Strona główna Blog Strona 76

Instytut Staszica: Nowy podatek od urządzeń elektronicznych nie przysłuży się kulturze. Wywinduje za to ceny sprzętu

0

– Problem z opłatą reprograficzną jest taki, że ona w żaden sposób nie przysłuży się kulturze. Natomiast każdy Polak zapłaci wyższą cenę sprzętu elektronicznego – mówi dr Dawid Piekarz, wiceprezes Instytutu Staszica. Jego zdaniem nowa danina, której wprowadzenie planuje Ministerstwo Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu w ustawie o uprawnieniach artysty zawodowego, zrujnuje rynek elektroniki i istotnie zwiększy wykluczenie cyfrowe Polaków, którzy mieliby płacić trzecią najwyższą opłatę na świecie (600 mln zł rocznie). Eksperci ostrzegają, że wbrew pierwotnym założeniom setki milionów złotych nie trafią na emerytury artystów i twórców oraz do osób tworzących kulturę wysoką i ambitną, ale głównie do bogatych celebrytów. Obawiają się także groźnego wzmocnienia pozycji organizacji zbiorowego zarządzania, jak ZAiKS, które w cyfrowych czasach stają się w ogóle niepotrzebne.

– Ten podatek jest tak naprawdę do niczego niepotrzebny. Polska jest już w tej chwili prymusem w Unii Europejskiej pod względem wydatków na kulturę – przeznaczamy na nią 0,7 proc. PKB, podczas gdy średnia europejska to 0,5 proc. To oznacza, że wydajemy na kulturę o połowę więcej niż nawet bogatsze od nas kraje – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Dawid Piekarz.

Jak podkreśla, obecnie już sama konstrukcja opłaty reprograficznej jest przestarzała, bo większość konsumentów słucha muzyki i ogląda filmy w serwisach streamingowych, płacąc im miesięczny abonament, z którego część trafia do twórców bez pośredników.

– Są to kwoty niebagatelne. Jak policzyły organizacje międzynarodowe, w Europie w zeszłym roku było to ok. 10 mld euro, a w USA jeszcze więcej – mówi ekspert.

Tymczasem nakładanie na konsumentów kolejnej daniny za te same treści będzie po prostu zwielokrotnieniem opodatkowania. W dodatku nie przysłuży się to artystom w takim stopniu, jak zakłada ustawa. Z przebiegu konsultacji ustawy oraz opinii i zastrzeżeń zgłoszonych przez organizacje zbiorowego zarządzania i inne podmioty wynika, że niemożliwe będzie wspieranie emerytur artystów i twórców z opłaty reprograficznej, a jej poborem nie może się zająć administracja skarbowa. Ministerstwo Finansów wskazuje również, że niemożliwe jest zapewnienie ściągalności nowego parapodatku od zagranicznych sklepów. W rezultacie nie można mówić o powszechności, efektywności i równości w poborze opłaty, a koszty jej poboru będą również bardzo wysokie.

Ten podatek byłby rozdzielany przez organizacje zbiorowego zarządzania według tego, jak popularny jest dany artysta. Nie ma więc mechanizmu, który transmitowałby te pieniądze do artystów tworzących kulturę ambitną, wysoką, która faktycznie jako niekomercyjna musi być w taki czy inny sposób wspierana. Beneficjentami byłyby gwiazdy disco polo i gwiazdy popu, czyli ci, którzy już dzisiaj zarabiają miliony na swojej twórczości – ocenia dr Dawid Piekarz

Eksperci IS obawiają się także wzmocnienia na lata pozycji organizacji zbiorowego zarządzania, przez które będą przechodziły dodatkowe setki milionów złotych z nowej opłaty. I to w sytuacji, w której organizacje te stają się archaizmem, a ich rola staje się niepotrzebna.

– Organizacje będą mogły dzielić i rządzić na tym rynku i to w sytuacji, w której postęp technologiczny sprawia, że między artystą a odbiorcą jego dzieła jest już tylko aplikacja technologiczna, która pozwala z jednej strony artyście wziąć pieniądze od konsumenta, a z drugiej konsumentowi uczciwie zapłacić za to, z czego korzysta – wyjaśnia wiceprezes Instytutu Staszica.

Opłata reprograficzna – popularnie nazywana podatkiem od smartfonów – ma zgodnie z założeniami ustawodawcy zrekompensować artystom fakt, że osoby fizyczne powielają ich dzieła i utwory (muzykę, filmy, książki etc.) na własny użytek. W Polsce ta danina istnieje już od lat – jest doliczana do cen np. dysków twardych, odtwarzaczy mp3, drukarek, kserokopiarek czy papieru ksero, a pobierają ją organizacje zbiorowego zarządzania prawami autorskimi (np. ZAiKS), inkasując dla siebie nawet połowę zbieranych kwot na różnorakie koszty i fundusze. Ministerstwo Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu w ramach projektowanej ustawy o uprawnieniach artysty zawodowego chce rozszerzyć i podwyższyć opłatę reprograficzną. Projekt zakłada, że obejmie ona wszystkie sprzęty, które mają wejście USB, czyli m.in. odtwarzacze audio i wideo, telewizory, dekodery, laptopy i tablety, czytniki e-booków i nośniki pamięci, np. pendrive&HASH39;y i karty SD. Dodatkowo zgodnie z ustawą katalog ten będzie można rozszerzyć na drodze rozporządzenia również o inne urządzenia.

Jak podaje Instytut Staszica, dziś – według resortu kultury – wpływy z opłaty reprograficznej wynoszą ok. 7 mln zł, choć rynek szacuje, że powinno to być ok. 50 mln zł. W uzasadnieniu do projektu ministerstwo szacuje, że od drugiego roku funkcjonowania opłaty dochody będą sięgać 600 mln zł.

– W założeniu opłata nominalna ma wynieść 4 proc., przy czym realnie byłoby to znacznie więcej, ponieważ byłaby ona płacona od obrotu, nakładana na samym początku łańcucha sprzedaży. Dlatego realnie opłata reprograficzna wyniosłaby ok. 6 proc. i przykłady innych krajów wskazują, że dokładnie o taką kwotę wzrosłyby też w Polsce ceny sprzętu elektronicznego – mówi dr Dawid Piekarz. – Te 4–6 proc. to naprawdę bardzo dużo. Na rynku elektroniki bardzo często o tym, kto zostaje, a kto z niego wypada, decydują ułamki procenta w cenie, ponieważ jest to rynek piekielnie konkurencyjny. Trzeba też zauważyć, że w Polsce ta opłata byłaby cztery razy wyższa niż w Niemczech, gdzie wynosi ona 1 proc., na dodatek przy niższym, 19-proc. podatku VAT – dodaje.

Instytut Staszica w swoim oficjalnym stanowisku wskazuje, że wprowadzenie w Polsce opłaty reprograficznej w obecnie proponowanym kształcie spowoduje podwyżki cen laptopów, komputerów, dekoderów, telewizorów i tabletów, które bezpośrednio dotkną konsumentów. Producenci i importerzy, którzy już teraz często mają marże poniżej 1 proc., przerzucą bowiem nową opłatę na konsumentów. Przy obecnych założeniach byłaby to zaraz po podatku VAT najwyższa opłata, jaką ponosi kupujący. Udział w cenie np. podatku dochodowego jest niemal 30-krotnie niższy.

– Byłby to bardzo niesprawiedliwy podatek, który uderzyłby przede wszystkim w osoby najuboższe. Sprzęt elektroniczny to już nie są gadżety ani zabawki. W sytuacji pandemii, kiedy mamy naukę i pracę zdalną, bardzo często laptop, tablet czy komputer stacjonarny to produkty pierwszej potrzeby, które decydują o naszym funkcjonowaniu w społeczeństwie – podkreśla wiceprezes Instytutu Staszica. – Co zabawne, sam polski ustawodawca w ocenie skutków regulacji pisze, że jeżeli ceny elektroniki w Polsce wzrosną, to Polacy będą kupować ją w serwisach niemieckich czy dalekowschodnich. Trudno więc powiedzieć, jak to się ma do głoszonego patriotyzmu gospodarczego.

Jak podkreśla, w Polsce branża handlu elektroniką zapewnia roczne wpływy z VAT w wysokości ok. 5 mld zł jedynie z urządzeń mających być objętych proponowaną opłatą i utrzymuje ok. 100 tys. miejsc pracy. Nowa opłata – nie dość, że odbiłaby się na kieszeni najmniej zamożnych Polaków i zwiększyłaby problem wykluczenia cyfrowego – zaszkodziłaby również prężnie działającej gałęzi gospodarki.

– Te 4–6 proc. opłaty reprograficznej zaszkodziłoby producentom tańszego sprzętu, który często ludziom mniej zarabiającym jest niezbędny do tego, żeby móc pracować czy uczyć się zdalnie. Taki sprzęt stałby się niedostępny, nie opłacałoby się go już na polskim rynku sprzedawać. Mielibyśmy sytuację podobną jak we Francji, gdzie na rynku został wyłącznie wysoki, drogi sprzęt – właśnie dlatego, że wysoka opłata reprograficzna zmieniła kształt tamtejszego rynku. My nie jesteśmy społeczeństwem tak bogatym jak Niemcy czy Francuzi, natomiast pod względem wielkości przewidywanej opłaty bylibyśmy dokładnie na trzecim miejscu w Europie i na trzecim miejscu w ogóle na świecie, za tymi dwoma krajami – wskazuje dr Dawid Piekarz.

