Strona główna Blog Strona 77

Nadchodzące lata będą okresem wielkich inwestycji na kolei. Firmy budowlane przygotowują się na kumulację projektów

0

– Segment inwestycji kolejowych jest bardzo istotny dla firm wykonawczych. PKP PLK to drugi po względem wielkości zamawiający w Polsce, a wartość portfela zamówień, którym dysponuje, to ponad 70 mld zł w obecnej perspektywie finansowej UE – mówi Artur Popko, prezes zarządu Budimeksu. Największa grupa budowlana w Polsce stawia mocny akcent na kolej. Jedną z największych inwestycji w tym segmencie jest warta 1,4 mld zł przebudowa węzła kolejowego w Czechowicach-Dziedzicach, realizowana przy wsparciu unijnych funduszy. To także jeden z najbardziej skomplikowanych projektów PKP PLK.

Ten i przyszły rok mają być w Polsce okresem wielkich inwestycji na kolei. Do końca 2021 roku PKP Polskie Linie Kolejowe SA mają ogłosić postępowania przetargowe na roboty budowlane o łącznej wartości ok. 17 mld zł. Będzie to głównie kończenie zadań wynikających z Krajowego Programu Kolejowego na lata 2014–2020, ale też rozpoczęcie zadań z nowej perspektywy na lata 2021–2027. 

 Perspektywy przed tym segmentem inwestycji są ogromne. Zapowiedzi zamawiającego, czyli PKP PLK, mówią o co najmniej 10 mld zł rocznie na przebudowy czy nowe inwestycje związane z koleją, a więc jest to ogromny program inwestycyjny – mówi agencji Newseria Biznes Artur Popko. 

– Przygotowujemy się do nowej perspektywy finansowej UE, mamy wiele projektów, które już są na etapie dokumentacji, pozyskiwania pozwoleń na budowę. Kiedy tylko nowa perspektywa zostanie zdefiniowana, będziemy mogli ogłaszać przetargi i wprowadzać wykonawców na plac budowy – mówi Arnold Bresch, członek zarządu PKP PLK. – Liczymy, że ta nowa perspektywa nie będzie dla nas gorsza niż poprzednia i nie będziemy mieć dołka inwestycyjnego. Poprzednia została źle odebrana przez rynek, bo nie było łącznika miedzy tą i poprzednią perspektywą, co spowodowało utratę dwóch–trzech lat i wielkie spiętrzenie inwestycji w tej chwili.

Zgodnie z harmonogramem opublikowanym przez PKP PLK większość tegorocznych przetargów jest zaplanowana na drugie półrocze. W III kwartale br. planowane są m.in. duże przetargi na przebudowę odcinków Kościerzyna–Somonino i Somonino–Kartuzy oraz stacji Słupsk. Najwięcej, bo aż 10 przetargów, ma jednak zostać uruchomionych w IV kwartale br. Łącznie PKP PLK uruchomią w tym roku procedury wyłaniania firm wykonawczych na realizację kilkudziesięciu dużych zadań inwestycyjnych.

– Inwestycje kolejowe są bardzo skomplikowane z uwagi na to, że 95 proc. z nich jest realizowanych pod ciągłym ruchem taboru kolejowego. Są prowadzone głównie w godzinach nocnych, podczas zamknięć przejazdów pociągów, co sprawia, że są trudne i skomplikowane technicznie – podkreśla Artur Popko.

Budimex zakończył 2020 rok z portfelem zamówień wartym 12,7 mld zł, w którym największą wartość miały projekty infrastrukturalne (37 proc.) i kolejowe (32 proc.). W ubiegłym roku podpisał nowe umowy na rekordowe 9 mld zł, do czego przyczyniło się m.in. pozyskanie kontraktu kolejowego na przebudowę stacji Warszawa Zachodnia za 1,8 mld zł. Ta inwestycja ruszyła jesienią ub.r.

Jak wskazuje prezes spółki, do skomplikowanych i trudnych inwestycji zalicza się też realizowana przez Budimex przebudowa węzła kolejowego w Czechowicach-Dziedzicach, który jest jednym z najważniejszych na Śląsku. Zbiegają się w nim linie kolejowe ważne dla ruchu regionalnego, krajowego, a także połączeń międzynarodowych.

Przebudowa węzła obejmuje m.in. wymianę około 50 km torów i sieci trakcyjnej, zamontowanie nowych urządzeń sterowania ruchem, budowę nowych mostów i wiaduktów, wymianę 119 rozjazdów, przebudowę stacji, peronów oraz trzech przejazdów kolejowo-drogowych. Warta 1,4 mld zł inwestycja, którą PKP PLK realizują przy wsparciu unijnych funduszy, ma się zakończyć w październiku 2023 roku.

– To jedna z największych inwestycji realizowanych przez PKP PLK. Zakres robót jest ogromny i bardzo skomplikowany, bo prowadzimy je na terenach kopalni i na bardzo zurbanizowanym terenie Górnego Śląska – wyjaśnia prezes Budimeksu.

– Jest to olbrzymi projekt inwestycyjny dofinansowany z funduszu CEF „Łącząc Europę”. To też jeden z większych kontraktów, który podpisaliśmy jako spółka – dodaje Arnold Bresch.

W ubiegłym tygodniu kolejowa spółka poinformowała, że przebudowa czechowickiego węzła jest już prawie na półmetku. Na stacji Czechowice-Dziedzice budowany jest nowy peron, w przebudowie są też tor i sieć trakcyjna. Nowe perony i przejście podziemne powstają też w Goczałkowicach-Zdroju. Widać także konstrukcję nowego mostu nad Wisłą, którym można będzie przejechać w 2022 roku. Jak dotąd Budimex zmodernizował już siedem obiektów inżynieryjnych, m.in. wiadukt nad DK 1 w Czechowicach i most nad rzeką Iłownicą. Ze względu na skalę prac w realizację projektu jest w tej chwili zaangażowanych ponad 250 pracowników i kilkadziesiąt maszyn.

Dzięki tej inwestycji podróże pociągiem w regionie mają być szybsze i wygodniejsze. Składy pasażerskie pojadą po zmodernizowanych torach z prędkością do 160 km/godz., a towarowe – do 120 km/godz. O bezpieczeństwo zadbają dyżurni ruchu w nowoczesnym centrum sterowania, które ma zostać uruchomione pod koniec 2021 roku. Linie kolejowe będą dostosowane do wymogów transeuropejskiej sieci transportowej, co usprawni chociażby międzynarodowy transport towarów między polskimi portami a południem Europy.

Potrzeb na kolei jest mnóstwo. Robimy wszystko, żeby poprawić konkurencyjność przewozów towarowych i przejmować towary z dróg do pociągów. To jest też zapewnienie pracy dla naszych portów, bo wiele naszych projektów jako główne zadanie ma właśnie poprawę dostępu do portów. Ten projekt, mimo że jesteśmy na Śląsku, z naszego punktu widzenia jest pierwszym etapem sprawnej komunikacji do Gdańska czy Szczecina – mówi członek zarządu PKP PLK.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/nadchodzace-lata-beda,p318270436

Mniejsze miasta w Polsce też chcą inwestować w inteligentne technologie. Dzięki projektom smart city staną się bardziej ekologiczne i przyjazne dla mieszkańców

0

Inteligentne parkingi i oświetlenie miejskie, zarządzanie ruchem drogowym w czasie rzeczywistym, monitoring przestrzeni publicznej czy zdalny odczyt liczników – to rozwiązania z obszaru smart city najczęściej wdrażane przez polskie miasta, które jednak wciąż napotykają przy tym wiele barier. Dlatego inteligentne technologie wprowadzają jak na razie głównie największe aglomeracje, jak Warszawa czy Wrocław, choć ambitne plany w tym zakresie ma także coraz więcej mniejszych miast. Jest wśród nich podwarszawski Serock, którego pandemia skłoniła do realizacji projektu smart city obejmującego cyfryzację gminy. Samorząd podpisał właśnie umowę z koncernem technologicznym Huawei, który ma pomóc w stworzeniu innowacyjnego i ekologicznego miasta.

– Smart city to koncepcja wykorzystania nowoczesnych technologii do zarządzania miastem i zbierania informacji o tym, co się w nim dzieje. To połączenie dużej liczby czujników, łączności 5G oraz sztucznej inteligencji, która przetwarza dane i pozwala na ich podstawie podejmować właściwe decyzje, np. w zakresie sterowania ruchem i sygnalizacją świetlną, komunikacja miejską, w zakresie monitorowania ulic czy zarządzania mediami – wymienia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Ryszard Hordyński, dyrektor ds. strategii i komunikacji w Huawei Polska.

Koncepcja smart cities opiera się na cyfryzacji miejskiej przestrzeni. Inteligentne systemy – bazujące na algorytmach i infrastrukturze IoT, która dostarcza dane z różnych obszarów – powodują, że miasto staje się bardziej ekonomiczne, ekologiczne i przyjazne mieszkańcom. Instytut Machina Research oraz McKinsey szacują wielkość globalnego rynku IoT dla zastosowań smart city na 10 bln euro do końca 2025 roku. Ostrożniejsze są szacunki Frost & Sullivan, które wskazują na ok. 2 bln dol. w podobnym horyzoncie czasowym (raport „IoT w polskiej gospodarce” Ministerstwa Cyfryzacji, obecnie KPRM). Według danych przytaczanych przez Huaweia na początku 2020 roku na całym świecie było już ponad 5,5 tys. inteligentnych miast.

