Strona główna Blog Strona 78

Koronakryzys otwiera polskim firmom drogę do ekspansji. Atrakcyjne wyceny zagranicznych spółek mogą zachęcać do przejęć

0

Badania  przeprowadzone przez OECD i Bank Światowy we współpracy z Facebookiem wskazują, że na skutek pandemii 55 proc. małych i średnich firm na całym świecie odczuło spadek sprzedaży, 30 proc. musiało zwalniać pracowników, a 24 proc. przestało istnieć z powodu koronakryzysu. Całkiem nieźle na tle świata wypadają za to polscy przedsiębiorcy, bo aż 84 proc. z nich zadeklarowało, że nadal prowadzi działalność. To o 8 p.p. więcej, niż wynosi światowa średnia. Gorsza kondycja wielu zagranicznych spółek może oznaczać spadek ich wycen, co z kolei otwiera możliwości do ich przejęcia. To dla polskich przedsiębiorców okazja do rozwoju swojej działalności na nowych rynkach.

– Początkowo, tuż po wybuchu pandemii, dominowało podejście ostrożnościowe, defensywne. Z nieznanym ciężko walczyć, więc firmy skupiały się na obronie dotychczasowych rynków i gromadzeniu zapasów gotówki, bo nie było wiadomo, jak pandemia się rozwinie. Ostatnio obserwujemy jednak bardziej aktywne podejście, ponieważ kryzys związany z pandemią generuje okazje inwestycyjne, czyli okazje do atrakcyjnych, tanich przejęć spółek zagranicznych – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Kuba, członek zarządu ds. inwestycyjnych w PFR TFI. – Dla wielu polskich firm ekspansja zagraniczna – w rozumieniu ekspansji kapitałowej, czyli przejęć zagranicznych firm – stała się receptą na pandemię i związany z nią kryzys.

Z badania przeprowadzonego przez OECD oraz Bank Światowy we współpracy z Facebookiem, zrealizowanego w lutym w 27 krajach na grupie 35 tys. właścicieli małych i średnich firm, wynika, że na całym świecie okres pandemii przetrwało 76 proc. przedsiębiorstw, podczas gdy w Polsce utrzymanie działalności deklaruje 84 proc. podmiotów. Gorsza sytuacja jest chociażby w Niemczech, USA czy we Włoszech. W Wielkiej Brytanii tylko 63 proc. firm nadal funkcjonuje, co oznacza, że w wyniku koronakryzysu 37 proc. musiało zamknąć swoją działalność.

Z badania wynika również, że tylko 42 proc. portugalskich, 45 proc. włoskich i 52 proc. hiszpańskich firm utrzyma swoją działalność w ciągu najbliższych sześciu miesięcy. To pokazuje, że panujące wśród europejskich firm nastroje nie są optymistyczne. Ich malejące wyceny mogą być jednak dobrą okazją do ich przejęcia.

– To, że dana spółka zagraniczna gorzej radzi sobie w pandemii, nie oznacza, że nie posiada atrakcyjnych aktywów. Mogą nimi być np. specjalne licencje, patenty, zezwolenia, know-how albo unikalna sieć dystrybucji. Sytuacja, w której w wyniku kryzysu wywołanego pandemią wycena takiego przedsiębiorstwa spada, może być szansą dla polskiego przedsiębiorcy, który planuje ekspansję zagraniczną, na przejęcie za niższą cenę tych cennych aktywów, które pasują do jego modelu biznesowego – wyjaśnia Piotr Kuba. 

Analitycy PwC wskazują, że w tej chwili niepewność na rynkach – związana z pandemią COVID-19 – skłania przedsiębiorstwa do ostrożności w podejmowaniu dalszej ekspansji. Z drugiej strony to właśnie bezpośrednie inwestycje zagraniczne mogą odegrać dużą rolę w wychodzeniu polskiej gospodarki z koronakryzysu.

W ostatnim czasie na ekspansję zagraniczną zdecydowała się na przykład spółka Nevomo. Start-up nawiązał współpracę z niemieckimi uczelniami, a także zapowiedział otwarcie szwajcarskiej filii spółki, która będzie odpowiedzialna za współpracę z podmiotami ze Szwajcarii, Francji oraz Włoch. O planowanym wejściu na nowe rynki poinformowało także giełdowe Allegro. Po zaprezentowaniu kwartalnych wyników finansowych dyrektor finansowy spółki w rozmowie z Agencją Reutera poinformował o planach ekspansji z możliwymi przejęciami zagranicznych podmiotów.

– Nie ma lepszego momentu na dokonywanie inwestycji jak wtedy, kiedy aktywa, które chcemy przejąć, są tanie – mówi członek zarządu ds. inwestycyjnych w PFR TFI. – To oczywiście nie oznacza, żeby kupować wszystko, co jest tanie, ale na pewno w związku z pandemią szereg gorzej radzących sobie firm może stanowić atrakcyjny cel, choćby dlatego, że mogą być właścicielami ciekawej technologii, ciekawego rynku dystrybucji, ciekawych aliansów z lokalnymi przedsiębiorcami.

Co istotne, w związku ze spodziewanym ożywieniem w globalnej gospodarce (według kwietniowej prognozy MFW w tym roku światowe PKB wzrośnie w ujęciu rocznym o 6 proc., a w 2022 roku – o 4,4 proc., po spadku o 3,3 proc. w ubiegłym roku) wyceny części tych spółek, które stanowią w tej chwili atrakcyjny cel inwestycyjny, mogą powrócić do swoich średnich. Według eksperta PFR TFI oznacza to, że okazja inwestycyjna wynikająca z ekonomicznych skutków pandemii nie będzie trwała wiecznie i decyzje należy podejmować szybko.

– Nie oznacza to jednak, że jeżeli teraz nie podejmiemy takiej decyzji, to zagraniczna ekspansja kapitałowa będzie bez sensu. Ona nadal będzie mieć sens, ale musi też pasować do modelu biznesowego i tego, co polska spółka za granicą chce uzyskać. Natomiast może być tak, że za jakiś czas te wyceny będą już mniej atrakcyjne i trzeba będzie zapłacić więcej – prognozuje Piotr Kuba.

Jak podkreśla nasz rozmówca, który w PFR TFI zarządza Funduszem Ekspansji Zagranicznej, strategia zagranicznej ekspansji kapitałowej polskich firm – czyli przejmowania bądź budowania od zera spółek za granicą – powinna być jednak długoterminową, przemyślaną decyzją, oderwaną od lokalnych czy chwilowych czynników i dostosowaną do specyfiki przedsiębiorstwa. Przemyślany pomysł ekspansji kapitałowej to jeden z warunków podjęcia współpracy z Funduszem Ekspansji Zagranicznej, który współinwestuje z polskimi przedsiębiorstwami w ich zagraniczne spółki zależne. 

– Trudno powiedzieć, że pandemia i spowodowany nią kryzys to krótkotrwałe czynniki, ale atrakcyjne wyceny spółek wydają się już być takim krótkotrwałym elementem, więc warto go wykorzystać. Natomiast każda firma musi odpowiedzieć sobie na szereg pytań, zanim wyjdzie na ryzykowne wody związane z zagranicznymi przejęciami – mówi ekspert.

Ze wstępnych danych Narodowego Banku Polskiego wynika, że w ubiegłym roku nastąpił wzrost polskich inwestycji za granicą. Wyniosły one 7,1 mld zł wobec 5 mld zł w 2019 roku. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/koronakryzys-otwiera,p13385631

Rejestracja aut ciężarowych prawie cztery razy wyższa niż rok temu. To może napędzić nową usługę ich wynajmu długoterminowego

0

Według statystyk Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego w kwietniu tego roku zarejestrowano 3243 pojazdy użytkowe powyżej 3,5 t, co oznacza ponad 226-proc. wzrost rok do roku. Za zdecydowaną większość zakupów odpowiadają firmy, a szczególnie przedsiębiorstwa leasingowe i zajmujące się wynajmem długoterminowym. Po kryzysie wywołanym pandemią obie te branże wyraźne przyspieszają, a przedsiębiorcy coraz chętniej wybierają te formy finansowania. – Należy się spodziewać, że ten rok będzie bardzo dobry dla wynajmu i całego segmentu pojazdów użytkowych – ocenia Łukasz Chyliński, prezes nowej marki TRUCK CARE, która na rynku najmu pojazdów użytkowych zadebiutowała w połowie maja. Jako jedna z nielicznych na polskim rynku stawia na wynajem pojazdów ciężkich i specjalistycznych, w tym także zasilanych gazem i elektryków.

 Polski rynek wynajmu pojazdów użytkowych rozwija się bardzo dobrze i podąża za rejestracjami nowych pojazdów ciężarowych, które – po okresie spadków wywołanych pandemią, zwłaszcza w pierwszej połowie 2020 roku – notują w tym roku olbrzymie wzrosty. W segmencie pojazdów ciężarowych, tych najcięższych, są to wzrosty rzędu 100 proc. w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku. Tym samym usługa wynajmu też radzi sobie doskonale – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Chyliński, prezes zarządu TRUCK CARE.

W II i III kwartale ub.r. spadki w liczbie rejestracji nowych pojazdów ciężarowych dochodziły nawet do 70 proc. Jednak już pod koniec zeszłego roku rynek zanotował odbicie, które trwa do tej pory. Odzwierciedlają to statystyki PZPM, z których wynika, że w kwietniu tego roku zarejestrowano 3243 pojazdy użytkowe powyżej 3,5 t. To ponad 220 proc. więcej niż przed rokiem. W grupie nowych samochodów ciężarowych powyżej 3,5 t zarejestrowano w kwietniu 3166 nowych pojazdów, co oznacza ponad 240-proc. wzrost r/r. Po 20 dniach maja wzrost był jeszcze wyraźniejszy i wyniósł prawie 300 proc.

W ciągu pierwszych czterech miesięcy roku zarejestrowano ponad 10,6 tys. samochodów ciężarowych, czyli o prawie 89 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2020 roku. Z kolei w grupie pojazdów użytkowych powyżej 3,5 t wzrost sięgnął prawie 81 proc. Część z tych pojazdów ciężkich trafia na rynek najmu długoterminowego. Chociaż nie jest to usługa rozpowszechniona wśród krajowych firm, to jej potencjał rozwoju jest oceniany bardzo pozytywnie.

