Strona główna Blog Strona 81

Liczba wniosków o kredyt hipoteczny najwyższa od 10 lat. Formalności z nimi związane załatwiane są głównie online

0

Rynek kredytów hipotecznych jest rozgrzany do czerwoności. Do banków wpływa rekordowa liczba wniosków od klientów o te produkty – w I kwartale br. była najwyższa od 10 lat. Stale rośnie też liczba udzielanych kredytów, zwłaszcza na kwotę powyżej 350 tys. zł. W okresie styczeń–marzec br. już ponad połowa wartości zaciągniętych kredytów dotyczyła tego przedziału kwotowego. Inwestorom sprzyjają najniższe w historii stopy procentowe, choć część banków zaczęła oferować kredyty hipoteczne ze stałym oprocentowaniem. Coraz więcej instytucji daje też możliwość zdalnej aplikacji o kredyt mieszkaniowy.

– Rynek kredytów hipotecznych pomimo pandemii jest obecnie rozgrzany do czerwoności. Najnowsze dane Biura Informacji Kredytowej pokazują, że liczba wnioskujących o kredyt w I kwartale 2021 roku wyniosła 56 tys. i była najwyższa od 10 lat – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Pol, dyrektor Departamentu Marketingu Bankowości Detalicznej w Banku Millennium. – Ogromne zainteresowanie kredytami hipotecznymi wynika z wyjątkowej sytuacji na rynku stóp procentowych w Polsce. Nigdy jeszcze nie były one tak niskie jak obecnie, co sprawia, że kredyt hipoteczny jest dzisiaj naprawdę tanim produktem. Decydując się na niego, powinniśmy jednak brać pod uwagę, że nasze miesięczne obciążenia mogą rosnąć w przyszłości.

Według NBP dla kredytów wypłaconych w lutym (najnowsze dostępne dane) średnie oprocentowanie wyniosło 2,82 proc., a średnia rzeczywista roczna stopa oprocentowania 3,17 proc. W obu przypadkach są to najniższe wartości w historii.

To powoduje, że w marcu popyt na kredyty mieszkaniowe był wyższy od szczytu trendu wzrostowego z lutego 2020 roku, który był ostatnim miesiącem przed pandemią. Po serii ujemnych odczytów z okresu marzec–sierpień 2020 roku oraz z listopada 2020 roku obecny odczyt jest ponownie bardzo wysoki. Jak wynika z danych BIK, w marcu br. liczba udzielonych przez banki kredytów mieszkaniowych wzrosła o 13 proc. r/r. W całym pierwszym kwartale tego roku udzielono łącznie 59,6 tys. kredytów mieszkaniowych (wzrost o 0,2 proc. r/r) na kwotę 18,25 mld zł (wzrost o 5,9 proc.).

– Już w IV kwartale 2020 roku wypłaty nowych kredytów mieszkaniowych były wyższe niż w tym samym okresie poprzedniego roku. Wartość nowych umów na kredyty mieszkaniowe gospodarstw domowych wyniosła wówczas ponad 16 mld zł i była o prawie 30 proc. wyższa względem IV kwartału 2019 roku, czyli okresu bez pandemii – mówi Tomasz Pol. – W całym 2020 roku jako Bank Millennium udzieliliśmy kredytów hipotecznych na kwotę około 60 proc. większą w stosunku do roku poprzedniego, co dało nam czwarte miejsce na rynku.

Sprzedaż nowych kredytów hipotecznych (podpisanych umów) osiągnęła w Banku Millennium rekordowe wartości. W 2020 roku było to 7,2 mld zł, a ich udział w rynku wzrósł do 12,2 proc. Najnowsze dane ZBP wskazują, że w I kwartale 2021 roku bank podpisał umowy o wartości 2,56 mld zł (wzrost o 63 proc. r/r).

– W ostatnich miesiącach wprowadziliśmy szereg zmian. Oferujemy np. możliwość wyceny nieruchomości czy zlecenia jej za pośrednictwem banku, ale także zrealizowania całkowicie zdalnie, co okazało się sporym atutem w okresie pandemii, która ogranicza mobilność naszych klientów. Oferujemy także możliwość przekazywania i potwierdzania dokumentów w sposób cyfrowy. Chcemy, żeby klienci w ten sposób znacznie wygodniej niż w przeszłości komunikowali się z bankiem – wskazuje dyrektor Departamentu Marketingu Bankowości Detalicznej w Banku Millennium.

W I kwartale 2021 roku Bank Millennium był wśród trzech najczęściej wybieranych banków na rynku, biorąc pod uwagę wartość zawartych umów na kredyt hipoteczny. To m.in. efekt wprowadzanych w banku cyfrowych nowości.

