Strona główna Blog Strona 80

Rekordowe zainteresowanie kredytami hipotecznymi w kwietniu. Analitycy przewidują kolejne wzrosty

0

W kwietniu 2021 roku banki i SKOK-i przesłały do Biura Informacji Kredytowej informacje dotyczące wniosków o kredyty mieszkaniowe na kwotę wyższą o 94,3 proc. w porównaniu z kwietniem 2020 roku. Rekordowa jest również wartość wniosków kredytowych – średnia kwota wyniosła 320,61 tys. zł, o 6 proc. więcej niż przed rokiem. – W kolejnych miesiącach należy oczekiwać wysokiego wzrostu akcji kredytowej. Marcowy rekord 7,3 mld zł wartości udzielanych kredytów może już niebawem zostać przekroczony – ocenia dr hab. Waldemar Rogowski, profesor SGH, główny analityk BIK.

 Wartość BIK Indeksu Popytu na Kredyty Mieszkaniowe informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów mieszkaniowych. Kolejny raz w tym roku odczyt jest dodatni i w kwietniu br. wyniósł +94,3 proc. To oznacza, że w kwietniu w przeliczeniu na dzień roboczy banki i SKOK-i przesłały do Biura Informacji Kredytowej zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę wyższą o 94,3 proc. w porównaniu z kwietniem 2020 roku. To rekordowy odczyt w całej historii publikacji indeksu – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr hab. Waldemar Rogowski.

Rynek nieruchomości pandemię koronawirusa ma już za sobą. Kwietniowa wartość BIK Indeksu jest kolejną w tym roku, która wskazuje na rosnące zainteresowanie zakupem mieszkania. Po pierwszym szoku w wyniku pandemii i gwałtownym spadku popytu na kredyty mieszkaniowe od marca do maja 2020 roku (najwyższy spadek o 27,7 proc. r/r w maju) popyt zaczął się stopniowo odbudowywać. Spadek odnotowano jeszcze tylko w listopadzie ub.r., ale od grudnia ponownie wróciły wzrosty. Wpływają na to m.in. rekordowo niskie stopy procentowe, które zachęcają do zakupów na kredyt.

Na wartość indeksu pozytywnie wpłynął zarówno wzrost średniej kwoty wnioskowanego kredytu, jak i przede wszystkim bardzo duży wzrost liczby wnioskodawców w porównaniu do kwietnia 2020 roku. Trzeba jednak pamiętać, że rok temu mieliśmy do czynienia z jednej strony z największą niepewnością co do przebiegu skutków ekonomicznych i społecznych pandemii, z drugiej strony był to sam środek twardego lockdownu. Bezpieczeństwo ekonomiczne gospodarstw domowych wydawało się wówczas zagrożone, nie zachęcało to więc Polaków do zaciągania kredytów, również mieszkaniowych na 20 czy 30 lat – wyjaśnia główny analityk BIK.

Kredyty hipoteczne w ubiegłym roku i tak odnotowały najniższy spadek popytu w porównaniu do wszystkich produktów kredytowych. Teraz zainteresowanie klientów nie tylko wróciło do poziomów sprzed pandemii, ale wręcz je zdecydowanie przekroczyło.

– Oprócz rekordowej wartości samego indeksu rekordowa jest również wartość kwot na wnioskach kredytowych. Średnia kwota wnioskowanego kredytu mieszkaniowego w kwietniu br. wyniosła 320,61 tys. zł i była aż o 6,1 proc. wyższa niż w kwietniu 2020 roku – wylicza dr hab. Waldemar Rogowski.

Wyższe kwoty na wnioskach kredytowych to z jednej strony efekt wzrostu cen nieruchomości, z drugiej strony – mniej restrykcyjnej niż w ubiegłym roku polityki kredytowej banków. Najnowsza ankieta NBP wskazuje, że rośnie liczba instytucji finansowych, które luzują politykę względem kredytów hipotecznych i zmieniają niektóre warunki udzielania kredytów, m.in. obniżyły wymagany od kredytobiorcy udział własny w inwestycji i marżę kredytową.

– W obecnej sytuacji wysokiej nadpłynności polskiego sektora bankowego, najniższego ze wszystkich produktów kredytowych poziomu szkodowości, jakim charakteryzują się kredyty mieszkaniowe, oraz faktu, że poziom akceptacji wniosków o kredyty mieszkaniowe jest na poziomie około 70 proc., w kolejnych miesiącach należy oczekiwać wysokiego wzrostu akcji kredytowej w ujęciu wartościowym. Marcowy rekord 7,3 mld zł wartości udzielanych kredytów może już niebawem zostać przekroczony – przewiduje główny analityk BIK.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/rekordowe-zainteresowanie,p1981157288

ZBP: Niekorzystne dla banków rozstrzygnięcia ws. kredytów frankowych oznaczałyby upadek części sektora bankowego. Banki nie byłyby w stanie finansować bieżących potrzeb gospodarki

0

Dziś Izba Cywilna Sądu Najwyższego w składzie siedmiu sędziów ma się zająć kwestią rozliczeń po ewentualnym unieważnieniu przez sąd umowy kredytu frankowego. Pytania w tym temacie wysłał do SN Rzecznik Finansowy. Z kolei w przyszłym tygodniu izba w pełnym składzie ma wydać uchwałę w sprawie sześciu pytań pierwszej prezes SN również dotyczących frankowiczów. Zarówno kredytobiorcy, jak i banki czekają na rozstrzygnięcie palącego problemu. Według Związku Banków Polskich, choć nie sposób przewidzieć, w którym kierunku ono pójdzie, to jeśli sądzić po wyroku TSUE, stanowisko SN powinno być wyważone i uwzględniać interesy obu stron. To z kolei może przyspieszyć zawieranie ugód.

– Zarówno banki, jak i frankowicze czekają na te rozstrzygnięcia, chociaż oczywiście każdy pewnie widziałby je inaczej. My zwracamy uwagę na fakt, że wiele tych kwestii faktycznie budzi duże wątpliwości w praktyce sądów i w orzecznictwie i ze wszech miar wskazane byłoby, aby na poziomie uchwały całej Izby Sądu Najwyższego tego typu zagadnienia zostały rozstrzygnięte – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tadeusz Białek, wiceprezes Związku Banków Polskich.

Nowoczesny grzejnik CO do domu.

Posiedzenia Izby Cywilnej Sądu Najwyższego były już przekładane, m.in. ze względu na oczekiwane w końcu kwietnia orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości UE, drugiego już w tym zakresie. Orzeczenie SN ma wskazać sądom powszechnym kierunek rozstrzygania sporów frankowiczów z bankami, gdyż zgodnie z orzeczeniem TSUE z 2019 roku to właśnie sądy mają decydować o ważności bądź nieważności umów. Nowe rozstrzygnięcie trybunału wniosło niewiele nowego, choć obie strony starały się dostrzegać w nim korzystne dla siebie aspekty. Na razie wielu kredytobiorców wstrzymuje się z podpisywaniem ugód z bankami w przekonaniu, że sąd wyda korzystniejszy dla nich wyrok.

– Pojawiają się nieprawdziwe informacje w przestrzeni publicznej, jakoby banki nie oferowały ugód. Co najmniej kilka dużych banków miało przygotowane oferty ugodowe, natomiast kredytobiorcy nie byli nimi zainteresowani. Niestety także, powiem to wprost, z uwagi na często bez pokrycia obietnice polityczne, zwłaszcza przed wyborami, czy ze strony różnego rodzaju frakcji politycznych, które obiecywały rozwiązania ustawowe. One z przyczyn obiektywnych po prostu nie mogły być wdrożone, na co zwracał uwagę m.in. Bank Światowy czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Inaczej Polska miałaby obniżone ratingi – mówi Tadeusz Białek.

Z danych Związku Banków Polskich wynika, że tylko w dekadzie 2002–2012 banki udzieliły konsumentom 943,5 tys. sztuk kredytów denominowanych we franku szwajcarskim.

– W 2009 roku w strukturze zadłużenia z tytułu kredytów mieszkaniowych prawie dwie trzecie stanowiły kredyty waloryzowane do walut obcych, a 61 proc. całości – kredyty waloryzowane kursem franka szwajcarskiego. O skali tego zjawiska dla polskiej gospodarki świadczy fakt, że w tym czasie stanowiły one równowartość 10 proc. polskiego PKB – pisze ZBP w swoim raporcie.

– Padają tezy, że banki wiedziały, że kursy frankowe się zmienią. To jest oczywiście absurdalna teza, ponieważ nikt nie wie, łącznie z bankami centralnymi, jakie będą kursy walutowe za kilka lat naprzód – mówi wiceprezes Związku Banków Polskich. – Padają też nieusprawiedliwione tezy, jakoby banki niewłaściwie informowały klientów o ryzyku kursowym. Po pierwsze, każdy wie, co to jest ryzyko kursowe, po drugie, od 2008 roku banki były obowiązane do informowania o ryzyku kursowym stosownymi wytycznymi Komisji Nadzoru Finansowego.