– Gdyby oceniać perspektywy dla rynku wynajmu pojazdów na 2021 rok po I kwartale, to one wyglądają fantastycznie. My podpisujemy w tej chwili około pięć razy więcej kontraktów niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Mamy dużo więcej nowych rejestracji. Te wzrosty prawdopodobnie nie utrzymają się w dalszej części roku, m.in. ze względu na to, że brakuje pojazdów i relacja między popytem a podażą jest mocno zaburzona, natomiast należy się spodziewać, że to będzie bardzo dobry rok dla wynajmu i dla całego segmentu pojazdów użytkowych – ocenia Łukasz Chyliński.

Zarówno w rejestracjach w całym segmencie aut użytkowych, jak i tylko w podsegmencie ciężarowych dominują zakupy firmowe. Wśród nich zasadniczą część (ok. 75 proc.) stanowią firmy prowadzące leasing lub CFM, czyli wynajem długoterminowy.

Jak podkreśla ekspert, cały rynek wynajmu pojazdów rozwija się tak dynamicznie ze względu na fakt, że ta forma finansowania stanowi dla przedsiębiorców atrakcyjną i bezpieczną alternatywę. Wśród samochodów osobowych co czwarte auto flotowe jest wybierane właśnie w wynajmie długoterminowym.

 Na tle wszystkich innych form finansowania wynajem wypada naprawdę bardzo dobrze. Wyróżnia go przede wszystkim elastyczność, bo są to usługi szyte na miarę konkretnych klientów i ich potrzeb. W zakresie rat, podejścia do klienta, zakończenia umowy czy też przedterminowego zakończenia kontraktu wynajem daje szerokie możliwości. Po drugie, w przypadku wynajmu ryzyko po stronie najemcy jest bardzo ograniczone w porównaniu do innych form finansowania. Tutaj najemca ma wszystko w ramach jednej raty, po jego stronie pozostaje tylko paliwo, opłaty drogowe czy opłaty związane z utrzymaniem pracowników. Natomiast wszystko, co się wiąże z pojazdem, jest zagwarantowane przez cały okres kontraktu, a ta przewidywalność kosztów dzisiaj jest niezwykle istotna – mówi prezes zarządu TRUCK CARE.

TRUCK CARE, nowa marka na rynku wynajmu pojazdów użytkowych, która zadebiutowała na rynku w połowie maja, chce wykorzystać te dobre perspektywy stojące przed branżą. Powstała ona na bazie wypożyczalni DBK Rental i będzie rozwijana w ramach współpracy pomiędzy Grupą DBK i Europejskim Funduszem Leasingowym.

– DBK Rental, znana marka na rynku TSL, zmienia się w TRUCK CARE. Dla naszych klientów oznacza to większą elastyczność, więcej rozwiązań i szerszą paletę produktową. Natomiast dla całego rynku pojawienie się marki TRUCK CARE oznacza, że dotychczasowy lider przyspiesza, wrzuca kolejny bieg i zaoferuje jeszcze więcej ciekawych propozycji. Mamy nadzieję, że w ciągu kolejnych lat ta pozycja lidera zostanie przez nas jeszcze bardziej podkreślona – mówi Ireneusz Sobieski, prezes zarządu Grupy DBK.

TRUCK CARE oferuje klientom wynajem m.in. ciągników siodłowych, samochodów ciężarowych i dostawczych, naczep, przyczep oraz pojazdów specjalistycznych. W tej chwili flota marki liczy ponad 3,7 tys. pojazdów, m.in. DAF, MAN, IVECO, Volvo, Mercedes-Benz, Scania, Kögel, Schmitz, Krone czy Renault.

– Zaoferujemy klientom niskoemisyjne pojazdy do transportu międzynarodowego zasilane gazem ziemnym, które już dzisiaj mamy we flocie. Pojawią się w niej również pojazdy elektryczne, przede wszystkim w segmencie aut dostawczych, choć pracujemy z kilkoma dostawcami nad tym, żeby poszerzyć ofertę elektryków w segmentach o wyższym tonażu – zapowiada Łukasz Chyliński.

Jak wskazuje, poza elastycznym wynajmem TRUCK CARE zaoferuje klientom także szereg dodatkowych usług, jak np. wsparcie w zakresie usług telematycznych, które przekłada się na optymalizację jazdy i czasu pracy kierowców, mniejsze zużycie paliwa i większe oszczędności.

 Zapewniamy naszym klientom dostęp do paneli informacyjnych, na których mogą znaleźć wszelkie informacje na temat wynajmowanych przez nas pojazdów. Wkrótce – w odpowiedzi na sygnały płynące od naszych klientów i z rynku – uruchamiamy też usługę zarządzania flotą obcą. To oznacza, że jeżeli pośród naszych klientów są tacy, którzy mają część pojazdów u nas w wynajmie, a część finansują w inny sposób, np. leasingiem albo kredytem, to takie pojazdy również będziemy obejmować obsługą serwisową i zarządzaniem, żeby zdjąć obowiązek z barków naszych klientów – mówi prezes nowej marki.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rejestracja-aut,p790162821

MRPiT: Planowane złagodzenie przepisów o budowie wiatraków na lądzie pozwoli na obniżenie cen energii. Będą mogły one powstawać bliżej zabudowań

0

Polska ma najniższy w UE udział OZE w swoim miksie energetycznym i najwyższe w całej Unii ceny hurtowe energii.  – Utrzymanie obecnego miksu w długookresowej perspektywie wiązałoby się z dalszym, znacznym wzrostem cen energii  – wskazuje Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii w uzasadnieniu do nowelizacji tzw. ustawy odległościowej, której konsultacje właśnie się zakończyły. Po liberalizacji przepisów pod pewnymi warunkami będzie możliwa budowa nowych wiatraków bliżej zabudowań. Resort szacuje, że to przyczyni się do uwolnienia potencjału inwestycyjnego i budowy ok. 3,7 GW nowych mocy do 2025 roku. Co istotne, w dłuższej perspektywie ma to też wpłynąć na obniżenie cen energii.

– Przepisy, które weszły w życie w 2016 roku, spowodowały drastyczny spadek inwestycji w elektrownie wiatrowe. Zawierały jednak przepisy przejściowe, które pozwalały na realizację takich inwestycji jeszcze w zasadzie do tego roku. Jednak ta możliwość powoli się kończy i potrzebna jest zmiana, która pozwoli uwolnić kolejny potencjał inwestycyjny – mówi agencji Newseria Biznes Anna Kornecka, wiceminister rozwoju, pracy i technologii.

Tak zwana ustawa odległościowa, która weszła w życie w 2016 roku, wprowadziła zasadę 10H, czyli normę określającą, w jakiej odległości od zabudowań mogą powstawać elektrownie wiatrowe. Zgodnie z nazwą limit wynosi 10-krotność wysokości wiatraka, czyli około 1,5 km. W praktyce takich miejsc w Polsce nie ma jednak zbyt wiele, dlatego ustawa odległościowa na kilka lat zastopowała rozwój energetyki wiatrowej na lądzie.

– Mimo że w ostatnich dwóch latach zostało zainstalowane 2 GW nowych mocy, to bez zmiany przepisów w 2022 roku i kolejnych latach ten spadek mógłby być drastyczny – ocenia Anna Kornecka. – Na przestrzeni ostatnich kilku lat stowarzyszenia branżowe, samorządy czy przedsiębiorstwa energochłonne, które muszą wykazywać odpowiedni udział zielonej energii w swoim miksie energetycznym, sygnalizowały, że nie są w stanie tego zrobić bez uwolnienia potencjału i instalowania takich źródeł jak energetyka wiatrowa.

Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii planuje teraz liberalizację ustawy odległościowej. Właśnie zakończyły się konsultacje projektu nowelizacji. Zgodnie z zapowiedziami resortu we wrześniu powinna ona trafić do Sejmu.

– W ramach zaprojektowanej ustawy odchodzimy od zasady 10H, ale rozumianej jako całościowa regulacja dla całego kraju – zapowiada wiceminister.

Propozycja liberalizacji ustawy odległościowej zakłada, że zasada 10H zostanie co prawda utrzymana, ale w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego gmina będzie mogła określić inną odległość wiatraków od zabudowań. Minimalna, bezwzględna odległość zostanie ustalona na 500 m. Aby poluzować ograniczenie, gmina będzie musiała jednak przeprowadzić najpierw konsultacje społeczne i badania prognostyczne dotyczące wpływu elektrowni wiatrowej (np. hałasu) na funkcjonowanie mieszkańców.

Projekt zakłada też, że nowe elektrownie wiatrowe będą mogły powstawać tylko na podstawie MPZP. Obowiązek sporządzania planu będzie jednak dotyczył tylko obszaru prognozowanego oddziaływania turbiny. Prognoza oddziaływań ma być też obowiązkowo konsultowana z Regionalną Dyrekcją Ochrony Środowiska.

– Chcemy uwolnić potencjał regionów i pozwolić im w sposób przemyślany, sprawiedliwy, w toku konsultacji społecznych ustanowić taką odległość, która będzie dla nich właściwa, ażeby rozwijać energetykę wiatrową, a jednocześnie pozwolić ludziom budować domy i rozwijać mieszkalnictwo – mówi Anna Kornecka. – Jest jeszcze jeden ważny element, który chcemy uwolnić, a mianowicie konkurencyjność polskiej gospodarki i przemysłu. Wprowadzenie minimalnej odległości 500 m,, ale ustanawianej lokalnie, umożliwi przemysłom energochłonnym lokowanie tanich, czystych źródeł energii.

MRPiT w ocenie skutków regulacji (OSR) przytacza raport McKinseya („Neutralna emisyjnie Polska 2050. Jak wyzwanie zmienić w szansę”), który pokazuje, że potencjał  lądowych elektrowni wiatrowych w Polsce to 18 GW do 2030 roku, 28 GW dekadę później i nawet 35 GW do 2040 roku, co stanowiłoby , ok. 1/5 całkowitej mocy zainstalowanej w Krajowym Systemie Energetycznym. To jednak scenariusz optymistyczny. W bardziej ostrożnościowym wariancie resort szacuje, że liberalizacja ustawy odległościowej przyczyni się do budowy od 6 do 10 GW nowych mocy wiatrowych na lądzie. W krótkim horyzoncie czasowym, do 2025 roku potencjalna moc nowych elektrowni wiatrowych została oszacowana na 3,7 GW.

