Strona główna Blog Strona 79

Rynek leasingu w 2021 roku powinien odrobić straty z okresu pandemii. Firmy zwiększają inwestycje w samochody osobowe i użytkowe

0

Branża leasingowa odrobi w tym roku straty, które poniosła w ubiegłym, udzielając finansowania o wartości ponad 77,8 mld zł i notując 11-proc. wzrost – prognozuje Związek Polskiego Leasingu. Motorem napędowym rynku ma być segment aut osobowych, a także większe inwestycje firm w segmencie pojazdów ciężkich i użytkowych. Ta część rynku, która została najbardziej dotknięta przez pandemię COVID-19, może w tym roku odnotować wzrost na poziomie 17 proc. – szacuje Europejski Fundusz Leasingowy, który w zeszłym roku poradził sobie zdecydowanie lepiej niż cały rynek. Spółka poprawiła wyniki i zwiększyła swój udział w rynku, a w połowie maja wprowadziła na rynek nową markę odpowiedzialną za wynajem pojazdów użytkowych – TRUCK CARE.

 COVID miał oczywisty wpływ na całą gospodarkę, również na rynek najmu i leasingu. W sposób oczywisty wpłynął także na rynek finansowania pojazdów ciężkich i transportu. Po stosunkowo dobrym I kwartale roku 2020 nastąpił bardzo trudny dla całej branży II kwartał, z dynamikami negatywnymi na poziomie -60 proc. Następnie w III kwartale te dynamiki zaczęły się trochę normalizować, a w IV kwartale zaobserwowaliśmy już wzrost i powrót zainteresowania ze strony klientów do zwiększania swojej floty i finansowania swoich zakupów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Radosław Woźniak, prezes Europejskiego Funduszu Leasingowego, należącego do Grupy Credit Agricole.

Jak podaje Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów, sektor najmu długoterminowego pojazdów osobowych i dostawczych do 3,5 t odczuł negatywny wpływ pandemii na wyniki, ale nie tak dotkliwie jak inne formy finansowania. Firmy z branży zakończyły ubiegły rok ze wzrostem łącznej floty na poziomie 2 proc. w stosunku do 2019 roku. Jednocześnie znacząco zwiększył się udział wynajmu długoterminowego w sprzedaży nowych aut do firm (w tej formie do biznesu trafił co czwarty egzemplarz).

Z kolei Związek Polskiego Leasingu podaje, że w ubiegłym roku wysokość finansowania udzielonego przez branżę leasingową wyniosła 70,1 mld zł, a cały rynek zanotował 10,1 proc straty rok do roku. W segmencie pojazdów lekkich, które odpowiadają za prawie połowę rynku, inwestycje wyniosły 33,3 mld zł i były o niecałe 6 proc. niższe niż rok wcześniej.

Pojazdy ciężarowe powyżej 3,5 t, ciągniki siodłowe, naczepy, przyczepy i autobusy (udział na poziomie 17,8 proc.) w branży leasingu przyniosły w 2020 roku nowe kontrakty warte 12,5 mld zł, czyli prawie 27 proc. mniej niż przed rokiem. Tak potężne spadki to efekt kryzysu gospodarczego i licznych obostrzeń w transporcie towarowym i pasażerskim, które dodatkowo nałożyły się na wcześniejsze problemy sektora transportowego związane z wdrażaniem unijnego pakietu mobilności. Pierwsze półrocze ub.r. w leasingu pojazdów ciężkich zamknęło się 39-proc. spadkiem, ale od listopada notowane jest wyraźne odbicie.

– W tej chwili kontynuujemy ten dobry trend. Od początku tego roku obserwujemy ożywienie na rynku. Pierwszy kwartał br. był bardzo dobry. Kolejny chyba aż tak dobry nie będzie, ale oczekujemy, że w III i IV kwartale pozytywna dynamika będzie kontynuowana. Łącznie na koniec tego roku spodziewamy się dodatniej, 17-proc. dynamiki w segmencie finansowania pojazdów ciężkich i użytkowych – prognozuje prezes EFL.

Związek Polskiego Leasingu szacuje, że cały rynek leasingowy odrobi w tym roku straty, które poniósł w ubiegłym, udzielając finansowania o wartości ponad 77,8 mld zł i notując rok do roku 11-proc. wzrost. Ekonomiści EFL oczekują nawet bardziej dynamicznych wzrostów. Ożywienie gospodarcze powinno przynieść także pobudzenie konsumpcji, a to przełoży się na większe zainteresowanie formami finansowania aut – zarówno po stronie konsumentów, jak i firm.

 Oczekujemy, że sytuacja w gospodarce się poprawi i PKB wzrośnie. Widzimy też, że nastroje konsumenckie się poprawiają, konsumpcja wewnętrzna będzie w sposób oczywisty napędzała naszą gospodarkę, a za tym będą podążały pozostałe sektory, w tym również transportowy. Dlatego oczekujemy, że III i IV kwartał tego roku będą już dobre dla sektora – ocenia Radosław Woźniak.

Szacunki EFL zakładają 17-proc. wzrost finansowania pojazdów lekkich przez firmy leasingowe. Dynamika w segmencie pojazdów ciężkich także powinna wynieść 17 proc. r/r.

Europejski Fundusz Leasingowy w ubiegłym roku poradził sobie zdecydowanie lepiej niż cały rynek. Leasingodawca sfinansował aktywa o łącznej wartości 5,7 mld zł, notując niewielki wzrost na poziomie 0,7 proc. Dzięki temu jego udział w rynku wzrósł w ubiegłym roku do 8,1 proc. (z 7,3 proc. w poprzednim). Spółka w największym stopniu (o 1,9 p.p.) zwiększyła swój udział w finansowaniu pojazdów ciężarowych i ma zamiar rozwijać ten segment. 17 maja wprowadziła na rynek nową markę wynajmu pojazdów użytkowych – TRUCK CARE.

– Od dłuższego czasu obserwujemy zainteresowanie klientów usługami najmu. Mamy już w tym obszarze doświadczenie, ponieważ w Grupie EFL funkcjonuje spółka Carefleet, która zajmuje się najmem pojazdów lekkich. Widzimy też jednak rosnące zainteresowanie najmem samochodów użytkowych i ciężkich. To było główną przyczyną podjęcia decyzji o tym, że rozszerzamy zakres naszych usług – wyjaśnia prezes EFL. 

Nowa marka na rynku wynajmu pojazdów uruchomiona została przez HAMA Polska, w której 70 proc. udziałów przejął w ubiegłym roku EFL.

– Dokonaliśmy akwizycji spółki HAMA, należącej do Grupy DBK, która funkcjonuje na rynku najmu już od wielu lat. Jednym z elementów bardzo istotnych dla tej decyzji było 25-letnie doświadczenie Grupy DBK na rynku transportu i logistyki oraz rozległa sieć serwisowa – mówi Radosław Woźniak.

DBK Rental, znana marka na rynku TSL, zmienia się w TRUCK CARE. Co to oznacza dla naszych klientów? Przede wszystkim dużo większą elastyczność, więcej rozwiązań i możliwości, a także szerszą paletę produktową – mówi Ireneusz Sobieski, prezes zarządu Grupy DBK.

Nowa marka TRUCK CARE będzie rozwijana przez EFL we współpracy z Grupą DBK. Od drugiej połowy maja oferuje klientom wynajem szerokiej gamy pojazdów, w tym m.in. ciągników siodłowych, samochodów ciężarowych i dostawczych, naczep, przyczep oraz pojazdów specjalistycznych. Flota TRUCK CARE liczy ponad 3,7 tys. pojazdów wiodących marek, takich jak DAF, MAN, IVECO, Volvo, Mercedes-Benz, Scania, Kögel, Schmitz, Krone czy Renault.

– Nowy brand TRUCK CARE to zwieńczenie naszej wieloletniej działalności i potwierdzenie tego, że jesteśmy dostawcą wielu produktów w wielu markach i segmentach. HAMA Polska skupiała się historycznie na jednej marce pojazdów ciężarowych i naczep i z tym też byliśmy kojarzeni zarówno przez dostawców, jak i przez klientów. Od wielu lat zwiększamy ofertę pojazdów różnych marek we flocie. Nowy brand TRUCK CARE to również zabezpieczenie przyszłości finansowej dzięki Grupie EFL, dzięki czemu z dużym optymizmem spoglądamy w przyszłość – mówi Łukasz Chyliński, prezes zarządu TRUCK CARE.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rynek-leasingu-w-2021-roku,p1586484457

Igrzyska w Tokio najpewniej się odbędą. Kolejne przełożenie terminu oznaczałoby zbyt wysokie koszty

0

Koszty związane z przełożeniem na 2021 rok XXXII Letnich Igrzysk Olimpijskich Tokio 2020 sięgnęły według różnych szacunków od 1,6 do 2,8 mld dol. – Gdyby igrzyska znowu miały zostać przełożone albo odwołane, oznaczałoby to kolejne olbrzymie straty dla gospodarki Japonii – mówi Grzegorz Kita, prezes Sport Management Polska, i podkreśla, że jest to mało prawdopodobne, ale wciąż termin igrzysk budzi sporo emocji. Ponad 80 proc. Japończyków sprzeciwia się organizacji imprezy w lipcu tego roku, choć organizatorzy już ogłosili, że odbędą się one bez kibiców zagranicznych, co znacznie ograniczy ryzyko rozprzestrzeniania się koronawirusa.