Z danych Biura Informacji Kredytowej udostępnionych „Rzeczpospolitej” wynika, że na koniec 2020 roku Polacy mieli do spłaty niecałe 428 tys. mieszkaniowych kredytów we frankach szwajcarskich. Ich liczba spadła w ubiegłym roku o 24 tys., ale ich wartość się nie zmieniła ze względu na umocnienie szwajcarskiej waluty. Gdy rozpoczynał się 2020 rok, za franka trzeba było płacić nieco ponad 3,90 zł; rok później kosztował on 30 gr więcej. W 2008 roku, gdy kredytów frankowych udzielano najwięcej, frank był na historycznie niskich poziomach do złotego i kosztował niespełna 2 zł.

– W różnych negatywnych dla banków scenariuszach rozstrzygnięć mogłoby się okazać, że kredytobiorcy frankowi są nadmiernie uprzywilejowani, bo np. nie muszą zwracać żadnych kosztów kapitału, nie mówię już o zwrocie kapitału, bo to niewątpliwie byłoby po prostu nie fair wobec pozostałej grupy kredytobiorców – mówi Tadeusz Białek.

Zgodnie z raportem UKNF najgorszy scenariusz oznaczałby unieważnienie umów i konieczność zwrotu przez banki pobranych rat bez konieczności zwracania kapitału przez frankowiczów. Kosztowałoby to sektor 234 mld zł. Z kolei najbardziej optymistyczny scenariusz – w wersji z ugodami – oznaczałby koszt dla sektora w wysokości 34,5 mld zł. Tymczasem branża w 2020 roku osiągnęła zysk w wysokości niespełna 7 mld zł, niemal o połowę niższy niż rok wcześniej.

– Straty przekraczające dwieście kilkadziesiąt miliardów złotych w praktyce oznaczałyby po prostu upadek części sektora bankowego – podkreśla wiceprezes ZBP. – Środowisko bankowe bardzo głęboko przeanalizowało i wyliczyło koszty potencjalnych scenariuszy, wskazując też na konsekwencje o charakterze nie tylko bezpośrednio finansowym, ale także społeczno-ekonomicznym. Bo przecież pamiętajmy, że banki są krwiobiegiem gospodarki, w związku z tym, jeżeli dotknięte by były nadzwyczajnymi obciążeniami wynikającymi z rozliczeń wobec jednej tylko grupy kredytobiorców, straciliby na tym wszyscy pozostali uczestnicy obrotu gospodarczego, ponieważ banki nie byłyby w stanie finansować bieżących potrzeb gospodarki.

Jak podkreśla Tadeusz Białek, wszystkie scenariusze, w których dochodzi do unieważnienia umów z kredytobiorcami, są dla sektora bankowego nie do przyjęcia.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/zbp-niekorzystne-dla,p790575794

W tym roku ponownie wzrosły limity wpłat na IKE i IKZE. To oznacza wyższe ulgi w rocznym rozliczeniu podatkowym [DEPESZA]

Niemal połowa firm hazardowych na rynku online działa nielegalnie. Głównym powodem są wysokie podatki i restrykcyjne przepisy [DEPESZA]

0

– Restrykcyjne zapisy polskiej ustawy o grach hazardowych zwiększają atrakcyjność oferty nielegalnych operatorów – podkreśla Katarzyna Mikołajczyk, prezes Stowarzyszenia Graj Legalnie. Z raportu EY wynika, że w Polsce średnia efektywna stawka opodatkowania w latach 2010–2019 wynosiła ok. 33 proc. przychodów, a w ubiegłym roku było to blisko 40 proc. To zniechęca operatorów zagranicznych do wchodzenia oficjalnie na polski rynek i starania się o krajową licencję. Część z nich decyduje się na działalność w szarej strefie, która stanowi niemal połowę rynku hazardu online. 

Analitycy firmy doradczej EY szacują, że szara strefa na rynku hazardowym online w Polsce wygenerowała w 2020 roku obroty o wartości 12,6 mld zł. Tym samym stanowiła 46,7 proc. całego rynku online. Jedną z przyczyn jest sposób opodatkowania licencjonowanych operatorów.

– Raport EY nie pozostawia złudzeń, że restrykcyjne zapisy polskiej ustawy o grach hazardowych zwiększają atrakcyjność oferty nielegalnych operatorów. W szczególności dotyczy to monopolizacji państwa w wybranych segmentach rynku hazardowego online. Warto wspomnieć, że ma to wymierny efekt w postaci utraconych wpływów do budżetu państwa z tytułu podatku od gier – mówi Katarzyna Mikołajczyk, prezes Stowarzyszenia Graj Legalnie.

W Polsce część gier hazardowych jest całkowicie zakazana, np. turnieje pokera online, lub objęta jest monopolem państwa, np. kasyno online. Umożliwianie konsumentom udziału w grach, które są niedostępne na rynku oficjalnym, stanowi ogromną przewagę konkurencyjną operatorów działających w szarej strefie. Podobną tendencję widać również w innych krajach UE – im większe bariery wejścia na rynek, tym wyższy jest udział nielegalnych operatorów w internetowym rynku.

Do tego dochodzą także wysokie obciążenia fiskalne. W Polsce średnia efektywna stawka opodatkowania w latach 2010–2019 wyniosła ok. 33 proc. przychodów netto (zdefiniowanych jako różnica między przychodami operatorów ze sprzedaży gier hazardowych i wypłaconymi wygranymi). W 2020 roku było to nawet 38,5 proc. i jest to jedna z najwyższych wartości w krajach UE. W krajach o wyższej efektywnej stawce opodatkowania przychody licencjonowanych podmiotów są przeciętnie niższe.

Wyniki oszacowanego przez EY modelu ekonometrycznego wskazują, że wzrost efektywnej stawki podatkowej na rynku hazardowym o 1 p.p. prowadzi do spadku wartości przychodów netto (przychody ze sprzedaży po odjęciu wygranych) legalnych operatorów na rynku online o 1,24 proc.

– Model ekonometryczny wskazuje, że w państwach o mniej restrykcyjnych przepisach legalni operatorzy hazardowi online uzyskują wyższe przychody netto niż w krajach, gdzie przepisy są bardziej restrykcyjne. Wyniki naszej analizy potwierdzają równocześnie, że zarówno obwarowania prawne wpływające na dostęp do legalnie świadczonych usług, jak i wysokość efektywnej stawki opodatkowania są istotnymi determinantami wielkości szarej strefy w segmencie online branży hazardowej – mówi prezes Stowarzyszenia Graj Legalnie.

W 2016 roku szara strefa na rynku hazardowym online odpowiadała za 76,5 proc. obrotów. Choć jej udział na przestrzeni ostatnich lat znacząco spadł, to w tym samym czasie wzrosła jej wartość. Wówczas obroty w szarej strefie wynosiły 3,5 mld zł, a dziś jest to niemal czterokrotnie więcej. Spadek jej udziału nie wynika więc z ograniczania działalności nielegalnych podmiotów, lecz z dynamicznego wzrostu rynku legalnego.

Tendencja wzrostowa dotyczy także oszacowanych w szarej strefie przychodów netto, czyli różnicy między przychodami operatorów ze sprzedaży gier hazardowych i wypłaconymi wygranymi. W tym ujęciu EY szacuje szarą strefę w 2020 roku na 1,1 mld zł, co odpowiada 34,5 proc. wartości przychodów netto na całym rynku hazardu online w Polsce. Dla porównania w 2020 roku legalna część branży online wygenerowała 14,4 mld zł obrotów. Z kolei legalnie działające podmioty na stacjonarnym rynku hazardowym osiągnęły obroty na poziomie 11,7 mld zł.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/niemal-polowa-firm,p78901283

Fundacja Batorego: Centralizacja szpitali merytorycznie nieuzasadniona. Rolę samorządów trzeba wręcz wzmocnić

0

Rządowe plany centralizacji szpitali są merytorycznie nieuzasadnione – ocenili eksperci Fundacji Batorego, którzy wskazują, że system szpitalnictwa w Polsce wymaga gruntownej reformy, ale rola samorządów powinna wręcz zostać wzmocniona, dzięki czemu władza centralna mogłaby skupić się na lepszym przygotowaniu do wyzwań o takiej skali jak np. kolejna pandemia. Kształt reformy, nad którą pracuje specjalny zespół przy Ministerstwie Zdrowia, ma być znany do końca maja, ale samorządy już teraz są przeciwne zmianom, wskazując, że centralizacja szpitali wywoła jeszcze większy chaos, a jakość świadczonych przez nie usług medycznych spadnie.

– Wiemy już, jak wygląda centralne zarządzanie, historia naszego kraju już to zna, więc możemy się też domyślać, jak będzie wyglądało centralne zarządzanie szpitalami. I uważamy, że absolutnie nie tędy droga – mówi agencji Newseria Biznes Renata Kaznowska, wiceprezydent m.st. Warszawy odpowiedzialna m.in. za obszar miejskiej polityki zdrowotnej.

Specjalny zespół, powołany przy Ministrze Zdrowia, od grudnia ub.r. pracuje nad koncepcją restrukturyzacji i centralizacji polskich szpitali. Według wstępnych planów część z nich miałaby zostać przejęta przez Skarb Państwa, choć pod uwagę brane są różne scenariusze. Resort rozważa m.in. przejęcie w placówkach 51 proc. udziałów albo przekazanie ich pod nadzór urzędów marszałkowskich. Ostateczny kształt reformy ma być znany w ciągu najbliższych kilku tygodni, bo zgodnie z planem w czerwcu ma trafić do Sejmu.