– Szacujemy, że do 2025 roku możemy mieć nawet 3 GW dodatkowej energii z wiatru, a w perspektywie do 2030–2040 roku będziemy w stanie potroić moce – podkreśla wiceminister rozwoju. – To jest potencjał Polski, którego w tym momencie nie wykorzystujemy. I to wcale nie oznacza, że cały kraj będzie usłany wiatrakami, tylko poszczególne regiony, w których warunki atmosferyczne są optymalne.

Co istotne, budowa nowych mocy wiatrowych na lądzie w dłuższej perspektywie ma się też przyczynić ,do obniżenia cen energii i realizacji zobowiązań Polski, które wynikają z unijnej polityki klimatycznej.

– Każdy nowy gigawat energii może obniżyć ceny hurtowe nawet do 30 zł, co bardzo istotnie przełoży się na ceny energii w naszym kraju. Widzimy, co dzieje się z opłatami za emisję CO2, a docierające do nas sygnały są raczej pesymistyczne i wskazują, że te opłaty będą w dalszym ciągu rosnąć. One stały się przedmiotem spekulacji i metodą wywierania nacisku na kraje, które do tej pory opierały się transformacji energetycznej. My nie chcemy być na szarym końcu, ale wyprzedzić konkurencję. Chcemy pokazać, że nasza gospodarka i przedsiębiorstwa są w stanie konkurować z firmami z zagranicy dzięki temu, że nie będą płacić ogromnych kwot za zużycie energii – mówi Anna Kornecka.

Dane MRPiT pokazują, że w Polsce (której energetyka w ponad 70 proc. wciąż opiera się na węglu), aby wyprodukować 1 kWh energii elektrycznej, trzeba wyemitować 724 g CO2, czyli trzy razy więcej niż europejska średnia (226 g). Między innymi dlatego poziom cen energii elektrycznej jest w Polsce najwyższy w UE. Według zestawienia Komisji Europejskiej w III kwartale 2020 roku średnia cena energii elektrycznej na polskim rynku hurtowym wyniosła 52 euro za 1 MWh, czyli aż o 60 proc. więcej niż europejska średnia w tym okresie. To zaś negatywnie wpływa na konkurencyjność polskich przedsiębiorstw, zwłaszcza dużych, przemysłowych odbiorów energii.

Według Polskich Sieci Elektroenergetycznych w styczniu tego roku moc zainstalowana lądowych farm wiatrowych w Polsce wynosiła nieco ponad 6,6 GW w około 1,3 tys. tego typu instalacji. Rocznie wytwarzają one ok. 14 TWh energii elektrycznej (w 2019 roku stanowiła to 8,2 proc. produkcji energii elektrycznej w Polsce ogółem).

– Trzeba zauważyć, że ten rodzaj źródła – przy stosunkowo ograniczonych kosztach – generuje największe zyski w zakresie energii – zaznacza wiceminister.

W OSR do nowych przepisów MRPiT wskazuje, że dzięki znacznej poprawie efektywności wykorzystania mocy turbiny, która nastąpiła w ostatnich latach, lądowa energetyka wiatrowa jest najtańszą technologią wytwarzania energii nie tylko w porównaniu do źródeł konwencjonalnych, ale i innych źródeł OZE.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/mrpit-planowane,p2010137994

Polska jest czwartym największym eksporterem sprzętu AGD na świecie. Rekordowe zakupy konsumentów podczas pandemii napędziły branżę

0

Pralki, zmywarki, lodówki czy suszarki do ubrań polskiej produkcji podbijają zagraniczne rynki – odpowiadają za ok. 2 proc. światowego popytu na sprzęt AGD. W rankingu największych eksporterów Polskę wyprzedzają tylko Chiny, Niemcy i Meksyk. Ta tradycyjnie silna branża na skutek pandemii spowolniła jedynie na początku pierwszego lockdownu, ale już od września ub.r. obserwowane są rekordowe poziomy produkcji. To może być efekt zmiany nawyków zakupowych konsumentów, którzy zamiast na usługi, rozrywkę czy wakacje więcej wydawali na remonty i wyposażenie domu.

– W marcu i kwietniu ub.r. produkcja branży AGD zatrzymała się, ale już w maju wróciła do przedpandemicznych poziomów i od tego momentu z każdym kolejnym miesiącem obserwowaliśmy wzrosty. Do tego stopnia, że we wrześniu ub.r. indeks produkcji sprzętu elektrycznego dosłownie wybuchł i utrzymuje się na rekordowym poziomie aż do dzisiaj. Dane z kwietnia tego roku pokazują, że indeks ten jest na poziomie około 40 proc. powyżej średniej dla 12 miesięcy poprzedzających pandemię – wylicza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Nałęcz, analityk sektorowy w Santander Bank Polska.

W ubiegłym roku, jak wynika z raportu APPLiA, Związku Producentów AGD, w Polsce wyprodukowano 30 mln urządzeń AGD, w tym 24 mln sztuk dużego sprzętu. To o 3 proc. więcej niż w 2019 roku. Daje to Polsce pozycję lidera w unijnej produkcji AGD. Wartość produkcji sprzedanej w ubiegłym roku przekroczyła 23 mld zł, o ok. 5 proc. więcej niż w 2019 roku, co oznacza, że średnia cena produktów rośnie.

Jak podkreśla ekspert Santander Bank Polska, wzrost produkcji to odpowiedź na większe zapotrzebowanie konsumentów, którzy w okresie lockdownów skupili się na domowych remontach, inwestując także w nowy, lepszy sprzęt AGD.

– Pozostając w domach, zupełnie zmieniliśmy strukturę swoich wydatków, bo nie mogliśmy wydawać pieniędzy na usługi, jedzenie poza domem czy odzież i obuwie. Potwierdza to struktura handlu detalicznego. Jeszcze przed pandemią widzieliśmy, że wydajemy na wyposażenie domu tylko nieznacznie więcej niż na kategorię odzież i obuwie, natomiast od maja ubiegłego roku ta różnica wzrosła prawie dwukrotnie i ten stan utrzymuje się do dzisiaj – wyjaśnia Maciej Nałęcz.

Większy popyt charakteryzuje też zagranicznych odbiorców polskich producentów, m.in. rynek niemiecki, który w miarę łagodnie przeszedł kryzys związany z pandemią. Do zachodnich sąsiadów trafia dziś jedna czwarta krajowej produkcji, więcej niż łącznie do Francji i Wielkiej Brytanii.

– Sprzedaż na ten rynek rosła szybciej od średniej dostaw na cały rynek europejski. Widzieliśmy również dosyć duży wzrost sprzedaży eksportowej na rynek ukraiński. Było to jednak jednorazowe zjawisko, ponieważ na początku tego roku nie widzimy, żeby ten trend był kontynuowany – podkreśla analityk sektorowy w Santander Bank Polska.

Jak wynika z raportu „Producenci i dostawcy AGD w obliczu nowych trendów i wyzwań”, przygotowanego przez SpotData i Santander Bank Polska, łączne roczne wydatki konsumentów na świecie na sprzęt AGD wynoszą ok. 500 mld dol. Za ponad połowę tej kwoty odpowiadają kraje Azji i Pacyfiku. Zdaniem eksperta to właśnie rynki Starego Kontynentu pozostaną jednak kluczowe dla polskich producentów. Od początku tego roku obserwowany jest wzrost popytu w różnych europejskich krajach, które odbudowują się po koronakryzysie, m.in. we Francji czy Wielkiej Brytanii. Rynek w naszym regionie jest wart ok. 72 mld dol.

– Ciekawym przypadkiem jest rynek chiński, który w ubiegłym roku odpowiadał za blisko 20 proc. wzrostu łącznego eksportu AGD, przy czym prawie w całości wynikało to ze wzrostu dostaw suszarek do ubrań – wskazuje Maciej Nałęcz.

Suszarki do ubrań to także jeden z eksportowych hitów polskich fabryk. Krajowi producenci mają prawie 30-proc. udział w światowym eksporcie tych urządzeń. W strukturze eksportu tradycyjnie dominują poza tym pralki i zmywarki z udziałem w globalnej sprzedaży na poziomie odpowiednio 20 proc. i 15 proc. Ubiegły rok przyniósł jednak wzrost znaczenia także takich kategorii jak roboty kuchenne czy maszynki do strzyżenia włosów, do tej pory pozostających poza głównym nurtem zagranicznych zamówień.

– Innym ciekawym trendem, który obserwowaliśmy w zmianach w strukturze eksportu w ubiegłym roku, był istotny wzrost sprzedaży części do lodówek i zamrażarek, co mogło świadczyć o przesunięciu w globalnych łańcuchach dostaw na rzecz krajowych producentów. W naszej ocenie nie był to jednak czynnik na tyle silny, żeby wpłynął na cały sektor, szczególnie że nie widzimy kontynuacji tego trendu na początku roku – mówi analityk Santander Bank Polska.

Krajowa produkcja zaspokaja ok. 2 proc. światowego popytu na sprzęt AGD. To cztery razy więcej, niż wynosi udział polskiego PKB w globalnej gospodarce. Wartość polskiego eksportu wynosi 7 mld dol. Wśród największych eksporterów plasujemy się na czwartej pozycji, wyprzedzając takie potęgi jak Włochy czy Turcja. Przed nami znalazły się tylko Meksyk (7,3 mld dol.), Niemcy (11,6 mld dol.) i Chiny (53,7 mld dol.).

– Trudno jest przecenić znaczenie sektora produkcji AGD dla polskiej gospodarki. Historycznie wiązał się z wielomiliardowymi bezpośrednimi inwestycjami zagranicznymi i transferem technologii – mówi Maciej Nałęcz. – W raporcie „Producenci i dostawcy AGD w obliczu nowych trendów i wyzwań” pokazujemy również to, że za tymi producentami rozwinął się krajowy sektor małych i średnich firm, które obsługują ten rynek. Jest wart dziesiątki miliardów złotych, zdolny obsługiwać nie tylko producentów AGD, lecz także inne nowoczesne gałęzie przemysłu, jak np. branżę motoryzacyjną.