Igrzyska olimpijskie w Tokio mają się rozpocząć 23 lipca, a im bliżej tej daty, tym więcej jest przeciwników imprezy wśród Japończyków. Według sondażu przeprowadzonego na zamówienie dziennika „Asahi Shimbun” opublikowanego 17 maja aż 80 proc. z nich jest przeciwnych organizacji zawodów sportowych w Tokio.

– Moim zdaniem igrzyska w Tokio nie zostaną kolejny raz przełożone ani odwołane. Teoretycznie nadal jest to przedmiotem dyskusji, bo znaczna część społeczeństwa japońskiego jest w tej chwili zdania, że igrzyska należy przełożyć lub odwołać, czyli istnieje dość duży elektorat negatywny, jednak uważam, że igrzyska się odbędą – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Kita.

Za przeprowadzeniem igrzysk przemawiają dwa argumenty. Po pierwsze koszty, bo kolejna zmiana terminu albo odwołanie oznaczałyby olbrzymie straty dla gospodarki Japonii, z karami umownymi na rzecz sponsorów i Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego włącznie. Po drugie, organizatorzy zapowiedzieli, że przeznaczą duże kwoty na zabezpieczenia pandemiczne, aby wszystkie zawody odbyły się w możliwie bezpiecznych warunkach.

– Kolejne przełożenie lub odwołanie imprezy wygenerowałoby jeszcze bardziej astronomiczne koszty. A warto przecież pamiętać, że przeniesienie igrzysk z 2020 roku na 2021 rok kosztowało sporo. Różne kwoty podawane są w wielu źródłach, ale mieszczą się w przedziale od 1,6 do 2,8 mld dol. Składają się na to m.in. koszty utrzymywania obiektów olimpijskich przez rok oraz brak możliwości zagospodarowania ekonomicznego np. wioski olimpijskiej czy komercjalizacji mieszkań przygotowanych dla sportowców, które po igrzyskach mają trafić do sprzedaży – wymienia prezes Sport Management Polska.

Jak podkreśla, igrzyska w Tokio są już w pewnym sensie specyficzne, ponieważ mówi się, że są to najdroższe igrzyska w historii, pomimo że jeszcze się nie odbyły.

– Czy tak jest w rzeczywistości, trudno ocenić, bo powstaje problem, które liczby należy ze sobą porównywać. Według oficjalnych danych możemy uważać, że igrzyska w Tokio będą rzeczywiście najdroższe, natomiast wiele osób twierdzi, że to igrzyska w Pekinie były najdroższe, bo ich koszt to 30, a być może nawet 40 mld dol. Ale tych danych już nie zweryfikujemy – dodaje Grzegorz Kita.

We wniosku aplikacyjnym przedstawionym w 2013 roku do MKOl preliminarz budżetu igrzysk w Tokio przewidywał kwotę 7,3 mld dol., ale w 2019  roku organizatorzy zaczęli się przyznawać do kwoty 12,6 mld dol. Kilka miesięcy temu mówiło się już o kwocie 15,4 mld dol. Jednak Japońska Narodowa Rada Audytu przedstawiła w raporcie znacznie wyższą kwotę, bo aż 25–28 mld dol.

Wyższe koszty przygotowań do igrzysk z uwagi na przesunięcie terminu staną się także udziałem wszystkich państw uczestniczących w zawodach.

– To jest system naczyń połączonych, który generuje koszty właściwie w każdym obszarze. Wszyscy sportowcy i związki olimpijskie już raz się przygotowywały do igrzysk i poniosły wydatki na zgrupowania, przygotowanie zawodów pośrednich. To wszystko trzeba było w mniejszym lub większym stopniu powtórzyć jeszcze raz. Warto też pamiętać o tym, że odwołane igrzyska olimpijskie w 2020 roku należałoby właściwie opisać jako igrzyska już zrealizowane, bo tak naprawdę większa część wydatków, zarówno po stronie organizatorów, jak i uczestników, została poniesiona przed imprezą – zaznacza  prezes Sport Management Polska.

Organizatorzy igrzysk ogłosili, że zawody będą się odbywały bez publiczności zagranicznej, co z pewnością wpłynie negatywnie na wolumen sprzedaży biletów, jak i ogólną wartość przychodów z tego źródła. Jednak igrzyska olimpijskie największe przychody generują ze sprzedaży praw telewizyjnych, są to kwoty na poziomie 4 mld dol. Z kolei wpływy z biletów dają kwotę w granicach od 300 do 500 mln dol. W przypadku Tokio lokalny komitet organizacyjny ma zapewnienie od MKOl o dodatkowym finansowaniu na poziomie 650 mln dol.

– Frekwencja będzie uzależniona od obostrzeń epidemicznych, które Japonia wdroży na obiektach olimpijskich. Trudno w tej chwili powiedzieć, czy organizatorzy zdecydują się na wariant 50 proc. obłożenia obiektu, 25 proc., może 75 proc. Z punktu widzenia kibiców i sportowców brak publiczności na trybunach jest bardzo poważnym problemem. Wpłynie to na atmosferę, która towarzyszy zawodom. Każdy sportowiec chce czuć obecność publiczności i jej reakcje, bo to wpływa również na wyniki sportowe – podsumowuje Grzegorz Kita.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/igrzyska-w-tokio,p499998810

Rząd chce wprowadzić dodatkowy podatek od urządzeń elektronicznych. Cena laptopa może wzrosnąć o kilkaset złotych

0

Podwyżki cen laptopów, komputerów, dekoderów, telewizorów i tabletów czekają nas wszystkich, jeśli w życie wejdzie ustawa o uprawnieniach artysty zawodowego. Nad projektem toczą się prace w rządzie i ma zacząć obowiązywać od przyszłego roku. Najwięcej kontrowersji wzbudza propozycja, by na emerytury artystów przeznaczać część opłaty reprograficznej, zwanej też podatkiem od elektroniki czy podatkiem od smartfonów. – Ceny sprzętów wzrosną, niektóre nawet o kilkaset złotych – mówi Kamil Pluskwa-Dąbrowski, prezes Federacji Konsumentów. Organizacja od dawna alarmuje, że nowe rozwiązanie pogłębi problem wykluczenia cyfrowego i uderzy w najmniej zamożne rodziny. Wystosowała apel do premiera Mateusza Morawieckiego oraz pozostałych członków rządu i parlamentu o zaprzestanie prac nad projektem, pokazując zagrożenia płynące z kolejnego obciążenia domowych budżetów Polaków.

– Najnowszy projekt ustawy o statusie zawodowego artysty, dotyczący też opłaty reprograficznej, obejmuje cały szereg urządzeń, które zostaną objęte tym podatkiem. Zapłacą go wszyscy konsumenci w chwili zakupu nowego urządzenia. A jest to podatek niemały, a z doświadczeń innych państw, które zdecydowały się na taki krok, jasno wynika, że ceny sprzętu pójdą w górę, a to uderzy w portfele konsumentów, co nie jest dobre, zwłaszcza w sytuacji, kiedy urządzenia elektroniczne służą przede wszystkim do pracy i nauki – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Kamil Pluskwa-Dąbrowski. 

W Polsce działalność artystyczną wykonuje zawodowo ok. 67 tys. osób (łącznie z absolwentami szkolnictwa artystycznego). Ustawa o uprawnieniach artysty zawodowego, której projekt 6 maja br. przedstawiło Ministerstwo Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu, ma dać dodatkowe środki organizacjom artystów oraz ma wprowadzić m.in. dopłaty dla artystów, którzy mają problem z samodzielnym opłacaniem składek zdrowotnych i emerytalnych. Wszystko to ma być finansowane z tzw. opłaty reprograficznej.

– Opłata reprograficzna jest wynalazkiem sprzed kilkudziesięciu lat, a jako narzędzie finansowania systemu emerytalnego artystów jest nieco absurdalna. W Polsce system zabezpieczenia emerytalnego jest już uregulowany dla wszystkich grup zawodowych. Nie występując przeciwko artystom, stawiamy pytanie: czym różni się jednoosobowa działalność gospodarcza polegająca na prowadzeniu warzywniaka od jednoosobowej działalności artysty? Prowadzący warzywniak również płaci najniższe składki i też będzie miał bardzo niską emeryturę – mówi prezes Federacji Konsumentów. – Propozycja rządu zakłada, że z naszych pieniędzy zostanie utworzony fundusz dla artystów na wsparcie ich emerytur, a połowa tych pieniędzy trafi do organizacji zbiorowego zarządzania, które już dzisiaj mają duży problem z rozliczeniem się z pieniędzy pobieranych z istniejącej opłaty reprograficznej. Jest prawdopodobne, że duża część tych pieniędzy trafi do celebrytów, którzy są osobami zamożnymi, a także do gwiazd za granicą.