W podobnym tonie wypowiedzieli się eksperci podczas zorganizowanego przez Instytut Staszica panelu dyskusyjnego „Opłata czy haracz”. Wzięli w nim udział, poza przedstawicielami Instytutu, także Tomasz Wróblewski, prezes think-tanku Warsaw Enterprise Institute, dr Marian Szołucha z Instytutu Prawa Gospodarczego, Andrzej Przybyło, prezes spółki AB, oraz Marek Tatała, wiceprezes think-tanku Forum Obywatelskiego Rozwoju.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/instytut-staszica-nowy,p999110435

Polacy błyskawicznie przyswajają finansowe innowacje. Ponad połowa oczekuje, że w ciągu 10 lat będzie płacić za pomocą skanu tęczówki czy twarzy

0

Pierwsza karta płatnicza pojawiła się na polskim rynku 30 lat temu. Od tego czasu Polacy pokochali bezgotówkowe płatności – w 2020 roku liczba terminali przekroczyła milion, a tylko w IV kwartale kartami dokonano 1,56 mld transakcji bezgotówkowych o wartości 108 mld zł. Majowe badanie HASHfinanseprzyszłosci2021 zrealizowane dla Banku Millennium pokazuje, że w obszar płatności w coraz większym stopniu wkraczają technologie, a Polacy coraz chętniej płacą np. smartfonem czy zegarkiem. W najbliższych latach intensywnie będzie się rozwijać biometria. Ponad połowa osób uczestniczących w badaniu zgodziła się ze stwierdzeniem, że za 10 lat płatności za pomocą skanu twarzy, odcisku palca czy tęczówki oka będą w Polsce dostępne i wykorzystywane przez większość Polaków. Co ciekawe, Polacy oczekują nie tylko wygodnych, szybkich i bezpiecznych płatności, ale zwracają także uwagę na ich aspekt ekologiczny.

– Rozwój płatności zmierza w kierunku ich upraszczania oraz automatyzacji i będzie przebiegać o wiele dynamiczniej niż w przeszłości. Wdrożenie technologii zbliżeniowej – obecnie bardzo popularnej – zajęło bankom i organizacjom płatniczym prawie pół wieku. Udostępnienie aplikacji mobilnej na smartfony to był już okres zaledwie kilku lat. W przypadku płatności mobilnych przebiega to jeszcze szybciej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Halina Karpińska, dyrektor Departamentu Bankowości Elektronicznej w Banku Millennium.

Zdalne kanały kontaktu z bankiem i bezgotówkowe płatności cieszą się w Polsce bardzo dużą – i wciąż rosnącą – popularnością. Z ostatniego raportu „NetB@nk” Związku Banków Polskich wynika, że wśród klientów indywidualnych jest już ok. 27 mln aktywnych użytkowników zdalnej bankowości (mobilnej i internetowej). W najszybciej rosnącym segmencie bankowości mobilnej tylko w ostatnim kwartale ub.r. przybyło 0,5 mln nowych użytkowników, a ich łączna liczba sięgnęła prawie 14,2 mln. W tym gronie 7,45 mln to tzw. użytkownicy mobile only, którzy korzystają z bankowości zdalnej wyłącznie poprzez aplikację w smartfonie. 

Dane NBP pokazują z kolei, że na koniec 2020 roku na polskim rynku znajdowało się prawie 43,7 mln kart płatniczych, z których 87,8 proc. stanowiły karty zbliżeniowe. Tylko w IV kwartale ub.r. Polacy dokonali nimi 1,56 mld transakcji bezgotówkowych (które stanowiły aż 92,2 proc. łącznej liczby wszystkich transakcji kartami).

– Według danych Narodowego Banku Polskiego już około połowa wszystkich transakcji, których dokonujemy, realizowana jest w formie bezgotówkowej – mówi Tomasz Pol, dyrektor Departamentu Marketingu Bankowości Detalicznej w Banku Millennium.

Z badania IBRiS i Banku Millennium wynika, że 21 proc. Polaków w czasie pandemii częściej niż wcześniej korzystało z płatności zbliżeniowych. Wśród nich 94 proc. po ustaniu pandemii również będzie płacić w ten sposób częściej niż gotówką. 27 proc. badanych uważa, że za 10 lat płatności zbliżeniowe wciąż będą najpopularniejszym środkiem płatniczym. Niemal co piąty Polak przewiduje, że za 10 lat najchętniej będzie płacić zbliżeniowo telefonem, z kolei 17 proc. postawi na rozwiązania biometryczne, a 10 proc. – na wearables.

– Coraz częściej można zobaczyć osoby korzystające przy terminalu płatniczym nie z plastikowej karty, ale z telefonu bądź zegarka. To powoli przestaje być technologiczną nowinką. Przyszłość to właśnie płatności mobilne i wearables, czyli np.  bransoletki czy smartwatche. To jest łatwiejsze i wygodniejsze dla klienta – mówi Halina Karpińska.

– 30 lat temu pierwsza karta wymagała zdeponowania 200 ówczesnych milionów złotych w banku i cierpliwości, aby ją otrzymać. Dziś kartę można otrzymać praktycznie natychmiast na przykład w aplikacji mobilnej i chwilę potem realizować już płatności, autoryzując je chociażby biometrią. Ten trend – szybkich płatności, mocnych autoryzacji, będzie się wzmacniał się w przyszłości – dodaje Tomasz Pol.

Bank Millennium i Visa wskazują na pięć kluczowych trendów, które w najbliższych latach będą rządzić bankowością konsumencką. Jednym z nich jest dostosowanie oferty do potrzeb nowej generacji klientów, którzy świetnie poruszają się w świecie technologii, płynnie przechodząc ze świata offline do online i odwrotnie. Klient 4.0 oczekuje od banku nie tylko nowoczesnych usług finansowych, ale też bardzo głęboko spersonalizowanych, oferowanych dokładnie w tym miejscu i czasie, kiedy zaistnieje taka potrzeba.

– Naturalnym kierunkiem rozwoju będą teraz płatności, które odbywają się automatycznie, w tle, subskrypcyjne płatności z autoryzacją za pomocą biometrii, z minimalną ingerencją ze strony klienta. Ten trend upraszczania płatności i ułatwiania życia klientom jest najlepszym drogowskazem, pokazującym kierunek rozwoju płatności i technologii, które je wspierają – mówi Halina Karpińska.

Raport wskazuje, że jedną z takich technologii będzie biometria, która zacznie odgrywać ważniejszą rolę niż dotychczas. Ponad 50 proc. Polaków uważa, że za 10 lat płatności za pomocą skanu twarzy, odcisku palca czy tęczówki oka będą w Polsce dostępne i wykorzystywane przez większość klientów bankowości. Jedno z pierwszych rozwiązań na świecie umożliwiające płatności za pomocą skanu tęczówki zostało zaprojektowane właśnie w Polsce i jest już dostępne w niemal 100 miejscach we Wrocławiu.

– Biometria będzie kluczowa dla płatności przyszłości. Przewidujemy, że już w niedalekiej przyszłości duża część płatności będzie autoryzowana biometrycznie, co wynika z faktu, że jest to najwygodniejsza metoda autoryzacji transakcji. Nie trzeba pamiętać żadnych dodatkowych haseł, a zabezpieczenie opiera się na wizerunku twarzy, liniach papilarnych czy brzmieniu głosu. Do zabezpieczenia można wykorzystać jedną bądź wiele takich cech. Dodatkowo biometria spełnia wszystkie wymogi regulacyjne dotyczące płatności, więc jest bardzo bezpieczna. Te dwa czynniki – bezpieczeństwo i wygoda – są najważniejsze dla klientów w przypadku płatności – mówi dyrektor Departamentu Bankowości Elektronicznej w Banku Millennium.

Eksperci Banku Millennium i Visa sugerują także, że usługi finansowe w przyszłości będą częściej „zaszyte” w codziennych czynnościach, dzięki czemu staną się wygodniejsze. W tym zakresie rozwijane będą takie technologie jak tokenizacja czy internet rzeczy. Przykładowo inteligentna lodówka sama zamówi brakujące produkty w sklepie i za nie zapłaci. Niektóre takie rozwiązania – jak np. płatność za przejazd autostradą przez aplikację mobilną, bez konieczności zatrzymywania się na bramkach – są już dostępne.

Z badania HASHfinanseprzyszlosci2021 wynika także, że w nadchodzących latach usługi finansowe będą coraz bardziej powiązane z dbałością o środowisko i klimat. Ponad połowa ankietowanych w ramach badania Banku Millennium zadeklarowała, że jest dla nich ważne, by karta płatnicza była biodegradowalna, wykonana z ponownie przetworzonego materiału lub miała wyłącznie cyfrową postać.    

– Instytucje finansowe w ramach cyfryzacji proaktywnie poszukują takich obszarów, które mogą wesprzeć środowisko, i jednocześnie prowadzą edukację klientów, promując takie rozwiązania – wyjaśnia Halina Karpińska. 

Z edukacją klientów wiąże się kolejny z trendów wskazanych w raporcie, a mianowicie rozwój usług typu parent & child, czyli kierowanych do rodziców i dzieci. Wynika to z faktu, że na rynek płatności i usług finansowych zaczynają wkraczać coraz młodsi użytkownicy. Dzieci zaczynają robić drobne zakupy w wieku siedmiu–ośmiu lat, a z konta bankowego zaczynają korzystać już dwa–trzy lata później. Gromadzą tam swoje oszczędności, płacą kartą, dokonują płatności w grach online i korzystają z aplikacji mobilnej banku. Ponad 90 proc. rodziców chce mieć jednak kontrolę nad kontem i wydatkami dziecka.

