się przede wszystkim na rynku krajowym, co służy ograniczaniu ryzyka kursowego.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/marian-banas-w,p839268073

Konflikt między decyzjami GIF i UOKiK powoduje niepewność wśród właścicieli aptek franczyzowych. Może wstrzymać inwestycje w branży, co odbije się na pacjentach

0

Zgodnie z obowiązującymi przepisami o działalności aptek decydują dziś dwa urzędy – Główny Inspektorat Farmaceutyczny oraz Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Problem w tym, że decyzje obu tych instytucji często różnią się od siebie, co wprowadza dużą niepewność na rynku. Właściciele aptek, w szczególności tych franczyzowych, nie wiedzą, do decyzji którego z urzędów mają się stosować i czy wydane im zezwolenie na prowadzenie działalności nie zostanie z dnia na dzień cofnięte. Eksperci oceniają, że dualizm prawny na rynku aptekarskim uderza już nie tylko w swobodę prowadzenia działalności gospodarczej, ale może też wstrzymać inwestycje w branży, co odbije się na pacjentach.

Zgodnie z art. 99 ustawy Prawo farmaceutyczne to wojewódzkie inspektoraty farmaceutyczne (WIF-y) decydują o zezwoleniach dla farmaceutów na prowadzenie aptek. Mogą go odmówić w kilku sytuacjach, np. jeśli podmiot, który się o nie ubiega, prowadzi hurtownię farmaceutyczną. Innym wyjątkiem jest przynależność do grupy kapitałowej w rozumieniu ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów, której członkowie prowadzą na terenie danego województwa więcej niż 1 proc. aptek ogólnodostępnych. I tu pojawia się problem.

– Źródło problemu tkwi w konflikcie między stanowiskiem inspektorów farmaceutycznych i Głównego Inspektoratu Farmaceutycznego oraz Urzędem Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Stanowisko inspektorów jest sprzeczne z orzecznictwem prezesa UOKiK-u, który – badając umowy i zależności pomiędzy organizatorami sieci franczyzowych a farmaceutami-franczyzobiorcami – jednoznacznie stwierdził, że podmioty te nie stanowią jednej grupy kapitałowej – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr hab. Elżbieta Chojna-Duch, ekonomistka, profesor Uniwersytetu Warszawskiego. – Ten konflikt nie bierze pod uwagę tego przepisu, który nakazuje inspektorom farmaceutycznym stosowanie przepisów ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów przy badaniu przynależności do grupy kapitałowej.

Jak wyjaśnia, GIF niesłusznie uzasadnia część odmownych decyzji w sprawie zezwoleń na prowadzenie apteki twierdzeniem, że farmaceuci-franczyzobiorcy zrzeszeni w jednej sieci franczyzowej stanowią grupę kapitałową. Jednocześnie nie ma wątpliwości w orzecznictwie dotyczących aptek zrzeszonych umowami partnerskimi z największymi hurtowniami w Polsce.

– Ustawa z 2002 roku Prawo farmaceutyczne niepotrzebnie nałożyła na administrację farmaceutyczną obowiązki, które leżały w kompetencji prezesa UOKiK-u. W zasadzie w tej chwili problem wynika z niewłaściwego stosowania prawa, kiedy jeden organ przeszkadza drugiemu i narusza jego kompetencje – mówi profesor UW. – GIF jest wyspecjalizowanym organem dbającym o jakość leków czy, szerzej, o zdrowie Polaków. UOKiK z kolei posiada wiedzę i doświadczenie z zakresu prawa konkurencji. To są całkiem inne kompetencje. Ta sytuacja może być rozwiązana w bardzo prosty sposób, wymaga jedynie sprawnej współpracy obu urzędów.

– Rolą GIF jest zapewnienie prawidłowego i najlepszej jakości obrotu produktami leczniczymi, lekami. Apteki franczyzowe taki właśnie obrót zapewniają poprzez to, że prowadzą apteki nowoczesne, ukierunkowane na dobro pacjenta, z bardzo szerokim asortymentem, i zatrudniające ponadprzeciętną liczbę fachowego personelu – mówi Mariusz Kisiel, prezes Związku Aptek Franczyzowych.