Opłata reprograficzna istnieje tylko w około 20 państwach na świecie i z definicji jest obciążeniem konsumentów za tzw. dozwolony użytek, tzn. legalne kopiowanie i muzyki, filmów, książek czy obrazów na użytek własny. W Polsce ta danina istnieje już od lat – jest doliczana do cen urządzeń i nośników służących do kopiowania treści i trafia do artystów za pośrednictwem organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi (np. ZAiKS). Na liście urządzeń i nośników nią objętych są drukarki i kserokopiarki czy papier przeznaczony do nich.

Roczne wpływy z opłaty reprograficznej w Polsce, bazując na sprawozdaniach organizacji zbiorowego zarządzania, mają wartość około 30 mln zł. Oczywiście dużo większe pieniądze artyści i twórcy otrzymują wprost z racji opłat licencyjnych, np. za odtworzenia publiczne czy emisje w radiu i telewizji. Tylko jedna z organizacji artystów – ZAiKS – pobiera rocznie około 380 mln zł z tego tytułu (najnowsze sprawozdanie za rok 2018). Ministerstwo Kultury – w ramach nowo zaprezentowanej ustawy o uprawnieniach artysty zawodowego – chce zreformować opłatę reprograficzną i objąć daniną szerszy katalog urządzeń.

Projekt zakłada, że ustawa obejmie wszystkie sprzęty, które mają wejście USB, czyli m.in. odtwarzacze audio i wideo, telewizory, dekodery, laptopy i tablety, czytniki e-booków i nośniki pamięci, np. pendrive&HASH39;y i karty SD. Pomysłodawcy projektu podkreślają, że opłata nie jest pobierana od użytkowników, ale od importerów urządzeń. W opinii Federacji Konsumentów jest jednak oczywiste, że zobaczymy wzrost cen elektroniki w sklepach, bo producenci i importerzy, którzy już teraz mają często marże poniżej 1 proc., przerzucą opłatę na konsumentów. Dokładnie tak działo się także w innych krajach, gdzie opłata reprograficzna była wprowadzana lub rozszerzana, taki mechanizm miał również miejsce w Polsce w przypadku tzw. podatku cukrowego. W uzasadnieniu do projektu nowej ustawy resort kultury szacuje, że już w 2022 roku wpływy z podatku od elektroniki mają osiągnąć w roku 2022 około 300 mln zł.

– Autorzy tej propozycji legislacyjnej próbują nas przekonywać, że nie odczujemy tego w portfelach. My szacujemy, że ta kwota będzie znacznie wyższa – pierwotne szacunki mówiły zresztą o ok. 1 mld zł rocznie – mówi Kamil Pluskwa-Dąbrowski. – Nie możemy się czarować. Wprowadzenie nowego podatku wpłynie na ceny, bo jest to po prostu logiczne i zgodne z zasadami ekonomii. W krajach, w których ta opłata została wprowadzona, ceny wzrosły. 

Jak podkreśla, obecnie sama konstrukcja opłaty reprograficznej – która ma rekompensować artystom i twórcom kopiowanie ich treści – jest już przestarzała, bo większość konsumentów słucha muzyki i ogląda filmy w serwisach streamingowych, płacąc miesięczny abonament. Nakładanie na nich kolejnej daniny za te same treści będzie po prostu zwielokrotnieniem opodatkowania.

– Gdybyśmy dzisiaj zrobili badania i sprawdzili, kto z nas zapisuje muzykę na twardym dysku laptopa czy telefonu, pewnie wyszłoby zero albo jakiś znikomy ułamek procenta. Dzisiaj wszyscy już korzystamy z muzyki live, oglądamy filmy ze streamingu, za co płacimy cykliczny abonament. Stosowanie opłaty reprograficznej do mediów cyfrowych jest nieporozumieniem – mówi prezes Federacji Konsumentów. – Wiele krajów wycofało się z tej opłaty, ponieważ dzisiaj płacimy za content i cyfrowe treści niemałe pieniądze. Dlatego apelujemy do decydentów i rządu, ażeby rozpocząć naprawdę poważną dyskusję na temat tego, jak zapewnić godziwy byt artystom, nie krzywdząc jednocześnie grup narażonych na cyfrowe wykluczenie.

Z badań Federacji Konsumentów wynika, że nowa danina w największym stopniu odbije się na budżetach gospodarstw domowych, których miesięczny dochód nie przekracza 2,5 tys. zł, a więc najmniej zamożnych rodzin.

– Już dzisiaj, żeby kupić dziecku sprzęt do nauki zdalnej, trzeba wydać cały miesięczny dochód rozporządzalny takiego gospodarstwa. Obciążenie jeszcze bardziej dodatkowym podatkiem jest sprzeczne z większością polityk rządu, który nakłania Polaków do cyfryzacji i tworzy e-usługi – ocenia ekspert.

Ze styczniowego raportu Federacji Konsumentów („Wykluczenie cyfrowe podczas pandemii”) wynika, że 50–70 tys. uczniów nie posiada w domu żadnego komputera lub tabletu, a ponad 1 mln (średnio co czwarty uczeń) musi współdzielić urządzenia z rodzeństwem lub pracującymi zdalnie rodzicami, co realnie uniemożliwia edukację zdalną. Ponad 4,5 mln Polaków w wieku 16–74 lata (15,5 proc. tej grupy) nigdy nie korzystało z internetu, a jeszcze więcej osób (4,78 mln) nigdy nie posługiwało się komputerem. 

– Być może czas w pierwszej kolejności zająć się problemem wykluczenia cyfrowego i pójść w drugą stronę, obniżając np. VAT na urządzenia elektroniczne, które służą do nauki i pracy, a nie wprowadzać nową opłatę – proponuje Kamil Pluskwa-Dąbrowski.

Co istotne, wbrew wcześniejszym zapowiedziom na liście urządzeń objętych opłatą reprograficzną na razie nie znalazły się smartfony. Nie oznacza to jednak, że wciąż nie mogą na nią trafić.

– Projekt ustawy przewiduje możliwość rozszerzania tej listy w trybie zwykłego rozporządzenia. Tak więc możemy się spodziewać, że na drugi dzień po wejściu w życie ustawy komuś przyjdzie do głowy pomysł, że smartfony też powinny się tam znaleźć i stanie się to już bez trybu ustawowego, zwykłym podpisem pod rozporządzeniem. W taki sam sposób mogą wzrosnąć stawki – mówi prezes Federacji Konsumentów. – Dlatego ta ustawa jest niepokojąca. Apelujemy, żeby wstrzymać nad nią prace i poszukać lepszych rozwiązań. Nie jesteśmy przeciwko artystom i temu, żeby otrzymywali należne im wynagrodzenie, ale opłata reprograficzna nie jest narzędziem, które powinno być do użyte do finansowania ustawy, w tym przywilejów emerytalnych określonej grupy społecznej.

Federacja Konsumentów wysłała apel do premiera, rządu i parlamentarzystów, w którym wskazuje na szkodliwość finansowania procedowanej już przez rząd ustawy o statusie artysty zawodowego poprzez rozszerzenie opłaty reprograficznej, co w jej ocenie pogłębi wykluczenie cyfrowe Polaków i jest niebezpiecznym precedensem także w zakresie faworyzowania określonej grupy społecznej w obszarze przywilejów emerytalnych finansowanych z opłat od konsumentów.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rzad-chce-wprowadzic,p1244521956

Kolejny rekordowy miesiąc dla kredytów hipotecznych. Duże wzrosty notują także kredyty gotówkowe i ratalne

0

Wszystkie rodzaje kredytów dla osób indywidualnych zanotowały w kwietniu dynamiczne odbicie – wynika z danych Biura Informacji Kredytowej. Największy wzrost odnotowano w kredytach gotówkowych, których udzielono blisko dwa razy więcej niż rok temu. Z kolei kredytów mieszkaniowych było o jedną trzecią więcej niż w kwietniu 2020 roku. – Po raz drugi w tym roku ich wartość przekroczyła 7 mld zł miesięcznie i to mimo tego, że w kwietniu w porównaniu do marca były dwa dni robocze mniej – mówi dr hab. Waldemar Rogowski, główny analityk BIK. We wszystkich kategoriach kredytów hossa dotyczy przede wszystkim produktów wysokokwotowych, co oznacza, że Polacy pożyczają coraz  większe sumy.