– Dzięki temu, że w smart city można sterować ruchem pojazdów czy zużyciem energii, miastem można zarządzać efektywniej, osiągając znacznie lepsze efekty dla ekologii. Smart city to też nowoczesne formy wytwarzania energii, czyli np. energetyka słoneczna i technologie, które pozwalają na zmniejszenie śladu węglowego – wskazuje Ryszard Hordyński.

Według danych World Economic Forum w 2022 roku wydatki na rozwój inteligentnych miast osiągną poziom 158 mld dol. Dzięki innowacjom zarówno małe samorządy, jak i metropolie są w stanie poprawić jakość życia mieszkańców, ograniczyć zużycie energii czy wody. Przykładowo emisję gazów cieplarnianych w miastach można by ograniczyć o 15 proc. dzięki zmniejszeniu produkcji energii elektrycznej i ciepła z wykorzystaniem inteligentnych systemów – podaje WEF. Z kolei inteligentne rozwiązania nawadniające, które zapobiegają wyciekom wody i monitorują jej zużycie, pomogłyby zaoszczędzić od 25 do 80 l wody na osobę dziennie.

Podobne wnioski płyną z ministerialnego raportu „IoT w polskiej gospodarce”, który pokazuje, że dotychczasowe wdrożenia smart projektów przynoszą wymierne korzyści społeczne i finansowe, w tym np. skrócenie czasu podróży komunikacją miejską o 20 proc., spadek przestępczości o 40 proc., skrócenie czasu poświęconego na załatwianie spraw w urzędach miejskich o 65 proc., skrócenie czasu reakcji na nagłe wypadki o 35 proc. oraz zmniejszenie szkodliwych emisji i zużycia wody o 15 proc.

W Polsce – wśród najczęściej wdrażanych rozwiązań z obszaru smart city – są np. inteligentne parkingi i oświetlenie miejskie, zarządzanie ruchem drogowym w czasie rzeczywistym, monitoring przestrzeni publicznej, zdalny odczyt liczników i czujników czy zarządzanie mediami (np. oświetleniem miejskim, dostawami wody, prądu albo wywozem odpadów). Wdrażanie takich inteligentnych technologii w polskich miastach wciąż jednak napotyka wiele barier, a do głównych zaliczają się nie tylko finanse, lecz także brak długoterminowej strategii w tym zakresie i odpowiedniego know-how.

– Wydaje się też, że w Polsce miasta jeszcze nie do końca mają świadomość, że one też zarządzają pewnym biznesem. Jeśli włodarze zrozumieją, że atrakcyjność miasta – jego infrastruktura, poziom digitalizacji – ma ogromne znaczenie dla inwestorów i mieszkańców, wtedy tego typu rozwiązań będzie coraz więcej – ocenia dyrektor ds. strategii i komunikacji w Huawei Polska.

W Polsce rozwiązania z zakresu smart city wdrażają jak na razie głównie największe aglomeracje, jak Warszawa czy Wrocław, ale ambitne plany ma już także coraz więcej mniejszych miast. Jest wśród nich m.in. Serock, który realizuje projekt Serock SmartCity, obejmujący cyfryzację gminy, w tym rozwój technologii ICT i zwiększenie dostępności sieci światłowodowej dla mieszkańców.

– Technologia powoduje, że usługi są coraz bardziej efektywne, są dostarczane w coraz krótszym czasie i w coraz lepszej formie. Oczywiście z punktu widzenia samorządu zakładamy też, że one będą efektywne ekonomicznie. Żyjemy w erze cyfryzacji i bez tych nowoczesnych narzędzi dzisiaj już nie da się funkcjonować – mówi Artur Borkowski, burmistrz miasta i gminy Serock.

– Pandemia COVID-19 i sytuacja z ostatniego roku zmusiła nas wszystkich do pracy online. Ta zdalna praca, nauka oraz zdalne funkcjonowanie jednostek organizacyjnych miasta i gminy Serock napotykało różne problemy infrastrukturalne. Zakładamy, że współpraca z Huaweiem pozwoli bezproblemowo i płynnie zapewnić podstawowe kontakty między mieszkańcami, jednostkami organizacyjnymi a urzędem miasta. Dzisiaj gros osób potrafi już załatwić wszystkie swoje sprawy online, nie wychodząc z domu, i w tym kierunku będziemy dążyć – dodaje wiceburmistrz miasta Marek Bąbolski. 

Serock podpisał właśnie z koncernem technologicznym Huawei porozumienie o współpracy, której celem jest stworzenie innowacyjnego i ekologicznego miasta, bazującego na nowoczesnych technologiach. Porozumienie, podpisane w obecności marszałka województwa mazowieckiego Adam Struzika, zakłada wymianę doświadczeń między władzami lokalnymi i ekspertami Huaweia, a na dalszych etapach także wspólne wdrażanie innowacyjnych rozwiązań oraz analizowanie ich efektywności.

– Umowa, którą podpisaliśmy z miastem Serock, dotyczy transferu wiedzy i doświadczeń w zakresie smart city i fotowoltaiki. To swego rodzaju memorandum, otwarcie pewnej platformy do dyskusji, która – mam nadzieję – będzie owocowała konkretnymi projektami i realizacją konkretnych założeń biznesowych – mówi Ryszard Hordyński.

– Punktem skupiającym uwagę obu stron jest spółdzielnia energetyczna, która została założona w lutym. Jest to pierwszy tego typu projekt w Polsce. Przymierzamy się też do wykonania instalacji rekultywującej dotychczasowe wyrobisko, a przy okazji moglibyśmy dzięki temu dostarczać ekologiczną i tanią energię naszym mieszkańcom. Huawei ma w tym zakresie doświadczenie i nowoczesne rozwiązania i tutaj już widzimy pole do współpracy. Nie zamykamy się też na inne obszary – dodaje burmistrz miasta Artur Borkowski. 

Władze samorządowe wskazują, że szybko rosnąca populacja miasta i całej gminy Serock kreśli nowe wyzwania, którym inteligentne technologie pomogą sprostać. Rozwój inteligentnego Serocka w dłuższej perspektywie ma też przyczynić się do rozwoju całego regionu.

– Porozumienie, które miasto i gmina Serock podpisało z firmą Huawei, niewątpliwie przełoży się na rozwój regionu, ponieważ przyczyni się do wprowadzania innowacji, nowych technologii, które będą służyły w każdej dziedzinie życia: w kulturze, edukacji, komunikacji ze społeczeństwem. Na pewno tą drogą pójdą też inne miejscowości tego regionu, a dla Mazowsza jest to szalenie ważne – mówi Bożena Żelazowska, posłanka na Sejm RP z okręgu podwarszawskiego, w skład którego wchodzi m.in. powiat legionowski i miasto Serock. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/mniejsze-miasta-w-polsce,p1602785864

MFiPR: Jesteśmy gotowi na kumulację środków z dwóch perspektyw finansowych UE. Pierwsze konkursy mogą ruszyć na przełomie 2021 i 2022 roku

0

Jesteśmy w okresie, w którym nachodzą na siebie dwie perspektywy finansowe: 20142020 oraz nowa 2021–​2027. Przyszły rok może być takim czasem, kiedy środki z tych dwóch perspektyw się skumulują i będzie to dodatkowy zastrzyk pieniędzy, które napędzą gospodarkę mówi Małgorzata Jarosińska-Jedynak, wiceminister funduszy i polityki regionalnej. Jak informuje, resort dopina już prace nas Umową Partnerstwa, określającą, w co Polska zainwestuje pieniądze z nowej, unijnej siedmiolatki, i niebawem przekaże ją do KE. Trwają też konsultacje programów krajowych i regionalnych, z których środki mają popłynąć już na przełomie 2021 i 2022 roku.

Jesteśmy w bardzo ważnym momencie, kiedy projektujemy nową perspektywę finansową na lata 20212027. Pracujemy intensywnie nad przygotowaniem Umowy Partnerstwa, czyli dokumentu, który pokazuje, w jakich kierunkach będą wydatkowane środki z polityki spójności. Ten dokument został już skonsultowany społecznie, teraz wprowadzamy do niego poprawki i uzupełnienia. Niebawem będziemy przekazywać go do oceny Komisji Europejskiej. Równolegle trwały też prace nad przygotowaniem Krajowego Planu Odbudowy, który już został przekazany do KE – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Małgorzata Jarosińska-Jedynak, wiceminister funduszy i polityki regionalnej. 

KPO jest podstawą do wypłaty pieniędzy z unijnego Funduszu Odbudowy (Next Generation EU), przeznaczonego na odbudowę europejskich gospodarek po pandemii COVID-19. Polska będzie czwartym co do wielkości beneficjentem tych środków: otrzyma 23,9 mld euro w formie grantów oraz 34,2 mld euro w formie pożyczek. Z tej puli 20 proc. pieniędzy musi trafić na cyfryzację, a 37 proc. na inwestycje związane ze środowiskiem i ochroną zdrowia. Polska 3 maja br. przesłała już swój Krajowy Plan Odbudowy do oceny Komisji Europejskiej.