Problem jest na tyle poważny, że UOKiK i GIF powołały niedawno zespół ekspertów, którego zadaniem jest wypracowanie wspólnego stanowiska. Jak wskazują komentatorzy, wygląda jednak na to, że i tutaj powstaną osobne wytyczne dotyczące orzecznictwa.

Ten dualizm uderza przede wszystkim w przedsiębiorców, którzy prowadzą działalność apteczną w ramach franczyzy lub zamierzają to robić.

– Nie zazdroszczę farmaceutom sytuacji, w której się znaleźli, bo z jednej strony mamy wykładnię prawa stosowaną przez WIF-y i GIF, a z drugiej strony mamy ugruntowaną wykładnię Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, która jest zupełnie inna. Przedsiębiorcy więc się zastanawiają, którą wykładnię należy stosować. Co ciekawe, na to pytanie nie ma dobrej odpowiedzi, bo każda ze stron tego sporu twierdzi inaczej – mówi Maciej Zaborowski, partner zarządzający w Kancelarii Kopeć & Zaborowski. – Ten dualizm prawny to w zasadzie bezprawie, bo dwa porządki prawne nie powinny funkcjonować równolegle.

Zdaniem adwokata niepewność związana z dualizmem prawnym na polskim rynku może zniechęcić inwestorów, którzy stabilność prawa cenią wyjątkowo wysoko.

– Utrzymanie obecnego stanu rzeczy w dłuższej perspektywie czasowej jest nie do wyobrażenia. Nie da rady funkcjonować w dualizmie prawnym, który powoduje brak możliwości podejmowania realnych decyzji przez przedsiębiorcę planującego rozwój swojej firmy. W konsekwencji w ciągu najbliższych lat, jeżeli ta sprawa nie wyjaśni się jednoznacznie, przedsiębiorcy zagraniczni wycofają się z Polski, natomiast na samym rynku będziemy mogli obserwować liczne zwolnienia pracowników – prognozuje Maciej Zaborowski.

– Prowadzi to do tego, że liczba aptek spada w rekordowym tempie, bardzo mało się ich otwiera, a co ważniejsze, pacjenci są pozbawieni dostępu do nich – dodaje Mariusz Kisiel.

Jak podkreślają eksperci, problemem w tym konflikcie jest również mieszanie pojęć prawnych: franczyzy i grupy kapitałowej, które są różnymi instytucjami prawnymi. Franczyza jest formą współpracy, w ramach której franczyzobiorca – w zamian za opłatę franczyzową – może rozpocząć działalność, korzystając ze sprawdzonej już formuły, marki oraz szeroko rozumianego wsparcia ze strony franczyzodawcy. Dla młodych farmaceutów, którzy nie dysponują kapitałem na start własnego biznesu, często jest to jedyna szansa na posiadanie własnej apteki.

– Wiemy, że młodzi farmaceuci chcą otwierać apteki, chcą przejmować apteki upadające, chcą je modernizować i zapewniać pacjentom jak najlepszy dostęp do leków, ale się boją – mówi prezes Związku Aptek Franczyzowych. – Inspekcja Farmaceutyczna zarzuty „grupy kapitałowej” bardzo łatwo podejmuje i wszczyna postępowania, które są długotrwałe i kosztowne, nierzadko doprowadzając do bankructwa. Znam takie przedsiębiorstwa i farmaceutów, których apteki od dwóch lat stoją puste, terminuje się towar, ponieważ Inspekcja Farmaceutyczna na podstawie donosu prowadzi wobec nich postępowanie. To olbrzymi problem.