– Z danych, jakie banki przekazały do Biura Informacji Kredytowej odnośnie do wartości i liczby akcji kredytowej w kwietniu, wynikają trzy ciekawe obserwacje. Po pierwsze, utrzymuje się zapoczątkowana w listopadzie 2020 roku hossa w kredytach mieszkaniowych. Po drugie, kontynuowany jest trend wzrostowy w kredytach ratalnych, a po trzecie, dynamiczne kwietniowe odbicie w kredytach gotówkowych systematycznie przybliża je do wyrównania strat z pandemicznego roku 2020 – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr hab. Waldemar Rogowski, profesor SGH, główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

W kwietniu banki udzieliły 22,7 tys. kredytów hipotecznych na łączną kwotę ponad 7,2 mld zł. To oznacza wzrost w ujęciu rocznym odpowiednio o 32 proc. oraz o 41 proc. Liczby te pokazują, że Polacy pożyczają na mieszkania coraz wyższe kwoty.

– Średnia wartość udzielonego kredytu mieszkaniowego osiągnęła rekordowe 318 350 zł w kwietniu 2021 roku i była wyższa o 6,6 proc. od średniej z kwietnia zeszłego roku – podkreśla główny analityk BIK. – Duży wpływ na wynik mają tzw. kredyty wysokokwotowe. W okresie styczeń–kwiecień 2021 roku ponad 53 proc. wartości wszystkich udzielonych kredytów mieszkaniowych stanowią kredyty z przedziału powyżej 350 tys. zł, a kolejne 24,1 proc. sprzedaży stanowią kredyty powyżej 500 tys. zł.

Jak wyjaśnia dr hab. Waldemar Rogowski, wzrost średniej kwoty wnioskowanego kredytu odpowiada mniej więcej średniemu wzrostowi cen nieruchomości. Źródłem tak dobrej koniunktury w tym segmencie rynku, mimo trwającej pandemii, jest z jednej strony wzrost popytu, a z drugiej – coraz łagodniejsze kryteria udzielania kredytów przez banki, m.in. poluzowanie wymagań dotyczących wkładu własnego.

Zwraca naszą uwagę rosnący udział kredytów udzielanych na 30 i więcej lat, obecnie to już ponad 15 proc. wartości wszystkich udzielonych kredytów mieszkaniowych, przy czym rok temu było to 13,8 proc. – wskazuje ekspert. – Na zdolność kredytową wpływa nadal niski poziom stóp procentowych, a także właśnie wydłużanie umownego okresu kredytowania. Kolejnym czynnikiem jest potwierdzony przez GUS wzrost wynagrodzeń, który w I kwartale br. wyniósł 6,6 proc. rok do roku.

W przypadku kredytów ratalnych już od jesieni można mówić o hossie. W kwietniu br. banki udzieliły ich prawie 259 tys. na łączną kwotę 1,2 mld zł. To odpowiednio o 24 proc. i o 75 proc. więcej niż w kwietniu 2020 roku. Średnia wartość kredytu ratalnego wynosi już 4755 zł, czyli o 40 proc. więcej niż rok wcześniej.

Wzrostom sprzyjają okoliczności popytowe, a także – jak w kredytach mieszkaniowych – środowisko ultraniskich stóp procentowych. Polacy ruszyli więc po zakupy na zerooprocentowane kredyty ratalne, zamiast oszczędzać – mówi główny analityk BIK. – W okresie pierwszych czterech miesięcy tego roku największy udział wartościowy, po ponad 54 proc., miały kredyty z przedziału 510 tys. zł, a kredytów w przedziale powyżej 10 tys. zł udzielono na wartość też niemałą, bo wyższą o ponad 46 proc. Najmniej banki udzielały kredytów ratalnych niskokwotowych do tysiąca złotych, w ujęciu kwotowym jest to wyżej tylko o 2,2 proc. w porównaniu z kwietniem zeszłego roku.

Potężne odbicie widać również w kredytach gotówkowych. Wzrost w tej kategorii wyniósł w ujęciu liczbowym ponad 97 proc., a w ujęciu wartościowym – 132 proc.

Także tutaj mamy efekt niskiej bazy z kwietnia 2020 roku, jednak tak wysokie dynamiki są efektem także wzrostu udziału kredytów udzielonych na wysokie kwoty oraz wydłużenia okresu kredytowania [obecnie wynosi już 53 miesiące – red.] wyjaśnia dr hab. Waldemar Rogowski. – Dobra koniunktura na rynku kredytów gotówkowych dotyczy produktów na kwoty powyżej 50 tys. zł, czyli również kredytów wysokokwotowych.

W pierwszych czterech miesiącach roku wysokokwotowe (powyżej 50 tys. zł) kredyty gotówkowe odpowiadały już za 45 proc. sprzedaży. Kredyty z przedziału 30–50 tys. zł stanowią kolejne 20 proc.

We wszystkich trzech produktach, w kredytach mieszkaniowych, ratalnych i gotówkowych, mamy hossę na wysokokwotowych kredytach – ocenia ekspert BIK. – Warto zaznaczyć, że takie kredyty banki udzielają kredytobiorcom już sobie dobrze znanym, z dobrą historią kredytową, niemniej jednak segment tych wysokokwotowych kredytów gotówkowych musi być stale i kompleksowo monitorowany w aspekcie potencjalnego wzrostu ryzyka kredytowego.

Kwietniowy odczyt BIK Indeksów Jakości pokazuje jednak pozytywne tendencje w tym zakresie. W porównaniu do kwietnia 2020 roku spłacalność kredytów poprawiła się w każdej z wymienionych kategorii produktowych. Najmocniej indeks jakości wzrósł dla kredytów gotówkowych.

– Spłacalność kredytów jest na stabilnym, bardzo dobrym poziomie. Nawet po zakończeniu moratoriów kredytowych, wbrew naszym początkowym obawom, jakość spłaty nie pogorszyła się i jakość portfela kredytowego mierzona indeksami jakości właściwie dla wszystkich produktów kredytowych jest na bezpiecznym, niskim poziomie – podsumowuje dr hab. Waldemar Rogowski.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/kolejny-rekordowy-miesiac,p1041314855

Od wakacji e-sprzedawców czekają duże zmiany w rozliczaniu VAT. Reforma może pobudzić handel transgraniczny z korzyścią także dla konsumentów

0

Od 1 lipca br. firmy, które prowadzą transgraniczną sprzedaż przez internet, czekają duże zmiany w zakresie rozliczania podatku VAT. Po pierwsze, nie będą musiały rejestrować się w każdym kraju członkowskim, do którego sprzedają, bo wszelkie formalności związane z VAT załatwią w jednym punkcie kompleksowej obsługi. Po drugie, stawka podatku za każdym razem będzie naliczana zgodnie z zasadami kraju konsumenta, co zlikwiduje nierówne traktowanie między transakcjami wewnątrzunijnymi a tymi spoza UE. – To duża reforma, która przyniesie wiele korzyści, zarówno dla e-sprzedawców, budżetów państw, jak i samych konsumentów – mówi Patrice Pillet z Dyrekcji Generalnej ds. Podatków i Unii Celnej (DG TAXUD).

– Czeka nas wielka reforma VAT w e-commerce, która wejdzie w życie 1 lipca i która ma trzy główne cele. Pierwszym z nich jest wprowadzenie bardziej sprawiedliwych zasad podatkowych, które zerwą z nierównym traktowaniem transakcji transgranicznych wewnątrz Unii oraz transakcji z państwami trzecimi. Drugim celem jest wdrożenie zasad, które uproszczą działalność e-sklepów. Chodzi szczególnie o wprowadzenia koncepcji One Stop Shop. Po trzecie, co niezwykle istotne w czasach, gdy państwa członkowskie mają ogromne zadłużenie, celem reformy jest walka z oszustwami związanymi z podatkiem VAT. W przypadku e-commerce mówimy tu o stratach rzędu 5–7 mld euro rocznie, co w mojej ocenie jest wartością znacząco niedoszacowaną – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Patrice Pillet, szef oddziału VAT w Dyrekcji Generalnej ds. Podatków i Unii Celnej (DG TAXUD).

Od 1 lipca tego roku w całej UE zaczną obowiązywać nowe zasady dotyczące podatku VAT w handlu elektronicznym. Umożliwią one unijnym firmom korzystanie z jednolitego, uproszczonego systemu i zmniejszą ich obciążenia administracyjne, a także koszty związane z przestrzeganiem przepisów (nawet o 95 proc.). W dzisiejszym systemie przedsiębiorstwa internetowe są zobowiązane do rejestracji dla celów podatku VAT w każdym kraju UE, w którym chciały rozpocząć sprzedaż. Wkrótce będą mogły elektronicznie deklarować i płacić podatek VAT od całej sprzedaży wewnątrzunijnej w swoim kraju, w swoim języku i w ramach jednej deklaracji kwartalnej. Podatek będzie można rozliczyć za pośrednictwem nowego punktu kompleksowej obsługi VAT, czyli One Stop Shop. Dzięki tym uproszczeniom unijne firmy mogą zaoszczędzić nawet do 2,3 mld euro rocznie kosztów związanych z przestrzeganiem przepisów podatkowych.