– W Banku Millennium zaoferowaliśmy w ostatnim czasie aplikację mobilną skierowaną specjalnie do najmłodszych klientów od siódmego roku życia – rachunek 360° Junior – oraz kartę, która pozwala im również na płatności telefonem. Wszystko to odbywa się pod czujnym okiem rodziców. Zależy nam na tym, aby nie tylko przesyłali kieszonkowe swoim dzieciom w odpowiedzi na prośbę wysyłaną przez specjalną funkcję w naszej aplikacji mobilnej, lecz także żeby mieli szansę uczestniczyć w ich edukacji finansowej – podkreśla Tomasz Pol.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polacy-blyskawicznie,p139095270

Minister finansów: Nowe przepisy VAT zlikwidują nieuczciwą konkurencję w e-handlu. Wyrównają szanse europejskich i pozaunijnych sklepów internetowych

0

Od czwartku 1 lipca obowiązują nowe unijne zasady opodatkowania transakcji internetowych podatkiem VAT. Zawarte w pakiecie VAT e-commerce przepisy uniemożliwią napływ do krajów UE paczek bez VAT-u np. z Chin, co wyrówna szansę europejskich i pozaunijnych e-sklepów i zlikwiduje nieuczciwą konkurencję. Nowe przepisy wprowadzają także szereg ułatwień w rozliczeniach, dzięki czemu transgraniczny e-handel w UE może zyskać na popularności.

Unijne rozwiązania implementuje do polskiego porządku prawnego nowa ustawa o podatku od towarów i usług z 20 maja br. Celem regulacji jest uszczelnienie VAT w imporcie tzw. małych przesyłek spoza Europy. Do tej pory paczki o wartości do 22 euro były zwolnione z tego podatku, co stwarzało pole do nadużyć. Komisja Europejska wyceniła straty europejskich gospodarek z tytułu celowego zaniżania wartości przesyłek na 7 mld euro rocznie. Od 1 lipca to rozwiązanie zostało zlikwidowane.

 Dla nas jest to bardzo ważne, bo wyrówna szanse wszystkich przedsiębiorców – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tadeusz Kościński, minister finansów, funduszy i polityki regionalnej. – Do tej pory przedsiębiorcy, którzy produkują i sprzedają przez internet w Polsce, podlegali opodatkowaniu VAT, a jak ktoś importował np. z Chin, to już tego podatku nie było. To jest niesprawiedliwa konkurencja. Teraz podatek będzie automatycznie pobierany. To jest sprawiedliwość podatkowa, ważna dla wszystkich.

Resort argumentuje, że jest to szczególnie istotne dla rodzimych pośredników, portali aukcyjnych i sprzedażowych, które często zmagają się z nieuczciwą konkurencją podmiotów spoza UE. Nowa regulacja ma być ważnym krokiem w kierunku wyrównania szans na korzyść europejskich, w tym polskich, firm.

Z drugiej strony celem dyrektywy, której implementację stanowi ustawa, jest także ułatwienie handlu transgranicznego na wewnętrznym rynku UE dzięki uproszczeniu formalności. Nie będzie już trzeba np. rejestrować spółki w państwie członkowskim, do którego dostarcza się towary powyżej jednego wspólnego progu 10 tys. euro.

– Przykładowo polskie sklepy internetowe dzięki nowym procedurom nie będą musiały już oddzielnie rejestrować się na potrzeby VAT w każdym kraju, do którego wysyłają przesyłki. Nie będą musiały się tam rozliczać i nie będą tracić czasu na zapoznanie się z funkcjonującymi tam procedurami – zapewnia wiceminister finansów Jan Sarnowski w komunikacie MF. 

Udział handlu internetowego podczas pandemii znacząco wzrósł we wszystkich krajach, bez względu na jego wcześniejszy poziom. W Polsce w naznaczonym lockdownem kwietniu br. stanowił 10,8 proc. sprzedaży ogółem, natomiast w maju, gdy otwarto większość sklepów w centrach handlowych, spadł do 9,1 proc. Rok wcześniej, w pierwszym pandemicznym kwietniu, wynosił on nawet 11,9 proc. Z raportu PwC „Strategie, które wygrywają. Liderzy e-commerce o rozwoju handlu cyfrowego” wynika, że między 2019 a 2020 rokiem e-sprzedaż wzrosła o 35 proc., a w kolejnych latach obroty e-handlu mają rosnąć po 12 proc. rocznie, by za pięć lat osiągnąć wartość 162 mld zł.

– Dla tych konsumentów, którzy kupują od polskich przedsiębiorców, nowa ustawa o pobieraniu VAT nie stanowi żadnej różnicy, bo do tej pory i tak płacili ten podatek. Różnicę zobaczą ci, co importują, bo do ceny będą musieli doliczyć VAT. To jest sprawiedliwe – podsumowuje Tadeusz Kościński. – Do tej pory nieuczciwa konkurencja powodowała, że traciliśmy z rynku dobrych przedsiębiorców, więc myślę, że to jest bardzo dobra zmiana.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/minister-finansow-nowe,p909100109

Gazowe inwestycje przyspieszają. PKN Orlen do 2025 roku wybuduje blok gazowy w Ostrołęce

0

Zamiast bloku węglowego do 2025 roku w Ostrołęce ma powstać nowoczesna elektrownia gazowa, którą kosztem 2,5 mld zł wybuduje PKN Orlen. Koncern energetyczny podpisał w tym tygodniu z firmą GE Power aneks do umowy, który otwiera drogę do rozpoczęcia tej inwestycji. – W związku z zaostrzającą się polityką klimatyczną i nowymi trendami technologicznymi potrzebna jest zmiana struktury mocy wytwórczych. Gaz ziemny jest konieczny polskiej gospodarce do efektywnej transformacji – wskazuje ekspert rynku energetyczno-paliwowego Piotr Maciążek.

Budowa nowego bloku węglowego w Elektrowni Ostrołęka C rozpoczęła się w październiku 2018 roku. Miała kosztować w sumie ok. 6 mld zł i być ostatnią inwestycją w nowy blok węglowy w Polsce. Jednak po dwóch latach i wydaniu ok. 1,3 mld zł z założonej kwoty finansowanie projektu zostało zawieszone, a budowa wstrzymana. W związku z polityką UE ukierunkowaną na odchodzenie od węgla, rosnącymi cenami uprawnień do emisji CO2 i groźbą braku rentowności całego projektu rząd zadecydował o przeprojektowaniu elektrowni i budowie bloku zasilanego paliwem gazowym zamiast węglem.

Zmiana paliwa w nowym bloku elektrowni Ostrołęka na gaz ziemny jest racjonalna, dzięki temu ten projekt powinien się bilansować finansowo, co jest niezwykle ważne dla inwestorów – powiedział agencji Newseria Biznes Piotr Maciążek podczas debaty zorganizowanej przez Krajową Izbę Gospodarczą.

W Ostrołęce na początku marca br. rozpoczęło się już wyburzanie zbędnych elementów bloku węglowego. W jego zastępstwie do 2025 roku ma powstać nowoczesna elektrownia gazowa, którą kosztem 2,5 mld zł wybuduje PKN Orlen. Energetyczny gigant podpisał w tym tygodniu z firmą GE Power aneks do umowy, który otwiera drogę do rozpoczęcia tej inwestycji.

Nowa elektrownia o mocy 745 MW netto ma powstać w technologii gazowo-parowej (CCGT), przy maksymalnym wykorzystaniu infrastruktury, która została przygotowana już wcześniej pod budowę bloku węglowego. Harmonogram zakłada, że inwestycja zakończy się w 2024 roku, a rok później zostanie oddana do użytku.

W tym newralgicznym momencie, kiedy transformacja w Polsce dopiero się rozpędza, przez następnych 10–15 lat gaz ziemny będzie kluczowy. Stąd inwestycja w nowy blok elektrowni Ostrołęka, jak i nowe inwestycje gazowe, które planuje Orlen, wydają się sensowne. One będą stabilizowały proces przechodzenia z mocy węglowych na moce odnawialne w polskiej energetyce – mówi ekspert rynku energetyczno-paliwowego.

Takie są też plany rządu w przyjętej niedawno „Polityce energetycznej Polski do 2040 roku”. Gaz ma być atrakcyjną alternatywą dla węgla w procesie transformacji energetycznej.

– W bilansie elektroenergetycznym na znaczeniu zyskiwać będą jednostki wytwórcze oparte na gazie ziemnym. Jednostki te będą wykorzystywane m.in. do bilansowania jednostek OZE. Ich atutem jest niższa emisyjność niż w przypadku węglowych jednostek wytwórczych, a wysoka elastyczność w zakresie możliwości regulowania wielkości produkcji – czytamy w rządowej strategii.

Rząd zakłada, że na koniec obecnej dekady udział węgla spadnie z ponad 70 proc. do 56 proc. (a nawet 37,5 proc. w scenariuszu wysokich cen uprawnień do emisji CO2). Z kolei udział OZE w miksie energetycznym do tego czasu ma już wynosić nie mniej niż 23 proc. Docelowo kluczową rolę w tej transformacji będą odgrywać m.in. fotowoltaika, morska energetyka wiatrowa czy atom.

– Gaz ziemny jako paliwo przejściowe na drodze ku neutralności klimatycznej jest przewidziany we wszystkich dokumentach strategicznych Komisji Europejskiej, więc ta inwestycja również będzie zgodna z filozofią UE i kierunkiem transformacji energetycznej w obrębie państw członkowskich – podkreśla Piotr Maciążek.

Jak wskazują eksperci ILF Consulting Engineers w raporcie „Energia (od)nowa”, szeroko zakrojone inwestycje w bloki gazowe w Polsce są w tej chwili technicznie i ekonomicznie uzasadnione, ponieważ zbliżają ją do osiągnięcia celów redukcji emisji CO2, choć jest to tylko faza przejściowa na drodze do całkowicie niskoemisyjnej energetyki. Czas eksploatacji bloku gazowego szacuje się jednak na 25–30 lat, więc elektrownie oddawane do użytku w nadchodzących latach wciąż będą w eksploatacji około 2050 roku.

PKN Orlen podkreśla, że ostrołęcka inwestycja przyczyni się do wzmocnienia polskiego bezpieczeństwa energetycznego i jest zgodna z długofalową strategią spółki, która zakłada rozwój nisko- i zeroemisyjnych źródeł energii oraz umocnienie Orlenu na pozycji lidera sektora energetycznego w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Do tego ostatniego ma się również przyczynić planowana fuzja z Grupą Lotos i PGNiG. Doprowadzi ona do postania energetyczno-paliwowego giganta, który pod względem kapitalizacji i wyników finansowych będzie dorównywał europejskim konkurentom.