Zmiany mają dotknąć przede wszystkim szpitale powiatowe (stanowią najliczniejszą grupę szpitali publicznych) i miejskie. Samorządy zdecydowanie sprzeciwiają się tym planom, wskazując, że należące do nich placówki są w większości doinwestowane, dobrze wyposażone i mniej zadłużone. Centralizacja zarządzania może zaś spowodować, że jakość świadczonych przez nie usług medycznych zdecydowanie spadnie.

– My, jako samorządowcy, jesteśmy spotykani na ulicach, w sklepach, szpitalach i przychodniach i to nas regularnie rozlicza się przy urnach wyborczych. Odpowiadamy za to, jak wygląda nasze miasto, również za szpitale w tym mieście, i robimy wszystko, żeby mieszkańcy mieli jak najlepsze usługi zdrowotne. Łatwo nas rozliczyć i ocenić, a nikt nie zna tak dobrze problemów mieszkańców jak samorządowcy – wskazuje Renata Kaznowska.

Polski system opieki zdrowotnej już obecnie należy do najbardziej scentralizowanych w całej Europie – wskazali eksperci Fundacji Batorego w oficjalnym stanowisku na początku marca. Jak podkreślili, to Ministerstwo Zdrowia wraz z NFZ kontroluje wydatki na opiekę zdrowotną i ma szerokie kompetencje regulacyjne, podczas gdy rola samorządów jest mocno ograniczona. Mimo to poczyniły one wielomiliardowe inwestycje i regularnie zasypują dziurę w budżetach placówek zdrowotnych wynikającą z chronicznego niedofinansowania systemu.

Obrazuje to m.in. przykład Warszawy, która w ciągu ostatnich 10 lat przeznaczyła na rozbudowy, modernizacje i wyposażanie swoich placówek w sumie 1,6 mld zł. Stolica zarządza 10 szpitalami, które mają na wyposażeniu sprzęt i aparaturę wartą ok. 380 mln zł. Ponad 70 proc. tej kwoty zostało sfinansowane z miejskiego budżetu, a więc de facto z pieniędzy mieszkańców. Miasto nie wie, co stanie się z majątkiem tych placówek po reformie ani czy w obliczu planowanego przejęcia ich przez administrację rządową powinno kontynuować inwestycje, na które w najbliższych latach zaplanowano kolejne 426,5 mln zł.

Przeciwne reformie są też inne samorządy i Związek Powiatów Polskich, który wskazał, że zadłużenie szpitali powiatowych to tylko ok. 20 proc. całkowitego zadłużenia szpitali w Polsce, szacowanego w III kwartale ub.r. na 15,2 mld zł, a projektowane zmiany przypominają powrót do czasów socjalizmu. Samorządy mają też wątpliwości co do konstytucyjności pomysłów rządu. Podobne stanowisko wyraziła też reprezentująca Unię Metropolii Polskich prof. Irena Lipowicz (była ambasador, posłanka i Rzecznik Praw Obywatelskich w latach 2010–2015), która ocenia, że odebranie szpitali samorządom będzie naruszać Konstytucję RP i okaże się nieskuteczne, ponieważ w tej chwili ich problemy wynikają głównie z niedofinansowania całego systemu ochrony zdrowia w Polsce.

– Jesteśmy w ogonie Europy pod względem wydatków na służbę zdrowia, które stanowią 4,3 proc. PKB. Nie słychać nic o tym, żebyśmy mieli do czynienia ze skokowym wzrostem tych wydatków. Więc od tego mieszania w wielkim garze, jakim jest polska służba zdrowia – będąca na dodatek w bardzo słabej kondycji – nie przybędzie ani pieniędzy, ani lekarzy, ani pielęgniarek, a już na pewno nie stanie się tak wskutek centralizacji – mówi wiceprezydent Warszawy.

Zespoły ekspertów samorządowych i prawnych Fundacji Batorego oceniają rządowe plany centralizacji szpitali jako merytorycznie nieuzasadnione. Jak podkreślają, system szpitalnictwa wymaga gruntownej reformy, ale rola samorządów powinna wręcz zostać wzmocniona, dzięki czemu władza centralna mogłaby się skupić na lepszym przygotowaniu do wyzwań o takiej skali jak np. kolejna pandemia.

Eksperci zwracają też uwagę na nieodpowiedni czas podjęcia prac nad tak dużymi zmianami. Podobne stanowisko wyraziła Polska Federacja Szpitali, wskazując, że dyskusja o restrukturyzacji szpitalnictwa toczy się w samym środku pandemii, przy rosnącej liczbie zakażeń, zgonów i hospitalizacji. Ministerstwo Zdrowia uzasadnia z kolei, że to właśnie pandemia COVID-19 uwydatniła potrzebę reformy i problemy polskiego szpitalnictwa, takie jak rozproszone zarządzanie i spory kompetencyjne, organizacyjny bałagan i wyniszczająca konkurencja pomiędzy szpitalami, które rywalizują o personel i dublują świadczenia. W ocenie resortu centralizacja ma też dać efekt skali, rozważane jest bowiem stworzenie wspólnego centrum usług, które zajmie się m.in. zakupami sprzętu medycznego dla wszystkich placówek.

– Szpitale konkurują zakresem usług, podkupują sobie lekarzy i pielęgniarki – takie przynajmniej są stawiane tezy, ale to wszystko jest do wypracowania. Przecież to Narodowy Fundusz Zdrowia kontraktuje usługi i za nie płaci – podkreśla Renata Kaznowska. – Minister Gadomski podał bardzo konkretny przykład dwóch szpitali powiatowych położonych w niewielkiej odległości od siebie, z których każdy ma oddział ginekologiczno-położniczy, a przez większość roku oba de facto są puste. Dzięki centralizacji to rząd ma zadecydować, który z nich będzie prowadzić taki oddział. Ale przecież dzisiaj można zrobić dokładnie to samo – po to są kontrakty z NFZ, żeby usiąść przy stole i zdecydować, w którym z tych szpitali będzie oddział ginekologiczno-położniczy, a w którym szpitalu postawimy na inną specjalizację. Nie jest do tego potrzebna rewolucja, jaką Ministerstwo Zdrowia nam dzisiaj proponuje.

Jak podkreśla, decyzjom o ograniczaniu specjalizacji w szpitalach powinna jednak także towarzyszyć reforma ratownictwa. Będą one bowiem oznaczać, że wielu pacjentów w dzisiejszych realiach będzie czekać godzinami na karetkę, która będzie jechać z innego powiatu.

– Jeżeli pieniądze, które są dzisiaj wydatkowane na ratownictwo medyczne, gdzie brakuje ratowników i karetek pogotowia, mają być takie same, to ja bym chciała usłyszeć, że mieszkańcy mojego miasta będą bezpieczni i nie będą czekali dwóch godzin na przyjazd karetki. Ale reforma w tym zakresie nie jest przewidziana, dodatkowe środki na ratownictwo medyczne nie są przewidziane – mówi wiceprezydent Warszawy. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/fundacja-batorego,p1548478978

Dr hab. K. Koźmiński: Frankowicze nie mogą liczyć na darmowy kredyt. TSUE zweryfikował wiele mitów

0

Czwartkowy wyrok TSUE nie przyniósł przełomu w sprawach kredytów frankowych, a tylko potwierdził dotychczasowe orzecznictwo – oceniają eksperci. Trybunał nie rozstrzygnął jednej z najważniejszych kwestii, dotyczącej możliwości żądania przez bank wynagrodzenia za korzystanie z kapitału oraz przedawnienia roszczeń banku w przypadku unieważnienia umowy, i odsyła w nich do sądów krajów. Orzeczenie może się jednak okazać impulsem do zawierania ugód pomiędzy bankami a kredytobiorcami. – Z pewnością jednak TSUE uświadamia konsumentów, że nie mogą liczyć na darmowy kredyt – mówi dr hab. Krzysztof Koźmiński, prezes Fundacji Laboratorium Prawa i Gospodarki.

– To nowe orzeczenie TSUE zwraca uwagę na konieczność obiektywnego podejścia i wyważenia interesów obu stron, czyli uwzględniania interesu nie tylko konsumenta i jego subiektywnej woli, ale również sytuacji przedsiębiorcy, który świadczy długoterminową usługę na podstawie wieloletniego kontraktu. Moim zdaniem ta nowa perspektywa – czyli uświadomienie konsumentom, że nie mogą liczyć na darmowy kredyt – może mieć pozytywny skutek w postaci zmobilizowania obu stron tych kontraktów do zawierania ugód – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr hab. Krzysztof Koźmiński, radca prawny i partner w kancelarii Jabłoński Koźmiński, prezes Fundacji Laboratorium Prawa i Gospodarki.

W ubiegłym tygodniu Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wydał kolejne już orzeczenie dotyczące kredytów frankowych w Polsce. To odpowiedź na pięć pytań prejudycjalnych przesłanych do TSUE przez Sąd Okręgowy w Gdańsku w końcówce 2019 roku, z których najważniejsze dotyczyły m.in. możliwości uwzględnienia roszczeń banków po unieważnieniu umowy frankowej oraz stwierdzenia nieuczciwości postanowienia umownego, które zostało zmienione aneksem.