MFiPR dopina jeszcze projekt Umowy Partnerstwa, czyli najważniejszego dokumentu określającego, w co Polska zainwestuje fundusze europejskie na lata 2021–2027. Chodzi łącznie o 76 mld euro z unijnej polityki spójności i Funduszu na rzecz Sprawiedliwej Transformacji (Polska dostanie z niego ok. 3,8 mld euro na łagodzenie skutków transformacji energetycznej, które trafią głównie do województwa śląskiego i małopolskiego).

Umowa Partnerstwa przewiduje, że ok. 40 proc. środków z polityki spójności będzie inwestowane w ramach programów regionalnych zarządzanych przez marszałków województw. 75 proc. tych pieniędzy zostało już podzielonych, a 25 proc. przeznaczono na rezerwę programową do podziału w czasie negocjacji kontraktów programowych.

Jeżeli chodzi o przygotowanie krajowych programów operacyjnych, czyli fundusze europejskie dla konkretnych działów i regionalnych programów operacyjnych, to przygotowujemy sukcesywnie, krok po kroku każdy z nich. Część z nich przeszła już konsultacje społeczne, w ramach których zebraliśmy sporo uwag. Chcemy, żeby jeszcze w tym roku, w III kwartale te programy trafiły do Komisji Europejskiej, aby móc ogłaszać konkursy na przełomie 2021 i 2022 roku – mówi Małgorzata Jarosińska-Jedynak.

Nowy budżet UE na lata 2021–2027 składa się z wieloletnich ram finansowych (WRF) i nadzwyczajnych środków w ramach Funduszu Odbudowy – łącznie ponad 1,8 bln euro. Z tej kwoty do Polski trafi w sumie ok. 170 mld euro (ok. 770 mld zł), z czego ponad 72 mld euro to środki polityki spójności, które będą wdrażane poprzez programy na poziomie krajowym i regionalnym. 

Od kwietnia ministerstwo prowadzi serię konsultacji i wysłuchań publicznych dla dziewięciu programów krajowych. Jednym z nich jest program Fundusze Europejskie dla Nowoczesnej Gospodarki (FENG), następca programu operacyjnego Inteligentny Rozwój. Jego budżet w wysokości 36 mld zł trafi na wspieranie innowacji. Inny przykład to program Fundusze Europejskie dla Rozwoju Społecznego (FERS), opiewający na ponad 18 mld zł, które zostaną przeznaczone na takie obszary jak praca, edukacja i zdrowie.

Jesteśmy w dobrej sytuacji, ponieważ dziś perspektywa finansowa 20142020 jest zakontraktowana na poziomie 93 proc., więc te projekty będą realizowane i one jeszcze nabiorą tempa, tak aby w ciągu dwóch lat je zakończyć [fundusze przyznane w ramach perspektywy 2014–2020 realnie można jeszcze wykorzystać do roku 2023 – red.]. Natomiast w przyszłym roku wystartują już także środki z z nowej perspektywy finansowej 20212027. Patrząc na kreatywność naszych przedsiębiorców i beneficjentów, na pewno nie będzie zatoru w inwestycjach. Wręcz przeciwnie, będzie to dodatkowy zastrzyk środków, które będą napędzać gospodarkę – mówi wiceminister funduszy i polityki regionalnej. 

Polska jest największym beneficjentem funduszy unijnych 20142020 (trafia do nas średnio co czwarte euro) i rekordzistą, jeśli chodzi o tempo wykorzystania przyznanych środków. Komisja Europejska zrefundowała nam już ponad 46 mld euro, czyli 60 proc. puli, podczas gdy średnia dla UE to niewiele ponad 50 proc. Według danych resortu z beneficjentami podpisano już ponad 91,3 tys. umów o dofinansowanie projektów. Łączna wartość tych inwestycji to 527,6 mld zł, z czego 321,1 mld zł to udział funduszy z UE (prawie 93 proc. alokacji). 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/mfipr-jestesmy-gotowi-na,p1366482405

Rośnie atrakcyjność inwestowania w nieruchomości. Zyskują firmy wyspecjalizowane w obsłudze takich inwestorów i lokali

0

Galopująca inflacja i rekordowo niskie stopy procentowe powodują, że Polacy rezygnują z trzymania oszczędności na lokatach i szukają alternatywy na rynku nieruchomości. Popyt rośnie, podobnie jak ceny, a analitycy spodziewają się utrzymania tego trendu. Tym bardziej że atrakcyjność inwestycyjna nieruchomości wzrosła nawet mimo pandemii i zawirowań na rynku najmu. Szczególnie dotyczy to segmentu nieruchomości premium. Wraz z większym popytem na lokale rośnie również zapotrzebowanie na usługi zarządzania nimi. Na trendzie tym zyskują wyspecjalizowane firmy, które zajmują się kompleksową obsługą inwestora, zarządzaniem najmem i wspierają późniejszy proces sprzedaży danej nieruchomości.

Z raportu Knight Frank „The Wealth Report”, przytaczanego przez HRE Investments, wynika, że w czasie pandemii COVID-19 osoby bardzo zamożne szczególnie doceniły rynek mieszkaniowy jako bezpieczną i przewidywalną przystań dla kapitału. W ubiegłym roku 20 proc. światowych multimilionerów zainwestowało w nieruchomości, a 26 proc. planuje taki zakup w bieżącym roku. Ze statystyk wynika też, że przeciętny multimilioner ma łącznie 39 proc. swojego majątku w nieruchomościach kupionych na własne potrzeby albo w celach inwestycyjnych.

Podobną ścieżką – choć na mniejszą skalę – podążają też osoby nieco mniej zamożne, do czego skłaniają ich rosnąca inflacja i najniższe w historii stopy procentowe. Te z jednej strony powodują, że kredyty mieszkaniowe są rekordowo tanie, a z drugiej sprawiają, że oprocentowanie lokat jest dziś niemal zerowe. Od symbolicznych odsetek trzeba na dodatek zapłacić 19-proc. podatek Belki, a siłę nabywczą oszczędności obniża jeszcze inflacja. W efekcie – jak wynika z analiz HRE Investments – przeciętna roczna lokata kończąca się w bieżącym kwartale przyniesie realne straty na poziomie 4–5 proc. To najsłabszy wynik od lat, a w nadchodzących miesiącach może być jeszcze gorzej, bo analitycy spodziewają się, że wzrost cen dóbr i usług może przyspieszyć do 5 proc.

– Biorąc pod uwagę aktualną sytuację ekonomiczną na rynku i wzrost inflacji, wydaje się, że w tej chwili każdy zakup nieruchomości – zwłaszcza w segmencie premium – będzie korzystny dla inwestora. Realna stopa zwrotu z wynajmu lokali, które mamy pod swoim zarządzaniem, wynosi 4–5 proc. rocznie. To już jest plus dla inwestora. Ponadto z każdym rokiem wartość nieruchomości wzrasta ok. 10 proc., więc inwestorzy mają też możliwość późniejszej odsprzedaży nieruchomości z zyskiem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Patrycja Garbacik, specjalistka ds. najmu i sprzedaży w Angel Management.

Potwierdzają to dane NBP, według których w 2020 roku ceny mieszkań wzrosły nawet mimo pandemii, a w I kwartale br. ceny transakcyjne lokali od dewelopera na siedmiu największych rynkach były wyższe o 7,7 proc. r/r.

Analitycy wskazują, że atrakcyjność inwestycyjna mieszkań w czasie zawirowań wywołanych pandemią jeszcze wzrosła, zwłaszcza w segmencie premium. Według nowego raportu KPMG w ubiegłym roku wartość segmentu luksusowych nieruchomości wyniosła 1,8–2,6 mld zł (w zależności od kryteriów klasyfikowania nieruchomości), a ich ceny rosły mimo pandemii, choć nieco wolniej niż w poprzednich latach.

Co istotne, niepewność i zawirowania gospodarcze związane z pandemią sprawiły, że klienci poszukują nie tylko atrakcyjnych inwestycji, które ochronią ich oszczędności, lecz także większego bezpieczeństwa.

– Klienci chcą mieć spokojną głowę. Chcą poczucia, że nieruchomość, którą kupili, jest odpowiednio zaopiekowana, a firma, która zajmuje się całym projektem, jest na miejscu i nie zniknie zaraz po oddaniu kluczy do lokalu – mówi Patrycja Garbacik.

Jak wskazuje, nabywcy nieruchomości często nie czują się komfortowo ani bezpiecznie w sytuacji, kiedy jedna firma projektuje inwestycję, druga odpowiada za budowę, a jeszcze inna nią zarządza.

– Dla nabywców jest ważne, że deweloper nie tylko projektuje i buduje, ale ma też wiedzę i zasoby dotyczące tego, jak efektywnie zarządzać tymi lokalami, zwłaszcza tymi, które zostały zakupione w celach inwestycyjnych, z przeznaczeniem na wynajem długoterminowy. My weryfikujemy najemców, zapewniamy im bieżącą obsługę, a dla właścicieli tych mieszkań w późniejszym terminie mamy też usługę pośrednictwa w sprzedaży lokalu na rynku wtórnym – podkreśla ekspertka Angel Management.

Angel Poland Group to deweloper wyspecjalizowany w inwestycjach premium, takich jak np. nowo powstający apartamentowiec Angel Stradom na krakowskim Starym Mieście. W portfolio grupy są też m.in. wrocławski apartamentowiec OVO, wyróżniony nagrodą dla najbardziej luksusowej inwestycji w Polsce, czy Angel Wawel usytuowany tuż obok Zamku Królewskiego na Wawelu. Grupa zajmuje się nie tylko generalnym wykonawstwem, lecz także zarządzaniem swoimi inwestycjami poprzez spółkę Angel Management.