W związku z zaostrzającą się polityką klimatyczną i nowymi trendami technologicznymi potrzebna jest zmiana struktury mocy wytwórczych PKN Orlen i nowego koncernu multienergetycznego. Gaz ziemny jest naturalną platformą, konieczną polskiej gospodarce do efektywnej transformacji. Docelowo będą to zaś źródła odnawialne, np. offshore czy farmy wiatrowe, w które Orlen również zamierza inwestować – mówi ekspert rynku energetyczno-paliwowego.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/gazowe-inwestycje,p1307563140

Polscy naukowcy z europejskimi partnerami pracują nad specjalnymi czujnikami do badania wody. Sprawdzą poziom zanieczyszczeń oraz możliwość przenoszenia koronawirusa w wodzie

0

Pogarszająca się jakość wody to jedno z największych globalnych wyzwań, a co za tym idzie – także obszar zainteresowania naukowców. Europejski projekt Aquasense ma na celu stworzenie nowego – samowystarczalnego i autonomicznego – systemu monitorowania jakości wody w czasie rzeczywistym. Uczestniczą w nim również badacze z Polski. Po wybuchu globalnej pandemii uwaga naukowców skupiła się na tym, czy koronawirus SARS-CoV-2 może przenosić się przez wodę. Wyniki dotychczasowych badań mogą być cenną wskazówką dla służb sanitarnych. 

Po wybuchu pandemii COVID-19 na początku 2020 roku naukowcy z projektu Aquasense postanowili sprawdzić, czy nowy koronawirus może przenosić się przez wodę, do której dostają się nieoczyszczone ścieki komunalne. To istotne o tyle, że – jak podaje ONZ – ponad 80 proc. nieoczyszczonych ścieków powstałych w wyniku działalności człowieka ma ujście do rzek lub mórz, 6 na 10 ludzi nie ma dostępu do bezpiecznych urządzeń sanitarnych, a na całym świecie wciąż ponad 890 mln ludzi nadal praktykuje defekację na wolnym powietrzu. Transmisja wirusa poprzez wodę zanieczyszczoną ściekami oznaczałaby więc potężne zagrożenie epidemiologiczne w globalnej skali, a także realne ryzyko zainfekowania zwierząt wodnych.

– Na to, czy koronawirus SARS-CoV-2 może znajdować się w wodzie, wpływa szereg czynników. Jednym z nich jest technologia oczyszczania ścieków. Przykładowo, jeśli do sterylizacji ścieków stosowane jest promieniowanie UV, przeżycie wirusa zależy od intensywności tego promieniowania. Jeśli jego dawka zabije wirusa, to problem zniknie i jego transmisja staje się niemożliwa. Jeśli jednak uda się mu przetrwać, bo promieniowanie było zbyt mało intensywne, ścieki mogą być drogą rozprzestrzeniania się wirusa. To samo dotyczy też innych metod, takich jak chlorowanie. Przeżycie wirusa zależy od tego, jak dużo chloru dodamy do wody. Jeśli będzie go zbyt mało, istnieje ryzyko transmisji – mówi agencji Newseria Biznes Kiranmai Uppuluri, stypendystka programu Maria Skłodowska-Curie Actions i specjalistka inżynierii środowiska Grupy Badawczej Technologia LTCC i Elektronika Drukowana w Łukasiewicz – Instytucie Mikroelektroniki i Fotoniki.

Badania w ramach projektu Aquasense pokazały, że transmisji koronawirusa przez wodę sprzyja kombinacja temperatury (w niskiej wirus żyje dłużej) i niskich opadów – co oznacza mniejsze rozcieńczenie ścieków przez deszcz. To pozwoliło naukowcom wyliczyć szacowane stężenie wirusa w wodzie po wycieku ścieków i skorelować je z liczbą zakażeń. Innymi słowy: na podstawie stężenia wirusa w wodzie badacze są w stanie oszacować rzeczywistą liczbę chorych na COVID-19 na danym obszarze, co stanowi cenną wskazówkę np. dla służb sanitarnych. Wykorzystując zdobytą wiedzę, naukowcy zaprojektowali też bezpłatny kalkulator JamieLab/CoV2-wastewater, który pomaga oszacować ryzyko transmisji SARS-CoV-2 po wycieku ścieków do wody. Wyniki badań opublikowano w czasopiśmie „​ACS ES&T Water”.

Transmisja koronawirusa w wodzie to tylko jeden z aspektów szeroko zakrojonego projektu Aquasense.

 Ten projekt Unii Europejskiej dotyczy monitorowania jakości wody i żywności przy użyciu autonomicznych czujników oraz inteligentnego gromadzenia i analizy danych. Jesteśmy zespołem 16 naukowców z dziewięciu europejskich krajów, w projekcie uczestniczy 12 uczelni partnerskich i dwóch partnerów przemysłowych – mówi Kiranmai Uppuluri.

Według ONZ jednym z największych, globalnych problemów jest w tej chwili nie tylko zaostrzający się niedobór wody (już 40 proc. światowej populacji cierpi z powodu jej niedostatku i ten odsetek będzie rósł), ale i jej jakość. Morza i oceany pokrywają 3/4 powierzchni Ziemi, pochłaniają ok. 30 proc. dwutlenku węgla, łagodząc skutki globalnego ocieplenia, i zapewniają utrzymanie ponad 3 mld ludzi na całym świecie. Od początku rewolucji przemysłowej poziom kwasowości wód wzrósł o 26 proc., a wody przybrzeżne ulegają stopniowemu zanieczyszczeniu i eutrofizacji, która polega na tym, że w wyniku wzrostu zawartości związków azotu i fosforu (np. ze źródeł rolniczych) w wodzie mnożą się glony, tworząc ogromne biomasy. Przez to wzrasta w wodzie także ilość bakterii, np. sinic, które uniemożliwiają rekreacyjne wykorzystanie zbiorników, a także wyczerpują się zasoby tlenu w warstwach przydennych, co wpływa na tarło niektórych gatunków ryb. ONZ szacuje, że jeśli zjawisko to będzie postępować w tym tempie, do 2050 roku obejmie ok. 20 proc. dużych ekosystemów morskich.

Pogorszenie jakości wody – spowodowane działalnością człowieka, odpadami przemysłowymi, zmianami klimatu etc. – to narastający problem i wyzwanie dla naukowców, którzy nie dysponowali dotąd dostatecznie dobrymi narzędziami pomiarowymi pozwalającymi ocenić jego skalę. Dlatego w 2018 roku ruszył projekt Aquasense, sfinansowany przez Unię Europejską grantem w wysokości ponad 4 mln euro (Horyzont 2020). Koordynatorem projektu jest Uniwersytet w Glasgow, ale uczestniczy w nim łącznie dziewięć krajów europejskich (Wielka Brytania, Niemcy, Irlandia, Serbia, Szwecja, Włochy, Austria, Estonia oraz Polska).

– Badanie jakości wody to po prostu sprawdzanie, czy jest ona dla nas zdrowa. Musimy badać wodę, aby mieć pewność, że jej właściwości fizyczne, chemiczne i biologiczne są zgodne z normami oraz że nadaje się ona do spożycia – wyjaśnia stypendystka programu Maria Skłodowska-Curie Actions. – Moim zadaniem w Łukasiewicz – Instytucie Mikroelektroniki i Fotoniki jest opracowanie czujników do pomiaru pH, rozpuszczonego tlenu, temperatury i przewodności. Dziś informacje o parametrach takich jak pH tradycyjnie uzyskuje się za pomocą szklanej elektrody. Problem w tym, że jest ona nieporęczna, może ulec rozbiciu, a poza tym pomiędzy pomiarami musi być zanurzona w roztworze elektrolitu. Aby zniwelować te ograniczenia, staram się opracować mniejsze czujniki, wykonane z tlenków metali i innych materiałów.

Celem naukowców z projektu Aquasense jest stworzenie samowystarczalnego i autonomicznego systemu monitorowania jakości wody, który będzie dostarczać danych w czasie rzeczywistym. Badacze korzystają w tym celu z najnowszych technologii: od dronów i podwodnych robotów po zaawansowane czujniki i algorytmy sztucznej inteligencji.

– Mamy w zespole różnych naukowców. Część z nas opracowuje czujniki, inni zajmują się ich testowaniem, a jeszcze inni tworzą drony pobierające próbki. Są też tacy, którzy zajmują się technologiami sieciowymi. Jako zespół naukowców wspólnie staramy się stworzyć nowy system monitorowania jakości wody – mówi ekspertka.

Jak podkreśla, efekty międzynarodowych badań, w których uczestniczy też Instytut Mikroelektroniki i Fotoniki z polskiej Sieci Badawczej Łukasiewicz, pomogą nie tylko w zapewnianiu dostępu do bezpiecznej, czystej wody pitnej, ale i przyczynią się do ochrony ekosystemów wodnych.

 Gdy ktoś zrzuci do jeziora groźne odpady, to ryby i ssaki wodne są zagrożone, bo nie zawsze są w stanie wyczuć niebezpieczeństwo. Dlatego to my odpowiadamy za zastosowanie odpowiednich czujników, które sprawdzą jakość wody, żeby chronić te formy życia. Ich naturalne sensory nie potrafią wykryć zagrożenia, więc to my musimy się tym zająć. Za pomocą naszych czujników możemy sprawdzić, czy woda jest bezpieczna i czy nadaje się do picia – tłumaczy Kiranmai Uppuluri.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polscy-naukowcy-z,p1551515816

Dziura budżetowa zmusi samorządy do cięcia inwestycji w oświacie. Lukę mogą wypełnić podmioty prywatne

0

Przez zmiany w podatkach i pandemię, które odcisnęły piętno na budżetach samorządów, będą one zmuszone do cięcia inwestycji. Wśród obszarów, które mogą ucierpieć najbardziej, jest oświata. Już dziś stanowi ona jedną z największych pozycji w wydatkach gmin, przez co często jest niedoinwestowana. Dlatego wiele samorządów jest zainteresowanych outsourcingiem oświaty, który z powodzeniem i od lat działa w wielu krajach Europy i obu Ameryk. Także w Polsce, choć na razie na niewielką skalę, są już przykłady takiej publiczno-prywatnej współpracy w sektorze oświatowym.