Najwięcej firm w łańcuchu dostaw AGD jest ulokowanych w okolicach Wrocławia oraz na Górnym Śląsku. Ich przewagą jest m.in. dobre skomunikowanie z Niemcami, głównym odbiorcą krajowych produktów. Wiele firm znajduje się też w okolicach Łodzi oraz w obszarze byłego Centralnego Okręgu Przemysłowego na Podkarpaciu, często przy autostradach A1, A2 i A4. To pokazuje duże znaczenie rozwoju infrastruktury dla branży.  

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polska-jest-czwartym,p1722036136

Za Polski Ład w dużej mierze zapłacą samorządy. Ostrzegają przed cięciem inwestycji i zwiększaniem lokalnych opłat

0

Samorządy obawiają się, że po zmianach podatkowych wprowadzanych w ostatnich latach przez rząd, rosnącej inflacji i pandemii Polski Ład okaże się kolejnym czynnikiem, który uderzy w ich finanse. Z szacunków Ministerstwa Finansów wynika, że ich dochody mają spaść o ok. 10–11 mld zł, ale rząd obiecuje, że ten ubytek pokryje specjalna subwencja inwestycyjna. Według ekspertów może ona jednak się okazać niewystarczająca, przez co samorządy będą zmuszone ciąć inwestycje oraz podnosić lokalne podatki i opłaty. Jednym z obszarów, które mogą ucierpieć najbardziej, jest oświata, na którą już w tej chwili brakuje pieniędzy.

Samorządy obawiają się utraty przychodów – zwłaszcza że tylko w zeszłym roku największe miasta zanotowały kilkusetmilionowe straty z części podatku PIT, który powinien do nich trafić. Na to nałożyły się ogromne wydatki związane z zapobieganiem rozprzestrzenianiu się wirusa COVID-19 i przeciwdziałaniem skutkom pandemii. Dlatego myślę, że teraz każda zmiana dotykająca sfery podatkowej i bezpośrednio samorządów spotka się z nerwową reakcją. Tym bardziej że brakuje szczegółów, o których można by dyskutować – mówi agencji Newseria Biznes Mateusz Krajewski, prezes Fundacji Ogólnopolski Operator Oświaty.

Dla samorządów najważniejszą pozycją w budżetach są dochody własne z tytułu podatku PIT. Uchwalone przez rząd zmiany polegające na zwolnieniu z podatku PIT osób poniżej 26. roku życia oraz obniżce podatku PIT z 18 do 17 proc. mogły uszczuplić te dochody w ubiegłym roku nawet o 6,9 mld zł – oszacowali analitycy firmy doradczej Aesco Group. Na samorządowych budżetach mocno odbiła się też pandemia COVID-19 (koszty dezynfekcji miejsc publicznych, wsparcie dla przedsiębiorców etc.), a także wysoka inflacja, powodująca wzrost kosztów funkcjonowania.

Kolejnym czynnikiem, który uderzy w finanse samorządów, może się okazać zaprezentowany w połowie maja Polski Ład, czyli nowy program społeczno-gospodarczy PiS-u. Zakłada on m.in. podwyżkę kwoty wolnej od podatku do 30 tys. zł, podniesienie drugiego progu podatkowego z obecnych 85,5 tys. do 120 tys. zł, koniec z odpisami składki zdrowotnej oraz ulgę podatkową dla klasy średniej. Wszystkie te zmiany spowodują, że dochody samorządów po raz kolejny będą maleć.

Z szacunków przedstawionych przez Ministerstwo Finansów wynika, że wskutek zmian podatkowych zapowiedzianych w Polskim Ładzie dochody samorządów mają spaść o ok. 10–11 mld zł (a budżetu centralnego o 5–7 mld zł). Ten ubytek ma jednak zrekompensować zapowiedziana przez premiera Mateusza Morawieckiego subwencja inwestycyjna, której wysokość będzie wyliczana na bazie algorytmu zawartego w ustawie. Samorządy obawiają się jednak, że obiecane subwencje nie pokryją im utraty dochodów, a w efekcie będą zmuszone ciąć inwestycje oraz podnosić lokalne podatki i opłaty.

Jeśli będzie tak, jak przewidują samorządowcy, czyli przychody znów spadną, będziemy mieli do czynienia z zablokowaniem wielu ważnych inwestycji. Co prawda dokumenty dają nadzieję, że samorząd będzie subsydiowany w różnych wariantach i różnymi kwotami, ale pod określonymi warunkami. Jest np. zapis dotyczący tego, że dopłaty do rozbudowy infrastruktury edukacyjnej będą dostawały te samorządy, które zaangażują się w budowę mieszkań komunalnych. Nie wiem, czy będzie możliwość jednoznacznego powiązania jednego z drugim – podkreśla Mateusz Krajewski.

Jak ocenia, najlepszym rozwiązaniem byłoby po prostu przekazanie pieniędzy bezpośrednio w gestię samorządów, które najlepiej zdają sobie sprawę z lokalnych potrzeb. Dotyczy to zwłaszcza oświaty, której utrzymanie stanowi jedną z głównych pozycji w kosztach.

W tym roku kwota subwencji bezpośredniej, wypłacanej z budżetu państwa do samorządów, wyniosła 50 mld zł, natomiast Polski Ład przewiduje dodatkowe 7 mld zł rocznie na oświatę. To jest ponad 10-proc. wzrost. To będą istotne pieniądze, jeśli obietnica dotycząca wartości alokowanych środków zostanie dotrzymana – mówi prezes Fundacji Ogólnopolski Operator Oświaty. – Diabeł jak zwykle będzie tkwił w szczegółach. Na razie zapisy dotyczące inwestycji i edukacji są dość ogólne. Trudno wywnioskować, czy te pieniądze rzeczywiście wesprą wydatki, na których najbardziej zależy samorządom.

Na utrzymanie oświaty samorządy otrzymują pieniądze z budżetu centralnego poprzez subwencję oświatową. Nie są to jednak środki wystarczające. Jak podaje Aesco Group, w ubiegłym roku samorządy musiały znaleźć na ten cel dodatkowe 32 mld zł, czyli o ponad połowę więcej niż w 2015 roku. To głównie efekt rosnących kosztów wynagrodzeń, które stanowią 85–90 proc. wydatków na oświatę. W skali całej Polski – na 2808 jednostek samorządu terytorialnego – tylko kilkanaście z nich (ok. 0,5 proc.) nie dopłaca do edukacji.

Istotna jest przede wszystkim kwestia wynagrodzenia nauczycieli. W tej chwili samorządy samodzielnie finansują funkcjonowanie przedszkoli, a szkół – w blisko 50 proc. Z roku na rok ten procent się zwiększa, w ciągu ostatnich 10 lat w niektórych gminach wzrósł nawet o 25 proc. na niekorzyść samorządu. Dlatego kwestia wynagrodzeń jest sprawą absolutnie priorytetową, w samorządach brakuje na nie pieniędzy – podkreśla Mateusz Krajewski. – Druga kwestia to rozbudowa infrastruktury, która jest ogromną bolączką. Jednak pieniądze na ten cel powinny być dysponowane przez samorząd, ale na razie wygląda na to, że dostaniemy do wykonania odgórny plan.

Nakłady na tę część Polskiego Ładu, która dotyczy oświaty, mają w latach 2021–2030 wynieść 64,8 mld zł (7,2 mld zł rocznie). Wśród najważniejszych założeń programu są m.in.: termomodernizacje i kompleksowe remonty szkół, dodatkowe wsparcie psychologiczne oraz gabinet psychologiczno-pedagogiczny w każdej szkole, reforma szkolnych świetlic, szkolenia nauczycieli z zakresu rozwoju kompetencji cyfrowych, a także pracy z dziećmi z niepełnosprawnościami i specjalnymi wymaganiami edukacyjnymi. Planowane jest także utworzenie Centrów Dziecka i Rodziny, których zadaniem będzie m.in. wspieranie rodzin z dziećmi niepełnosprawnymi, oraz utworzenie Narodowego Edukacyjnego Programu Wyrównywania Szans po COVID-19, który stworzy uczniom szansę uzupełnienia materiału i wiedzy. Jedną z flagowych obietnic Polskiego Ładu jest również budowa żłobka w każdej gminie. Samorządy boją się jednak o to, kto będzie musiał je potem utrzymywać.

Rozbudowa publicznych żłobków w tej chwili trafia na ogromny opór, przede wszystkim dlatego że miasta nie mają w swoich budżetach pieniędzy na ich prowadzenie. Nie sztuką jest wybudować żłobek, to jest stosunkowo prosta sprawa. Sztuką jest go potem przez dekadę czy dwie utrzymywać. W sytuacji, w której samorządy już w tej chwili są dociążone ponad miarę – chyba nie ma w Polsce dużego miasta, które bilansowałoby swój roczny budżet, trudno oczekiwać, że nagle znikąd znajdą się pieniądze na tak drogą funkcję. Na pewno odbyłoby się to kosztem inwestycji i innych zadań – przestrzega prezes Fundacji Ogólnopolski Operator Oświaty.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/za-polski-ad-w-duzej,p751841482

Około 90 tys. cudzoziemców pracuje w Polsce na podstawie ustaw covidowych. Ich pozwolenia na pracę mogą wkrótce stracić ważność

0

Koniec pandemii w Polsce będzie dla niektórych cudzoziemców oznaczał konieczność przedłużenia ważności pozwoleń na pracę i zalegalizowania pobytu. Również pracodawcy będą mieli tylko 30 dni na załatwienie formalności w urzędach. Eksperci radzą, by nie czekać z tym do ostatniej chwili, bo niedopełnienie obowiązków legalizacyjnych może oznaczać utratę części załogi i koszty związane z poszukiwaniem nowych pracowników. – Zbliża się okres prac sezonowych, w którym zawsze jest więcej wniosków o zezwolenia sezonowe dla cudzoziemców, więc czas oczekiwania na dokumenty w urzędzie znacznie się wydłuży – mówi Daniel Sola, dyrektor ds. projektów międzynarodowych w agencji zatrudnienia Trenkwalder Polska.