– Wprowadziliśmy bieżącą informację o wniosku w aplikacji mobilnej i obecnie każdy klient ma podgląd, co się dzieje z jego wnioskiem kredytowym – wskazuje Tomasz Pol. – To są zmiany, które zmierzają do pełnej cyfryzacji procesu hipotecznego. Nagroda Złotego Bankiera w kategorii Kredyt Hipoteczny utwierdza nas tylko w przekonaniu, że te działania podążają w słuszną stronę. Będziemy dążyli do tego, aby już wkrótce hipoteka w Banku Millennium była w pełni cyfrowa.

Pandemia przyspieszyła wykorzystanie rozwiązań cyfrowych w bankowości. Klienci, którzy dotychczas woleli obsługę w oddziałach stacjonarnych, stopniowo przekonują się do zdalnego i mobilnego załatwiania spraw, także aplikowania o kredyty hipoteczne, które do tej pory w tych kanałach w zasadzie nie istniały. Banki intensywnie pracują nad tym, aby zaoferować jak największą część swoich usług w wygodny i szeroko dostępny dla klientów sposób.

– Klienci naprawdę chcą porozumiewać się z bankiem zdalnie. Akceptują potwierdzanie dokumentów w sposób elektroniczny, doceniają fakt, że bank na bieżąco informuje ich chociażby o statusie wniosku hipotecznego. Staramy się w Banku Millennium dostrzegać te potrzeby i realizować projekty, które na nie odpowiadają. Produkty hipoteczne, wbrew wielu powszechnym opiniom, mają ogromną szansę na to, aby stać się w pełni cyfrowe w całkiem niedalekiej przyszłości – przekonuje dyrektor Departamentu Marketingu Bankowości Detalicznej w Banku Millennium.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/liczba-wnioskow-o-kredyt,p639328740

Skokowy wzrost liczby ataków w sieci w ciągu ostatniego roku. Cyberprzestepcy nadal wykorzystują COVID-19 do wyłudzenia danych

0

Phishing, czyli m.in. podszywanie się pod banki, urzędy i inne instytucje, był w 2020 roku najczęstszym zagrożeniem w internecie. W ubiegłym roku zespół CERT Orange Polska zablokował aż 40 mln prób wejścia na strony phishingowe, dzięki czemu miliony internautów uniknęły zainfekowania komputera oraz utraty pieniędzy i danych. Za fałszywymi stronami na liście zagrożeń uplasowały się złośliwe oprogramowanie, którego udział w cyberatakach wzrósł ponad dwukrotnie, oraz ataki DDoS, wynika ze statystyk operatora. Piotr Jaworski, członek zarządu Orange Polska, podkreśla, że socjotechnika wciąż pozostaje najważniejszym narzędziem w rękach cyberprzestępców, którzy bardzo często wykorzystują COVID-19 do wyłudzeń danych.

– Lockdown zmusił nas do pracy z domu, co postawiło przed firmami ogromne wyzwania w zakresie logistyki, wyboru odpowiednich narzędzi do komunikacji i pracy zdalnej, lecz także cyberbezpieczeństwa. Sytuację, w której się znaleźliśmy, wykorzystywali cyberprzestępcy, w związku z czym zaobserwowaliśmy ogromną liczbę ataków, których celem było głównie wyłudzenie danych – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Jaworski, członek zarządu ds. sieci i technologii w Orange Polska.

Ponad połowa Polaków zauważyła, że w czasie pandemii COVID-19 oszuści częściej niż przed jej wybuchem próbują wyłudzić dane osobowe. Wzrosła też liczba osób, które takiej próby doświadczyły – pokazuje lutowy raport Krajowego Rejestru Długów i serwisu ChronPESEL.pl. W trakcie II fali pandemii prawie 18 proc. Polaków zetknęło się z podejrzanym mailingiem, SMS-ami lub telefonami (wzrost o 5,4 pkt proc. wobec I fali). Średnio co szósty Polak w czasie pandemii otrzymał też podejrzaną wiadomość powołującą się na bank lub inną instytucję. Te najczęściej zachęcały do pobrania załącznika, kliknięcia w przesłany link albo uruchomienia bądź instalacji nowej aplikacji. Adresaci fałszywych wiadomości często byli też proszeni o przekazanie swoich danych osobowych albo wykonanie przelewu internetowego.

Jak wskazuje ekspert Orange Polska, cyberprzestępcy bardzo szybko zaczęli wykorzystywać do wyłudzeń tematykę związaną z COVID-19. Szukając informacji o pandemii, część Polaków łatwo dawała się oszukać fake newsom prowadzącym do fałszywych stron logowania. 

– Klikaliśmy w linki, w których znajdowała się informacja o rzekomej dezynfekcji paczek. Kiedy pojawiła się kwestia szczepień, często dostawaliśmy SMS-y z informacją, że już można się zaszczepić niezależnie od wieku, co zachęcało ludzi do klikania w linki załączone do takich wiadomości. Wiele osób dostało też informację, że zostały ukarane za nieprzestrzeganie obostrzeń związanych z pandemią. To naturalne, że każdy chciał kliknąć w link, żeby się dowiedzieć, co w tej sytuacji musi zrobić – mówi członek zarządu Orange Polska.