– Finanse samorządów po roku pandemii wyglądają kiepsko. Już zaczęła się dyskusja o tym, że wiele inwestycji oświatowych i edukacyjnych planowanych na najbliższe lata najprawdopodobniej wypadnie z kolejki i zostaną odłożone na nie wiadomo kiedy. Efektów tych cięć nie zobaczymy jeszcze w tym roku, bo inwestycje w tym obszarze prowadzone teraz przez miasta i gminy były zaplanowane kilka lat temu. Natomiast prawdziwa zmiana będzie widoczna za dwa–trzy lata – prognozuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Mateusz Krajewski, prezes Fundacji Ogólnopolski Operator Oświaty. 

Uchwalone przez rząd zmiany w podatku PIT i COVID-19, skutkujące mniejszymi wpływami do kas samorządów, a z drugiej strony koszty ponoszone na walkę z pandemią i wysoka inflacja – to czynniki, które przyczyniają się do pogorszenia kondycji finansowej samorządów. W efekcie wiele z nich musi rewidować swoje plany inwestycyjne i wprowadzać cięcia.

Rządowy raport z 2019 roku na temat potrzeb inwestycyjnych samorządów wskazuje, że tylko w zakresie wodociągów i kanalizacji wynosiły one ok. 93 mld zł, w zakresie dróg wojewódzkich – 51 mld zł, a w obszarze gospodarowania odpadami – 22,5 mld zł. Zdolności do ich finansowania są coraz mniejsze, bo w poprzednim roku w niektórych kategoriach samorządów nadwyżki operacyjne, przeznaczane na nowe przedsięwzięcia, gwałtownie się załamały po wybuchu pandemii.

Jak ocenia Mateusz Krajewski, cięcia będą dotyczyć również oświaty, mimo że potrzeby inwestycyjne również w tym obszarze są ogromne, ale stanowi ona jedną z największych pozycji w kosztach. Wbrew pozorom dotyczy to nie tylko wsi i mniejszych miejscowości, ale i dużych aglomeracji.

Wszystkie duże miasta mają w tej chwili ten sam problem. Mieszkańcy oddalają się od centrum, gdzie miasto ma swoją infrastrukturę społeczną. Największe osiedla powstają na suburbiach, a ich nowi mieszkańcy oczekują, że szkoły i przedszkola będą blisko domu. Tutaj zaczyna się ogromny problem, bo osiedla te często nie mają uwzględnionej infrastruktury społecznej – mówi prezes Fundacji Ogólnopolski Operator Oświaty.

Fundacja jest podmiotem, który pomaga samorządom wypełnić luki w infrastrukturze oświatowej. W ramach współpracy samorząd wnosi działkę, na której może powstać nowe przedszkole lub szkoła, albo budynek wymagający remontu, który można przeznaczyć pod cele oświatowe. Z kolei spółka wnosi swoje know-how, zajmuje się pozyskaniem funduszy, realizacją całej inwestycji i późniejszym administrowaniem placówką oświatową.

Samorządy od kilkunastu lat korzystają z naszej pomocy na kilka sposobów. W wersji minimum samorząd, który dysponuje jakąś bazą lokalową, np. starą zlikwidowaną szkołą czy nieużywanym budynkiem, zleca nam, po wspólnej analizie demograficznej, przygotowanie w takim miejscu nowej placówki. To często wiąże się z kompleksowym remontem tego miejsca, dokonaniem odbiorów, skompletowaniem pracowników i uruchomieniem działalności. W wersji bardziej zaawansowanej, którą realizujemy od 2012 roku, samorząd oddaje nam do dyspozycji swój grunt – albo w formie własności, albo w formie użyczenia, na którym budujemy potrzebną infrastrukturę. Do tej pory były to przede wszystkim nowe przedszkola – wyjaśnia Mateusz Krajewski.

W trakcie dwóch dekad działalności fundacja zrealizowała już w sumie 400 szkół i przedszkoli w całej Polsce, tworząc w nich ponad 5 tys. miejsc dla dzieci. Na te projekty pozyskała 56 mln zł zewnętrznego finansowania. Obecnie realizuje około trzech nowych inwestycji rocznie, udostępniając kilkaset dodatkowych miejsc w przedszkolach i szkołach podstawowych. Jednocześnie fundacja administruje 63 placówkami oświatowymi w ośmiu gminach (m.in. we Wrocławiu, Gdańsku, Poznaniu i Łodzi), zatrudniając 975 pracowników oświatowych. Korzystają one z centralnego zespołu księgowego i administracyjnego, co ogranicza ich koszty działalności.

– W tej chwili większość z gmin, z którymi mamy kontakt, niezależnie od tego, czy mówimy o zachodzie kraju, o wschodzie, północy czy południu, deklaruje nam gotowość do rozpoczęcia rozmów i zainteresowanie przekazaniem do prowadzenia placówek, które w tej chwili są pod ich zarządem. To ogromna skala, biorąc pod uwagę, że w Polsce mamy 2,4 tys. gmin – mówi prezes Fundacji Ogólnopolski Operator Oświaty.

Jak podkreśla, outsourcing oświaty jest już od dawna popularny w wielu krajach Europy i obu Ameryk, gdzie silną sieć placówek publicznych prowadzą organizacje społeczne, fundacje, stowarzyszenia czy kościoły.

 – Ciekawym przykładem angażowania się sektora prywatnego w oświatę są szkoły zawodowe w Niemczech. Tam bardzo aktywne są cechy zawodowe, które biorą udział w kreowaniu całego procesu dydaktycznego – mówi Mateusz Krajewski. – W Polsce także szkoły są prowadzone przez organy inne niż samorząd już od 30 lat. W tej chwili w całym kraju aż 15 proc. szkół działa w takim modelu, choć niestety uczęszcza do nich tylko ok. 6 proc. dzieci. To pokazuje, że ten czynnik społeczny, który angażuje się w oświatę, zwłaszcza publiczną, prowadzi wyłącznie małe placówki. Ta sieć jest niezwykle rozdrobniona. Mam nadzieję, że w Polsce będzie coraz większa świadomość tego, że podmioty prywatne też mogą bardzo skutecznie podejmować się takich zadań.

Na utrzymanie oświaty samorządy otrzymują pieniądze z budżetu centralnego poprzez subwencję oświatową. Nie są to jednak środki wystarczające. Jak podaje Aesco Group, w ubiegłym roku samorządy musiały znaleźć na ten cel dodatkowe 32 mld zł, czyli o ponad połowę więcej niż w 2015 roku. To głównie efekt rosnących kosztów wynagrodzeń, które stanowią 85–90 proc. wydatków na oświatę. W skali całej Polski – na 2808 jednostek samorządu terytorialnego – tylko kilkanaście z nich (ok. 0,5 proc.) nie dopłaca do edukacji.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/dziura-budzetowa-zmusi,p647477285

Polscy eksporterzy obronili się w pandemii. W nadchodzących miesiącach konkurencja na rynkach zagranicznych będzie rosła

0

Mimo trudnych warunków polscy eksporterzy wyszli z pandemii wzmocnieni, a w ubiegłym roku wzrósł udział Polski w światowym handlu. Optymistyczne są również statystyki za pierwsze miesiące tego roku. Choć na rynki wraca koniunktura, w kolejnych miesiącach polskim eksporterom wcale nie będzie łatwiej, bo wiele krajów planuje wydobyć się z pandemicznej recesji właśnie poprzez eksport. Dlatego polskie firmy w popandemicznej rzeczywistości chce wesprzeć KUKE, dostarczając im nowe narzędzia, które mają pozwolić im na skuteczniejszą ekspansję i poprawienie konkurencyjności. Pierwszym polskim bankiem, który zaoferuje przedsiębiorcom nowe instrumenty z oferty KUKE, będzie Santander, jeden z liderów w finansowaniu transakcji w międzynarodowym handlu.

– Polscy eksporterzy podczas pandemii poradzili sobie bardzo dobrze. Gros spośród nich zwiększyło swoje obroty. I chociaż obrót światowy w zeszłym roku mocno spadł, nasz eksport utrzymał się na poziomie z 2019 roku, więc można powiedzieć, że pozostał nienaruszony przez pandemię. Na szczęście w naszej gospodarce – w przeciwieństwie do krajów Europy Zachodniej – nie dominuje sektor usług, mamy dużo przemysłu, którego eksport w czasie pandemii rósł. Zbawienna była też dla nas dobra sytuacja w Niemczech, które podobnie jak Polska są krajem nastawionym na produkcję dóbr. Nasz eksport do Niemiec, który już wcześniej był wysoki, w czasie pandemii jeszcze się zwiększył. Nasi eksporterzy znaleźli też dla siebie inne rynki zbytu, wypełniali luki powstające na rynkach – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Janusz Władyczak, prezes KUKE.

Według danych GUS w 2020 roku obroty towarowe handlu zagranicznego wyniosły 1051,9 mld zł w eksporcie oraz 998,3 mld zł w imporcie. Dodatnie saldo ukształtowało się na poziomie 53,7 mld zł, podczas gdy rok wcześniej zaledwie 5,1 mld zł. W porównaniu z poprzednim rokiem eksport wzrósł o 2,8 proc. (w złotych). Największy udział w eksporcie ogółem (ponad 86 proc.) miały kraje rozwinięte (w tym blisko 74 proc. kraje UE). W porównaniu z poprzednim rokiem udział Niemiec – które są dla polski głównym partnerem handlowym – wzrósł o 1,2 pkt proc., do 28,9 proc.