– Wielu inwestorów ma lokalizację w innych państwach i często nie mają głowy do zajmowania się bieżącymi sprawami, które dla naszych najemców są istotne. My jesteśmy na miejscu i to jest dla nich komfort i wygoda, że zajmuje się nimi ktoś zaufany – mówi Patrycja Garbacik.

Angel Management aktualnie zarządza ponad 700 apartamentami w Krakowie i Wrocławiu, zapewniając kompleksowe usługi zarządzania najmem w ramach jednego biura obsługi. Dzięki temu zaangażowanie klientów w proces kupna i komercjalizacji nieruchomości jest minimalne.

– Cała organizacja spada na specjalistów, którzy współdziałają i kompleksowo planują działania – wyjaśnia ekspertka. – Nasza usługa to innowacja na rynku nieruchomości i wydaje się, że właśnie w tym kierunku będzie szła ta branża. Natomiast trzeba mieć doświadczenie i wiedzę, bo nie wystarczy sama chęć do zarządzania. My mamy grupę specjalistów, którzy zajmują się sprzedażą i rynkiem nieruchomości od kilkunastu lat. Projektowaliśmy i budowaliśmy te budynki, więc znamy je od podszewki.

Jak wskazuje Patrycja Garbacik, zarządzanie lokalami to niedawno stworzona odnoga Grupy Angel, na której rozwoju będzie się koncentrować. Dodatkowym udogodnieniem, które ma usprawniać cały proces, jest nowa aplikacja do zarządzania nieruchomościami.  

– Wkrótce nasi mieszkańcy – za pomocą kilku kliknięć na ekranie smartfona przez aplikację MyTower – będą mogli zarezerwować salkę kinową, prywatne SPA, basen, siłownię albo w łatwy sposób skontaktować się z administracją czy swoimi sąsiadami. Lokatorzy chcą takich nowinek, które ułatwiają im życie – podkreśla specjalistka ds. najmu i sprzedaży w Angel Management.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rosnie-atrakcyjnosc,p1734871601

Szykują się duże zmiany w ochronie osób zgłaszających nieprawidłowości w miejscu pracy. W grudniu zaczną obowiązywać nowe przepisy

0

– Dyrektywa o ochronie sygnalistów to nowa regulacja, która stanowi część porządku prawnego Unii Europejskiej i musi zostać zaimplementowana do krajowych systemów prawnych do grudnia 2021 roku – mówi dr Beata Baran, partner w Kancelarii BKB Baran Książek Bigaj. Prace nad polskim projektem ustawy trwają, a odpowiedzialne za ich przebieg jest Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii. Jednak firmy powinny już teraz rozpocząć przygotowania do wdrożenia nowych obowiązków i procedur. Chodzi o zapewnienie odpowiedniej ochrony osobom zgłaszającym nieprawidłowości w miejscu pracy, a także implementację samych systemów whistleblowingowych. Nowe obowiązki będą dotyczyły podmiotów zarówno sektora prywatnego, jak i publicznego.

Sygnaliści to osoby, które zgłaszają obserwowane w miejscu pracy nieprawidłowości, w tym nielegalne czy nieetyczne działania, co może pozwolić im przeciwdziałać bądź je eliminować. Organizacje międzynarodowe takie jak ONZ czy Rada Europy doceniają ich rolę w walce m.in. z korupcją, praniem pieniędzy czy na rzecz ochrony praw człowieka. Dlatego od lat trwają prace nad zapewnieniem bezpieczeństwa sygnalistom w miejscu pracy. Unijne przepisy w tej sprawie zaczęły obowiązywać w grudniu 2019 roku i w tym roku powinny zostać wdrożone do porządków prawnych poszczególnych państw członkowskich.

– Nowością z perspektywy polskiego prawa będzie trójstopniowy system zgłaszania nieprawidłowości. Oznacza to, że sygnalista będzie mógł podjąć decyzję, czy w pierwszej kolejności informacje o nieprawidłowościach w miejscu pracy zostaną zgłoszone wewnętrznie w ramach organizacji, której sytuacja dotyczy, czy też będą zgłoszone zewnętrznie do dedykowanego organu administracji publicznej. Sygnalista może też podjąć decyzję o tzw. ujawnieniu publicznym, czyli przekazaniu informacji do opinii publicznej. Sygnalizowanie nieprawidłowości poza organizacją jest obwarowane spełnieniem konkretnych przesłanek – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Beata Baran.

Jak dodaje, nowe przepisy będą obejmowały zarówno podmioty z sektora publicznego, jak i z sektora prywatnego, jeśli zatrudniają co najmniej 50 pracowników. Dyrektywa przewiduje jednak wyłączenia w zakresie minimalnych limitów zatrudnienia koniecznych do wdrożenia systemów whistleblowingowych. Sytuacja ta dotyczy m.in. podmiotów, które działają w obszarach narażonych na pranie pieniędzy oraz finansowanie terroryzmu. Tam limity zatrudnieniowe nie będą obowiązywać, co oznacza, że nawet te instytucje i firmy, które zatrudniają mniej niż 50 pracowników, będą zobligowane do wdrożenia postanowień dyrektywy.

Na pracodawców spadną nowe obowiązki związane z zapewnieniem kanałów wewnętrznych zgłoszeń oraz ochrony sygnalistów. Zgodnie z normami nowej regulacji prawnej sygnalistami mogą zostać nie tylko pracownicy zatrudnieni na umowach prawnopracowych, ale także inne osoby, które mogą uzyskać informacje o naruszeniu w kontekście związanym z pracą, np. zatrudnieni na podstawie umowy cywilnoprawnej, samozatrudnieni, wspólnicy spółki, stażyści, wykonawcy, podwykonawcy, dostawcy, byli pracownicy czy osoby będące w procesie rekrutacji.

 Został wytypowany resort, który w Polsce będzie odpowiadał za implementację dyrektywy. Jest to Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii – mówi radca prawny z kancelarii BKB. – Polski projekt aktu normatywnego, który będzie wdrażał przepisy o sygnalistach do krajowego porządku prawnego, nie ujrzał jeszcze światła dziennego.

Jak podaje Fundacja im. Stefana Batorego, Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii pracuje nad odrębną ustawą poświęconą ochronie sygnalistów. W drugim kwartale 2021 roku projekt ustawy ma być poddany konsultacjom publicznym. Z kolei własny projekt ustawy o ochronie sygnalistów przygotowały wspólnie Fundacja im. Stefana Batorego, Helsińska Fundacja Praw Człowieka, Forum Związków Zawodowych i Instytut Spraw Publicznych.

Dyrektywa zawiera katalog dziedzin, których mogą dotyczyć zgłaszane naruszenia, m.in. zamówienia publiczne, kwestie finansowe, bezpieczeństwo produktów, bezpieczeństwo transportu, ochrona środowiska, ochrona konsumentów oraz ochrona danych osobowych. Krajowe przepisy prawne mogą jednak ten zakres rozszerzyć.

Dyrektywa to standard minimalny, do przestrzegania którego kraje członkowskie Unii Europejskiej są zobligowane. Przepisy krajowe, które implementują dyrektywę, będą stanowiły jej uszczegółowienie, np. co do tego, jaki zewnętrzny organ administracji publicznej zostanie dedykowany i do przyjmowania zgłoszeń zewnętrznych od sygnalistów. Ponadto państwa członkowskie mają za zadanie określić sankcje, o których mowa w dyrektywie, i odpowiednio dostosować je do swoich krajowych porządków prawnych – wymienia dr Beata Baran.

Jak wynika z opracowania Marcina Waszaka z Fundacji Batorego („Strażnicy demokracji. Nowe perspektywy ochrony sygnalistów”), oprócz zmiany przepisów potrzebna jest również pewna zmiana mentalna w podejściu do osób zgłaszających.

W tym celu trzeba przeciwdziałać negatywnym stereotypom, które – jak pokazały badania – są silnie zakorzenione także w Polsce. Sygnaliści wciąż budzą niechęć i podejrzliwość, dlatego samo przyznanie im dodatkowych praw nie spowoduje, że zniknie ostracyzm, a sygnalistom będzie łatwiej z nim żyć – podkreśla autor raportu.

Dlatego potrzebna jest szeroka akcja informacyjna skierowana do pracowników i pracodawców, która pokaże korzyści, jakie mogą wynikać z nowego prawa dla ich organizacji, państwa i społeczeństwa.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/szykuja-sie-duze-zmiany,p469926777

Na Śląsku ruszyło Centrum Testowania Technologii Przemysłu 4.0. To szansa dla małych i średnich firm na sprawdzenie nowych rozwiązań zanim w nie zainwestują

0

– W całej Europie zmienił się łańcuch dostaw, co jest dla małych i średnich firm olbrzymią szansą. Mogą ją wykorzystać dzięki technologii, jednak żeby chciały pójść tą drogą, musimy im pokazać, że to jest efektywne, przystępne cenowo i opłacalne – podkreśla Artur Pollak, prezes APA Group. Gliwicka spółka uruchomiła właśnie Centrum Testowania Technologii Przemysłu 4.0. Pozwoli ono w praktyce sprawdzić, jak wygląda proces produkcji opartej o nowe technologie, jak np. IoT, big data czy machine learningu, na których opiera się koncepcja przemysłu 4.0.