Jak podkreśla, socjotechnika wciąż pozostaje najważniejszym narzędziem w rękach cyberprzestępców, którzy doskonale wykorzystują bieżące wydarzenia i ludzkie emocje.

– Praca zdalna, potrzeba bycia w kontakcie online z najbliższymi, a także wzmożone zakupy przez internet – ponieważ izolacja sprawiła, że wiele zakupów musieliśmy realizować w sieci – sprawiły, że cyberprzestępcy mieli w ostatnim roku ogromne pole do popisu – mówi Piotr Jaworski. – Trzeba mieć świadomość, że oni cały czas pracują nad tym, żeby do nas dotrzeć, zdobyć nasze zaufanie, w konsekwencji dane, szczególnie te wrażliwe, związane z bankowością czy płatnościami, i przejąć nasze pieniądze.

Z raportu CERT Orange Polska wynika, że to właśnie phishing, czyli podszywanie się pod kogoś innego, np. banki, urzędy, w celu wyłudzenia danych, był najczęstszym zagrożeniem w internecie w 2020 roku. Zespół operatora zablokował aż 40 mln prób wejścia na strony phishingowe. Na drugiej pozycji znalazło się złośliwe oprogramowanie z ponad 5 mln zdarzeń, czyli 14 pp. więcej niż w 2019 roku. Udział złośliwego oprogramowania wśród wszystkich incydentów odnotowanych w sieci Orange wzrósł najbardziej (z 11 proc. w 2019 roku do prawie 25 proc. w ubiegłym). Nie brakowało też ataków DDoS (odmowa dostępu do usługi), które stanowiły w zeszłym roku blisko 20 proc. wszystkich zagrożeń. W 2020 roku system ochrony operatora przed tego typu atakami interweniował ponad 65 tys. razy w sieci stacjonarnej i 12,5 tys. w sieci mobilnej.

– Celem tych ataków byli  m.in. użytkownicy indywidualni, często gracze. Taki atak można sobie kupić za nieduże pieniądze, już nawet za 8 euro, więc praktycznie każdy może z jego pomocą np. wyeliminować gracza z gry i przejąć jego zasoby. To jest niestety dosyć często spotykane – mówi członek zarządu ds. sieci i technologii w Orange Polska. – Największy atak DDoS, jaki zarejestrowaliśmy w ubiegłym roku, miał moc ponad 303 Gb/s. Ten rekord został jednak pobity już w marcu br., kiedy zanotowaliśmy dwa ataki o sile powyżej 400 Gb/s.

Jak podkreśla, ataki zostały zneutralizowane już na brzegu sieci i nie spełniły swojego zadania, jednak spory wzrost cyberprzestępczości i zagrożeń w sieci to duże wyzwanie dla operatorów. Jednym z najważniejszych narzędzi ochrony konsumentów w sieci w ubiegłym roku było wykrywanie i blokowanie złośliwych domen podszywających się m.in. pod banki, dzięki czemu większość ataków phishingowych jest skutecznie blokowana, jeszcze zanim dotrą do ich urządzeń. Dzięki CyberTarczy i działającemu 24/7 zespołowi CERT Orange Polska miliony użytkowników sieci uniknęły zainfekowania komputera oraz utraty pieniędzy i danych.

– Działania, które podejmowaliśmy w 2020 roku, zostały docenione przez Światowe Forum Szerokopasmowe. CyberTarcza została wybrana najlepszym operatorskim rozwiązaniem z dziedziny bezpieczeństwa sieci – podkreśla Piotr Jaworski.

Narzędzie ochrony użytkowników sieci Orange w ciągu ostatnich sześciu lat działania przeszło dużą ewolucję – od kilkudziesięciu tysięcy w 2015 roku do 3,5 mln unikalnych użytkowników  ochronionych przez nie w roku ubiegłym. Tylko w ciągu ostatniego roku do mechanizmu CyberTarczy zostało dodanych ponad 32 tys. nowych domen phishingowych. Drugą – równie istotną kwestią, co narzędzia cyberbezpieczeństwa – jest podnoszenie wśród konsumentów świadomości zagrożeń.