– To orzeczenie TSUE jest drugim „polskim” wyrokiem, który dotyczy kredytów frankowych [po wydanym w październiku 2019 roku orzeczeniu w sprawie Dziubak C-260/18, dotyczącym stosowania tzw. klauzul niedozwolonych w kredytach frankowych – red.]. O ile poprzednie orzeczenie w sprawie Dziubaków było trochę nadinterpretowane jako wielki sukces kredytobiorców, o tyle to ostatnie doprowadza – używając piłkarskiej metafory – do wyniku 1:1. Ono wiele kwestii wyjaśnia, ale przede wszystkim umożliwia utrzymanie tych umów w mocy i zdroworozsądkowo podchodzi do interpretacji unijnego prawa konsumenckiego. To orzeczenie nie jest korzystne ani dla kredytobiorców, ani dla sektora bankowego, jest natomiast zwycięstwem racjonalności w interpretacji unijnego prawa konsumenckiego – uważa dr Michał Jabłoński, adwokat i partner w kancelarii Jabłoński Koźmiński, wiceprezes Fundacji Laboratorium Prawa i Gospodarki.

Trybunał uznał, że skutki stwierdzenia przez sąd nieuczciwego warunku w umowie zawartej między bankiem a klientem podlegają przepisom prawa krajowego. Innymi słowy, to krajowy sąd powinien oceniać kwestię utrzymania w mocy warunków umowy o kredyt frankowy. Według TSUE do sądu krajowego należy także poinformowanie klienta o konsekwencjach prawnych, jakie może pociągnąć za sobą stwierdzenie nieważności takiej umowy.

 Orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości otwiera także polskim sądom drogę do tego, aby zastosować kurs średni Narodowego Banku Polskiego. Mogą to uczynić w trojaki sposób. Po pierwsze: odwołać się do ustawy antyspreadowej, po drugie: odwołać się do art. 358 § 2 Kodeksu cywilnego i po trzecie: mogą zastosować tzw. doktrynę błękitnego ołówka – ocenia dr Jarosław Bełdowski, radca prawny i wykładowca warszawskiej Szkoły Głównej Handlowej.

– Ta doktryna umożliwi usunięcie z takiej klauzuli aspektu dotyczącego spreadu, jeżeli jest on nieuczciwy. W takim przypadku będzie można go usunąć, ale co do zasady zachowując klauzulę kursową, więc będzie ona oparta po prostu na kursie Narodowego Banku Polskiego. To jest bardzo ważna wytyczna dla polskiego Sądu Najwyższego – dodaje dr Michał Jabłoński.

Czwartkowy wyrok TSUE nie rozstrzygnął jednej z najważniejszych kwestii, dotyczącej możliwości żądania przez bank wynagrodzenia za korzystanie z kapitału oraz przedawnienia roszczeń banku w przypadku unieważnienia umowy.

– Orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości nie dało wprost odpowiedzi na pytanie, czy banki mogą, czy nie mogą żądać zwrotu kosztów związanych z korzystaniem z kapitału. Niemniej TSUE wskazuje, że polski sędzia będzie musiał poinformować konsumenta o ewentualnych roszczeniach, które może mieć bank. Można to interpretować właśnie jako dopuszczenie możliwości żądania przez banki zwrotu kosztów związanych z korzystaniem z kapitału – wskazuje dr Jarosław Bełdowski.

 W świetle tego, jak i poprzednich orzeczeń TSUE, wydawanych do kazusów węgierskich, rumuńskich, chorwackich, hiszpańskich itd., wiemy już jednak, że na pewno nie można uznać roszczeń banku o zwrot kapitału za przedawnione, jak chcieliby niektórzy kredytobiorcy. Zgodnie z tą narracją – lansowaną przez kredytobiorców, ich prawników i organizacje frankowiczów przed sądami – rzekomo można wywodzić, że w przypadku upadku takiej umowy kredytowej roszczenie banku o zwrot kapitału wypłaconego kilka czy kilkanaście lat temu jest przedawnione, ponieważ ta umowa od samego początku była nieważna. W świetle tego, jak i poprzednich wyroków wiemy już na pewno, że tak nie jest – tłumaczy dr hab. Krzysztof Koźmiński.

Zgodnie z wyliczeniami Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego w przypadku gdyby umowy kredytowe mogły być unieważniane, a banki nie mogły się starać o zwrot kapitału i kosztów jego pożyczenia, koszty dla sektora wyniosłyby 234 mld zł. Unieważnienie ze zwrotem kapitału, ale bez zwrotu opłat kosztowałoby banki ok. 100 mld zł, a unieważnienie ze zwrotem kapitału i kosztów – ok. 71 mld zł. Dla porównania, według UKNF, scenariusz z ugodami – w ramach których kredyt walutowy od daty jego uruchomienia zostałby rozliczony tak jak kredyt złotowy – kosztowałby sektor „tylko” 34,5 mld zł.

Procesy frankowe mają duże przełożenie na wyniki finansowe banków i ich kondycję. Konieczność zawiązania rezerw na procesy frankowe to – według NBP – jeden z głównych czynników istotnie obniżających rentowność sektora. Dlatego Związek Banków Polskich, KNF, a także same banki co do zasady promują polubowne rozstrzyganie takich spraw w drodze ugody.

 Ugodowe załatwienie spraw – czyli odciążenie sądów i eliminacja ryzyka polegającego na przerzuceniu kosztów na innych klientów, np. na kredytobiorców złotowych albo tych, którzy kredytu w ogóle nie mają – byłoby po prostu korzystne społecznie. I tak ten wyrok powinien być odczytywany, zwłaszcza przez środowiska radykalnych konsumentów wierzących w to, że roszczenia banku się przedawniły czy że darmowe mieszkanie czy darmowy kredyt są w zasięgu ręki. To orzeczenie jest ewidentnym sygnałem, że to nie jest prawda i nie należy wierzyć w tego typu bajki, więc może warto usiąść do stołu i po prostu się porozumieć – ocenia dr hab. Krzysztof Koźmiński.

Nowe orzeczenie TSUE jest istotne nie tylko dla banków i frankowiczów, lecz także dla Sądu Najwyższego, który w sprawie kredytów frankowych ma wypowiedzieć się w maju (posiedzenie zostało przesunięte w oczekiwaniu na czwartkowy wyrok trybunału). Sąd ma się ustosunkować do wniosku Rzecznika Finansowego, który dotyczył właśnie tego, czy po unieważnieniu umowy stronom przysługują roszczenia o zwrot świadczenia nienależnego w związku z bezpodstawnym wzbogaceniem.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/dr-hab-k-kozmiski,p1306640961

Grypa ptaków coraz mocniej daje się we znaki producentom drobiu i jaj. Choć niegroźna dla ludzi, powoduje wielomiliardowe straty branży

0

Eksport drobiu w 2020 roku spadł pod względem wartości po raz pierwszy od 11 lat. Wpływ na to miały dwie epidemie – koronawirus, który pozamykał granice oraz sektor gastronomiczny, a także grypa ptaków, która pojawiła się w pierwszej połowie roku. O ile wraz z postępem szczepień otwarcie restauracji zbliża się wielkimi krokami, grypa ptaków przybiera na sile. Dla przemysłu drobiarskiego, który połowę produkcji wysyłał na eksport, oznacza to nieopłacalność działalności i w konsekwencji upadek wielu ferm. Branża apeluje do rządu o wsparcie w eksporcie do krajów trzecich.

Polscy drobiarze produkują ponad 3 mln ton drobiu rocznie, z czego połowa przeznaczana jest na eksport, rynek krajowy nie jest bowiem w stanie wchłonąć takiej podaży. W 2020 roku jednak po raz pierwszy od 2009 roku tę dynamicznie do tej pory rozwijającą się branżę, będącą obok Holandii jednym z dwóch największych eksporterów drobiu w Europie, dotknął spadek. Spowodowany był on głównie zamknięciem kanału HoReCa,  ponieważ wysoce zjadliwa grypa ptaków (HPAI), która pojawiła się na przełomie 2019 i 2020 roku, zaczęła ustępować w drugiej połowie roku.

Grypa ptaków powoduje ogrom perturbacji na fermach i w handlu międzynarodowym, który jest zatrzymywany przez kraje importujące. Są to decyzje administracyjne danego państwa, które powodują, że towar nie zostanie przyjęty – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Danielak, prezes zarządu Polskiego Związku Zrzeszeń Hodowców i Producentów Drobiu. – W związku z tym pojawiają się nadwyżki, czasami bardzo duże, bo niektóre kraje importują dużo polskiego mięsa drobiowego.

W sierpniu 2020 roku Polska odzyskała nawet status kraju wolnego od HPAI, dlatego inspekcja weterynaryjna wystąpiła o zniesienie ograniczeń w imporcie polskiego mięsa i jaj. Teraz jednak grypa ptaków powróciła ze zdwojoną siłą: do 23 kwietnia wykryto w Polsce 245 ognisk wysoce zjadliwej grypy ptaków, podczas gdy w ubiegłym roku było ich kilkadziesiąt. Nie jest ona groźna dla ludzi, zarówno hodowców, jak i konsumentów, choć może być przenoszona przez człowieka.