– Według naszych szacunków oszczędności z tego tytułu dla sprzedawców internetowych wyniosą pomiędzy 5 a 8 tys. euro na każde państwo członkowskie, w którym prowadzą działalność – mówi szef oddziału VAT w DG TAXUD.

Z kolei Import One Stop Shop ułatwi pobieranie, deklarowanie i płatność podatku VAT sprzedawcom, którzy dostarczają towary spoza UE klientom w UE. Dzięki temu to nie klient będzie musiał płacić VAT od importu w momencie dostarczenia mu towaru, tylko przedsiębiorca zapłaci go bezpośrednio wybranym przez siebie organom podatkowym. Ma to ułatwić im życie, a klientów chronić przed ukrytymi kosztami.

Różnica pomiędzy OSS i IOSS jest taka, że ten drugi system dotyczy tylko towarów wwożonych do UE, a więc musi być połączony z obsługą celną. Ale zasada jest taka sama: pojedyncza rejestracja elektroniczna, deklaracja i płatność – mówi Patrice Pillet. – Firmy już mogą się rejestrować w IOSS i – co bardzo pozytywne – wiele z nich już to zrobiło.

Kolejną ważną zmianą będzie zniesienie od lipca br. zwolnienia z VAT dla przesyłek importowanych do UE o wartości nieprzekraczającej 22 euro. Dziś stanowi to pole do nadużyć. Nieuczciwi sprzedawcy deklarują bowiem niższą cenę drogich towarów, np. smartfonów, żeby móc z tego zwolnienia skorzystać. To powoduje, że luka z tytułu VAT w UE szacowana jest na kilka miliardów euro. Jednocześnie proceder ten odbywa się ze szkodą dla firm z terenu UE, które musiały obciążać swoich klientów pełną stawką VAT za te same produkty. Zmiana, która niedługo wejdzie w życie, ma pozwolić im konkurować na tych samych warunkach.

– Polski konsument, który chce kupić smartfona, może go kupić w sklepie stacjonarnym w Warszawie i zapłacić 23 proc. podatku VAT. Może też skorzystać ze strony internetowej założonej w Luksemburgu, gdzie często wystarczy stawka 17 proc. Taka sytuacja powstaje wtedy, gdy firma z Luksemburga nie osiągnęła określonego progu obrotów w Polsce albo go nie respektuje, bo dziś progi nie są obecnie ani specjalnie przestrzegane, ani łatwe do wyegzekwowania. Po trzecie, polski konsument może kupić swojego smartfona również w Chinach, za które często nie jest opłacany VAT, bo zadeklarowana wartość przesyłki nie przekracza 22 euro. W tym przypadku polski konsument zapłaci 0 proc. podatku. Łatwo więc dostrzec, jak duże znaczenie ma ta reforma VAT dla europejskich, a w tym konkretnym przypadku polskich sprzedawców, w kwestii zapewnienia uczciwej konkurencji – wyjaśnia ekspert.

Po reformie w każdym z tych przypadków kupiony towar będzie obłożony obowiązującą w Polsce 23-proc. stawką VAT. Jej wysokość przestanie więc być kryterium wyboru dla konsumenta, który będzie mógł się skupić na takich aspektach jak cena samego produktu, jakość obsługi czy szybkość dostawy.

– Kolejną istotną korzyścią dla unijnych sprzedawców internetowych jest fakt, że o wiele łatwiej będzie trafić do klientów w innych państwach członkowskich, ponieważ VAT nie będzie już stanowił przeszkody dla sprzedaży transgranicznej. Dziś można spotkać się z przykładami blokowania geograficznego. Jedną z przyczyn jest to, że obsługa klientów z innych państw członkowskich jest dla e-sklepów bardzo kosztowna, ponieważ muszą one zarejestrować się do celów podatku VAT w tych wszystkich krajach – wyjaśnia szef jednostki VAT w DG TAXUD.

Jak podkreśla ekspert, duża reforma umożliwi w końcu e-przedsiębiorcom szeroki dostęp do wspólnego jednolitego rynku.

Pandemia COVID-19 i zamknięcie sklepów na wiele miesięcy sprawiły, że wiele firm postanowiło przejść na handel elektroniczny, aby zrekompensować sobie straty związane z lockdownem. Dzięki reformie VAT nawet najmniejsze przedsiębiorstwa będą miały dostęp do całego jednolitego rynku, bez konieczności dostosowania się do zagranicznych przepisów VAT, a jedynie spełniając wymogi krajowe. To wielki plus dla przedsiębiorstw i ogromna korzyść dla konsumentów, ponieważ będą oni mieli większy wybór i prawdopodobnie niższe ceny. Ostatecznie więc wszyscy wygrywają – zapewnia Patrice Pillet.  

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/od-wakacji-esprzedawcow,p551922046

Rząd pracuje nad nową polityką migracyjną, ale bez konsultacji z przedstawicielami imigrantów. Potrzebnych jest szereg ułatwień, nie tylko administracyjnych

0

Eksperci są zgodni, że Polska potrzebuje imigrantów zarobkowych. Jednak musi im zapewnić takie warunki prawne i urzędowe, by ułatwić im zarówno wjazd, pobyt, jak i funkcjonowanie na rynku pracy, a także dostęp do usług zdrowotnych czy informacji i pomocy w rodzimym języku. Przedstawiciele migrantów apelują o spójną politykę państwa w tym zakresie i ubolewają, że prace nad polityką migracyjną Polski, które od roku trwają w rządzie, nie są konsultowane ani z organizacjami pozarządowymi reprezentującymi cudzoziemców, ani z pracodawcami.

Jak zapowiedział na początku kwietnia wicepremier Jarosław Gowin, prace nad dokumentem polityki migracyjnej dobiegają końca. Ma on zawierać pakiet instrumentów ułatwiający zatrudnianie cudzoziemców w branżach, w których najmocniej brakuje pracowników.

– Tworzenie takiej polityki powinno być partycypacyjne, czyli powinien być wysłuchany głos różnych stron, żeby pomyśleć o bezpieczeństwie państwa, ale też bezpieczeństwie migrantów, żeby traktować ich podmiotowo. Rządowy dokument nie jest tworzony we współpracy i to jest błędem – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Myroslava Keryk, prezeska Fundacji „Nasz Wybór”. – Kluczowym problemem dla cudzoziemców jest legalizacja pobytu. Jeśli chodzi o dostęp do rynku pracy na podstawie zezwolenia na pracę tymczasową, to ten system działa dosyć sprawnie i szybko można uzyskać tzw. oświadczenie o powierzeniu pracy cudzoziemcowi. Ale jeśli ktoś chce zostać dłużej, np. znajdzie pracę i też chce tutaj zamieszkać, to już zaczynają się schody.

Ekspertka podkreśla, że w pierwszej kolejności potrzebne jest usprawnienie funkcjonowania urzędów wojewódzkich, ponieważ obecnie legalizacja pobytu na czas dłuższy niż pół roku napotyka przeszkody biurokratyczne: procedury są przeciągane, a lista wymaganych dokumentów często znacznie wybiega ponad wymogi zawarte w ustawie o cudzoziemcach. Sytuację skomplikowała pandemia, podczas której wiele osób pracę straciło i musiało szukać nowej, a w Polsce zezwolenie wydawane jest na zatrudnienie u konkretnego pracodawcy. Jego zmiana wymaga więc powtórzenia całej urzędniczej procedury. W tej sytuacji w lepszym położeniu znalazły się osoby zatrudniane poprzez agencje pracy.

– W listopadzie i grudniu 2020 roku Fundacja „Nasz Wybór” przy wsparciu Fundacji im. Heinricha Bölla przeprowadziła badanie na temat sytuacji Ukrainek w Polsce w trakcie COVID-u. Wiele Ukrainek, które pracowały w sektorach opieki, gastronomii czy sprzątania i usług domowych, z dnia na dzień straciły pracę – mówi Myroslava Keryk. – Z danych Straży Granicznej wiemy też, że w okresie wiosny 2020 roku około 160 tys. osób wyjechało z Polski, a z danych ZUS-u wiemy, że w pierwszym półroczu 2020 roku zmniejszyła się liczba kobiet zarejestrowanych o około 20 tys.

Dlatego fundacje postulują, by opracowywane z udziałem wszystkich zainteresowanych stron przepisy nowej spójnej polityki migracyjnej i integracyjnej w pierwszym rzędzie rozdzieliły pozwolenia na pracę od pozwoleń na pobyt, co w razie utraty tej pierwszej nie będzie wymagało odnawiania legalizacji pobytu. Kolejnym krokiem byłoby uelastycznienie zezwoleń na pracę tak, by na ich podstawie cudzoziemcy mogli nie tylko zmienić pracodawcę, ale i sektor gospodarki. To oczywiście musiałoby być powiązane z usprawnieniem systemu wydawania zezwoleń na pobyt i pracę. W warunkach reżimu sanitarnego (ale i po prostu postępu technologicznego) dużym ułatwieniem byłoby także uruchomienie aplikacji online i ulepszenie e-systemu do sprawdzania statusu wniosków. Istotną kwestią, często pomijaną w świadomości Polaków, w której utrwalony jest obraz Ukraińca pracownika, jest uproszczenie dostępu do zakładania indywidualnej działalności gospodarczej przez cudzoziemców.