Analitycy zauważają, że mimo pandemii COVID-19 w ubiegłym roku wzrósł udział Polski w światowym eksporcie, a dynamika eksportu towarów z naszego kraju była dużo wyższa niż w większości państw UE. To bardzo pozytywne dane, zważywszy, że eksport jest jednym z kluczowych czynników wspierających polski wzrost gospodarczy, a jeszcze na początku pandemii analitycy obawiali się w nim dużych spadków.

Optymistyczne są również statystyki za pierwsze miesiące tego roku. Dane GUS wskazują, że w okresie styczeń–kwiecień eksport wyniósł 408,4 mld zł, a nadwyżka w handlu sięgnęła 16 mld zł. W porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku eksport zwiększył się o 25,6 proc. Rosła sprzedaż baterii samochodowych, odbiorników telewizyjnych, katalizatorów, odzieży i mebli.

 Polskie produkty i usługi odznaczają się bardzo dobrą jakością i mogą z powodzeniem konkurować z zagranicznymi. Dla polskich firm jest to dobry sposób, żeby zdynamizować gospodarkę po pandemii – mówi Juan de Porras Aguirre, wiceprezes zarządu kierujący Pionem Bankowości Korporacyjnej i Inwestycyjnej w Santander Bank Polska.

Wiele krajów planuje wydobyć się z pandemicznej recesji poprzez eksport, co oznacza, że konkurencja na rynkach będzie zacięta mimo powrotu koniunktury. KUKE chce wesprzeć nowymi rozwiązaniami polskich eksporterów. 

– Wiedzieliśmy, że to m.in. eksport będzie stanowił o sile krajowych gospodarek i wiele państw będzie chciało wychodzić ze swojej niezbyt dobrej sytuacji właśnie tą drogą. Dlatego w trakcie pandemii mocno pracowaliśmy nad rozwiązaniami, które mają wspierać eksporterów również w okresie postpandemicznym – mówi prezes KUKE.

– Mamy szereg nowych gam produktowych: poczynając od gwarancji, poprzez inwestycje krajowe, inwestycje zagraniczne, aż po nasze flagowe instrumenty, które funkcjonowały już wcześniej. Wszystkie zostały zmodyfikowane albo powstały w ramach całkiem nowego systemu wsparcia – wyjaśnia Piotr Maciaszek, dyrektor Departamentu Ubezpieczeń i Współpracy Międzynarodowej w KUKE.

W ramach systemu wsparcia eksporterów spółka wprowadziła nowe instrumenty i gruntownie zmodyfikowała ofertę już istniejących, udzielanych z gwarancjami Skarbu Państwa. Pojawiły się m.in. gwarancje spłaty kredytu na finansowanie bieżące, gwarancje spłaty zobowiązań wobec dostawców oraz gwarancje na finansowanie łańcucha dostaw, które pomogą eksporterom m.in. pozyskać w bankach i firmach faktoringowych dodatkowe środki.

W przypadku gwarancji kontraktowych KUKE uprościła procedury i wymogi dokumentowe, poszerzyła zakres objętych nimi towarów i usług oraz możliwości ich stosowania. Z kolei dzięki nowemu ubezpieczeniu kredytów na finansowanie inwestycji bezpośrednich za granicą polskie firmy będą mogły łatwiej prowadzić ekspansję i przejmować swoich konkurentów.

– W pierwszym półroczu przepracowaliśmy kwestie dokumentacyjne i tworzyliśmy rozwiązania, które już są gotowe i dostępne. Drugie półrocze poświęcimy na rozmowy o konkretnych projektach i dostosowaniu ich do oczekiwań klientów. Do wszystkich projektów o charakterze inwestycyjnym podchodzimy indywidualnie, rozmawiamy o szczegółach, bo dostosowanie poszczególnych struktur projektów jest jak najbardziej możliwe – wyjaśnia Piotr Maciaszek.

Nowe instrumenty KUKE, gwarantowane przez Skarb Państwa, zmniejszają ponoszone przez banki ryzyko kredytowe związane z finansowaniem działalności eksporterów. Dzięki temu będą one mogły pożyczyć klientom więcej środków w zakresie finansowania obrotowego, inwestycyjnego i gwarancji.

– Szczególnie podczas pandemii banki powinny wspierać polski eksport. Sprzedaż produktów na rynkach zagranicznych jest w tym trudnym okresie bardzo ważna dla polskich firm. Zaoferowane przez nas wspólnie z KUKE rozwiązania to zupełnie nowa jakość wsparcia dla eksporterów, dająca szansę na zwielokrotnienie obecności Polski na światowych rynkach. To też szansa na pobudzenie krajowych inwestycji nastawionych na eksport i przekonanie kolejnych firm, by odważnie wychodziły za granicę ze swoimi produktami i usługami. Już wkrótce pierwsi klienci powinni skorzystać z najnowszych rozwiązań w tym zakresie. Widzimy bardzo duże możliwości wykorzystania gwarancji KUKE dla finansowania obrotowego oraz inwestycyjnego, dzięki czemu firmy będą mogły pozyskać większe limity kredytowe – mówi Juan de Porras Aguirre.

Santander będzie pierwszym polskim bankiem, który zaoferuje polskim eksporterom nowe instrumenty z oferty KUKE. Bank jest jednym z liderów w finansowaniu transakcji w międzynarodowym handlu.

 Będziemy wraz z Santanderem oferować różnego rodzaju rozwiązania dla szerokiego grona eksporterów i przede wszystkim będziemy w stanie wspierać ich już tutaj, w Polsce – podkreśla prezes KUKE. – Zwiększymy pięciokrotnie skalę finansowania udzielanego przez banki, ponieważ my zabezpieczymy je w 80 proc. Jeśli natomiast bank będzie chciał pozostać na tym samym poziomie finansowania, my po prostu zdejmujemy z niego ryzyko. Dzięki temu udrażniamy cały system finansowania przedsiębiorstw i eksporterów.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polscy-eksporterzy,p392543354

Mit o zanieczyszczonej rybie z Bałtyku dużym problemem dla polskich rybaków. Krajowe gatunki trafiają do Europy Zachodniej, a Polacy wciąż się ich obawiają

0

– Naszymi bałtyckimi rybami zajada się pół Europy, tylko nie Polacy. Ludzie nie mają świadomości, jak wiele naszych ryb wyjeżdża do wyedukowanej ekologicznie Europy Północnej i Zachodniej. Tymczasem do Polski trafiają ryby z innych mórz i oceanów – mówi Marcin Radkowski z Kołobrzeskiej Grupy Producentów Ryb. Jak wskazuje, w Polsce wciąż w dużej mierze pokutuje mit o zanieczyszczonej rybie z Bałtyku, który odstrasza konsumentów i stanowi duży problem dla rodzimych rybaków. Tymczasem najnowsze badania zrealizowane przez Morski Instytut Rybacki – Państwowy Instytut Badawczy jednoznacznie udowadniają, że ryby z Bałtyku i ich przetwory są bezpieczne, a ostatnimi laty zawartość niektórych substancji wręcz mocno spadła – przypominają eksperci z okazji przypadającego 27 czerwca Światowego Dnia Rybołówstwa.

 Polskie rybołówstwo i przetwórstwo ryb już od kilku lat boryka się z czarnym PR-em, jaki próbuje się robić rybom bałtyckim, twierdzeniem, że są one szczególnie zanieczyszczone, wręcz trujące, i przestrzeganiem konsumentów przed ich jedzeniem. Biorąc pod uwagę wyniki badań, prowadzonych zarówno w Morskim Instytucie Rybackim w ramach projektów naukowych, jak i przez inne instytucje programów monitoringu, mogę powiedzieć, że jest to mit – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. inż. Joanna Szlinder-Richert, zastępca dyrektora ds. naukowych w Morskim Instytucie Rybackim – Państwowym Instytucie Badawczym.

Bałtyckie gatunki ryb – takie jak śledź, szprot, flądra, łosoś, turbot czy sandacz – często trafiają na stoły w Skandynawii czy krajach Europy Zachodniej, gdzie są cenione przez konsumentów za swoje prozdrowotne właściwości. Polacy natomiast sięgają po nie rzadko, do czego mit o zanieczyszczonej rybie z Bałtyku również się przyczynia. Tymczasem prowadzone od lat badania udowadniają, że ryby i przetwory z ryb z Morza Bałtyckiego zawierają śladowe zawartości zanieczyszczeń i w żadnym razie nie zagrażają konsumentom.

– To jest niepotrzebne straszenie konsumentów – podkreśla dr Joanna Szlinder-Richert. – Poziomy zanieczyszczeń, które na bieżąco monitorujemy w rybach bałtyckich, są znacznie niższe niż limity narzucone przez prawo. Przykładowo poziom metali ciężkich – takich jak rtęć, kadm czy ołów – już od około 30 lat jest dziesięciokrotnie niższy niż dopuszczalne normy.

Dla żywności dopuszczonej do sprzedaży na europejski rynek wprowadzane są restrykcyjne limity zanieczyszczeń, które nie mogą być przekroczone. Jej jakość gwarantuje też cały szereg mechanizmów kontrolnych, które weryfikują, czy na rynek trafiają produkty bezpieczne dla konsumentów. W Polsce zawartość zanieczyszczeń w rybach z Bałtyku jest monitorowana przez Państwowy Monitoring Środowiska, ale ich jakość kontrolują też sami producenci.