Najgorsza sytuacja jest w województwach wielkopolskim i mazowieckim, ale ogniska grypy ptaków stwierdzono już na obszarze wszystkich województw z wyjątkiem podlaskiego. Na Mazowszu na 19 kwietnia wykryto 64 ogniska obejmujące ponad 3,7 mln sztuk drobiu, a od tej pory wykryto kolejnych 16. W Wielkopolsce było to wówczas 69 ognisk (ponad 1,5 mln sztuk drobiu), w ciągu kilku dni pojawiło się sześć nowych ognisk. Problem dotyczy nie tylko ferm produkujących na ubój, ale i specjalizujących się w produkcji jaj, których eksport też został wstrzymany np. przez Arabię Saudyjską czy Białoruś. W produkcji jaj liderem jest właśnie Wielkopolska.

– Apelowałbym do naszych władz o starania, żeby rynki trzecie stosowały te same zasady, które są stosowane w Unii Europejskiej, a mianowicie o wyłączanie tylko tych obszarów, które są w strefach zagrożonych grypą ptaków, powiaty, ewentualnie województwa, ale nie cały kraj. Kiedy cały kraj jest wyeliminowany z eksportu, to wszystko musi zostać na rynku krajowym, a to są niewyobrażalne straty. Najczęściej te straty ponosi rolnik – mówi Andrzej Danielak.

Ognisko grypy ptaków oznacza nie tylko konieczność utylizacji setek milionów sztuk drobiu na fermach dotkniętych wirusem, ale i dodatkowe koszty dla okolicznych gospodarstw. Zdaniem ekspertów przyczynami rozprzestrzeniania się grypy ptaków są m.in. ogromna liczba dzikich ptaków z wirusem grypy i nadmierna koncentracja ferm na zbliżonych obszarach.

Jest wiele obszarów, które nie są doregulowane prawnie i narażają hodowców na kolejne straty. W epidemii grypy ptaków, gdy wystąpi ognisko, jest wyznaczana strefa zapowietrzona w promieniu 3 km i zagrożona do 10 km. I tu obowiązują różne zakazy, nakazy, ograniczanie przemieszczania się. W sytuacji, gdy okoliczna ferma drobiu ma dorosłe stado, które należałoby już przekazać do zakładów przetwórczych, decyzją administracyjną powiatowego lekarza weterynarii nie może przez kilka tygodni tego stada przemieścić, musi te ptaki przetrzymywać, w tym czasie trzeba przecież je karmić i utrzymywać – tłumaczy prezes Polskiego Związku Zrzeszeń Hodowców i Producentów Drobiu.

Minister rolnictwa apelował niedawno o przestrzeganie zasad bioasekuracji w zagrożonych strefach, czyli zamykanie stad wolno biegających w odpowiednich pomieszczeniach, ograniczając ich kontakt z dzikim ptactwem. Konieczne jest także stosowanie mat dezynfekcyjnych przed wejściami do budynków inwentarskich. Z uwagi na warunki meteorologiczne tegoroczny sezon „grypowy” trwa dłużej, co pogłębia straty w branży. Ministerstwo jednak zapowiada wsparcie dla hodowców i rolników. Z grypą ptaków borykają się także inne państwa UE. Szczególnie trudna sytuacja jest we Francji, gdzie zanotowano dwa razy więcej ognisk u drobiu hodowlanego. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/grypa-ptakow-coraz,p1775567975

Walka z luką VAT może uderzać też w uczciwy biznes. Gliwicka skarbówka postawiła jednego z eksporterów samochodów na skraju bankructwa

0

Dane pokazują, że luka VAT w Polsce sukcesywnie się zmniejsza, ale w walce o uszczelnianie systemu nierzadko rykoszetem dostaje też uczciwy biznes. Jedną z głośnych medialnie spraw jest przypadek gliwickiej spółki Marketing, której urząd skarbowy od dwóch lat wstrzymuje zwrot podatku VAT na kwotę blisko 17 mln zł, choć kolejne postępowania nie wykazały żadnych nieprawidłowości. W efekcie firma zaczęła mieć problemy z płynnością finansową i musiała wstrzymać działalność, a w tej chwili jest już na skraju bankructwa. Podobne sprawy dość często trafiają do Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców.

Luka VAT to różnica pomiędzy kwotą spodziewanych dochodów z VAT do budżetu państwa a faktycznie pobraną kwotą podatku. Powstaje m.in. wskutek oszustw i uchylania się od opodatkowania (np. w ramach działania tzw. karuzeli VAT-owskich) czy błędów administracyjnych. W ostatnich latach Ministerstwo Finansów wprowadziło szereg rozwiązań mających na celu uszczelnienie tej luki. Jak wynika z marcowego raportu firmy doradczej CRIDO, od kilku lat w Polsce obserwowany jest jej sukcesywny spadek (z 27,1 proc. w 2011 do 8,7 proc. w 2019 roku). Dane publikowane przez KPRM pokazują z kolei, że w latach 2015–2019 udało się ją zmniejszyć o połowę (z 24,2 do 12 proc.).

Uszczelnienie luki VAT było jednym z flagowych celów obecnego rządu, który miał m.in. umożliwić realizację programów socjalnych. Rząd i ekonomiści są jednak podzieleni w kwestii tego, na ile ten cel udaje się realizować. Ci drudzy zwracają ponadto uwagę, że w walce z wyłudzeniami VAT częstokroć rykoszetem dostają uczciwi podatnicy.

– Pierwszą taką grupą są podmioty uczestniczące w łańcuchu transakcji, w którym doszło do uszczuplenia podatku. Niestety organy podatkowe – jeżeli nie są w stanie wyciągnąć niezapłaconego podatku od tego podatnika, który oszukiwał – kierują się do podmiotów z jego łańcucha transakcji, często rzetelnie działających, które mają pieniądze albo majątek i są w stanie ten podatek zapłacić – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jan Furtas, ekspert BCC ds. sporów podatkowych i partner w CRIDO.

Z marcowego raportu firmy CRIDO („Wyłudzenia VAT – historia choroby i zastosowana terapia”) wynika, że – mimo wszystkich rozwiązań legislacyjnych wprowadzonych w ostatnich latach – skuteczność w łapaniu rzeczywistych sprawców przestępstw VAT-owskich jest wciąż stosunkowo niewielka. W wielu przypadkach łapano ofiary takich oszustw zamiast sprawców, a ściągalność VAT w zakresie wyłudzeń podatku oscyluje w granicach 2 proc.

– Organy podatkowe trochę szukają wyników na siłę i kierują działania także wobec podmiotów, które nie brały udziału w jakimkolwiek uszczupleniu, prowadzą normalny biznes. To jest druga grupa firm poszkodowanych. Takie sytuacje są rzadkie, ale skrajne, bo w tym momencie podatnik nie wie, co ma robić. Musi udowadniać, że nikt nic nie ukradł, nikt nic nie wyłudził, nie doszło do żadnego uszczuplenia, a organ podatkowy dochodzi do wniosku, że np. jego model biznesowy powinien wyglądać inaczej albo faktury powinien wystawić na kogoś innego – mówi Jan Furtas.

– W Biurze Rzecznika MŚP bardzo często pojawiają się sprawy dotyczące właśnie zwrotu VAT. W zeszłym roku wpłynęło do nas kilkadziesiąt takich wniosków. Biorąc pod uwagę przedłużający się lockdown i związaną z tym ograniczoną działalność urzędów, przewidujemy, że w tym roku liczba zgłoszeń będzie większa – wskazuje Jacek Cieplak, zastępca Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców. – Interweniujemy w tych przypadkach, jeśli przedsiębiorca uznaje, że jego prawa zostały naruszone. Wchodzimy do takich postępowań, staramy się je przyspieszać, a po drugie – wyłapywać wszystkie błędy popełnione podczas kontroli urzędniczych.

Jedną z głośnych medialnie spraw jest przypadek gliwickiej spółki Marketing, która zajmuje się handlem i reeksportem samochodów: kupuje nowe pojazdy dostępne na polskim rynku i odsprzedaje je za granicą. Ten model biznesowy jest znany i powszechny w wielu krajach. Urząd skarbowy od dwóch lat wstrzymuje spółce zwrot podatku VAT za styczeń i luty 2019 roku na kwotę blisko 17 mln zł, choć kolejne postępowania nie wykazały żadnych nieprawidłowości. Firma nie wystąpiła również o zwrot nadwyżki VAT za marzec 2019 roku w wysokości prawie 8 mln zł, co oznacza, że zamrożone przez skarbówkę ma ok. 25 mln zł. W efekcie zaczęły się problemy z płynnością finansową, co oznaczało konieczność wstrzymania działalności. W tej chwili Marketing sp. j. jest już na skraju bankructwa.

– Firma została niemalże sparaliżowana przez urząd, poniosła gigantyczne straty, musieliśmy zredukować zatrudnienie – mówi wspólnik w spółce Artur Ostręga. – W związku z decyzją urzędu skarbowego ze współpracy z naszą firmą wycofały się banki. Wcześniej mieliśmy kilka linii kredytowych, korzystaliśmy z usług czterech banków i wszystkie je od razu powiadomiliśmy, że został nam wstrzymany zwrot podatku. Banki stwierdziły, że to jest istotna zmiana i wypowiedziały nam umowy kredytowe, musieliśmy spłacić zobowiązania wobec instytucji finansowych niemalże natychmiast.