– W przemyśle 3.0 koncentrowaliśmy się głównie na technologii i wytwarzaniu produktów na zlecenie, w przemyśle 4.0 nowoczesny zespół patrzy natomiast na dane, analizuje klienta i jego zachowania, chce jak najszybciej reagować na jego potrzeby. To są nowe formy funkcjonowania biznesu – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Artur Pollak, prezes zarządu APA Group.

Przemysł 4.0, nazywany inaczej czwartą rewolucją przemysłową, to proces technologicznej i organizacyjnej transformacji przedsiębiorstw, który obejmuje m.in. cyfryzację produktów i usług, wprowadzanie nowych modeli biznesowych i integrację łańcucha wartości, opierając się na nowych technologiach, takich jak big data, sztuczna inteligencja i uczenie maszynowe, 5G, cloud computing, wirtualna i rozszerzona rzeczywistość, nowe generacje robotów przemysłowych czy internet rzeczy.

– Przemysł 4.0 to bardziej filozofia niż technologia. Wszyscy musimy się nauczyć nowego podejścia, ale najpierw trzeba to zobaczyć. Jako przedsiębiorcy nie chcemy tracić pieniędzy na coś, co jest nieużyteczne – mówi Artur Pollak. – Dlatego stwierdziliśmy, że zbudujemy centrum, zaprosimy klientów i pokażemy im, jak z tego dobrze korzystać, zaplanować i wdrożyć tę zmianę. Chcieliśmy pokazać biznesowi jak korzystać z benefitów wynikających z nowoczesnych technologii i form zarządzania zespołami.

APA Group, specjalizująca się m.in. w rozwiązaniach automatyki przemysłowej, uruchomiła właśnie Centrum Testowania Technologii Przemysłu 4.0 w Gliwicach. To projekt edukacyjny skierowany do polskiej branży przemysłowej, który pokazuje technologie przemysłu 4.0 w rzeczywistym użyciu.

– Zaprosiliśmy do niego naukowców, firmy technologiczne, klientów, którzy dzielili się swoją wiedzą i oczekiwaniami, oraz przedsiębiorstwa, które znają się na integracji, automatyzacji i robotyzacji. Jeżeli zmiksujemy te wszystkie kompetencje i potrzeby, wyjdzie z tego rozwiązanie dopasowane do potrzeb firm, zrozumiałe i przystępne cenowo, które wyeliminuje strach przed zmianą technologiczną – wyjaśnia prezes APA Group.

Gliwickie centrum jest dostępne bezpłatnie dla wszystkich zainteresowanych. Ma formułę stałej ekspozycji online i offline, dzięki czemu każdy – zarówno na miejscu, jak i przez internet – może wybrać przykładowy produkt, nadać mu charakterystyczne cechy, a następnie go wytworzyć, monitorując w czasie rzeczywistym każdy etap procesu produkcyjnego, przebiegającego z wykorzystaniem m.in. IoT, Big Data czy machine learningu. Na koniec użytkownik otrzyma prosty raport z oznaczeniem wskaźników jakości, wydajności, kosztów czy zużycia energii i emisji CO2. Pozwoli to precyzyjnie oszacować, ile naprawdę kosztuje wyprodukowanie jednego komponentu z wykorzystaniem technologii, na których opiera się koncepcja przemysłu 4.0.

– Takie centra „promieniują” przynajmniej na kilkaset kilometrów. Dlatego im więcej tego typu rozwiązań będziemy mieć w Polsce, im więcej osób się o tym dowie, im więcej osób przyjrzy się, jak to wygląda i zaimplementuje swoje własne rozwiązania, tym lepiej będzie nam się żyło. Będziemy pracować mniej, a jednocześnie więcej na tym zarabiać – mówi Przemysław Sulich, wiceprzewodniczący Komisji ds. Cyfryzacji i Przemysłu 4.0 Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej, prezes zarządu A1 Europe.

– Jako społeczeństwo boimy się zmiany. Boimy się, że komputery przejmą od nas procesy zarządcze, wyeliminują ludzi z procesu wytwórczego, że roboty będą produkować, a technologia okaże się groźna. Technologia jest tak groźna, jak człowiek chce, aby była. Naszym celem jest tworzenie technologii przystępnej, która spowoduje, że będziemy pracować mądrze, a nie ciężko – dodaje Artur Pollak.

Gliwickie centrum to część pilotażowego projektu NAZCA 4.0, który zainicjowała APA Group. Jego celem jest wdrożenie idei przemysłu 4.0 w firmach, dla których do tej pory była ona poza zasięgiem. Dotyczy to zwłaszcza sektora MŚP.

– Małe i średnie przedsiębiorstwa mają w tej chwili potężny problem, bo w całej Europie zmienił się łańcuch dostaw, ale jest to dla nich zarazem olbrzymia szansa. Możemy ją wykorzystać dzięki technologii dostępnej również w Polsce. Jednak żeby mały i średni biznes chciał pójść tą drogą, musimy mu pokazać, że to jest efektywne, przystępne cenowo i opłacalne – podkreśla Artur Pollak.

Przedsiębiorstwom, które dołączą do projektu Nazca 4.0, zostanie nadany status testera. Będą one mogły m.in. testować nowe rozwiązania i narzędzia oraz wyrażać na ich temat swoje opinie, pomagając w ten sposób je udoskonalać. W zamian otrzymają zaś możliwość zmodernizowania swoich zakładów produkcyjnych i nabycia unikatowej wiedzy od specjalistów, którzy na co dzień automatyzują zakłady największych na świecie gigantów, takich jak Volkswagen, Amazon, 3M czy Tesla.

– Kluczem do optymalizacji procesu jest zbieranie danych na jego temat i mierzenie go. Nie da się optymalizować czegoś, o czym nie mamy pojęcia. Więc najpierw musimy zebrać dane, zastanowić się, w czym tkwi problem i co moglibyśmy poprawić – mówi Maciej Walczak, kierownik projektów Industry 4.0 w APA Group. – To jest projekt, który ma umożliwić firmom bycie jeszcze bardziej konkurencyjnym, czyli wytwarzanie produktów spersonalizowanych, ułatwienie produkcji wydajnej, niskokosztowej, o wysokich parametrach produktu końcowego. Ma zwiększyć świadomość menadżerów, służb utrzymania ruchu odnośnie tego, jaki jest stan naszych urządzeń produkcyjnych.

Jak pokazuje ubiegłoroczny raport Deloitte („Przemysł 4.0 w Polsce”), w Polsce 58 proc. menedżerów wyższego szczebla (z których 1/3 reprezentowała branżę produkcyjną) wskazało, że cyfrowa transformacja to główny priorytet strategiczny w ich organizacji, a zdaniem 39 proc. ich firma ma odpowiednie kompetencje i zasoby ludzkie, żeby ten proces przeprowadzić. Większość (86 proc.) wskazała też, że wdrażanie nowych technologii będzie mieć kluczowe znaczenie dla zachowania ich przewagi konkurencyjnej na rynku.

Projekt Nazca 4.0 jest skierowany przede wszystkim do właścicieli MŚP, ale także do menadżerów, automatyków, planistów czy kierowników produkcji. Żeby do niego dołączyć, trzeba skontaktować się z APA Group lub zapisać do grupy eksperckiej na LinkedIn („Industry 4.0 | IIoT | Automatyzacja – na poważnie”). Projektowi gliwickiego centrum patronują już m.in. Katowicka Specjalna Strefa Ekonomiczna oraz Politechnika Śląska.

– Śląsk jest przemysłowym sercem Polski, więc każdy tego typu przykład, w którym wiele technologii może być skojarzonych razem, pokazuje innym partnerom, jak można z tego korzystać. Już czas, żebyśmy zaczęli sprzedawać całe systemy i rozwiązania całościowe, które pozwalają uzyskać dużo wyższą marżę i polepszyć też jakość życia w terenie producenta – podkreśla Przemysław Sulich.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/na-slasku-ruszylo,p299367374

Start-upy w centrum zainteresowania inwestorów i korporacji. Ponad 1/3 z nich generuje wyższe przychody niż przed pandemią

0

Choć 53 proc. start-upów odczuło brak nowych odbiorców produktów lub usług, a 35 proc. spadki sprzedaży, to stosunkowo niewiele z nich ocenia wpływ pandemii na swoją działalność jako negatywny. Ponad jedna trzecia tego typu biznesów generuje obecnie przychody większe niż przed jej wybuchem – pokazuje ostatnia edycja raportu Fundacji Startup Poland z listopada 2020. Szansą rozwoju dla młodych, innowacyjnych biznesów jest współpraca z dużymi korporacjami, które mogą zapewnić im zaplecze i wsparcie eksperckie. Takie możliwości w ramach swojego akceleratora oferuje start-upom Orange Polska. Operator stawia zwłaszcza na innowacje związane z 5G.

– Polskie start-upy dobrze poradziły sobie w pandemii, ponieważ w ubiegłym roku – mimo ogólnych trudności w gospodarce – udało im się pozyskiwać finansowanie z rynku. Z opublikowanego w styczniu 2021 raportu „Transakcje na polskim rynku VC 2020” wynika, że w ubiegłym roku wartość inwestycji pozyskanych przez start-upy była rekordowa, na poziomie 2,1 mld zł. Natomiast z raportu „Polskie start-upy 2020. COVID Edition”, przygotowanego przez Fundację Startup Poland, wynika, że najmłodsze biznesy w Polsce ucierpiały w pandemii stosunkowo najmniej i patrzą bardzo optymistycznie w przyszłość – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Piecha, dyrektor marketingu klientów kluczowych i korporacyjnych Orange Polska.