Na czas pandemii wprowadzono w Polsce przepisy upraszczające procedurę legalizacyjną pobytu i zatrudnienia obcokrajowców spoza Unii Europejskiej i Europejskiego Obszaru Gospodarczego. Tzw. ustawy covidowe, uchwalone w okresie marzec–maj 2020 roku, automatycznie przedłużają ważność pozwoleń na pracę i pobyt cudzoziemców do 30 dni po ogłoszeniu zakończenia stanu zagrożenia epidemicznego. Według zapowiedzi rząd ma w czerwcu podjąć decyzję, kiedy to nastąpi.  

Rząd prognozuje, że już w okresie wakacyjnym możemy osiągnąć odporność populacyjną na COVID-19 i wtedy ustawy covidowe mogą przestać obowiązywać. Wrócimy do toku postępowania legalizacyjnego sprzed pandemii, a dla pracodawców zacznie się wyścig z czasem o legalizację dokumentów pracowniczych. Spóźnialscy zostaną bez rąk do pracy, dlatego warto wcześniej złożyć odpowiednie dokumenty do urzędu – radzi w rozmowie z agencją Newseria Biznes Daniel Sola.

Jak podkreśla, często do wniosku pracodawcy o zezwolenie na pracę cudzoziemca wymagana jest zgoda starosty – to test rynku pracy, z którego wynika brak możliwości zaspokojenia potrzeb kadrowych danego pracodawcy poprzez m.in. rejestr osób bezrobotnych i poszukujących pracy. Na taki dokument czeka się od dwóch do czterech tygodni, co jest jednoznaczne z wydłużeniem procesu legalizacji. Wtedy pozyskanie wszystkich wymaganych dokumentów w ciągu 30 dni może być niemożliwe. Czas oczekiwania na wydanie zezwolenia na pracę dla cudzoziemca wynosi – w zależności od województwa – od miesiąca do nawet czterech miesięcy.

Dużym wyzwaniem dla pracodawców będzie uzyskanie dla swoich pracowników pozwoleń na pracę w ciągu 30 dni, a jeszcze większym wyzwaniem będzie zalegalizowanie pobytu w tak krótkim czasie przez cudzoziemców – przestrzega ekspert. – Należy wziąć pod uwagę, że zbliża się okres prac sezonowych, zawsze odnotowujemy wtedy większą liczbę zgłoszeń o zezwolenia sezonowe dla cudzoziemców. Możemy się zatem spodziewać, że wydłuży się okres oczekiwania na dokumenty w urzędzie.

Trenkwalder Polska na podstawie danych GUS podaje, że w Polsce legalnie pracuje 725 tys. obcokrajowców, z czego 457 tys. ma karty pobytu. Zatem 268 tys. pracuje na podstawie oświadczeń o powierzeniu wykonywania pracy cudzoziemcowi lub zezwoleń na pracę, przebywa na podstawie wiz i pobytów bezwizowych, które należy regularnie odnawiać. Według szacunków agencji z 268 tys. obcokrajowców zatrudnionych w Polsce aż 35 proc., czyli ok. 90 tys., pracuje nadal tylko na podstawie ustaw covidowych.

Jeśli pracodawcy zatrudniający obcokrajowców po zakończeniu stanu epidemii nie zdążą przedłużyć ważności pozwoleń i zalegalizować pobytu swoich pracowników, zostaną bez wykwalifikowanego zespołu. Cudzoziemiec nie będzie mógł podjąć pracy zgodnie z przepisami, zostanie zmuszony do czekania na ponowne legalne zatrudnienie, nawet kilka miesięcy. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że wróci wówczas do swojego kraju lub trafi do szarej strefy – przewiduje Daniel Sola

Najprostszym i najszybszym do pozyskania dokumentem umożliwiającym zatrudnienie obcokrajowca jest oświadczenie o powierzeniu pracy wydawane przez urząd pracy. Dotyczy ono jednak obywateli tylko sześciu państw, czyli Rosji, Gruzji, Mołdawii, Białorusi, Armenii oraz Ukrainy. Oświadczenie daje możliwość pracy w Polsce łącznie nie dłużej niż 180 dni w ciągu kolejnych 12 miesięcy. Po powrocie do przepisów sprzed pandemii urząd nie wyda więc cudzoziemcowi kolejnego oświadczenia, jeżeli ten w ciągu ostatniego roku przepracował już 180 dni.

– Kolejną formą legalizacji zatrudnienia cudzoziemca jest jednolite zezwolenie na pracę i pobyt. Dedykowana jest ona cudzoziemcom, którzy chcą kontynuować pracę na terytorium Polski. Czas rozpatrywania wniosków przez urzędy wojewódzkie nie jest jednak jednoznaczny, niektóre urzędy wydają zezwolenia na pobyt i pracę po sześciu–ośmiu miesiącach, zaś inne prowadzą sprawy nawet 18 miesięcy. Warto jednak wiedzieć, że zanim urząd wyda takie zezwolenie, cudzoziemiec będzie mógł legalnie pracować, pod warunkiem że jego wniosek nie zawiera braków formalnych, a pracodawca pozyska dla niego oświadczenie lub zezwolenie na pracę – tłumaczy dyrektor ds. projektów międzynarodowych w agencji zatrudnienia Trenkwalder Polska.

Jak zauważa, przepisy dotyczące legalizacji pobytu i pracy dla obcokrajowców są skomplikowane, dlatego pracodawcy apelują do rządu o wydłużenie okresu na uzyskanie zgód na pracę i pobyt dla cudzoziemców do trzech miesięcy po pandemii.

– My jednak namawiamy pracodawców, aby już dziś rozpoczęli legalizację zatrudnienia pracowników, a nie czekali do zakończenia pandemii. Czekanie na ostatni dzwonek to prosta droga do utraty pracownika, kosztów związanych z pozyskaniem i przeszkoleniem nowego pracownika, a nawet do przestoju produkcji – dodaje Daniel Sola.

Tym bardziej że pandemia koronawirusa wymusiła na urzędach wprowadzenie reżimu sanitarnego i przejście w tryb pracy zdalnej lub hybrydowej. Obecnie, aby uzyskać zezwolenie na pracę dla cudzoziemca, trzeba umówić się online lub telefonicznie na konkretny termin. Wolne terminy znikają w ciągu kilkunastu minut po udostępnieniu kalendarza na dany miesiąc.

Trudno ocenić, czy w momencie odwołania stanu zagrożenia epidemicznego do urzędów wrócą dawne procedury, czy będą one dalej pracowały w trybie zdalnym lub hybrydowym, czy wystarczy wtedy ustawić się o godz. 4:00 w kolejce pod urzędem, aby zdobyć numerek i załatwić sprawę tego samego dnia. Musimy też pamiętać, że osoby, które zapisały się wcześniej na termin online, będą przyjmowane w pierwszej kolejności – zauważa dyrektor w Trenkwalder Polska.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/okolo-90-tys,p1812235043

Branża lotnicza chce wykorzystywać wodór jako paliwo. W pracach badawczych będzie uczestniczyć polski przemysł

0

– Polski przemysł lotniczy ma szansę zaistnieć w zielonej transformacji tego sektora – ocenia Marek Darecki, prezes Doliny Lotniczej. Jak wskazuje, „zazielenienie” lotnictwa to proces, od którego nie ma już odwrotu, a największy potencjał w dekarbonizacji tego sektora stwarza wykorzystanie ciekłego wodoru jako paliwa. – To właśnie chcemy robić w Dolinie Lotniczej – zaznacza ekspert. Szansą na rozwój prac w tym zakresie może być utworzenie Podkarpackiej Doliny Wodorowej.

– Zmiany klimatyczne będą decydować o dobrobycie społeczeństw. Jeżeli ktoś będzie udawał, że będzie z węglem za pan brat następne 20 lat, to poudaje jeszcze trochę, aż go elektorat zmiecie. Europa nie pozwoli sobie na kopcące polskie kominy, a klient nie pozwoli sobie na kupowanie z fabryk, które zanieczyszczają środowisko. Dlatego jeśli jakaś fabryka – również w przemyśle lotniczym – nie dostosuje się do zielonych wymagań, to przestanie istnieć. To grozi wielu polskim przedsiębiorcom, którzy tego nie zrozumieją – mówi agencji Newseria Biznes Marek Darecki, prezes zarządu Doliny Lotniczej.

Jeszcze zanim pandemia COVID-19 utrudniła podróżowanie, lotnictwo przeżywało okres boomu, a IATA szacowała, że do 2037 roku liczba pasażerów na światowych lotniskach potroi się do ponad 8,2 mld osób. Duże wzrosty notował też lotniczy transport towarowy. W skali całej Europy ten sektor ma strategiczne znaczenie – według danych przytaczanych przez KE przed pandemią lotnictwo wnosiło ok. 300 mld euro (czyli około 2,1 proc. PKB) do europejskiej gospodarki, zapewniając przeszło 5 mln miejsc pracy. Dlatego jego przyszłość to ważny temat – nie tylko w kontekście pandemii, ale i zmian klimatycznych, ponieważ podróżowanie samolotem ma duże przełożenie na środowisko i emisje CO2. Według kalkulatora udostępnianego przez fundację myclimate bezpośredni lot w jedną stronę na trasie Warszawa–Paryż to ok. 259 kg CO2 w przeliczeniu tylko na jednego pasażera.

Jak wynika z opublikowanego w 2019 roku raportu EASA (Agencja Unii Europejskiej ds. Bezpieczeństwa Lotniczego) dotyczącego oddziaływania lotnictwa na środowisko, ten sektor odpowiada za ok. 3,6 proc. całkowitej emisji gazów cieplarnianych w 28 krajach UE (z Wielką Brytanią) i 13,4 proc. emisji w europejskim transporcie. Przy prognozowanym dynamicznym wzroście lotnictwa w perspektywie do 2050 roku te liczby znacznie wzrosną. UE dąży jednak do ich zminimalizowania – jeden z celów Europejskiego Zielonego Ładu zakłada ograniczenie emisji gazów cieplarnianych pochodzących z transportu o 90 proc. do 2050 roku w porównaniu z rokiem 1990. Dotyczy to także lotnictwa.