Gliwicka spółka działała na rynku od prawie 25 lat. Przez cały ten czas miała tych samych, dużych kontrahentów i ten sam model biznesowy, zdążyła też wyrobić sobie silną markę m.in. w Niemczech, Francji i Szwajcarii, co roku dostarczając na tamtejsze rynki kilka tysięcy samochodów. Do 2019 roku nikt nie kwestionował jej działalności – w ciągu ostatnich 10 lat firma przeszła aż 120 kontroli podatkowych, które nie wykazały żadnych uchybień.

Początkowo I Urząd Skarbowy w Gliwicach stwierdził, że Marketing dokonuje fikcyjnych transakcji i kupuje samochody, których wcale nie wywozi za granicę, ale ta teza została obalona m.in. po otrzymaniu potwierdzeń z urzędów skarbowych innych krajów UE. Drugi zarzut dotyczył całego modelu funkcjonowania spółki, np. tego, że kupuje samochody hurtowo, nie będąc dealerem, ale w toku postępowania wykazano, że taki model biznesowy działa też w wielu krajach. Skarbówka zarzuciła też spółce, że cały jej model jest ukierunkowany na wyłudzenia podatku VAT. Nie znalazła na to jednak żadnego dowodu, bo w jej całym łańcuchu transakcji urząd nie znalazł ani jednej firmy, która nie zapłaciłaby należnego podatku. Co więcej, dostawców spółki – na wniosek gliwickiej skarbówki – kontrolowały urzędy z całej Polski, ale i one nie dopatrzyły się uchybień.

Mimo to postępowanie od dwóch lat jest w toku, a Marketing nadal czeka na wypłatę zaległych 25 mln zł. W międzyczasie firma zdążyła już jednak stracić dostawców, kontrahentów i rynki zbytu.

– Wiele elementów można by jeszcze odtworzyć i działać, ale na mniejszą skalę, bo nie jesteśmy już chyba skłonni do takiego rozmachu, nie mamy też struktur. My tak naprawdę musimy zaczynać ten biznes od nowa – mówi Artur Ostręga.

Sprawą gliwickiej spółki zainteresował się już Departament Nadzoru nad Kontrolami w Ministerstwie Finansów, który w styczniu br. zażądał pilnego przekazania informacji na temat nieprawidłowości, których rzekomo miał dopatrzyć się gliwicki urząd. W sprawę włączył się też Rzecznik MSP, który wskazał na szereg błędów urzędniczych i uchybień w trakcie jej kontroli.

– Sytuacja, w której znalazła się firma Marketing, jest zobrazowaniem błędnego działania organów podatkowych. Jeszcze w 2018 roku firma miała ok. 600–700 mln zł przychodów i był to jeden z największych reeksporterów nowych samochodów z Polski. Po działaniach ze strony organów podatkowych w 2020 roku osiągnęła już tylko 17 mln zł przychodów. W momencie wszczęcia kontroli i wstrzymania zwrotu VAT ona zaprzestała działalności, musiała rozwiązać umowy z pracownikami i szeregiem kontrahentów. Tych kontaktów biznesowych już dzisiaj nie ma, tymczasem rynek nie śpi, a spółka jest w bardzo trudnej pozycji – podkreśla Jan Furtas, ekspert BCC ds. sporów podatkowych i partner w CRIDO.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/walka-z-luka-vat-moze,p923028360

Pandemia impulsem do szybszego wdrożenia medycyny personalizowanej. Gwarantuje ona nie tylko poprawę efektów leczenia, lecz także sytuacji gospodarczej kraju

0

Światowa Organizacja Zdrowia i Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju szacują, że około 30 proc. zasobów wykorzystywanych w ochronie zdrowia jest marnowanych. Najczęstszym powodem jest występowanie u pacjentów możliwych do przewidzenia wcześniej powikłań czy niedopasowanie terapii do specyfiki schorzenia. Pomocne mogą się okazać standaryzacja mierzenia wyników terapeutycznych oraz wdrożenie modelu opartego na medycynie personalizowanej, której podstawą jest dokładne sprofilowanie choroby przy uwzględnieniu jej potencjalnego przebiegu u konkretnej osoby i określenie najlepszego sposobu leczenia. Świadomość korzyści wynikających ze stosowania medycyny personalizowanej jest coraz większa i choć pandemia COVID-19 chwilowo spowolniła jej rozwój, to w ostatecznym rozrachunku może się stać znaczącym impulsem przyspieszającym jej wdrażanie.

– Ostatnie doniesienia w „Nature” pokazują, że w przypadku terapii dobrze dopasowanej do profilu pacjenta onkologicznego możemy uzyskać 55-proc. trzyletnią przeżywalność, podczas gdy brak lub niskie dopasowanie dają szansę tylko około 25 proc. pacjentów chorującym na nowotwór – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Kępowicz, dyrektor ds. relacji strategicznych w Philips Healthcare. – Wyzwaniem jest przemodelowanie systemu ochrony zdrowia tak, żeby promując medycynę personalizowaną, zbudować wokół niej strategię i powiązać ją z Value Based Healthcare, czyli medycyną ukierunkowaną na wartości. Innymi słowy: odejść od ilości i rutyny i ukierunkować się na jakość i skuteczność.

Medycyna personalizowana niesie za sobą cały szereg korzyści dla lekarzy, systemu ochrony zdrowia, ale przede wszystkim dla pacjentów. Tradycyjny, standardowy model leczenia opiera się na metodzie prób i błędów, a skuteczność leków stosowanych w konwencjonalnym podejściu waha się średnio od 25 do 60 proc. Z danych przytaczanych przez Stowarzyszenie Polskiej Koalicji Medycyny Personalizowanej wynika, że w cukrzycy wynosi ono ok. 57 proc., w chorobach reumatycznych – 50 proc., w nowotworach – 25 proc., a w chorobie Alzheimera – 30 proc. Zastosowanie indywidualnego planu terapeutycznego dla konkretnego pacjenta pozwala znacznie zwiększyć tę skuteczność i ogranicza ryzyko wystąpienia działań niepożądanych.

– Wdrażanie rozwiązań jakościowych i koncepcji Value Based Healthcare absolutnie przełoży się na rozwój medycyny personalizowanej, w tym także na rozwój onkologii precyzyjnej – podkreśla dr n. med. Beata Jagielska, prezes Polskiej Koalicji Medycyny Personalizowanej. – Dużym krokiem do wdrożenia w Polsce tej koncepcji były zmiany ustawowe wprowadzone w listopadzie 2020 roku, które pozwoliły na uruchomienie Funduszu Medycznego. W ramach tego funduszu prowadzone są działania ukierunkowane właśnie na rozwój medycyny personalizowanej, czyli m.in. finansowanie leków o wysokiej wartości klinicznej i innowacyjnej oraz ratunkowego dostępu do leczenia.

Kluczowa dla skutecznego wdrażania medycyny personalizowanej jest również kwestia zbierania danych, a także ich analiza za pomocą sztucznej inteligencji lub zaawansowanych algorytmów. Jak podkreśla ekspert firmy Philips, to pozwala na wybranie najbardziej odpowiedniej metody leczenia danego pacjenta.

– Dane zebrane dzięki diagnostyce obrazowej, patomorfologicznej, genetycznej czy z wywiadu z pacjentem pozwalają na gromadzenie pełnego zasobu wiedzy. To bardzo potężne narzędzie mogące pomóc medykom w stawianiu trafnych diagnoz za pierwszym razem, a także podejmowaniu odpowiednich decyzji klinicznych. Nie możemy jednak zapominać, że zaawansowane technologie czy algorytmy to nie wszystko – do ich prawidłowej analizy i podjęcia finalnej decyzji terapeutycznej zawsze niezbędny jest czynnik ludzki, czyli odpowiednie kompetencje i kwalifikacje człowieka – zaznacza Michał Kępowicz.

Obecnie medycyna personalizowana jest najbardziej rozpowszechniona w Stanach Zjednoczonych i części Europy Zachodniej, jednak w Polsce także rośnie świadomość korzyści wynikających z jej stosowania. Pandemia COVID-19 chwilowo spowolniła jej rozwój, ale w ostatecznym rozrachunku – może się stać impulsem, który przyspieszy jej wdrażanie.

– Po wielu miesiącach walki z pandemią widzimy już, że musimy nauczyć się z nią żyć, ale także zdecydowanie poprawić opiekę nad chorymi, bo nowotwory i inne schorzenia, m.in. kardiologiczne, wciąż się rozwijają. Dlatego po okresie początkowego spowolnienia ponownie wracamy do działania i wprowadzania zmian. Przykładem tego są projekty, które już weszły w życie, takie jak m.in. ośrodki doskonałości leczenia raka piersi, raka jelita grubego, a za chwilę powołany do życia zostanie ośrodek doskonałości leczenia  raka płuca – podkreśla dr n. med. Beata Jagielska.

Jak podkreślają eksperci, choć sytuacja wywołana przez pandemię COVID-19 jest trudna z każdego punktu widzenia, to z perspektywy opieki zdrowotnej opartej na wartościach pewne sprawy udało się wzmocnić. Mieliśmy chociażby okazję się przekonać, jak ważna jest praca zespołowa zarówno na poziomie krajowym, jak i międzynarodowym.