2,1 mld zł pozyskanego kapitału to 70-proc. wzrost względem 2019 roku. Średnia wartość inwestycji venture capital na polskim rynku również była w ubiegłym roku rekordowa – o 52 proc. wyższa niż rok wcześniej. Zdaniem autorów raportu, analityków PFR Ventures, świadczy to o niesłabnącym optymizmie inwestorów wobec polskiego ekosystemu start-upowego. Kapitał prywatny odpowiadał za 45 proc. wartości ubiegłorocznych transakcji.

Z optymizmem na ten sektor patrzą również duże firmy i korporacje, które decydują się na współpracę ze start-upami. Z badania Fundacji Startup Poland wynika, że innowacyjne biznesy znacznie częściej wybierają działania kierowane do firm niż w segmencie konsumenckim. W tej grupie 65 proc. start-upów tworzy produkty i usługi właśnie dla dużych podmiotów, zatrudniających powyżej 250 osób.

Jak podkreśla ekspert Orange, współpraca dużych korporacji ze start-upami jest obustronnie korzystna. Jedną z zalet dla operatora jest duży potencjał wdrażania innowacji poprzez współpracę z takimi podmiotami. Młode, innowacyjne biznesy są bardziej elastyczne i otwarte na ryzyko, koncentrują się na tworzeniu rozwiązań odpowiadających rynkowemu zapotrzebowaniu, a przy tym ich proces decyzyjny nie jest tak skomplikowany jak w przypadku korporacji.

– Dlatego wspólnie ze start-upami chcemy zaoferować na rynku nowe produkty i usługi, m.in. bazujące na technologii 5G – mówi Artur Piecha.

W ramach Orange działa wewnętrzne centrum kompetencji, które zajmuje się wyszukiwaniem, testowaniem i rozwojem innowacyjnych usług. Orange Fab wyłuskuje te start-upy, które opracowują innowacyjne produkty i usługi albo w nieszablonowy sposób wykorzystują technologie, tworząc nowe modele biznesowe. Szczególnie poszukiwane są rozwiązania, które mogą poprawić efektywność i przyczynić się do cyfrowej transformacji w przemyśle, logistyce czy transporcie.

– Poszukujemy partnerów, którzy mają gotowy produkt wypełniający nisze rynkowe lub uzupełniający nasze portfolio ofertowe w ramach grupy spółek Orange – wyjaśnia ekspert Orange. – Jesteśmy otwarci zwłaszcza na propozycje usług wykorzystujących sieć 5G, która oferuje nowe możliwości dzięki zwiększonej prędkości transmisji danych osiągającej nawet 20 Gb/s, opóźnieniom zmniejszonym do poziomu pojedynczych milisekund czy zdolności obsługi nawet do miliona urządzeń na kilometr kwadratowy.

Od ubiegłego roku operator realizuje pierwsze wdrożenia dla klientów w obszarze 5G. Przykładem jest projekt dla Łódzkiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, która wybrała Orange Polska jako dostawcę wewnętrznej sieci kampusowej 5G na potrzeby stworzenia ŁSSE 5G Lab, czyli przestrzeni wyposażonej w odpowiednie narzędzia, sprzęt, infrastrukturę do testowania innowacji 5G.

– Z tej przestrzeni mogą korzystać firmy, inwestorzy i start-upy działające na terenie strefy. Z kolei w fabryce sprzętu AGD firmy Miele, znajdującej się w Ksawerowie pod Łodzią, na przestrzeni około 6 tys. mkw. Orange zbudował drugą już sieć kampusową działającą w docelowym paśmie 5G, czyli 3,6 GHz. Pozwoli ona zdigitalizować i zautomatyzować proces kontroli jakości dla powstających produktów, a także uruchomić na szeroką skalę szkolenia pracowników przy użyciu wirtualnej rzeczywistości. Co najważniejsze, te rozwiązania są dostarczane właśnie przez start-upy, które prowadziły swoje testy i prezentacje na terenie strefy – mówi Artur Piecha.

W tej chwili Orange Fab z kolejnymi start-upami testuje już kolejne rozwiązania z zakresu 5G przeznaczone dla produkcji i logistyki. Operator prowadzi takie projekty zarówno w Polsce, jak i we Francji, gdzie w ubiegłym roku uruchomił dedykowany nabór pod rozwiązania związane z siecią 5G.

– Takie rozwiązania to np. Radio Innovation – narzędzie ułatwiające wdrażanie mobilnej łączności szerokopasmowej, lub Omniflow – inteligentna lampa uliczna IoT, zasilana wiatrem i energią słoneczną  – wymienia dyrektor marketingu klientów kluczowych i korporacyjnych Orange Polska.

Jak podkreśla, operator rozwija współpracę ze start-upami w modelu open innovation, który zakłada otwarte i współpracujące podejście do procesu tworzenia innowacji. W 2020 roku akcelerator i współpracujące z nim start-upy wdrożyły na polski rynek siedem rozwiązań, kierowanych zarówno do klientów końcowych sieci Orange, jak i do firm usprawniających procesy wewnętrzne.

– Skupiliśmy się na zwiększeniu efektywności, np. kampanii online’owej, oraz na wdrożeniu szkoleń dla naszych pracowników za pomocą technologii VR. Podjęliśmy też działania zwiększające efektywność procesu tworzenia i modyfikacji aplikacji w zintegrowanym środowisku IT, tak aby uwzględnić zmieniającą się ilość struktur danych, które są wykorzystywane podczas tego typu procesów. Z kolei pracując nad rozwiązaniami dla naszych klientów, stawialiśmy na cyfryzację i automatyzację procesów w takich obszarach jak np. płatności bezgotówkowe, zdalny odczyt danych czy zarządzanie infrastrukturą ciepłowniczą i energetyczną. Oczywiście z uwzględnieniem odnawialnych źródeł energii – wyjaśnia Artur Piecha.

Orange Fab rozpoczął budowanie otwartego ekosystemu nowych produktów jako jeden z pierwszych akceleratorów na polskim rynku i zaoferował start-upom, które z nim współpracują, m.in. dostęp do infrastruktury technicznej i swojej sieci sprzedaży, a także udział w krajowych i międzynarodowych konferencjach. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/startupy-w-centrum,p2073916358

Duży wzrost aktywności cyberprzestępców w czasie pandemii. Coraz częściej podszywają się pod zaufane firmy i instytucje

0

Cyberprzestępcy bardzo szybko zaczęli wykorzystywać do wyłudzeń tematykę związaną z COVID-19, a w czasie pandemii skokowo wzrosła liczba ataków hakerskich i prób wyłudzenia danych. W ostatnich tygodniach oszuści za cel ataków obrali sobie zwłaszcza osoby w wieku 20–40 lat, z którymi kontaktują się kanałami elektronicznymi i telefonicznymi, wykorzystując sprawdzoną socjotechnikę wypróbowaną wcześniej na seniorach czy dane pozyskane z wycieków. Coraz częściej podszywają się pod znane, zaufane instytucje, np. banki, co przy braku czujności może zakończyć się utratą środków z konta czy zaciągnięciem kredytu na setki tysięcy złotych. Eksperci zalecają ostrożność i korzystanie z narzędzi, które pomogą chronić się przed takimi scenariuszami.

– W ostatnim czasie obserwujemy duży wzrost aktywności cyberprzestępców, co wynika z kilku czynników. Pierwszym jest to, że coraz więcej spraw załatwiamy cyfrowo, do czego mocno przyczyniła się pandemia koronawirusa. Po drugie, powrócił okres wzrostów w wielu branżach, biznes się rozwija, wszystkie wskaźniki świecą nam się na zielono. Dokładnie taka sama sytuacja ma miejsce w światku cyberprzestępczym, który po prostu korzysta z nadarzających się okazji – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Karpiński, dyrektor ds. bezpieczeństwa w Biurze Informacji Kredytowej.

Jak wynika z informacji stołecznej Policji, w ostatnich tygodniach oszuści za cel ataków obrali sobie zwłaszcza osoby w przedziale wiekowym 20–40 lat, które coraz częściej ulegają sprawdzonej socjotechnice polegającej na podszywaniu się złodzieja pod policjanta. Ta metoda już wcześniej sprawdziła się na osobach starszych, ale oszuści ją zmodyfikowali i kontaktują się z potencjalnymi ofiarami za pomocą kanałów cyfrowych i urządzeń elektronicznych, z których najczęściej korzystają młodsi użytkownicy.

– W ostatnim czasie obserwujemy także dużą liczbę prób wyłudzeń danych osobowych za pośrednictwem telefonu. Wydaje się to anachroniczną metodą, ale okazuje się, że działa. Cyberprzestępcy dzwonią, korzystając z danych osobowych, które wyciekły z popularnych portali społecznościowych. Często wtedy wyświetla się nam poprawny numer telefonu danej instytucji, np. banku, BIK-u czy giełdy, co wynika z błędów w protokołach telekomunikacyjnych i sposobie prezentowania numerów pomiędzy operatorami – wyjaśnia Andrzej Karpiński. – Warto pamiętać, żeby nigdy nie podawać wrażliwych danych osobowych przez telefon.