Jak wskazuje ekspertka MIR–PIB, zawartość niektórych zanieczyszczeń (np. dioksyn) w rybach z Bałtyku w ostatnich latach wręcz mocno spadła, co wiąże się z wprowadzaniem systemowych rozwiązań, które mają ograniczyć ich emisję do atmosfery, bo właśnie tą drogą do Morza Bałtyckiego trafia najwięcej zanieczyszczeń.

– Jeżeli ktoś przejmuje się zanieczyszczeniami w rybach, to, co wszyscy możemy zrobić, to właśnie dbać o środowisko. Nie ma powodów, żeby nie jeść ryb z Bałtyku, ponieważ ich walory zdrowotne są bardzo duże, a badania udowadniają, że poziomy zanieczyszczeń w tych rybach nam nie zagrażają – mówi.

– Mamy w związku z tym prośbę do Polaków, żeby w codziennym życiu dbali o ekologię. I to nie tylko tu w pasie nadmorskim, ale w całej Polsce. Nawet drobne codzienne czynności mogą prowadzić do tego, że odpadek wyrzucony gdzieś na południu Polski do rzeki czy strumienia finalnie ląduje w Bałtyku – podkreśla Marcin Radkowski, prezes Kołobrzeskiej Grupy Producentów Ryb, inicjator akcji Naturalnie Bałtyckie.

Mit o zanieczyszczonej rybie z Bałtyku to dziś jeden z ważniejszych problemów dla polskich rybaków, dla których ochrona wód tego morza jest kluczowa. W Polsce rybołówstwo zapewnia bowiem utrzymanie ok. 2,5 tys. osób, ale generuje przy tym kolejnych 20 tys. miejsc pracy w przetwórstwie rybnym oraz 31 tys. przy sprzedaży ryb i ich przetworów.

Rybacy są tak naprawdę największymi ekologami na Bałtyku. Nie ograniczamy się tylko do tego, że dbamy o stan zasobów, raportujemy, kiedy i gdzie poławiamy ryby, takimi sieciami, jak powinniśmy. Prowadzimy też cały szereg działań prośrodowiskowych – kilkukrotnie udało się nam pozyskać z UE dofinansowanie na usuwanie z dna Bałtyku sieci widm, czyli utraconego przez rybaków sprzętu połowowego. Bierzemy też udział w procesach certyfikacji w standardzie MSC i jesteśmy przekonani, że je pomyślnie przejdziemy. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby taki znaczek, związany z bardzo wyśrubowanymi standardami, otrzymać – zapewnia Marcin Radkowski.

Certyfikatem MSC są oznaczane ryby oraz produkty rybne, które zostały złowione albo wytworzone zgodnie z najwyższymi standardami jakościowymi, bez szkody dla środowiska. Polskie organizacje rybackie, które prowadzą połowy na Północnym Atlantyku czy Południowym Pacyfiku, są uczestnikami programu MSC już od ponad 10 lat. Od ubiegłego roku w procesie certyfikacji MSC uczestniczą też organizacje rybaków, którzy poławiają na rodzimym Bałtyku.

– W tej chwili realizujemy też projekt Naturalnie Bałtyckie, który ma przybliżyć Polakom nasze bałtyckie ryby. Jest mi autentycznie przykro, kiedy jeżdżę po Polsce i widzę, że polskich bałtyckich ryb nie ma zbyt wiele na sklepowych półkach i w restauracjach. Ludzie nie mają świadomości, jak wiele naszych ryb wyjeżdża do wyedukowanej ekologicznie Europy Północnej i Zachodniej. Tymczasem do Polski trafiają ryby z innych mórz i oceanów – mówi inicjator akcji.

Organizacje rybackie wskazują, że wybór ryb z Bałtyku to bardziej ekologiczna opcja, ponieważ ryby importowane, zanim trafią na stół, muszą przebyć tysiące kilometrów, co wiąże się z dodatkowymi ilościami zużywanego paliwa i emitowanego CO2. Spożywanie bałtyckich ryb jest ponadto sposobem na wspieranie polskich rybaków i krajowej gospodarki.

Pandemia była dla rybaków sporym problemem. To był czas, kiedy część jednostek przez choroby członków załogi nie mogła wychodzić w morze. Bardzo duża grupa rybaków odczuła to finansowo. Na pewno wyzwaniem w ostatnich latach są też zmiany klimatyczne i to, co w ich wyniku dzieje się nie tylko na świecie, ale i na Bałtyku – mówi Marcin Radkowski.

Według danych GUS na koniec 2020 roku polska flota rybacka liczyła 823 jednostki (o cztery mniej niż w poprzednim). W jej skład wchodziły dwa trawlery, 124 kutry oraz 697 łodzie rybackie. Z łowisk bałtyckich w 2020 roku pozyskano 130 tys. ton ryb, czyli o blisko 11 proc. mniej niż przed rokiem.

Według danych Europejskiego Obserwatorium Rynku w zakresie Rybołówstwa (EUMOFA) statystyczny Polak zjada rocznie ok. 14,5 kg ryb, czyli nawet trzykrotnie mniej niż mieszkańcy krajów śródziemnomorskich. Choć w ostatnich latach te statystyki powoli się poprawiają, to jednak nadal odbiegają od zaleceń ekspertów ds. żywienia, według których ryby powinny się pojawiać na talerzu przynajmniej dwa–trzy razy w tygodniu. Warto włączyć je do jadłospisu chociażby ze względu na wysoką zawartość pełnowartościowego białka, aminokwasów, witamin i cennych dla organizmu składników. Ryby z Bałtyku są w 100 proc. bezpieczne, nie są karmione antybiotykami, nie przekraczają żadnych rygorystycznie ustalonych limitów zanieczyszczeń. Zawierają za to m.in. jod, selen, żelazo, witaminy A, D3, E oraz wielonienasycone kwasy tłuszczowe omega-3.

– Kwasy omega możemy też znaleźć w innych rodzajach żywności, np. w olejach roślinnych. O co więc chodzi z tymi rybami, że są takie zdrowe? Otóż w rybach – zwłaszcza tych dziko żyjących – występują bardzo korzystne proporcje dwóch rodzin tych kwasów, czyli omega-3 i omega-6. Biorąc pod uwagę to, jakie proporcje kwasów zalecają dietetycy, oleje roślinne dostarczają w nadmiarze kwasów omega-6. Natomiast wprowadzając do diety ryby, można zbilansować i poprawić te proporcje – mówi dr Joanna Szlinder-Richert.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/mit-o-zanieczyszczonej,p1726965311

Pierwszy na świecie pasażerski pociąg wodorowy może być produkowany w Polsce. Od przyszłego roku zacznie regularnie kursować w Niemczech

0

Produkowany w fabrykach Alstomu w Niemczech i Polsce Coradia iLint to pierwszy na świecie pasażerski pociąg z napędem wodorowym. To cichy i bezemisyjny pojazd, który emituje tylko wodę i parę wodną. Na zakup pociągów na wodór zdecydowały się już Niemcy, Austria, a także Francja i Włochy. Jeśli spłynęłyby także zamówienia z Polski, takie pojazdy mogłyby zastąpić pociągi o tradycyjnym napędzie. Dla Polski, której 74 proc. transportu kolejowego nadal opiera się na węglu, a duża część tras wciąż pozostaje niezelektryfikowana, wykorzystanie wodoru na kolei to szansa na znaczące redukcje emisji CO2, ale i szansa w globalnym wyścigu technologii wodorowych. Pojazd właśnie zadebiutował na polskich torach podczas testów eksploatacyjnych na torze koło Wrocławia.

Coradia iLint jest pierwszym pociągiem, który wykorzystuje paliwowe ogniwa wodorowe do produkcji energii elektrycznej. Jest stworzony dla linii niezelektryfikowanych, które w Europie stanowią prawie połowę, a w Polsce 1/3 tras. Pociąg nie potrzebuje specjalnego przygotowania tych linii do podróży, ponieważ nie wymaga budowy sieci elektryfikacyjnej – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Sławomir Nalewajka, dyrektor zarządzający Alstomu w Polsce, na Ukrainie i w krajach bałtyckich.

Pierwszy na świecie pociąg pasażerski na wodór został zaprojektowany i zbudowany w zakładach Alstomu w Salzgitter w Niemczech, a niewyposażone wagony dla pojazdu iLint są produkowane w Polsce – w chorzowskim zakładzie Alstom Konstal. Pojazd jest wyposażony w ogniwa paliwowe, które przetwarzają wodór w energię elektryczną, i naszpikowany technologiami takimi jak inteligentny system zarządzania mocą napędową i dostępną energią czy technologia czystej konwersji energetycznej, która pozwala na elastyczne magazynowanie energii w bateriach.

Coradia iLint osiąga maksymalną prędkość do 140 km/h, jest w pełni bezemisyjny, mieści ok. 300 pasażerów i ma zasięg do 1 tys. km na jednym tankowaniu.

– Pociąg Coradia iLint ma osiągi porównywalne z klasycznym pojazdem napędzanym silnikiem diesla. Jest jednak całkowicie bezemisyjny, emituje jedynie wodę i parę wodną. Jest też cichy i nie wymaga elektryfikacji linii kolejowych, które są drogie w budowie i utrzymaniu. Potrzebna jest oczywiście stacja tankowania, ale ten pociąg może swobodnie jeździć w zasadzie po każdych torach – mówi Artur Fryczkowski, dyrektor sprzedaży i rozwoju biznesu Alstomu w Polsce, na Ukrainie i w krajach bałtyckich.

Według danych przytaczanych przez Alstom zastąpienie jednego spalinowego pociągu regionalnego pociągiem wodorowym zapewni taki sam efekt jak wyeliminowanie z dróg na rok 400 samochodów osobowych.

Wyobraźmy sobie, że zamiana 30 pociągów spalinowych na pociągi wodorowe iLint oznaczałaby redukcję 22 tys. ton CO2 rocznie, co równa się rocznej emisji CO2 12 tys. samochodów – mówi Sławomir Nalewajka.