– Skupiając się na pracy zespołowej i wspólnym podejmowaniu decyzji, możemy uzyskać dużo lepsze rezultaty leczenia. Przykładowo w Holandii mieliśmy bardzo duży problem dotyczący dzieci cierpiących na cukrzycę typu 1. Aż 30 proc. z nich przynajmniej raz w roku trafiało na ostry dyżur z powodu problemów z podawaniem insuliny albo z innych przyczyn. Udało się obniżyć tę liczbę do 6 proc. To wciąż za dużo, ale jeśli sprawdzimy, ile ta zmiana znaczy dla dzieci, rodziców, całej gospodarki oraz sektora opieki zdrowotnej, to okaże się istotną poprawą – mówi prof. Fred van Eenennaam z Value Based Healthcare Center Europe.

Najlepsze przykłady praktycznych rozwiązań w sektorze zdrowotnym ukierunkowanych na jakość i zwiększenie efektywności, opartych na koncepcji Value Based Healthcare – ma wyłonić polska edycja prestiżowego, międzynarodowego konkursu „Wartość w medycynie Dragon&HASH39;s Grant & Endorsement”. Jest on skierowany do instytucji działających w obszarze ochrony zdrowia. Organizatorami przedsięwzięcia są Polska Koalicja Medycyny Personalizowanej, Instytut Innowacji i Odpowiedzialnego Rozwoju INNOWO, Centrum Badań nad Funkcjonowaniem Systemu Ochrony Zdrowia przy Szkole Głównej Handlowej w Warszawie oraz organizacja Value Based Healthcare Center Europe.

– Świetnie wykwalifikowana i doświadczona kadra medyczna, a także zasoby naukowe to duży atut Polski i niewątpliwie ważne ogniwo w dalszym rozwoju systemu opieki zdrowotnej – mówi prof. Fred van Eenennaam. – Polecałbym korzystanie z przewagi wynikającej z bardzo dobrze przeszkolonych pracowników dysponujących wiedzą na wysokim poziomie, dobrych uczelni wyższych, a także z lokalizacji w sercu Europy, dzięki której można wiele dobrych rozwiązań zapożyczyć od innych krajów. Nie ma potrzeby wszystkiego wymyślać od nowa. Wiemy, że kiedy system opieki zdrowotnej się poprawia, gospodarka również odnotowuje wzrost. Jest to więc swojego rodzaju wzajemnie nakręcająca się spirala.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/pandemia-impulsem-do,p1397897236

Kolejne firmy objęte ustawą o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy. Rygorystyczne wymogi będą musiały spełnić m.in. biura rachunkowe i galerie sztuki

0

Monitorowanie i zgłaszanie podejrzeń o pranie pieniędzy będzie wkrótce nowym obowiązkiem biur rachunkowych. Eksperci przewidują, że będzie to duże wyzwanie, szczególnie dla mniejszych firm, które mogą nie poradzić sobie ze spełnieniem rygorystycznych wymogów. – Małe podmioty będą musiały zmagać się z dość trudnymi przepisami tej ustawy w ten sam sposób, w jaki robią to banki czy ubezpieczyciele – mówi Bartosz Michałkowski, dyrektor Departamentu Operacji w banku NatWest Polska. Jego zdaniem stworzy to rynek usług doradczych i szkoleniowych, które będą tym podmiotom ułatwiać spełnianie wymogów ustawy. Tym bardziej że poza biurami rachunkowymi nowe obowiązki dotyczyć będą też m.in. galerii sztuki czy firm z rynku walut wirtualnych.

22 kwietnia weszła w życie nowelizacja ustawy o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu, ale kluczowe zmiany wymagające dostosowania się do nowych wymogów wejdą w życie po trzech lub sześciu miesiącach. Jest to implementacja dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady UE z 2018 roku (tzw. dyrektywy V Anti-Money Laundering AML), która ma zwiększyć transparentność przepływów finansowych w Polsce i UE, a tym samym zwiększyć skuteczność przeciwdziałania praniu pieniędzy i wykrywania środków pochodzących z działalności przestępczej bądź służących działalności terrorystycznej. Dzięki nowej ustawie Polska ujednolici swoje standardy z obowiązującymi w Unii Europejskiej pod kątem przeciwdziałania przestępczości finansowej.

Dla firm i instytucji obowiązanych, które muszą już spełniać wymogi ustawy, nie ma żadnych rewolucyjnych zmian, jedynie kosmetyczne. Natomiast myślę, że będą one ogromnym wyzwaniem dla firm zajmujących się doradztwem podatkowym i prowadzeniem ksiąg podatkowych, których w Polsce jest około 40 tys. W moim odczuciu te firmy nie są na te zmiany gotowe – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Bartosz Michałkowski.

Na rozszerzonej liście podmiotów obowiązanych znalazły się m.in. firmy zajmujące się prowadzeniem ksiąg podatkowych, czyli np. wszystkie biura księgowe, bez względu na ich wielkość. Jak podkreśla ekspert, oznacza to, że jednoosobowe działalności, np. biura rachunkowe, które prowadzą księgi dla mikroprzedsiębiorstw, będą podlegać tym samym wymogom, z którymi obecnie mierzą się duże banki, firmy ubezpieczeniowe, fundusze inwestycyjne, pośrednicy w handlu nieruchomościami, ubezpieczyciele, doradcy podatkowi czy notariusze. Status instytucji obowiązanej wiąże się z wieloma obowiązkami określonymi przez ustawę, np. imiennym wskazaniem osoby odpowiedzialnej za wdrażanie obowiązków wynikających z ustawy, weryfikacją tożsamości klientów, z którymi nawiązuje stosunki gospodarcze, oraz stosowaniem środków bezpieczeństwa finansowego w stosunku do niektórych kontrahentów.

Na liście znalazły się m.in. galerie sztuki i wszystkie firmy zajmujące się licytacją i handlem dziełami sztuki. W ich przypadku przepisy ustawy będą dotyczyć transakcji o wartości powyżej 10 tys. euro.

Wpisanie domów aukcyjnych do katalogu instytucji obowiązanych ustawą AML mnie akurat nie dziwi. Nie trzeba mieć dużej wyobraźni, aby zauważyć, jak łatwo wprowadzić pieniądze z nielegalnych źródeł, kupując obraz o niepotwierdzonej wartości artystycznej, znaleziony na strychu. Wystarczy go nabyć za wielką sumę pieniędzy, odprowadzić podatek i pieniądze są wprowadzone do legalnego obiegu – wyjaśnia dyrektor Departamentu Operacji w banku NatWest Polska.

Nowelizacja ustawy w większym stopniu zapewni ochronę systemu finansowego i całego społeczeństwa przed skutkami prania pieniędzy i przestępstw finansowych. Pozwoli bowiem na szerszą kontrolę transakcji i sprawniejsze wyłapywanie przestępców finansowych.

– Wszystkie transakcje powinny być kontrolowane. Robią to instytucje obowiązane, czyli banki i inne instytucje finansowe oraz właśnie nowo dodane podmioty. Kontrola dotyczy podejrzanych transakcji zdefiniowanych przez ustawę, a zwiększone wymogi identyfikacji i weryfikacji dotyczą klientów, jeśli transakcje przekroczą 1 tys. euro – uściśla Bartosz Michałkowski.

Jak zauważa, pozytywnym skutkiem ubocznym nowelizacji ustawy jest stworzenie nowego rynku usług z zakresu AML. Podmioty, które znalazły się na nowej liście, będą bowiem potrzebować pomocy we wdrażaniu wymogów nowej regulacji. W wielu firmach konieczne będzie zatrudnienie specjalistów w tej dziedzinie i wdrożenie systemów informatycznych wspierających cały proces kontroli, szczególnie w obszarze transakcji. Dodatkowo każdy podmiot obowiązany będzie musiał zapewnić coroczne szkolenie z zakresu ustawy i przeciwdziałania praniu pieniędzy dla swoich pracowników.

Według ustawy Generalny Inspektor Informacji Finansowej będzie musiał przygotować krajową ocenę ryzyka prania pieniędzy oraz finansowania terroryzmu. 

– Skala problemu prania pieniędzy jest bardzo trudna do oszacowania, ale szacuje się, że co roku w Polsce miliardy złotych pochodzących z nielegalnych źródeł wprowadzane są do regularnego obiegu. Umykają kwoty, które mogłyby zasilić budżet państwa i usprawnić nasze codzienne życie. Według szacunków Organizacji Narodów Zjednoczonych wielkość procederu prania pieniędzy kształtuje się na poziomie 2–5 proc. światowego PKB. Tym samym można uważać, iż wielkość ta w Polsce plasuje się w okolicach średniej, tj. 2,5 proc. To mniej więcej tyle, ile z budżetu państwa płacimy rocznie na wojsko – podsumowuje dyrektor Departamentu Operacji w banku NatWest Polska.

Na proceder prania pieniędzy narażone są wszystkie sektory gospodarki, ale niektóre definiowane są jako sektory podwyższonego ryzyka, np. cash intensive businesses, czyli podmioty, które przyjmują dużą ilość gotówki, chociażby stacje benzynowe czy restauracje.