Sytuacja z dostępem do opieki medycznej też jest trudna, zwłaszcza w sytuacji, kiedy ludzie tracą pracę i ubezpieczenie. To duże wyzwanie dla polskiego systemu ochrony zdrowia, jak usprawnić opiekę medyczną nad cudzoziemcami – mówi prezeska Fundacji „Nasz Wybór”. – To służy też bezpieczeństwu kraju, zwłaszcza gdy mówimy o sytuacji zagrożenia epidemicznego. Pracujący w opiece nad osobami starszymi często są nieformalnie zatrudniani, to też są przeważnie osoby starsze, które nie mają umów ani ubezpieczenia, co oznacza dla nich problem z dostępem do opieki medycznej. I tak jest w różnych sektorach.

Wielu problemów nastręcza ukraińskim pracownikom niedostateczna znajomość języka polskiego i to na wielu szczeblach funkcjonowania społecznego – od umiejętności wypełnienia dokumentów urzędowych, wytłumaczenia dolegliwości lekarzowi w przypadku choroby czy szukania pomocy na policji w razie np. doświadczania przemocy domowej, ale też znalezienia odpowiadającej swojemu wykształceniu i aspiracjom pracy oraz ułatwienia nauki zdalnej dzieci. Dlatego jednym z postulatów fundacji jest włączenie regularnych kursów języka polskiego dla migrantów ukraińskich do państwowego programu integracji migrantów oraz do programów integracyjnych władz lokalnych dostępnych w całym kraju.

– W Polsce często uważa się, że języki są bliskie, kultura jest bliska i że Ukrainkom łatwo nauczyć się języka i od razu pracować. Tak, jest łatwiej na podstawowym poziomie, czyli żeby kupić coś w sklepie, ale jak ktoś ma doświadczenie, wiedzę, umiejętności, ale nie umie tego wyrazić po polsku, to ma problem ze znalezieniem pracy, która odpowiada jego kwalifikacjom – wskazuje Myroslava Keryk. – Problem jest też z dostępem do urzędu, bo język jest barierą. Ludzie często korzystają z pomocy pośredników przy legalizacji pobytu, płacą duże pieniądze za to, żeby ktoś wypełnił im ankietę, bo nie znają na tyle polskiego języka.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rzad-pracuje-nad-nowa,p422089359

Innowacje w firmach drogą do wyjścia z koronakryzysu. Wiedzę i know-how potrzebne do ich wdrożenia zapewni Akademia Menadżera Innowacji

0

Pandemia COVID-19 wymusiła na firmach przyspieszoną cyfrową transformację, a w nadchodzącym czasie dla wielu z nich innowacje mogą się okazać najskuteczniejszą drogą wyjścia z koronakryzysu. Barierą w ich wdrażaniu może się okazać brak wiedzy i odpowiedniego know-how. Niezbędne umiejętności w zakresie zarządzania innowacjami zapewni Akademia Menadżera Innowacji, czyli specjalny program szkoleniowo-doradczy z dofinansowaniem unijnym skierowany do właścicieli firm, kadry zarządzającej i pracowników firm. Przedsiębiorstwa, które chcą wziąć w nim udział, mogą się zgłosić jeszcze do 21 maja br.

Akademia Menadżera Innowacji to autorski program szkoleniowo-doradczy, który realizuje Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości. Jest skierowany do firm, które są otwarte na zmiany i wdrażanie nowych, nowoczesnych rozwiązań do swojej działalności. Celem jest przygotowanie menadżerów i kadry zarządzającej do sprawnego wdrażania innowacyjnych procesów, produktów i usług.

– Akademia Menadżera Innowacji to program skierowany do przedsiębiorców, którzy chcą podnieść swoje kompetencje w zakresie innowacyjności. Program składa się z dwóch części: szkoleniowej i doradczej – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marta Bisz, główny specjalista w Departamencie Rozwoju Kadr w Przedsiębiorstwach w PARP. – Taka formuła jest dla przedsiębiorców atrakcyjna, ponieważ na rynku są dostępne tylko programy szkoleniowe albo tylko pomoc doradcza. My łączymy jedno i drugie.

– Rozwoju innowacji nie można się nauczyć na studiach, można wynieść ewentualnie dobre podstawy teoretyczne, ale brakuje ciągle praktycznych narzędzi i wiedzy o tym, jak je stosować w organizacji – dodaje Beata Cichocka-Tylman, niezależny ekspert ds. dotacji i ulg na innowacyjność, wykładowca Akademii Menadżera Innowacji. – Dlatego takie programy jak AMI są bardzo potrzebne, szczególnie dla małych i średnich firm, które nie mogą się uczyć tego od swoich spółek matek czy szkolić za granicą. One nie mają czasu i przestrzeni na to, żeby się uczyć teorii o innowacjach, tylko muszą je wdrażać, rozwijać i od razu widzieć z tego korzyść.

Na początku 2020 roku, jeszcze przed wybuchem pandemii, 27 proc. polskich firm miało opracowaną strategię innowacyjności, a 60 proc. na przestrzeni ostatniego roku opracowało co najmniej jeden nowy produkt. I choć wydzielony budżet na badania B+R miała tylko niecała połowa (45 proc.), to z drugiej strony 73 proc. firm promowało wśród swoich pracowników postawy proinnowacyjne – wynika z ubiegłorocznego raportu Ayming Polska („Droga do innowacji a COVID-19”).

Eksperci wskazują, że pandemia COVID-19 już poprawiła statystyki dotyczące innowacyjności. Wymusiła na przedsiębiorstwach przyspieszoną cyfrową transformację. Dla wielu firm postawienie na innowacje może się okazać najskuteczniejszą drogą wyjścia z koronakryzysu. W części z nich barierą będzie jednak nie tyle finansowanie, co brak odpowiedniego know-how.

– Przed nami nowy okres wdrażania funduszy europejskich i nowe programy operacyjne, a także Krajowy Plan Odbudowy, więc warto wiedzieć, jak z tych pieniędzy korzystać i je potem rozliczać. Mówimy też o ulgach na innowacyjność, czyli uldze badawczo-rozwojowej, IP Boksie, ale również ulgach na nowe inwestycje, czyli tzw. specjalne strefy ekonomiczne – wymienia Beata Cichocka-Tylman. – Wielu z absolwentów mówi później, że nawet nie miało świadomości, z jak wielu źródeł może skorzystać i do jak wielu źródeł się kwalifikuje.

Część szkoleniowa AMI obejmuje wykłady i warsztaty dla menadżerów i przedstawicieli firm, które odbywają się w dwudniowych zjazdach, w sześciomiesięcznym cyklu. Mają one zapewnić wiedzę teoretyczną i wykształcić kompetencje z zakresu zarządzania innowacjami w przedsiębiorstwie. Zajęcia odbywają się w zespołach warsztatowych i są prowadzone przez doświadczonych ekspertów i praktyków biznesu.

Równolegle odbywa się też część doradcza, w ramach której uczestnicy szkolenia współpracują z przydzielonym im doradcą nad wypracowaniem zmian i konkretnych rozwiązań dedykowanych danej firmie. Program obejmuje łącznie 50 godzin takiego doradztwa dla mikroprzedsiębiorstw oraz do 120 godzin dla firm małych, średnich i dużych.

– Pracujemy na rzeczywistych problemach i wyzwaniach firmy. Są to nie tylko zmiany w strategii, obejmujące np. proces kształtowania innowacji, ale bardzo często też zmiany fizyczne, jak np. stworzenie przestrzeni do kreatywnego myślenia czy zmiany w strukturze organizacyjnej firmy. To – mówiąc kolokwialnie – daje kopa do rozwoju innowacji w przyszłości – wskazuje wykładowca Akademii Menadżera Innowacji.

AMI jest realizowana przy wsparciu środków unijnych pochodzących z programu Wiedza Edukacja Rozwój. Dlatego firmy, które chcą wziąć w nim udział, mogą liczyć na dofinansowanie, które wynosi do 80 proc. kosztów dla mikro-, małych i średnich firm oraz do 50 proc. dla dużych przedsiębiorstw.

– Każdy z przedsiębiorców może oddelegować do udziału w szkoleniu od dwóch do pięciu uczestników [w zależności od wielkości firmy – przyp. red.] – mówi Marta Bisz.

Firmy, które chcą wziąć w nim udział, mogą zgłosić swój akces jeszcze do 21 maja br. Pierwszy zjazd odbędzie się już w czerwcu, ale ze względu na pandemię koronawirusa w tej edycji wszystkie zajęcia będą prowadzone online.