– Na poziomie Europy i świata buduje się programy zazieleniania lotnictwa – mówi prezes Doliny Lotniczej. – Najłatwiejsza droga to biopaliwa. 

W swojej ubiegłorocznej analizie Polski Instytut Ekonomiczny wskazał, że odejście od tradycyjnych paliw lotniczych będzie niezbędnym elementem zminimalizowania emisji CO2 w tym sektorze. To jednak problematyczne, ponieważ lotnictwo – zwłaszcza na lotach długodystansowych – wymaga bardzo wysokoenergetycznego paliwa. Tradycyjne biopaliwa, jak np. etanol i biodiesel, nie nadają się do zastosowania w samolotach, ponieważ mają niską gęstość energetyczną i łatwo zamarzają w niskiej temperaturze. Dlatego wiele linii lotniczych rozwija i testuje paliwa alternatywne. Dotyczy to m.in. Airbusa, który w połowie kwietnia br. poinformował już o pierwszym rejsie samolotu Beluga wykorzystującym zrównoważone paliwo lotnicze SAF (Sustainable Aviation Fuel). EASA podaje natomiast, że w UE certyfikowano już kilka ścieżek produkcji biopaliw lotniczych, a kilka innych jest w trakcie procesu zatwierdzania. I choć wykorzystanie biopaliw przez linie lotnicze pozostaje minimalne – m.in. ze względu na wyższe koszty w porównaniu z paliwem konwencjonalnym – to UE ma duży potencjał, aby zwiększyć swoją zdolność produkcyjną w zakresie biopaliw lotniczych.

Jak wskazuje prezes Doliny Lotniczej, drugą metodą „zazieleniania” lotnictwa są samoloty hybrydowe i elektryczne, nad którymi pracują już m.in. Airbus i Boeing.

– Hybryda polega na tym, że w samolocie będzie trochę elektrycznego napędu, który będzie włączał się wtedy, kiedy będzie potrzebny. Tak naprawdę samolot czy śmigłowiec potrzebuje dwóch silników tylko do startu. Kiedy leci na wysokości ok. 10 tys. m w rozrzedzonym powietrzu, drugi silnik jest mu niepotrzebny i mógłby być wyłączony. Stąd pomysł na jeden silnik elektryczny, który w trakcie startu współpracowałby z tym naftowym, a potem jeden z nich mógłby być wyłączony – mówi Marek Darecki.

Jak podkreśla, najbardziej obiecującym kierunkiem dla branży lotniczej jest jednak wykorzystanie ciekłego wodoru jako paliwa. Tego typu projekty także są już w toku. Airbus we wrześniu ub.r. ogłosił, że pracuje nad stworzeniem samolotu o liczbie miejsc od 100 do 200 pasażerów, napędzanego właśnie paliwem wodorowym (projekt ZEROe). Lotniczy gigant planuje uruchomienie pierwszego komercyjnego samolotu na ciekły wodór (LH2) już w 2035 roku.

– Wodór to kierunek najbardziej obiecujący i tu chcemy zaistnieć jako polski przemysł lotniczy. To dla nas duża szansa – mówi ekspert.

LH2 może potencjalnie ograniczyć negatywny wpływ lotnictwa na środowisko naturalne i umożliwić dekarbonizację tego sektora. Jest on dobrym rozpraszaczem ciepła, a jego spalanie wiązałoby się ze znacznie niższą emisją tlenków azotu niż w przypadku standardowego paliwa lotniczego. Barierą jest jednak fakt, że produkcja LH2 jest droga i wymaga technologii, której rynek raczej nie jest w stanie stworzyć bez wsparcia na poziomie rządowym.

– To właśnie chcemy robić w Dolinie Lotniczej i będziemy wpływać na władze, żeby nam w tym pomogły. Prace badawczo-rozwojowe będą lokowane w Polsce tylko pod warunkiem, że będzie współpraca z rządem. Tak robią Kanadyjczycy, Niemcy, Francuzi czy Czesi. My tego nie robimy na taką skalę, jakiej potrzeba, ale będziemy przekonywać do tego rząd i Narodowe Centrum Badań i Rozwoju – mówi Marek Darecki.

W ubiegłym tygodniu, przy udziale premiera Mateusza Morawieckiego oraz ministra klimatu i środowiska Michała Kurtyki, podpisano list intencyjny, zgodnie z którym w Rzeszowie ma zostać utworzona pierwsza w Polsce dolina wodorowa (z pięciu planowanych). Porozumienie podpisane przez przedstawicieli biznesu, jednostek naukowych i administracji publicznej dotyczy współpracy w zakresie m.in. prac B+R związanych z zastosowaniem wodoru jako paliwa dla transportu, w tym także lotniczego. W budowaniu nowego klastra mają zostać wykorzystane doświadczenia Doliny Lotniczej. Na rozwój wodoru przewidziano także 800 mln euro w ramach Krajowego Planu Odbudowy.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/branza-lotnicza-chce,p1640457639

Zmiany klimatyczne są ogromnym zagrożeniem, ale i szansą dla biznesu. Coraz więcej dużych firm uwzględnia je w swoich strategiach

0

Kryzys klimatyczny z jednej strony wyłonił nową kategorię ryzyk dla biznesu, a z drugiej wymusił na firmach zmiany w ich modelu działalności i zarządzania. Zrównoważony rozwój zaczął odgrywać coraz większą rolę w strategii przedsiębiorstw, zwłaszcza tych dużych. Ze względu na skalę swojej działalności w nadchodzących latach mogą one odegrać decydującą rolę w przeciwdziałaniu zmianom klimatu i rozwiązywaniu związanych z tym globalnych problemów.

W tegorocznej edycji raportu „Global Risks Report 2021”, opracowanego przez Marsh we współpracy ze Światowym Forum Ekonomicznym, zmiany klimatu i ryzyka związane z degradacją środowiska uplasowały się na szczycie listy największych, globalnych zagrożeń – zarówno pod względem prawdopodobieństwa wystąpienia, jak i dotkliwości wywołanych przez nie szkód.

 Zmiany klimatyczne są bardzo dużym ryzykiem dla biznesu i to we wszystkich jego obszarach. Coraz więcej firm zdaje sobie z tego sprawę – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. Piotr Wachowiak, rektor Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, członek Rady ds. Przedsiębiorczości przy Prezydencie RP. – W rolnictwie te ryzyka to chociażby susze czy ulewne deszcze. W transporcie to np. zniszczenia dróg czy zakłócenia w transporcie lotniczym. Dla firm ubezpieczeniowych zmiany klimatu oznaczają z kolei coraz więcej niepewności – jak wysokie będą odszkodowania i z czym będą związane.

Dane przytaczane przez Komisję Europejską pokazują, że tylko w latach 2000–2016 częstotliwość występowania klęsk pogodowych w globalnej skali wzrosła o 46 proc., a w latach 2007–2016 spowodowane nimi straty ekonomiczne zwiększyły się o 86 proc. Powołując się na raport IPCC, agencja Moody’s oszacowała konsekwencje globalnego ocieplenia o 2°C dla globalnej gospodarki na 69 bln dol. do 2100 roku.

Finansowy aspekt zmian klimatu dostrzegli już m.in. ubezpieczyciele i banki, które analizują ekspozycję poszczególnych sektorów na ich skutki. Wzrost liczby klęsk żywiołowych oznacza, że ubezpieczyciele muszą być gotowi na wyższe koszty, lecz na straty i niższą rentowność będą narażone również banki i przedsiębiorstwa, które muszą liczyć się m.in. z zakłóceniami łańcuchów dostaw czy wzrostem cen energii.

– Kryzys klimatyczny i zrównoważony rozwój odgrywają coraz większą rolę w strategii przedsiębiorstw, zwłaszcza jeśli chodzi o duże firmy, także te działające w sektorze ochrony zdrowia. Ze względu na skalę swojej działalności i ślad węglowy, który pozostawiają, mogą się one przyczynić do ochrony środowiska w większym stopniu. To jest jedna z podstawowych kwestii – mówi Michał Grzybowski, prezes Philips Polska. – Zrównoważony rozwój nie może być tylko sporadycznym zajęciem. Powinien odzwierciedlać to, jak firma i jej pracownicy działają na co dzień.

Jak podkreśla prof. Piotr Wachowiak, branie pod uwagę zmian klimatycznych w każdym obszarze działania przedsiębiorstw to już konieczność. Jednak nie mogą być one traktowane jako zagrożenie, ale raczej jako pewne wyzwanie, szansa dla rozwoju przedsiębiorstw.

Firmy są w coraz większym stopniu rozliczane – zarówno przez rządy, konsumentów, jak i inwestorów i akcjonariuszy – ze swoich działań na rzecz przeciwdziałania zmianom klimatu i ochrony środowiska. 

 Po pierwsze, mamy system wskaźników ESG, czyli environment, social i governance, czyli dobrego zarządzania. Te wskaźniki wpisują się w koncepcję zrównoważonego finansowania. Jeżeli dana firma chce, zwłaszcza na poziomie międzynarodowym, uzyskać dofinansowanie, kredyt obrotowy bądź wejść w kooperację z inną grupą kapitałową, to musi się liczyć z tym, że jej praca będzie analizowana właśnie przez pryzmat wskaźników ESG, a w ramach raportowania niefinansowego będzie musiała składać sprawozdania z prowadzonych działań. Jeżeli nie będzie tego robić, odpowiedzialni inwestorzy mogą omijać taką spółkę szerokim łukiem, ze wszystkimi negatywnymi tego konsekwencjami. Bycie zrównoważoną firmą zwyczajnie zaczęło się opłacać – tłumaczy Kamil Wyszkowski, dyrektor wykonawczy UN Global Compact Network Poland.

Jak podkreśla, coraz więcej przedsiębiorstw zdaje sobie z tego sprawę. Również wiedza i świadomość postępujących zmian klimatycznych jest w biznesie coraz większa.

– Prezesi spółek i wyższa kadra zarządzająca w ponad 80 proc. wiedzą, że trzeba prowadzić działania na rzecz zrównoważonego rozwoju. To jest bardzo wysoki wskaźnik. Aż 86 proc. zarządów spółek uważa, że działania na rzecz klimatu powinny być elementem strategii korporacyjnej, a zdaniem 88 proc. należy bardzo skrupulatnie analizować łańcuch dostaw – wskazuje Kamil Wyszkowski.