Według danych GUS w Polsce na koniec 2019 roku działało 12,3 tys. aptek (spadek o blisko 5 proc. r/r) oraz 1,2 tys. punktów aptecznych. Z kolei z ubiegłorocznego raportu IQVIA („Opieka farmaceutyczna w Polsce”) wynika, że apteki sieciowe stanowią aktualnie mniej niż połowę wszystkich placówek w Polsce, a większość sieci aptecznych to polskie małe i średnie przedsiębiorstwa.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/konflikt-miedzy-decyzjami,p333694718

Finansowanie społecznościowe rośnie w siłę. Powiązanie go z giełdą może przyciągnąć na rynek wielu nowych inwestorów

0

Rynek equity crowdfundingu w Polsce notuje szybkie wzrosty. Z danych KNF wynika, że w ubiegłym roku za pośrednictwem platform crowdfundingowych spółki zebrały od inwestorów prawie 77 mln zł, czyli o 125 proc. więcej niż w poprzednim. To ciekawa alternatywa dla debiutu na giełdzie dla projektów na początkowym etapie rozwoju. Z kolei inwestorów przyciąga do crowdfundingu to, że mogą zainwestować małe kwoty w ciekawy marketingowo projekt. Barierą jednak jest fakt, że często brakuje im perspektywy szybkiego wyjścia z tej inwestycji. Sposobem może być powiązanie crowdfundingu z giełdą. Inwestorzy, stawiając na daną spółkę, będą mieć pewność, że planuje ona wejście na NewConnect lub GPW. Debiut giełdowy umożliwi inwestorowi spieniężenie swoich udziałów i osiągnięcie potencjalnego zysku w stosunkowo krótkim okresie od dokonania inwestycji crowdfundingowej.

Jak wynika z raportu Komisji Nadzoru Finansowego („Rynek ofert publicznych akcji w Polsce w 2020 r.”), w ubiegłym roku nastąpił znaczący wzrost liczby i wartości ofert publicznych przeprowadzanych w naszym kraju. Ich wartość wzrosła 13-krotnie (do13,9 mld zł), natomiast liczba zwiększyła się czterokrotnie (do 364). Na warszawskiej GPW miało też miejsce 18 IPO (pierwsze oferty publiczne), z których największą była grupa Allegro. Jeśli zaś chodzi o rynek crowdfundingu, w 2020 roku liczba ofert przeprowadzonych za pośrednictwem portali crowdfundingowych wyniosła 50 i była jak dotychczas rekordowa. Spółki zebrały w ten sposób od inwestorów prawie 77 mln zł, czyli o 125 proc. więcej niż rok wcześniej.

– Obserwujemy bardzo duże zainteresowanie inwestorów indywidualnych kampaniami crowdfundingowymi. Jest to powiązane z zainteresowaniem rynkiem publicznym. Od dłuższego czasu widać bardzo duży wzrost inwestycji na rynku NewConnect i głównym parkiecie giełdy, co przekłada się na rosnące zainteresowanie kampaniami crowdfundingowymi na różnych platformach. My u siebie też widzimy duże grono nowych inwestorów – mówi agencji Newseria Biznes Artur Granicki, prezes Navigator Crowd.

Equity crowdfunding to coraz popularniejsza forma pozyskiwania kapitału przez małe spółki, start-upy i rozwijające się projekty, ale niejednokrotnie korzystają z niej też dojrzałe biznesy. To sposób, który pozwala sfinansować nawet spore projekty przez dużą liczbę inwestorów wpłacających niewielkie kwoty. Dodatkowo już w przyszłym roku podniesiony zostanie limit wysokości zbiórek prowadzonych za pomocą platform crowdfundingowych działających na terytorium Unii Europejskiej.

W otwartej emisji publicznej, skierowanej głównie do indywidualnych inwestorów, spółki mogą – zgodnie z obecnymi regulacjami – pozyskać do 1 mln euro bez konieczności publikacji prospektu emisyjnego ani memorandum inwestycyjnego. Ta forma finansowania nie wymaga więc spełnienia całego szeregu wymogów formalnych, za to pozwala pozyskać finansowanie na wczesnym etapie rozwoju projektu, kiedy wciąż jeszcze trudno o zyski. Ważny jest jednak dobry biznesplan i potencjał danego rynku. 