Tegoroczna edycja Akademii Menadżera Innowacji jest już trzecią. W pierwszej wzięło udział kilkudziesięciu pracowników z 16 firm. W drugiej edycji programu było to już 86 osób z 26 firm. Wśród nich pracownicy Polargos Group, firmy specjalizującej się w systemach ogrodzeń i bram, która skierowała do programu zarówno swoich inżynierów, jak i ścisłe kierownictwo.

– Naszym celem było przede wszystkim podniesienie kompetencji zespołu, który zajmuje się innowacjami w spółce. Korzyści, które udało nam się osiągnąć, to – oprócz wiedzy – także nabycie konkretnych umiejętności praktycznych dzięki realizowaniu projektów w części szkoleniowej, a także wytyczenie dalszych kierunków rozwoju spółki – mówi Grzegorz Sadło, dyrektor operacyjny Polargos Group. – Zainteresowaliśmy się Akademią Menadżera Innowacji, ponieważ innowacje są tym, czym kierujemy się w codziennej działalności, chcemy być innowacyjni w kwestii organizacyjnej, procesowej, lecz także produktowej.  

 


Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/innowacje-w-firmach-droga,p277103116

Druga połowa maja to czas odmrażania sportu. Branża apeluje o zwiększenie limitu uczestników masowych imprez na świeżym powietrzu

0

Pandemia przewróciła świat sportu do góry nogami. O ile sport na poziomie zawodowym funkcjonuje w reżimie sanitarnym, o tyle amatorski w dużym stopniu zanikł. Przyczyniły się do tego m.in. zamknięte od miesięcy siłownie i kluby fitness oraz prawie 15-miesięczny zakaz organizacji imprez masowych na świeżym powietrzu. – W sensie zdrowotnym to może być bomba z opóźnionym zapłonem – mówi Grzegorz Kita, prezes Sport Management Polska. Od 15 maja, zgodnie z wytycznymi rządowymi, kibice mogą wrócić na trybuny, a w imprezach poza obiektami sportowymi będzie mogło uczestniczyć do 150 osób. Branża jednak apeluje o szybsze zwiększanie tego limitu.

W imprezach sportowych i rekreacyjnych w naszym kraju uczestniczy ok. 1,5 mln osób. Z badania przeprowadzonego przez Związek Organizatorów Sportu Masowego wśród uczestników różnego typu zawodów wynika, że 53 proc. z nich wskutek pandemii ograniczyło swoją aktywność fizyczną. Co gorsza, 63 proc. respondentów odczuwa nasilenie stresu, u 70 proc. nastąpiło pogorszenie nastroju, a prawie 89 proc. ograniczyło kontakty z innymi ludźmi.

 Potrzebny jest powrót do normalności i organizacji imprez masowych na ulicach miast. Nie tylko maratonów czy półmaratonów, ale także biegów na 10 i 5 km, czyli imprez, które bardzo mocno aktywizują społeczeństwo, umożliwiają im aktywny ruch, dbanie o zdrowie i budowanie odporności. Ponadto odbywają się pod gołym niebem, czyli tam, gdzie ryzyko zarażenia się koronawirusem jest radykalnie mniejsze – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Grzegorz Kita.

Poza tym organizatorzy takich imprez przygotowali własne reżimy i protokoły pandemiczne, które mają zwiększyć bezpieczeństwo uczestników. Jednym z rozwiązań jest odejście od pomysłu wspólnego startu wszystkich uczestników i wprowadzenie kilku fal, w których rywalizację rozpoczynają znacznie mniejsze grupy, z zachowaniem odpowiedniego dystansu.

– Organizatorzy zmniejszają grupy startujących, czasami według kategorii uzależnionych od możliwości osiągnięcia wyniku sportowego przez uczestników. Umożliwia to uniknięcie tłoku podczas imprez – wyjaśnia prezes Sport Management Polska.

Jak wynika z badania ZOSM, 46 proc. uczestników imprez masowych uważa, że ograniczenia pandemiczne są niezbędne, ale nie zgadza się z ich formą. Zaledwie 17 proc. badanych odczuwa lęk przed udziałem w masowych imprezach sportowych, a prawie 96 proc. deklaruje start w czasie pandemii, jeżeli na zawodach zostaną wdrożone procedury z zakresu reżimu sanitarnego.

– Uważam, że z punktu widzenia strategicznego powinno nam zależeć na tym, żeby Polacy jak najszybciej mogli powrócić do aktywnego stylu życia, żeby mogli dbać o zdrowie i budować odporność i wydostawać się z pułapki pandemicznej, która w sensie zdrowotnym jest bombą z opóźnionym zapłonem – przekonuje Grzegorz Kita.

Od 15 maja rząd dopuszcza organizację wydarzeń sportowych poza obiektami sportowymi na maks. 150 osób, od 28 maja limit ten wzrośnie do 250 osób. Związek Organizatorów Sportu Masowego apeluje do rządu m.in. o zgodę na organizację od czerwca imprez powyżej 250 osób jednocześnie pod warunkiem testowania uczestników pod kątem COVID-19.

– Rynek biegowy w Polsce jest olbrzymi, to są biegi płaskie, biegi miejskie, przełajowe, górskie, biegi ekstremalne, biegi na orientację, jest tego bardzo wiele, ale to wszystko właściwie umarło – mówi prezes Sport Management Polska.

Od 15 maja dozwolony będzie udział w imprezach sportowych na świeżym powietrzu 25 proc. publiczności. Z kolei od 28 maja zostaną otwarte siłownie, kluby fitness (z limitem jedna osoba na 15 mkw.), baseny i aquaparki (przy maks. 50 proc. obłożenia obiektu). W tego typu obiektach kibice będą mogli zająć nie więcej niż połowę miejsc przewidzianych dla publiczności.

– Większym zainteresowaniem cieszy się kwestia frekwencji publiczności na trybunach niż tzw. sport masowy, szeroko rozumiana polska kultura fizyczna. Nadal nie można organizować rozmaitych imprez sportowych: rowerowych, biegowych, pieszych, nordic walkingowych, natomiast dużo uwagi się poświęca publiczności na trybunach – podkreśla Grzegorz Kita. – Trzeba pamiętać, że nawet jeżeli kibice na trybunach będą w miarę rozproszeni i dystans społeczny zostanie zachowany, to jednak mimo wszystko trudno będzie uniknąć tłoku w wąskich gardłach, nie tylko na samym obiekcie sportowym, np. przy bramkach wejściowych, ale i poza obiektem, np. w komunikacji miejskiej, którą kibice dojeżdżają na imprezę.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/druga-polowa-maja-to-czas,p125120278

Ekspresowy przetarg na fregaty dla Marynarki Wojennej. Eksperci wskazują, że zwycięzca może być już znany

0

Według zapowiedzi MON do końca czerwca – czyli już za dwa miesiące – ma być podpisana umowa dotycząca zakupu nowych fregat dla Marynarki Wojennej w ramach wartego 1,5 mld euro programu Miecznik. Resort, który odkładał ten zakup od co najmniej kilku lat, teraz zamierza zrealizować go w ekspresowym tempie i – jak zwracają uwagę eksperci – w ramach mało transparentnej procedury. Do udziału w postępowaniu zostało zaproszonych pięć zagranicznych stoczni, z których – według doniesień mediów – jedna miała już wcześniej być pewnikiem. Może w tym dopomóc niesłychane tempo procedury, w której zagraniczne stocznie dostały dwa tygodnie czasu na złożenie ofert na fregaty, nie znając przy tym wymagań MON co do tych okrętów.

Marynarka Wojenna jest najbardziej zaniedbanym i niedoinwestowanym rodzajem Sił Zbrojnych RP. Jednostki będące na jej wyposażeniu mają po kilkadziesiąt lat i są wycofywane z użytku. Dlatego w połowie marca br. szef MON Mariusz Błaszczak oficjalnie uruchomił procedurę zakupu trzech nowych fregat dla Marynarki Wojennej w ramach programu Miecznik, który był przekładany już od kilku lat.

Według zapowiedzi MON polski przemysł stoczniowy ma pełnić wiodącą rolę w realizacji programu Miecznik. Ma przy tym jednak współpracować z zagranicznym partnerem – dostawcą technologii, ponieważ krajowe stocznie nie mają odpowiednich kompetencji, żeby zrealizować taki projekt samodzielnie. Do połowy maja tego roku PGZ Stocznia Wojenna zamierza wyłonić dostawcę projektu nowych fregat dla Marynarki Wojennej. Pięć zagranicznych stoczni zostało jednak przez tę spółkę zaproszonych do złożenia ofert dopiero w końcówce kwietnia. Do tego nie przekazano im wymagań MON, nie wiadomo więc, skąd mają wiedzieć, na co te oferty mają złożyć.