To nie oznacza jednak, że biznes nie potrzebuje wsparcia w transformacji na zieloną działalność i budowaniu strategii opartej na zrównoważonym rozwoju.

 Firmy muszą się nauczyć, jak przełożyć to globalne wyzwanie na działania produktowe czy strategię wewnętrzną. To jest wiedza konsultingowa, ale i konkretne narzędzia, które trzeba wdrożyć – podkreśla dyrektor wykonawczy UN Global Compact Network Poland.

Jak wynika z ubiegłorocznego raportu PwC i DNB Bank Polska („Kierunki 2020. Zielona odpowiedzialność biznesu”), za 70 proc. globalnej emisji gazów cieplarnianych od 1988 do 2015 roku odpowiada tylko 100 dużych firm. Jak podkreśla prezes Philips Polska, działania w duchu zrównoważonego rozwoju są ważne nawet w przypadku tych branż, które nie są tradycyjnie kojarzone z degradacją środowiska. Przykładem może być sektor ochrony zdrowia, który odpowiada za ok. 4,5 proc. globalnej emisji CO2

– Mimo że nie kojarzymy ochrony zdrowia jako sektora, który może przyczyniać się do zmian klimatycznych, to w istocie tak jest. Dlatego tak istotne jest, aby wspólnie wypracować standardy, które pomogą szpitalom przejść transformację w zakresie zrównoważonego rozwoju. Dotyczy to np. sprzętu medycznego, który powinien być produkowany w ramach tzw. gospodarki obiegu zamkniętego – wskazuje Michał Grzybowski. – Jako Philips Polska nawiązaliśmy współpracę z United Nations Global Compact w celu określenia pewnej wizji i stworzenia tzw. zielonego szpitala przyszłości, ale także po to, by dzielić się naszymi doświadczeniami i wiedzą z zakresu zrównoważonego biznesu.

Philips jako jedna z pierwszych firm z branży technologii medycznych na świecie – stał się w pełni neutralny pod względem emisji CO2. Firma ogłosiła niedawno, że udało jej się osiągnąć wszystkie cele założone na lata 2016–2020 w programie „Zdrowi ludzie, zrównoważona planeta”. Należały do nich osiągnięcie neutralności węglowej i pozyskiwanie 100 proc. energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych, ponad 70 proc. przychodów z przyjaznych środowisku produktów i usług oraz 90 proc. odpadów operacyjnych poddawanych recyklingowi. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/zmiany-klimatyczne-sa,p1979747909

Pandemia zrewolucjonizowała branżę ubezpieczeniową. Firmy starają się przyciągnąć i utrzymać klientów za pomocą nowych technologii

0

Pandemia wymusiła błyskawiczną digitalizację sektora ubezpieczeń. W ciągu kilku pierwszych dni wiosennego lockdownu ubezpieczyciele musieli przeprowadzić na rynku prawdziwą rewolucję i wdrożyć całkowicie zdalną obsługę klientów – zarówno w procesie sprzedaży polis, jak i likwidacji szkód. Analitycy EY zauważają, że ten wzrost znaczenia kanałów zdalnych może też skłonić klientów do większej migracji pomiędzy towarzystwami ubezpieczeniowymi, które będą musiały się bardziej postarać, żeby utrzymać ich lojalność. – Jeszcze kilka lat temu wystarczyło mieć dobry produkt, żeby zbudować lojalność klienta. Dzisiaj to jest konieczne minimum, żeby w ogóle o tej lojalności rozmawiać. Ważne są emocje klienta, jego wrażenia w punktach styku z organizacją – mówi Joanna Makarewicz z ERGO Hestii.

– Proces obsługi klientów się zmienia nie tylko w ubezpieczeniach. Dzisiaj klient nie jest już petentem, który przychodzi z problemem. Chcemy go obsłużyć jak najlepiej, dlatego w ostatnich latach rynek ubezpieczeniowy wdrożył szereg nowych rozwiązań – zaczynając np. od bezpośredniego kontaktu z likwidatorem, który pozwala budować relację i daje klientowi poczucie wyjątkowości. Przede wszystkim zaczęliśmy bardziej słuchać potrzeb i oczekiwań klientów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Luśniak, dyrektor Biura Operacji i Likwidacji Szkód, ERGO Hestia.

Z badania przeprowadzonego przez EY w marcu ub.r. wynika, że – jeszcze zanim pandemia COVID-19 rozszalała się na dobre – 38 proc, klientów ubezpieczycieli w celu wyszukania odpowiedniej dla siebie polisy korzystało wyłącznie z kanałów tradycyjnych, jako główny powód wskazując relację z danym agentem (32 proc. wskazań), wysoki poziom doradztwa (24 proc.), lepszą cenę (23 proc.) albo po prostu preferowanie spotkań w oddziale (16 proc.). Z kanałów cyfrowych w celu znalezienia dla siebie polisy korzystało tylko 27 proc. klientów, uzasadniając to głównie wygodą (46 proc.) i niższymi cenami (35 proc.). Zamknięcie procesu sprzedaży nadal w większości przypadków (66 proc.) następowało jednak w tradycyjny sposób. Tylko 34 proc. klientów decydowało się sfinalizować zakup polisy w sieci.

Pandemia COVID-19 mogła jednak odwrócić te statystyki, bo podobnie jak dla większości sektorów gospodarki – tak i dla ubezpieczeń okazała się jednym z największych wyzwań ostatnich dekad. Przede wszystkim wymusiła błyskawiczną digitalizację. Ubezpieczyciele – w ciągu kilku pierwszych dni wiosennego lockdownu – musieli przeprowadzić na rynku prawdziwą rewolucję i wdrożyć całkowicie zdalną obsługę klientów – zarówno w procesie sprzedaży polis, jak i likwidacji szkód.

– Pandemia postawiła przed towarzystwami ubezpieczeniowymi wiele nowych wyzwań. Jednym z głównych były ograniczone możliwości przemieszczania się i zamknięcie w domach, co wymusiło nowe metody w procesie sprzedaży i komunikacji z klientami – wskazuje Joanna Makarewicz, dyrektor Biura Zarządzania Jakością w ERGO Hestia. – My na szczęście już kilka lat temu – oddając do użytkowania system iHestia oraz iKonto ubezpieczeniowe – umożliwiliśmy klientom i pośrednikom zakup ubezpieczenia na odległość oraz całkowicie zdalną obsługę posprzedażową, a więc niejako wyprzedziliśmy tę sytuację.

Digitalizacja rynku ubezpieczeń, którą COVID-19 mocno przyspieszył, to odpowiedź na trendy i oczekiwania, które były zauważalne jeszcze przed pandemią. Badanie EY („Jak Polacy kupują ubezpieczenia?”) wyraźnie pokazało bowiem, że klienci chcieliby jak najwięcej spraw załatwiać zdalnie. Ponad połowa (53 proc.) chciałaby mieć możliwość zgłoszenia szkody online, 46 proc. chciałoby móc w ten sposób poznać status rozpatrywania swojej sprawy.

Jednocześnie analitycy EY zauważają, że – wraz z digitalizacją i wzrostem znaczenia kanałów zdalnych w sektorze ubezpieczeń – coraz większa będzie migracja klientów pomiędzy towarzystwami ubezpieczeniowymi. Tym samym ubezpieczyciele będą musieli się bardziej starać, żeby utrzymać ich lojalność.

– Lojalność klienta ubezpieczeniowego w ostatnim czasie bardzo się zmienia. Jeszcze kilka lat temu dobry produkt ubezpieczeniowy bronił się właściwie sam – wystarczyło go mieć, żeby zbudować lojalność klienta. Dziś ten dobry produkt jest punktem wyjścia, koniecznym minimum, ażeby w ogóle o tej lojalności rozmawiać. Ważne są też emocje klienta, punkty styku klienta z towarzystwem ubezpieczeniowym. To, jakie wrażenia budują te punkty styku, decyduje, czy klient będzie postrzegał towarzystwo ubezpieczeniowe pozytywnie, czy negatywnie. Często nawet jeden taki negatywny kontakt, negatywna emocja może zdecydować o tym, że klient zmieni ubezpieczyciela – mówi Joanna Makarewicz.

Jak podkreśla, z perspektywy ubezpieczycieli kluczowe jest dziś identyfikowanie i badanie punktów styku klienta z firmą, próba opomiarowania jego wrażeń i emocji, a następnie przełożenie tego na rozwiązania stosowane w produktach i usługach ubezpieczeniowych.

– ERGO Hestia przeprowadza szereg badań satysfakcji klientów, opomiarowuje ich satysfakcję w poszczególnych procesach obsługowych. Przykładem może być proces reklamacyjny. Tu nie wystarczy już przyjąć reklamację, przeanalizować ją czy udzielić klientowi odpowiedzi. Ważne, żeby znaleźć w organizacji ten punkt styku, który spowodował, że do tego procesu reklamacyjnego w ogóle doszło. Musimy starać się tak modyfikować i rozwijać nasze produkty i procesy obsługowe, żeby minimalizować niezadowolenie klientów – mówi ekspertka.

Zaznacza, że jakość obsługi to jeden z kluczowych elementów w strategii ERGO Hestii – niezależnie od tego, czy klient kupuje polisę, czy likwiduje szkodę. Ubezpieczyciel inwestuje w programy i technologie, których celem jest podniesienie jakości likwidacji szkód i przyspieszenie wypłat. Pozwalają one klientom m.in. na cyfrową obsługę roszczeń czy samodzielną likwidację niewielkich szkód. Rozwój wideooględzin, aplikacje AutoWycena czy Mobilna Likwidacja Szkód to tylko niedawne przykłady usprawnień wdrożonych przez Hestię.

– Kiedyś ten proces likwidacji trwał 30 dni, później następowała wypłata. Dzisiaj – po kontakcie ze strony klienta – jesteśmy w stanie do niego oddzwonić w ciągu jednego–dwóch dni, zaproponować należne odszkodowanie i wypłacić kwotę na jego konto, a cały proces likwidacji trwa niespełna trzy dni. Jeżeli klient nie jest pewien wysokości odszkodowania, możemy skorzystać z wideooględzin, tzn. na swoim smartfonie klient prezentuje uszkodzenie samochodu albo zalane mieszkanie, a likwidator na tej podstawie określa kwotę – mówi Piotr Luśniak.