Polska wiąże duże nadzieje z wykorzystaniem wodoru na kolei. Szacuje się, że ok. 74 proc. transportu kolejowego w naszym kraju nadal opiera się na wykorzystaniu węgla kamiennego i brunatnego. Polska jest piątym pod względem wielkości producentem wodoru na świecie. Produkuje ok. 14 proc. wodoru wytwarzanego w Europie, który jest wykorzystywany głównie w procesach przemysłowych. Jednak jest to głównie tzw. szary wodór, nieekologiczny, bo wytwarzany z paliw kopalnych typu ropa albo gaz. W globalnej skali tylko ok. 5 proc. to tzw. zielony wodór, czyli niskoemisyjny, produkowany z odnawialnych źródeł energii.

– Polska jest już dziś dużym producentem wodoru – wprawdzie szarego, tego gorszego z punktu widzenia Komisji Europejskiej, ale mamy potencjał, żeby dalej rozwijać tę technologię. Możemy to robić samodzielnie albo we współpracy z partnerami zagranicznymi m.in. po to, aby niezelektryfikowane linie kolejowe – a mamy ich całkiem sporo – mogły funkcjonować bardziej ekologicznie. Taka technologia pozwoliłaby też realizować bardziej elastyczne przewozy, a właśnie w tym kierunku chcemy podążać, żeby przyciągać pasażerów na kolej – mówi Andrzej Bittel, wiceminister infrastruktury i pełnomocnik rządu ds. przeciwdziałania wykluczeniu komunikacyjnemu.

Obecnie zastosowanie wodoru w transporcie czy energetyce wciąż jest marginalne, ale popyt stale rośnie. Zgodnie z planami Komisji Europejskiej, która w lipcu ub.r. opublikowała nową strategię wodorową, w przyszłości ma on służyć jako czyste, powszechnie dostępne paliwo i źródło energii.

 Strategią Unii Europejskiej jest zrównoważony i inteligentny transport, o zerowej emisji spalin. Podjęte w ostatnich latach decyzje dotyczą likwidacji połączeń lotniczych na krótkich dystansach do 500 km i zastąpienie ich m.in. właśnie poprzez bezemisyjną kolej wodorową – podkreśla Sławomir Nalewajka.

 Będziemy wspierać zieloną transformację na kolei, będziemy ułatwiać wprowadzenie pociągów wodorowych na polskie tory – mówi Andrzej Bittel. – Mamy na to pulę środków w Krajowym Planie Odbudowy i myślę, że znajdą się też w następnym Programie Operacyjnym Infrastruktura i Środowisko.

Na rozwój zrównoważonych i inteligentnych rozwiązań w transporcie stawia także Alstom. Koncern jako pierwszy na świecie zaprojektował i wdrożył do seryjnej produkcji pociąg napędzany wodorem. Od 2022 roku w Niemczech wejdą one już do regularnej eksploatacji. 41 składów Coradia iLint zamówiła kolej z Dolnej Saksonii. Zamówienia złożyły również Francja i Włochy.

– Mamy całą paletę rozwiązań, które są niskoemisyjne, oferujemy pociągi bateryjne oraz wodorowe. Transformacja energetyczna Europy idzie w kierunku wyeliminowania energii, która powstaje z węgla i z gazu, więc przed tego typu bezemisyjnymi pojazdami jest przyszłość – mówi Sławomir Nalewajka.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pierwszy-na-swiecie,p1997937649

Przemysław Czarnek zapowiada prace nad przyjaznym ekosystemem dla innowacji. Konieczny jest także wzrost nakładów na badania i rozwój

0

– Nie ma rozwoju bez innowacji, ale nie ma innowacji bez ryzyka. To ryzyko przedsiębiorcy muszą podejmować, a będą to robić tylko w takich warunkach, w których będziemy im sprzyjać – podkreśla minister edukacji i nauki Przemysław Czarnek i zapowiada wspólne prace z biznesem i naukowcami nad przyjaznym ekosystemem dla innowacji. Jak zauważa, do tego potrzeba także kontynuacji zmian zapoczątkowanych w Konstytucji dla Nauki oraz zwiększania środków na działalność badawczo-rozwojową.

– Kontynuujemy drogę, która została obrana przez premiera Jarosława Gowina w ramach Konstytucji dla Nauki, stawiając przede wszystkim na połączenie badań i rozwoju, premiowanie tych uczelni i naukowców, którzy realizują i utożsamiają bezpośredni związek między wykorzystaniem efektów badań naukowych a rozwojem przedsiębiorczości gospodarki. To jest droga, która została obrana przez Zjednoczoną Prawicę w ramach Konstytucji dla Nauki i ona będzie kontynuowana, a wszystkie granty i nagrody, wszystkie środki finansowe, które idą do sektora B+R, będą tylko zwiększane – mówi agencji Newseria Biznes Przemysław Czarnek.

Konstytucja dla Nauki weszła w życie 1 października 2018 roku (choć część reform była rozłożona w czasie), kiedy resortem nauki kierował wicepremier Jarosław Gowin. Była ona kluczowym elementem szerokiej, systemowej reformy polskiej nauki i szkolnictwa wyższego. Wśród jej najważniejszych założeń były m.in. reorganizacja struktur uczelni, stypendia i nowy model kształcenia doktorantów (szkoły doktorskie), zwiększenie środków na B+R, podwyżki płac dla nauczycieli akademickich oraz nowe narzędzia wspierające badania naukowe i współpracę uczelni z biznesem.

Mniej więcej w tym samym czasie w życie weszły też dwie ustawy o innowacyjności, które zwiększyły wysokość ulgi podatkowej na działalność badawczo-rozwojową (od stycznia 2018 roku przedsiębiorcy mogą odliczać od podstawy opodatkowania 100 proc. wydatków przeznaczonych na B+R). Wydatki na naukę i szkolnictwo wyższe zostały zaś podniesione o minimum 47,5 mld zł w perspektywie dziesięcioletniej.

– Obserwując efekty tego, co wydarzyło się w tych ostatnich czterech latach, widać jednak, że wciąż jeszcze wiele jest do zrobienia. Dlatego wspólnie z Ministerstwem Rozwoju, Pracy i Technologii będziemy pracować nad tym, ażeby efektywność tych działań była jeszcze większa, bo nie ma rozwoju bez innowacji, a nie ma innowacji bez ryzyka. To ryzyko przedsiębiorcy muszą podejmować, a będą to robić tylko w takich warunkach, w których będziemy im sprzyjać – podkreśla minister.

Jak wskazuje, PARP oraz NCBiR to dwie instytucje, które będą w najbliższym czasie podejmować działania sprzyjające tworzeniu innowacji i budować ekosystem, który zniweluje część związanego z tym ryzyka ponoszonego przez przedsiębiorstwa.

– Słuchamy na bieżąco przedsiębiorców i naukowców. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że potrzeba ciągłego zwiększania nakładów na badania, które będą bezpośrednio przekładać się na rozwój. Brakuje nam też pewnego spokoju, którego ostatnio nie zaznaliśmy z uwagi na pandemię koronawirusa. Jesteśmy w nowej rzeczywistości, kiedy te sieci i połączenia między przedsiębiorcami są w wielu przypadkach porozrywane. Trzeba dodatkowych działań w porozumieniu z firmami i naukowcami, żeby tę lukę wypełnić – podkreślił Przemysław Czarnek.

Jednym z kluczowych projektów, który ma wspierać biznes w tworzeniu innowacji i zwalczaniu skutków pandemii COVID-19, jest ogłoszony niedawno przez MRPiT Plan dla Pracy i Rozwoju. Zawiera on też m.in. wiele odniesień do działalności naukowo-badawczej i współpracy biznesu z uczelniami. W tym tygodniu wicepremier Jarosław Gowin powołał Radę ds. Planu dla Pracy i Rozwoju – złożoną z rektorów polskich uczelni wyższych i przedstawicieli środowiska akademickiego – i wręczył nominacje jej członkom .

Obaj ministrowie, wraz z premierem Mateuszem Morawieckim, uczestniczyli w ubiegłym tygodniu w gali konkursu Polski Produkt Przyszłości, w ramach którego Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości oraz Narodowe Centrum Badań i Rozwoju wyróżniają najbardziej innowacyjne polskie wyroby i technologie. Główną nagrodę zdobyło w tym roku urządzenie AngioExpert do nieinwazyjnej oceny krążenia naczyniowego. Wśród projektów realizowanych wspólnie przez firmy i uczelnie wyróżniono FRANKD – szybki test diagnostyczny w kierunku wirusa SARS-CoV-2, który jest efektem współpracy spółki GeneMe oraz Instytutu Biotechnologii i Medycyny Molekularnej. Z kolei wśród innowacji opracowanych przez uczelnie najlepszy okazał się VENTIL – innowacyjne urządzenie do niezależnej wentylacji płuc, stworzone przez Instytut Biocybernetyki i Inżynierii Biomedycznej im. Macieja Nałęcza PAN.

Jak wynika z danych GUS, w 2019 roku krajowe nakłady na działalność badawczo-rozwojową (B+R) wzrosły w stosunku do poprzedniego o nieco ponad 18 proc. i sięgnęły 30,3 mld zł. Ich udział w stosunku do krajowego PKB nadal był jednak stosunkowo niewielki i wyniósł 1,32 proc. Najwięcej na badania naukowe i prace rozwojowe przeznaczył sektor przedsiębiorstw – 19 mld zł, co stanowiło prawie 2/3 nakładów krajowych brutto na B+R. Na drugim miejscu uplasowało się szkolnictwo wyższe (35,6 proc.). W 2019 roku nastąpił wzrost nakładów na działalność B+R dla wszystkich – poza rządowym – sektorów wykonawczych, przy czym największy odnotowano w sektorze szkolnictwa wyższego (32,7 proc.).

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/przemyslaw-czarnek,p1592826175