– W tej chwili wiemy, że cztery z pięciu stoczni zagranicznych zaproszonych do postępowania odpowiedziały i przesłały swoje dokumentacje do PGZ Stoczni Wojennej. Nie wiemy jednak tego, czy przesłały wszystkie dokumenty i zrobiły to tak, jak chciał PGZ, bo ten proces nie jest transparentny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes kmdr por. rez. Maksymilian Dura, ekspert portalu Defence24.pl. – Pamiętajmy, że budowa trzech fregat będzie kosztowała polski budżet około 1,5 mld euro.

Niejasności wokół programu Miecznik pojawiły się już na początku, zaraz po jego oficjalnym uruchomieniu. Eksperci zwracają uwagę, że MON zaplanował podpisanie umów na nowe okręty do połowy tego roku, czyli w ciągu trzech miesięcy. To ekspresowe tempo, niespotykane na świecie, które nie pozwala przeprowadzić otwartego, konkurencyjnego przetargu dla wielu ofert i wszystkich zainteresowanych podmiotów.

Jak podkreśla ekspert, brak konkurencji i czasu na negocjacje z wieloma zagranicznymi producentami fregat oznacza też, że polski przemysł nie uzyska najlepszych możliwych warunków współpracy, np. dodatkowych zleceń na budowę okrętów od wybranego światowego koncernu.

– Zgodnie z pismem, które PGZ Stocznia Wojenna przekazała do stoczni zagranicznych 21 kwietnia, wszystkie wymagane dokumenty miały zostać przez nie złożone do 4 maja. To oznacza, że na zawarcie umowy mają one około dwóch tygodni. To jest niespotykane przy tego rodzaju kontraktach, o takiej wartości – mówi Maksymilian Dura. – W takim przypadku od razu nasuwa się podejrzenie, że coś jest nie tak, że może ktoś już wcześniej otrzymał jakieś informacje, żeby móc się lepiej do tego postępowania przygotować. Warto by się było temu przyjrzeć.

Według nieoficjalnych informacji, które w połowie marca br. ujawnił Onet.pl, MON ma de facto poważnie rozważać tylko jedną propozycję, złożoną wspólnie przez PGZ Stocznię Wojenną i brytyjski koncern Babcock International. Według medialnych doniesień wybór brytyjskiej firmy miał już zostać podjęty i to bez zachowania jakiejkolwiek procedury i transparentności – na podstawie wewnętrznych, gabinetowych ustaleń. Portal informował, że w prezentacji dla ministra Błaszczaka miały zostać zatuszowane rzeczywiste koszty projektu.

– Transparentność i konkurencyjność wyboru dostawcy fregat, ale i każdego innego uzbrojenia dla polskiej armii, jest gwarancją braku nieprawidłowości, lecz także uzyskania jak najlepszej ceny oraz warunków współpracy dla polskiego przemysłu – podkreśla ekspert portalu Defence24.pl. – Normalnie takie postępowania toczą się latami, opierają się na ustaleniach międzyrządowych.

Jak wskazuje, w przypadku podobnych przetargów na zakup uzbrojenia realizowanych w całej Europie, których wartość jest liczona w miliardach euro, zazwyczaj zajmuje to kilka lat poświęconych na negocjacje, dopracowanie warunków czy zabezpieczenie interesów państwa. W tej chwili podobne postępowanie prowadzi Grecja, która chce kupić cztery fregaty dla swojej marynarki. 

– To samo moglibyśmy zrobić i my, gdybyśmy postąpili podobnie jak Grecy, czyli się nie spieszyli. Przy okazji moglibyśmy wynegocjować inne rzeczy – mówi Maksymilian Dura.

Jak podkreśla, w Grecji postępowanie dotyczące zakupu nowych fregat dla marynarki trwa już od 2018 roku. W przypadku Polski ma się odbyć w ciągu miesiąca.

– To nie jest wystarczający czas, żeby wybrać najbardziej odpowiednią ofertę, która zapewni najlepsze warunki nie tylko dla Marynarki Wojennej, ale i krajowego przemysłu – zaznacza ekspert.

Niezrozumiała jest, zdaniem ekspertów, także przyjęta przez MON formuła budowy fregat w ramach „pracy rozwojowej”. Nie ma uzasadnienia budowa prototypu, skoro wykorzystany ma zostać sprawdzony projekt fregaty od zagranicznego partnera.

– Koncepcja budowy fregat na zasadzie „1+2”, czyli fregata prototypowa plus później dwie fregaty seryjne, jest niezrozumiała, jeżeli chodzi o przypadek polski. Dlaczego? Dlatego że fregaty prototypowe, czyli pracę rozwojową, robi się wtedy, kiedy budujemy okręt, którego wcześniej nie było. Taka sytuacja tutaj nie istnieje. Powinniśmy skorzystać z doświadczeń i po prostu kupić od firm, które korzystały z wieloletnich doświadczeń innych marynarek wojennych w wykorzystywaniu tej klasy okrętów. I takie okręty są dostępne – zauważa Maksymilian Dura.

Jego zdaniem budowa pojedynczych okrętów po kolei nie tylko będzie trwała dłużej, lecz także jest nieracjonalna z ekonomicznego punktu widzenia.

– My nie możemy kupić trzech okrętów, a więc zbić ceny. My kupujemy pojedyncze okręty i te okręty będą budowane pojedynczo. A więc nie mamy możliwości zbicia ceny, tak jak się to robi, kiedy się kupuje „hurtowo” – dodaje ekspert.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/ekspresowy-przetarg-na,p852838382

Obrót kryptowalutami będzie wkrótce działalnością rejestrowaną. Za brak wpisu do rejestru grozi kara 100 tys. zł

0

Nowa ustawa o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy wprowadziła duże zmiany na rynku kryptowalut. Przepisy precyzują, kto będzie mógł zgłosić i zarejestrować działalność, której celem jest prowadzenie obrotu tymi wirtualnymi aktywami. – To krok w dobrą stronę. Waluty wirtualne były wykorzystywane do przeprowadzania transakcji, w których obie strony pozostawały anonimowe. Regulator stara się temu zapobiec, identyfikując, skąd pochodzą te środki – komentuje Bartosz Michałkowski, dyrektor Departamentu Operacji w NatWest Polska.

Obowiązek uzyskania wpisu do nowego rejestru podmiotów prowadzących działalność w zakresie walut wirtualnych to element ustawy o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu, która weszła w życie pod koniec kwietnia. Jest ona implementacją przepisów dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady 2018/843 (tzw. AML 5). W świetle nowych przepisów podmioty świadczące usługi w zakresie wymiany walut (m.in. między walutami wirtualnymi lub między kryptowalutami a środkami płatniczymi) będą mogły prowadzić działalność regulowaną dopiero po uzyskaniu wpisu do rejestru.

 Ustawa precyzuje, kto będzie mógł zgłosić i zarejestrować działalność, której celem jest prowadzenie obrotu kryptowalutami. Działalność będą mogły zgłosić osoby spełniające warunki, które ustawa przewiduje. Jednym z nich jest m.in. doświadczenie w branży walut wirtualnych – wyjaśnia agencji Newseria Bartosz Michałkowski.

Drugi niezbędny warunek to wykazanie się niekaralnością w takim obszarze jak przestępstwa przeciw wiarygodności dokumentów czy obrotowi gospodarczemu i interesom majątkowym. Wymóg ten dotyczy zarówno przedsiębiorców, jak i wspólników czy członków zarządu. Zgodnie z ustawą nie będzie miała znaczenia forma prawna wykonywanej działalności, bo obowiązek rejestracji będzie dotyczył wszystkich podmiotów.

Zdaniem eksperta objęcie rynku kryptowalut ustawą o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy było niezbędne. Nowe prawo wprowadzano m.in. po to, aby było wiadomo, kto jest stroną transakcji, skąd pochodzą środki i w jakim celu są przelewane.

 Waluty wirtualne były do tej pory nagminnie wykorzystywane do przeprowadzania transakcji, w których obie strony pozostawały anonimowe. Tymczasem nowe przepisy starają się temu zapobiec, identyfikując, skąd i do kogo te transfery przechodzą oraz jakie jest ich źródło. To jest krok w dobrą stronę, zwłaszcza w kontekście ostatnich informacji z Turcji, gdzie osoba, która założyła giełdę kryptowalut, zniknęła z dnia na dzień z milionowymi kwotami – komentuje dyrektor Departamentu Operacji w firmie NatWest Polska.

Przepisy dotyczące działalności w zakresie walut wirtualnych wejdą w życie po upływie sześciu miesięcy od dnia ogłoszenia ustawy, czyli 1 listopada br. Przedsiębiorcy, którzy wcześniej zajmowali się obrotem kryptowalutami, będą mieli kolejne sześć miesięcy na dostosowanie się do nowych wymogów i uzyskanie wpisu do rejestru (1 maja 2022 roku). Art. 153b ustawy przewiduje karę w wysokości 100 tys. zł za działalność na rynku bez zgłoszenia do rejestru.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/obrot-kryptowalutami,p1641993601