Jest to również popularny sposób inwestowania, przyciągający m.in. młodych inwestorów z pokolenia milenialsów czy generacji Z, którzy zwykle jeszcze nie dysponują dużymi środkami, ale chcą je szybko pomnożyć. Jednak w praktyce inwestowanie w spółki i start-upy przed ich wejściem na giełdę na ogół nie pozwala dużo i szybko zarobić, a możliwość wyjścia z takiej inwestycji jest niepewna.

– Jest to jedna z kluczowych barier dla przekonania inwestorów, że warto inwestować w ramach kampanii crowdfundingowej. Jeżeli się inwestuje w spółki na etapie seed czy pre-seed, to ta perspektywa wyjścia z inwestycji jest kilkuletnia oraz często bardzo niepewna. Sam jestem inwestorem w kilku spółkach – minęło już wiele lat, a do ich debiutu w dalszym ciągu nie doszło. Dlatego ofertę w ramach naszej platformy adresujemy tylko dla spółek na etapie Pre-IPO, które na etapie rozmów z nami są już gotowe, żeby w ciągu maksymalnie trzech lat zadebiutować na giełdzie. W ten sposób inwestorzy zyskują możliwość exitu w relatywnie krótkim czasie i mogą oczekiwać realnego zysku z inwestycji – mówi Artur Granicki.

Jak wskazuje, powiązanie equity crowdfundingu z giełdą jest optymalnym rozwiązaniem, które daje możliwość wyjścia z inwestycji nie tylko inwestorom indywidualnym, lecz również instytucjonalnym, takim jak fundusze venture capital. Dzięki debiutowi giełdowemu danej spółki mogą one spieniężyć swoje akcje, wyjść ze spółki i dzięki temu skrócić horyzont inwestycyjny do realnych, przewidywalnych granic.

– Mamy nadzieję, że inwestorzy – dzięki inwestycjom na etapie Pre-IPO w ramach platformy crowdfundingowej – poczują ten dość krótki horyzont exitu i zaczną w relatywnie krótkim czasie zarabiać. Zakładamy, że wówczas zwiększy się też pula osób zainteresowanych crowdfundingiem, które nie będą inwestować tylko ze względu na atrakcyjność sentymentalną projektu czy jego ciekawość marketingową, ale z czysto komercyjnych pobudek, aby na takiej spółce zarobić. Możemy to osiągnąć tylko dzięki temu, że ta perspektywa IPO będzie dość krótka i przewidywalna – wyjaśnia prezes Navigator Crowd.

W Polsce nie ma dziś regulacji prawnych odnoszących się wprost do rynku crowdfundingowego. Platformy działają przede wszystkim na zasadach wynikających z ustawy o ofercie publicznej. Wkrótce ma się to jednak zmienić, ponieważ trwają prace nad projektem ustawy o finansowaniu społecznościowym dla przedsięwzięć gospodarczych. Dostosowuje ona polskie przepisy do unijnego rozporządzenia 2020/1503, które w całej UE ustanawia jednakowe zasady prowadzenia działalności w zakresie crowdfundingu inwestycyjnego. Zgodnie z planem nowe regulacje mają zacząć obowiązywać od 10 listopada br.

W myśl nowych przepisów operatorzy platform crowdfundingowych będą musieli występować do KNF o zezwolenie na prowadzenie takiej działalności. Będzie ona podlegać kontrolom i nadzorowi komisji. Platformy crowdfundingowe będą musiały również wdrożyć nowe rozwiązania ukierunkowane na większą ochronę inwestorów. Proponowane zmiany zwiększą też limit kampanii crowdfundingowych z 1 do 5 mln euro. Projekt nowej ustawy zawiera jednak propozycję dwuletniego okresu dojścia do tego maksymalnego progu. W roku 2022 ma to być kwota 2,5 mln euro, która wzrośnie do 5 mln euro po 10 listopada 2023 roku.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/finansowanie,p2052728319