NatWest to jeden z największych banków w Wielkiej Brytanii. W Polsce zatrudnia specjalistów od AML, którzy śledzą transakcje i przeciwdziałają nielegalnym praktykom finansowym na Wyspach.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/kolejne-firmy-objete,p490807975

Tempo cyfryzacji państw UE szansą na wzrost PKB o 7,2 proc. To zasilenie unijnej gospodarki o bilion euro

0

Jak wynika z najnowszej analizy Deloitte’a przygotowanej dla firmy Vodafone, przyspieszające w związku z pandemią procesy cyfryzacji mają wygenerować dodatkowy bilion euro dla unijnej gospodarki, odpowiadając za przyrost PKB na mieszkańca krajów UE w wysokości 7,2 proc. do 2027 roku. To scenariusz możliwy do zrealizowania w przypadku osiągnięcia do tego czasu przez wszystkie państwa Unii Europejskiej progu 90 pkt w rankingu cyfryzacji DESI. Od takiego wyniku wciąż jednak dzieli kraje Starego Kontynentu pewien dystans – największy jest on w przypadku państw regionu CEE, w tym Polski, Węgier czy Czech. 

– Kraje Europy Środkowo-Wschodniej – w porównaniu z całą Europą – wypadają jeszcze dosyć blado pod względem transformacji cyfrowej. COVID-19 mocno przyspieszył tę transformację w Polsce, Czechach i na Węgrzech, ale wystarczy popatrzeć choćby na europejski indeks DESI, który pokazuje, że zarówno my, jak i nasi sąsiedzi jesteśmy raczej w czołówce od końca pod tym względem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Zmaczyński, dyrektor ds. marketingu w regionie CEE, Aruba Cloud Polska.

W ostatnim rankingu Komisji Europejskiej (The Digital Economy and Society Index, DESI 2020), analizującym postępy państw członkowskich w zakresie cyfryzacji, Polska awansowała o dwa oczka do góry, jednak wciąż plasuje się w końcówce stawki – na 23. pozycji. W rankingu prowadzą kraje skandynawskie: Finlandia, Szwecja oraz Dania. Państwa zachodnioeuropejskie, jak Niemcy czy Francja, uplasowały się na odpowiednio 12. i 16. pozycji. Z kolei Węgry zajmują w rankingu DESI 21. miejsce, a sąsiednie Czechy zostały sklasyfikowane na 18. pozycji.

– Ciężko porównywać się z krajami Skandynawii czy Europy Zachodniej, ponieważ one mają przewagę czasową w implementacji nowych rozwiązań. Jednak doganiamy naszych zachodnich sąsiadów bardzo szybko. COVID-19 zdecydowanie przyspieszył proces transformacji oraz wdrażania cyfrowych usług i narzędzi, co widzimy chociażby po naszych badaniach – mówi Marcin Zmaczyński. – W Polsce jednak jest chyba największa ostrożność związana z wdrażaniem usług w chmurze. Zarówno Czesi, jak i Węgrzy robią to chętniej.

Raport Aruba Cloud („Wykorzystanie usług chmurowych w biznesie. Analiza rynku polskiego, czeskiego i węgierskiego”) pokazał, że jeszcze przed pierwszą falą pandemii COVID-19 w Polsce z usług chmurowych korzystało 33 proc. dużych i średnich firm. Na Węgrzech ten odsetek wyniósł 38 proc. Do cloud computingu najbardziej zdążył się przekonać biznes nad Wełtawą, ponieważ w sąsiednich Czechach z chmury korzystała już prawie co druga firma (49 proc.).

Polska przed pandemią charakteryzowała się jednym z najniższych wskaźników korzystania z przetwarzania w chmurze w regionie CEE, jednak to się powoli zmienia. Ostatnie dane GUS pokazują, że już pod koniec ubiegłego roku z płatnych rozwiązań chmurowych korzystało prawie 40 proc. średnich i 60 proc. dużych firm. W niektórych branżach wykorzystanie cloud computingu wzrosło o co najmniej 50 proc. To pokazuje, że polski biznes w obliczu recesji i problemów wywołanych przez SARS-CoV-2 mocno przyspieszył cyfrową transformację.

– Rośnie zainteresowanie usługami w chmurze w modelu SaaS, czyli Software-as-a-Service. Firmy zaczęły korzystać z wielu aplikacji, które są dostępne wyłącznie w modelu chmurowym i które pozwoliły im kontynuować działalność w sytuacji, kiedy model pracy zmienił się drastycznie z dnia na dzień – wskazuje dyrektor ds. marketingu w regionie CEE w Aruba Cloud Polska. – Dzięki chmurze możemy funkcjonować bez zmian, mimo że całkowicie zmieniła się nasza forma pracy i przyzwyczajenia. Nie jesteśmy już w biurze, w zamkniętym ekosystemie, każdy pracuje zdalnie i nagle zostaliśmy wrzuceni do tzw. systemu rozproszonego. Dzięki narzędziom, które są dostępne w chmurze, firmy mogły bardzo szybko przestawić siebie i swoich pracowników na ten nowy model pracy.

Ekspert Aruba Cloud ocenia, że po ponad roku od rozpoczęcia pandemii COVID-19 widać, że praca zdalna się obroniła i wiele firm przestawiło się na nią całkowicie. To właśnie ten nowy model okazał się jednym z głównych czynników przyspieszających procesy cyfrowej transformacji i implementacji narzędzi chmurowych, które umożliwiają dostęp do zasobów firmy oraz kontakt pomiędzy kadrami z dowolnego miejsca i urządzenia. Co istotne, praca zdalna będzie nadal napędzać popyt na rozwiązania chmury obliczeniowej. Według analiz Boston Consulting Group menedżerowie europejskich firm spodziewają się, że aż 65 proc. pracowników w erze postpandemicznej będzie kontynuować pracę w modelu hybrydowym.

 Największym wyzwaniem dotyczącym pracy hybrydowej jest cyberbezpieczeństwo i bezpieczeństwo danych. Liczba cyberataków na wrażliwe dane firmowe wzrosła. Tymczasem większość udanych cyberataków wynika z błędu ludzkiego, czyli ktoś kliknął coś, czego nie powinien. Ten czynnik ludzki jest najczęstszą przyczyną błędów i kradzieży danych. Wyzwaniem dla firm jest więc zapewnienie bezpiecznego środowiska pracy przez edukację swoich pracowników. Model chmury jest bardzo bezpieczny, ale nie jest gwarantem tego, że nic się nie wydarzy, jeśli pracownik nie jest odpowiednio wyedukowany – mówi Marcin Zmaczyński.

Według przytaczanego przez Arubę badania Ponemon Institute „Cybersecurity in the Remote Work Era” szkolenia z zakresu rozpoznawania prób phishingu realizuje tylko ok. 30 proc. firm. Tymczasem w zeszłym roku Interpol informował o miesięcznych przyrostach liczby cyberataków nawet o 400 proc. względem okresu sprzed pandemii, a według Risk Based Security tylko do września ub.r. w niepowołane ręce dostało się aż 36 mld rekordów cyfrowych informacji.

Co istotne, w Polsce to właśnie obawy o bezpieczeństwo danych stanowią jedną z głównych barier, która hamuje migrację biznesu do chmury. Polskie firmy są za to dużo bardziej skore do inwestowania właśnie w cyberbezpieczeństwo. Według badań Aruby co czwarta planuje zakup dodatkowych rozwiązań i udoskonalenie swojej infrastruktury w tym obszarze do końca tego roku, a 20 proc. chce realizować programy szkoleń z zakresu bezpieczeństwa informacji dla swoich pracowników.

 Firmy mają obawy związane z bezpieczeństwem danych i to jest czynnik blokujący, do którego dochodzą też kwestie prawne i legislacyjne. Nie do końca wiadomo – zwłaszcza jeśli chodzi o duże firmy i instytucje typu bankowość czy ubezpieczenia – jakie dane można migrować do chmury. Jednak KNF co chwilę wypuszcza coraz nowsze zalecenia i współpracuje z dostawcami chmury, żeby uczynić proces migracji łatwiejszym i bardziej przyjaznym. Podobnie zresztą jak European Banking Authority, czyli europejska instytucja podobna do KNF – podkreśla ekspert. – Z drugiej strony to również kwestia przyzwyczajenia. Przy okazji migracji danych do chmury często czujemy, że tracimy nad nimi kontrolę, mimo że tak naprawdę te dane są w pełni bezpieczne.

Jak ocenia, mimo kilku coraz mniej znaczących barier migracja polskich przedsiębiorstw do chmury jest już nieunikniona. Popyt na takie rozwiązania będzie generować nie tylko praca zdalna, lecz także cały szereg korzyści, które wiążą się z cloud computingiem.

– Chmura to nie tylko kwestia infrastruktury czy optymalizacji kosztów. To przede wszystkim narzędzia, które dostawcy oferują w modelu chmurowym. To m.in. narzędzia do machine learningu i optymalizacji danych, Big Data czy narzędzia backup’owe, pozwalające zabezpieczyć swoje dane na wypadek jakiegokolwiek cyberataku – mówi dyrektor ds. marketingu w regionie CEE w Aruba Cloud Polska. – Chmura jest środowiskiem bardzo bezpiecznym. Dzięki rozwiązaniom w chmurze typu backup czy disaster recovery nawet duże firmy, które padły ofiarą ataku hakerskiego, jak chociażby ostatnio CD Projekt, mogą powiedzieć: „zostaliśmy zaatakowani, ktoś znalazł lukę w naszym systemie, ale dzięki backupowi byliśmy w stanie odzyskać wszystkie dane i nie negocjujemy z hakerami”.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/tempo-cyfryzacji-pastw,p269345199