W ostatnim badaniu przeprowadzonym przez Polski Program Jakości Obsługi ERGO Hestia zajęła pierwsze miejsce, otrzymując tytuł Gwiazda Jakości Obsługi 2021. Badani klienci oceniali m.in. wiedzę, kompetencje oraz zachowanie personelu, wygląd miejsc obsługi, ofertę oraz ceny, a także czas i organizację obsługi. W głównym zestawieniu, obejmującym firmy z branży ubezpieczeniowej, ERGO Hestia osiągnęła wskaźnik jakości obsługi na poziomie 84 proc. Gwiazda Jakości Obsługi została przyznana firmie już po raz trzeci.

– Staramy się, żeby rozwiązania przedstawiane klientom były dopasowane do ich potrzeb, żeby nie były rozbudowane ponad miarę, żebyśmy mogli sprawnie reagować na potrzeby klientów i pojawiające się zmiany, a rozwiązania technologiczne były jak najbardziej nowoczesne. To wyróżnienie jest dla nas potwierdzeniem właśnie tego, że działamy zgodnie z oczekiwaniami naszych klientów – mówi Joanna Makarewicz.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pandemia,p61531712

Zatrzymanie kopalni w Turowie mogłoby być niebezpieczne w skutkach. Polska zapowiada dalsze negocjacje w tej sprawie

0

 Nie da się zatrzymać kopalni i elektrowni z dnia na dzień bez konsekwencji środowiskowych, społecznych i technicznych, ponieważ zabraknie nam w bilansie ok. 1,5 tys. MW mocy – mówi były wicepremier i minister gospodarki Janusz Steinhoff. Przed wylotem na posiedzenie Rady Europejskiej premier Mateusz Morawiecki zapowiedział, że o sytuacji związanej z kopalnią w Turowie będzie rozmawiał w Brukseli m.in. z premierem Republiki Czeskiej Andrejem Babišem. Podkreślił jednak, że Polska nie przewiduje zamknięcia odkrywki zgodnie z piątkowym wyrokiem TSUE.

 Zawieszenie pracy kopalni Turów praktycznie z dnia na dzień jest z technicznego punktu widzenia niemożliwe. Po pierwsze, byłoby to powodem stworzenia większego niebezpieczeństwa i szkód środowiskowych. Po drugie, z tą decyzją związane byłoby wyłączenie Elektrowni Turów, gdzie mamy moce na poziomie ok. 1,5 tys. MW. Po trzecie, spowodowałoby to niesamowicie dolegliwe skutki, zarówno ekonomiczne, jak i społeczne – mówi agencji Newseria Biznes Janusz Steinhoff, były minister gospodarki, wicepremier w rządzie Jerzego Buzka i ekspert rynku energetycznego.

Trybunał Sprawiedliwości UE nakazał w piątek zaprzestanie wydobycia węgla brunatnego w kopalni Turów. Prace mają być wstrzymane do czasu oficjalnego rozstrzygnięcia sporu między Polską i Czechami, który dotyczy rozbudowy tej odkrywki. Czesi wskazują, że jest ona powodem obniżenia poziomu wód gruntowych i grozi utratą wody pitnej dla kilkunastu tysięcy mieszkańców terenów przygranicznych. Działalność kopalni ma być też przyczyną zapadania się gruntów, co zagraża domom i budynkom w tych rejonach.

– Decyzję TSUE oceniam zdecydowanie negatywnie – mówi ekspert. – Podejmowanie decyzji tak brzemiennej w skutki doraźnie, bez rozprawy przed trybunałem jest absolutnie nieuzasadnione. Nic takiego się nie stało w ostatnich dniach czy miesiącach, co by tę decyzję uzasadniało. Z punktu widzenia autorytetu TSUE, jak i ekonomicznych oraz społecznych interesów Polski podejmowanie takiej decyzji tak arbitralnie i niespodziewanie jest absolutnie nieuzasadnione. Uważam, że decyzja podjęta w takim trybie i bez wystarczających przesłanek powinna być cofnięta.

Po decyzji TSUE premier Mateusz Morawiecki zwołał we Wrocławiu posiedzenie sztabu kryzysowego i poinformował, że ocenia ją jako bardzo niebezpieczną – zarówno z punktu widzenia potencjalnych zagrożeń ekologicznych, jak i dla bezpieczeństwa energetycznego Polski. Zapowiedział też, że Polska będzie negocjować ze stroną czeską w sprawie kopalni i elektrowni w Turowie. Przed wylotem na posiedzenie Rady Europejskiej premier poinformował, że o obecnej sytuacji będzie rozmawiał w Brukseli m.in. z premierem Czech Andrejem Babišem. Podkreślił jednak, że Polska nie przewiduje zamknięcia kopalni w Turowie.

 Polska powinna zobowiązywać się do podjęcia wszystkich działań, które są konieczne, aby ograniczyć skutki środowiskowe. Nie da się ich całkiem wyeliminować, bo to jest niestety specyfika wydobywania kopalin ze złóż, naruszenie stanu środowiska naturalnego jest oczywistością. Powinniśmy jednak cały czas utrzymywać dialog z czeskimi partnerami i podejmować wszystkie działania, które mogą złagodzić skutki środowiskowe dla naszych sąsiadów. Trzeba też przekonać Trybunał Sprawiedliwości UE do wnikliwych analiz, do tego są potrzebne ekspertyzy – wskazuje były wicepremier.

Kopalnia węgla brunatnego i elektrownia w Turowie to własność spółki PGE Górnictwo i Energetyka Konwencjonalna, która jest częścią państwowej PGE Polskiej Grupy Energetycznej. W ubiegłym roku minister klimatu i środowiska Michał Kurtyka przedłużył koncesję na wydobycie węgla w Turowie na kolejnych sześć lat, do 2026 roku. Z kolei decyzja środowiskowa dla kontynuacji wydobycia dla kopalni Turów obowiązuje do 2044 roku.

Czesi pod koniec lutego wnieśli przeciw Polsce skargę dotyczącą planowanej rozbudowy tej odkrywki. Wystąpili też do TSUE z wnioskiem o zastosowanie środków tymczasowych, czyli nakaz wstrzymania wydobycia w Turowie, do którego trybunał przychylił się w piątek. Czechy argumentują, że złożenie pozwu było z ich strony ostatecznością, ponieważ Polska do tej pory nie spełniła ich postulatów środowiskowych.

– Tutaj jest rozbieżność interesów. Tak się składa, że kopalnia i elektrownia są po stronie polskiej, natomiast sąsiedzi z Czech doświadczają skutków ich działalności. Natomiast trzeba pamiętać, że podobne zjawiska występują zarówno w polskich, jak i czeskich czy niemieckich kopalniach węgla brunatnego – wyjaśnia Janusz Steinhoff. – Pod względem eksploatacji tego surowca Polska jest na drugim miejscu w Europie, wydobywamy go ponad 55 mln ton rocznie. Niemcy są na pierwszym miejscu z wydobyciem na poziomie ok. 120 mln ton, a Czesi na trzecim z ponad 40 mln ton. We wszystkich tych kopalniach węgla brunatnego, prowadzonych metodą odkrywkową, występują te same konsekwencje środowiskowe, m.in. w postaci naruszenia stosunków wodnych.

PGE Polska Grupa Energetyczna, do której należy kopalnia w Turowie, wskazała, że kilkadziesiąt kilometrów od Turowa, a nawet kilkaset metrów od granicy z Polską funkcjonuje dziewięć kopalni odkrywkowych węgla brunatnego – pięć na terenie Czech i cztery w Niemczech, a Unia Europejska pozwala na ich działalność mimo ich zdecydowanie większego wpływu na środowisko. 

W ocenie PGE piątkowa decyzja TSUE w praktyce wymusi na Polsce import węgla brunatnego z Czech lub Niemiec albo import energii elektrycznej, która też pochodzi ze źródeł kopalnych.

– Jako kraj zdecydowaliśmy się odchodzić od wydobycia węgla i produkcji energii elektrycznej z węgla brunatnego w horyzoncie lat 40. W ramach tej konsekwentnie prowadzonej transformacji polskiej elektroenergetyki będziemy odchodzić od paliw stałych, natomiast nie możemy tego zrealizować w ciągu kilku lat, ponieważ jest to niemożliwe bez naruszenia bezpieczeństwa energetycznego – podkreśla ekspert.

Rząd podkreśla, że zamknięcie z dnia na dzień kopalni w Turowie to ryzyko utraty pracy dla ok. 5 tys. osób, ale też poważne zagrożenie dla krajowego bezpieczeństwa energetycznego, ponieważ to oznaczałoby automatyczne wyłączenie elektrowni, która dostarcza prąd do 3,7 mln gospodarstw domowych w Polsce. Kopalnia w Turowie i powiązana z nią elektrownia produkują bowiem ok. 4–5 do nawet 7 proc. polskiego prądu.

– Nie da się zatrzymać kopalni i elektrowni z dnia na dzień bez konsekwencji i środowiskowych, społecznych, i technicznych, ponieważ zabraknie nam w bilansie ok. 1,5 tys. MW mocy. Mielibyśmy przede wszystkim problem z zabezpieczeniem ciągłości dostaw energii elektrycznej – mówi Janusz Steinhoff.

Grupa PGE w oficjalnym, piątkowym komunikacie wskazuje, że wygaszenie wszystkich bloków w Turowie będzie oznaczało brak możliwości ich uruchomienia w przyszłości. Tak więc tymczasowe zamknięcie kopalni i elektrowni jest równoznaczne z ich trwałą likwidacją na wiele miesięcy przed rozstrzygnięciem polsko-czeskiego sporu przed TSUE.

– Będziemy jako kraj zabiegać o zmianę tej decyzji i myślę, że przedstawimy wystarczające argumenty, które będą przemawiały za tym, aby nie podejmować jej w doraźny sposób – mówi były minister gospodarki i wicepremier.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/zatrzymanie-kopalni-w,p1480769397