Przestępcy w dobie pandemii coraz chętniej wykorzystują także kanały online. Ze statystyk CERT Orange Polska wynika, że phishing, czyli metoda oparta na socjotechnice, służąca hakerom do wyłudzenia haseł, numerów kart kredytowych czy kont bankowych, był najczęstszym zagrożeniem w internecie w 2020 roku. Zespół operatora zablokował aż 40 mln prób wejścia na fałszywe strony phishingowe. 

– Cyberprzestępczości sprzyja niestety cyfryzacja i upraszczanie procedur w kierunku proklienckim. Dzisiaj, aby zaciągnąć kredyt, nie musimy już zjawiać się w oddziale banku czy firmy pożyczkowej. Zamiast tego wykorzystujemy elektroniczne kanały autoryzacji typu przelew za złotówkę czy zdjęcie dowodu osobistego. Nawet umowy często podpisujemy już za pośrednictwem kuriera, którego można przecież podstawić, oszukać czy przekupić. Takie rzeczy się zdarzają  – mówi dyrektor ds. bezpieczeństwa w Biurze Informacji Kredytowej.

Dane BIK pokazują, że do prób wyłudzeń kredytów dochodzi średnio 20 razy dziennie. Dotyczy to jednak tylko zaraportowanych ataków, w rzeczywistości skala problemu jest zaś dużo większa. Tylko w IV kwartale ubiegłego roku odnotowano 1943 prób wyłudzeń, z czego dziewięć na kwoty przekraczające 1 mln zł. Z kolei w I kwartale tego roku łączna kwota, na jaką złodzieje chcieli wyłudzić kredyty, wyniosła 83,3 mln zł i była aż o 1/3 wyższa niż w sześciu poprzednich kwartałach – wynika z raportu „infoDok” opracowywanego przez Związek Banków Polskich.

– Skala nadużyć finansowych zaczyna robić się już kłopotliwa. Obserwuje się co najmniej kilkadziesiąt takich przypadków w skali miesiąca. Rocznie mówimy o kwotach przekraczających kilkaset milionów złotych. Natomiast sektor finansowy próbuje sobie z tym radzić, uruchamiając cały zestaw narzędzi, platform antyfraudowych czy nowych metod weryfikacji podejrzanych zachowań – wymienia Andrzej Karpiński.

Eksperci podkreślają, że ofiarą manipulacji socjotechnicznej może paść każdy, bo przestępcy doskonale wykorzystują bieżące wydarzenia i ludzkie emocje.

– Najprostszy sposób, żeby się przed tym chronić, to cyberhigiena, która oznacza, że powinniśmy mieć wyuczone pewne zasady zachowywania się w takich sytuacjach. To oznacza przede wszystkim dużą ostrożność w podawaniu naszych danych osobowych. Zastanówmy się, gdzie i czy na pewno nasz PESEL jest rzeczywiście potrzebny, nie podawajmy go w każdym najmniejszym sklepie internetowym. Dbajmy o to, żeby publicznie nie udostępniać swoich danych – podkreśla dyrektor ds. bezpieczeństwa w Biurze Informacji Kredytowej.

Przed próbami wyłudzenia coraz częściej chronić nas mogą także specjalnie przygotowane narzędzia, np. Alerty BIK. To powiadomienie mailowe lub SMS-owe, które przychodzi w momencie, kiedy w Biurze Informacji Kredytowej pojawi się zapytanie o historię kredytową danej osoby. Jeżeli ona sama nie składała żadnych wniosków o kredyt czy pożyczkę, nie kupowała nic na raty ani nie poręczała kredytu, Alert może oznaczać, że ktoś próbuje zaciągnąć kredyt na jej dane. Dzięki szybkiemu powiadomieniu można temu zapobiec.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/duzy-wzrost-aktywnosci,p476650088

Jeszcze w czerwcu rząd zaprezentuje Strategię Demograficzną. Ma w niej zaproponować nowe pomysły na zwiększenie dzietności

0

Tylko 2 proc. Polaków w ogóle nie chce mieć dzieci. Blisko połowa chciałaby mieć dwójkę, a 28 proc. – trójkę dzieci. Prawie 1/3 marzy o dużej, wielopokoleniowej rodzinie – pokazują ubiegłoroczne badania CBOS. Wiele osób przed zakładaniem rodziny powstrzymuje głównie sytuacja ekonomiczna. W efekcie współczynnik dzietności w Polsce już od lat nie gwarantuje zastępowalności pokoleń, a sytuacja będzie się pogarszać. Strategia Demograficzna, którą rząd ma upublicznić jeszcze w czerwcu, wskaże działania, które są konieczne, aby takiemu scenariuszowi w porę zapobiec i skłonić Polaków do większej dzietności.

Kończymy prace nad Strategią Demograficzną. Myślę, że będziemy mogli przedstawić ją jeszcze w czerwcu – zapowiada w rozmowie z agencją Newseria Biznes Barbara Socha, wiceminister rodziny i polityki społecznej, pełnomocnik rządu ds. polityki demograficznej.

Prace nad rządową Strategią Demograficzną dla Polski ruszyły w zeszłym roku. Dokument ma odpowiedzieć na pytanie, czego potrzebują polskie rodziny, i wyznaczyć kierunek działań, które będą sprzyjać dzietności. Polska ma bowiem duży problem z demografią – populacja się kurczy, a od wielu lat rodzi się za mało dzieci, żeby zapewnić zastępowalność pokoleń. Od 1998 roku współczynnik dzietności nie przekracza w Polsce 1,5 dziecka na kobietę w wieku rozrodczym (w 2019 roku wynosił 1,44). Tymczasem zastępowalność pokoleń gwarantuje dopiero wskaźnik dzietności na poziomie 2,1–2,15 (dane z czerwcowego raportu „Demografia” Warsaw Enterprise Institute).

Prognoza demograficzna GUS zakłada, że w 2050 roku liczba ludności Polski spadnie do 33 mln 951 tys. (dla porównania w 2020 roku Polaków było nieco ponad 37 mln 958 tys.). W stosunku do bazy, za którą przyjęto 2013 rok, będzie to oznaczać spadek liczby ludności o 12 proc., czyli 4,55 mln osób. Oprócz ujemnego przyrostu naturalnego GUS prognozuje też spadek liczebności kobiet w wieku rozrodczym (15–49 lat) oraz szybkie starzenie się społeczeństwa.

W 2050 roku seniorzy w wieku 65+ będą już stanowić 32,7 proc. populacji (wobec 14,7 proc. w stosunku do bazy z 2013 roku, co oznacza wzrost o 5,4 mln osób). To zaś wywoła perturbacje na rynku pracy, wpływając na PKB i konkurencyjność gospodarki, zaburzy działanie modelu ubezpieczeń społecznych, w skrajnym scenariuszu prowadząc nawet do załamania systemu emerytalnego, i będzie stanowić wyzwanie dla całego systemu usług publicznych, zwłaszcza opieki zdrowotnej. Rządowa Strategia Demograficzna ma wskazać działania, które są konieczne, żeby takiemu scenariuszowi w porę zapobiec i skłonić Polaków do większej dzietności.

Strategia Demograficzna wyznacza kierunki interwencji, które zaobserwowaliśmy w innych krajach europejskich. Chcemy skorzystać z ich doświadczenia, ale nie tylko. Mamy też nowe pomysły, które nazwałabym innowacyjnymi czy nowatorskimi, składające się na spójną układankę. Wierzę, że to przyniesie istotną zmianę – zapewnia Barbara Socha.

Na potrzeby nowej strategii rząd zdefiniował 11 obszarów, które mają wpływ na dzietność (jest wśród nich m.in. rynek pracy), a w połowie ubiegłego roku Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej zleciło badania opinii publicznej, które mają pokazać, co powstrzymuje Polki przed decyzją o urodzeniu dziecka.

Podobne badanie w 2015 roku zostało już zresztą przeprowadzone przez Dom Badawczy Maison dla Warsaw Enterprise Institute. Niemal 90 proc. Polaków negatywnie oceniło wówczas politykę prorodzinną państwa. Badanie pokazało też, że Polacy chcą mieć dzieci, ale powstrzymuje ich przed tym przede wszystkim sytuacja ekonomiczna. 76 proc. chciałoby mieć dwoje lub troje dzieci, ale poprzestają na jednym ze względu na niewystarczające warunki materialne (74 proc.) lub obawę przed ich pogorszeniem (61 proc.).

Podobne wnioski płyną również z przeprowadzonego w 2019 roku badania CBOS („Preferowane i realizowane modele życia rodzinnego”), które pokazało, że tylko 2 proc. Polaków w ogóle nie chce mieć dzieci. Blisko połowa (47 proc.) chciałaby mieć dwójkę, a 28 proc. – trójkę dzieci. Małżeństwo bez dzieci to pożądany model dla raptem 3 proc. Mimo to w 2019 roku 11 proc. polskich małżeństw było bezdzietnych. Tylko dla 17 proc. z nich ta sytuacja była satysfakcjonująca, większość (59 proc.) chciałaby mieć w domu jeszcze jedno pokolenie.

Strategia Demograficzna obejmuje przede wszystkim kompleksową diagnozę sytuacji  w Polsce, w tym też na tle innych krajów Europy i naszego regionu. Opisaliśmy w niej wszystkie wyzwania i czynniki, które mogą wpływać na dzietność – podkreśla pełnomocnik rządu ds. polityki demograficznej. – Ta strategia powstała po bardzo dogłębnym przeanalizowaniu nie tylko systemów polityk rodzinnych i sytuacji w innych krajach, ale też na podstawie wszelkich dostępnych badań naukowych prowadzonych zarówno w Polsce, jak i za granicą, które dotyczyły szeroko pojętej dzietności i mechanizmów tworzenia rodzin. Jest to więc bardzo kompleksowy dokument.

Jak zapowiadała już w marcu br. szefowa MRiPS Marlena Maląg, rządowa Strategia Demograficzna ma zawierać konkretne narzędzia i rozwiązania, np. w obszarze polityki mieszkaniowej, które będą wspierać rodziny i skłaniać Polaków do rozmnażania. Część z nich została już przedstawiona w Polskim Ładzie. To m.in. wspieranie rodzin z dziećmi w zakupach własnego mieszkania bez wymaganego wkładu własnego.

Wierzymy, że skuteczne wdrożenie tych instrumentów, które rekomendujemy w strategii, przyniesie dużą poprawę dzietności w Polsce. Założenia dokumentu zostały przyjęte na najbliższe 20 lat, czyli do 2040 roku – mówi pełnomocnik rządu ds. polityki demograficznej.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/jeszcze-w-czerwcu-rzad,p620552231

Orange deklaruje neutralność klimatyczną do 2040 roku. Operator już wprowadził na polski rynek pierwszą w pełni neutralną dla klimatu usługę telekomunikacyjną

0

W Wielkopolsce Orange Polska korzysta już z dwóch farm wiatrowych, które produkują zieloną energię pokrywającą ok. 9 proc. całkowitego rocznego zapotrzebowania operatora. Dzięki temu usługa Orange Flex stała się pierwszą na polskim rynku całkowicie neutralną klimatycznie usługą telekomunikacyjną. Jej obsługa i sprzedaż są wolne od papieru i plastiku, a emisje CO2, których nie da się wyeliminować, operator równoważy m.in. inwestycjami w bioróżnorodny las. – Firmy telekomunikacyjne mogą mieć ogromny wpływ na ograniczenie w Polsce emisji CO2. Nasza rola wynika z tego, że jesteśmy ogromnym użytkownikiem i konsumentem energii – mówi Julien Ducarroz, prezes Orange Polska.

– Coraz częściej na polskim rynku – podobnie jak na całym świecie – pojawia się troska o środowisko. Każdy widzi, że z roku na rok klimat się zmienia, mamy coraz więcej katastrof naturalnych. Kolejne światowe badania wskazują, że zapobieganie zmianom klimatu musi stać się jednym z priorytetów. Widzimy to też w działaniach władz, które w coraz większym stopniu biorą pod uwagę aspekt ochrony środowiska. Nie mam też wątpliwości, że i klienci wykazują coraz większą troskę o środowisko naturalne – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Julien Ducarroz.

Ubiegłoroczny raport „Ziemianie atakują”, opracowany przez Kantar wspólnie z UN Global Compact, pokazuje, że już tylko trzech na stu Polaków nie dostrzega negatywnego wpływu człowieka na środowisko, a 78 proc. uważa, że obecny stan planety wymaga natychmiastowych działań. Największe wyzwania środowiskowe – zdaniem badanych – stanowią m.in. zanieczyszczenie plastikiem, niedobory wody i susze, natomiast co czwarty wskazuje na globalne ocieplenie. Co istotne, 58 proc. Polaków ocenia, że na rzecz przeciwdziałania klimatu powinny działać zwłaszcza rządy i politycy, 52 proc. wskazuje na przemysł energetyczny, 39 proc. – na samych konsumentów. Średnio co trzeci badany uważa zaś, że jest to rola dużego biznesu i korporacji.

Ponad 90 proc. śladu węglowego operatorów telekomunikacyjnych wynika ze zużycia energii potrzebnej do utrzymania sieci i centrów danych. Dlatego branża musi szukać rozwiązań poprawiających wydajność energetyczną sieci, inwestować w energooszczędne technologie i przestawiać się na zieloną energię. Nadrzędnym celem Orange Polska jest dążenie do zerowej emisji netto i osiągnięcie jej najpóźniej do 2040 roku – zarówno w Orange globalnie, jak i w polskim oddziale.

– Nasz pierwszy kamień milowy planujemy osiągnąć w 2025 roku, w którym zamierzamy zredukować emisje o 65 proc. [w porównaniu z 2015 rokiem – red.]. Jeden z naszych głównych celów to energia. Chcemy, aby do 2025 roku 60 proc. naszej energii pochodziło ze źródeł ekologicznych. Dziś korzystamy z dwóch farm wiatrowych, które produkują energię stanowiącą ok. 9 proc. naszego rocznego zapotrzebowania. Co ważne, pobieramy ją bezpośrednio od producenta, więc mamy pewność, że jest to czysta energia – zapewnia prezes Orange Polska.

Obie farmy znajdują się w Wielkopolsce. Farma Jarocin Wschód jest zlokalizowana ok. 11 km od miasta Jarocin i składa się z dwóch turbin o mocy zainstalowanej 5 MW. Drugi projekt został zrealizowany ok. 83 km na wschód od Poznania. Działają tam cztery turbiny o mocy zainstalowanej 10 MW. Farmy wyprodukują ok. 500 GWh w ciągu 10 lat.

– Cele, o których mówimy, są dla Orange bardzo ważne. Wpisaliśmy je do naszej strategii i stanowią nasze publiczne zobowiązanie. To nie jest tylko śmiała wizja dyrektora generalnego, ale wysiłek, który podejmujemy w całej firmie – mówi Julien Ducarroz.

Po przejściu na zieloną energię z wiatru, kupowaną bezpośrednio od jej producenta, Orange mogło zaoferować pierwszą na polskim rynku całkowicie neutralną klimatycznie usługę telekomunikacyjną – Orange Flex. To oferta bez umów i formalności, pozwalająca korzystać z nowoczesnych rozwiązań, takich jak eSIM.

– Flex od początku został zaprojektowany z myślą o dwóch rzeczach: o klientach i ich doświadczeniach oraz ekologii. Całą energię czerpiemy z uruchomionych już farm wiatrowych. Całkowicie wyeliminowaliśmy też papier, wszystkie interakcje z klientami odbywają się cyfrowo. Korzystamy z technologii eSIM, więc nie ma też mowy o plastiku – wyjaśnia prezes Orange Polska. 

Jak podaje operator, korzystanie z usługi Orange Flex przez jednego użytkownika wiąże się z emisją 3,273 kg CO2e miesięcznie (wyliczone zgodnie z zasadami GHG Protocol). CO2e to ekwiwalent CO2, czyli wszystkie gazy cieplarniane (np. metan, podtlenek azotu), których emisja wiąże się z działaniem usługi w przeliczeniu na jednostkę. W usłudze od początku ograniczono też źródła emisji inne niż energia elektryczna.

Wszystkich emisji związanych z usługą nie da się jednak uniknąć, dlatego Orange równoważy je dzięki kompensacji. Pozwala ona usunąć z atmosfery taką ilość CO2e, której wyemitowaniu nie udało się zapobiec (ok. 600 ton CO2 w skali roku dla wszystkich klientów usługi Orange Flex). Orange wspiera w tym celu projekt przekształcający zdegradowane obszary w bioróżnorodne lasy, zapewniające regenerację ekosystemu w Kolumbii. Projekt jest certyfikowany przez Gold Standard, który gwarantuje, że działanie jest realne i faktycznie przyczynia się do usunięcia z atmosfery deklarowanych ilości CO2.

– Dzięki rozwiązaniom cyfrowym możemy pomóc klientom w ich własnej transformacji w kierunku neutralności węglowej – mówi Julien Ducarroz. – Cały rynek telekomunikacyjny sprzedaje w Polsce ok. 9 mln telefonów rocznie. Z każdym takim urządzeniem trzeba ostatecznie coś zrobić. Jeśli telefon działa, możemy przyjąć go z powrotem i naprawić, a jeśli nie – poddajemy go procesom recyklingu. To główne obszary, w których działania branży telekomunikacyjnej mogą mieć duże znaczenie.

Produkcja jednego smartfona kosztuje środowisko nawet 100 kg równoważnej emisji CO2. Orange w ubiegłym roku sprzedał ponad milion smartfonów, a klienci wymieniają te urządzenia średnio co trzy lata. Tymczasem nawet 40 proc. starych smartfonów leży w szufladach. Dlatego operator zachęca swoich klientów do świadomego rozstawania się z nieużywanym już sprzętem. Zarówno online, jak i w każdym salonie stacjonarnym można zapoznać się z ofertą odkupu starszego modelu smartfona albo oddać stare i niesprawne urządzenie do recyklingu.

O tym, jak biznes może się angażować w przeciwdziałanie zmianom klimatu, będą już 9 czerwca dyskutować m.in. Areta Szpura, aktywistka ekologiczna, i Mirosław Proppe z WWF Polska podczas wydarzenia online „Miasteczko Myśli. Razem dla Planety”. Z prof. Muhammadem Yunusem, laureatem Pokojowej Nagrody Nobla, porozmawia Julien Ducarroz. Transmisja dostępna będzie w środę, 9 czerwca, od godz. 10.00 na stronie www.miasteczkomysli.pl. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/orange-deklaruje,p1303844514