– Najważniejsze w obronie przed takimi atakami są logika i myślenie, bo nie ma narzędzia, które chroniłoby w 100 proc. przed działaniami cyberprzestępców. Nie reagujmy na SMS-y czy maile z informacją, że nasza paczka została zatrzymana i musimy dopłacić 50 groszy. Nie wchodźmy na strony banków, do których jesteśmy kierowani poprzez podejrzane linki, nie reagujmy na wezwania znajomych proszących o wsparcie na Facebooku. Za każdym razem istnieje ryzyko, że klikniemy w link prowadzący do złośliwego oprogramowania albo strony phishingowej – przestrzega ekspert Orange Polska.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/skokowy-wzrost-liczby,p1440567638

Szykują się zmiany w zamówieniach publicznych. Wzorem Czech do przetargów mogą zostać wprowadzone kryteria środowiskowe

0

Od początku tego roku w Czechach instytucje zamawiające muszą rozważyć, czy w każdym nowo publikowanym przetargu możliwe jest wprowadzenie kryteriów środowiskowych. Eksperci wskazują, że Polska również prędzej czy później będzie zobligowana do wprowadzenia takich kryteriów na krajowym, wartym ok. 300 mld zł rocznie, rynku zamówień publicznych. Zwłaszcza że zielone zamówienia, które stają się w ostatnich latach coraz powszechniejszą praktyką, zapewniają instytucjom zamawiającym nie tylko korzyści środowiskowe, lecz także oszczędności finansowe. Wybór odpowiednich produktów, które zmniejszają ilość zużytej energii czy gazów, może okazać się szczególnie istotny w medycynie, gdzie ratuje się życie, ale przy okazji generuje się ogromną ilość odpadów.

– Czechy wprowadzają kryteria środowiskowe w zamówieniach publicznych jako element szerszej układanki. To jest konsekwencja polityki klimatycznej ONZ trwającej już od ponad 26 lat. Trzeba będzie powalczyć o firmy, które będą realizowały zamówienia publiczne w takim trybie, żeby spełniały normy środowiskowe i żeby nie było potencjalnych kłopotów ze Wspólnotą Europejską i szerzej, z odium wizerunkowym, które mogłoby spaść na Czechy, gdyby nie realizowały tych przetargów publicznych w oparciu o właściwe kryteria – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Kamil Wyszkowski, przedstawiciel i prezes rady UN Global Compact w Polsce.

Czeski rząd wprowadził z początkiem tego roku nowelizację ustawy o zamówieniach publicznych, która nakłada obowiązek uwzględniania kryteriów środowiskowych, społecznych i innowacyjnych w zamówieniach publicznych. To oznacza, że od 1 stycznia 2021 roku w Republice Czeskiej instytucje zamawiające (zarówno publiczne, jak i prywatne, które są zobowiązane do przestrzegania prawa o zamówieniach publicznych) muszą rozważyć, czy w każdym nowo publikowanym przetargu możliwe jest wprowadzenie takich kryteriów.

– Każda firma, która chce uczestniczyć w przetargu publicznym, będzie musiała wykazać, że jest odpowiedzialnym podmiotem i może zostać dopuszczona do czeskiego łańcucha dostaw – tłumaczy Kamil Wyszkowski. – Chodzi o wskaźniki ESG i cały proces sustainable finance – zrównoważonego finansowania, czyli elementy związane m.in. z transparentnością i przeciwdziałaniem korupcji.

Czynniki niefinansowe ESG (environmental, social i governance, czyli środowisko, odpowiedzialność społeczna i ład korporacyjny) obejmują takie aspekty jak to, w jaki sposób firma neutralizuje swoje emisje CO2, zmniejsza zużycie wody, współpracuje z lokalnymi społecznościami, dba o sprawy pracownicze i jaką ma politykę w kwestiach etyki i przeciwdziałania korupcji. Są one głównym kryterium zrównoważonego rozwoju przedsiębiorstw. Takie dane mają coraz większe znaczenie dla inwestorów, szukają ich też ubezpieczyciele czy banki, które mogą dzięki nim ocenić, czy firma działa w zgodzie z zasadami zrównoważonego rozwoju i opłaca się udzielić jej finansowania.

W Polsce duże firmy po raz pierwszy w 2018 roku zostały zobowiązane do publikowania takich informacji w wyniku wprowadzenia unijnej dyrektywy 2014/95/UE z 2014 roku i nowelizacji krajowej ustawy o rachunkowości, która ją wdrożyła. Jak ocenia Kamil Wyszkowski, Polska jest również gotowa, aby uwzględnić takie kryteria na wartym ok. 300 mld zł (dane UZP) rynku zamówień publicznych.

– Polska jest gotowa, żeby przyjąć rozwiązania podobne do czeskich i to nawet w szerszym zakresie. Wynika to z faktu, że w Polsce tort do podziału jest znakomicie większy niż w Czechach, co oznacza większą motywację dla przedsiębiorstw, żeby dostosowywać się do tych kryteriów stawianych w ramach zielonych zamówień publicznych. Przykładem tego, jak mogłoby to oddziaływać, jest chociażby sektor zamówień powiązany z gospodarką odpadową i zarządzaniem strumieniem odpadów na etapie inwestycji. To jest polską piętą achillesową. Zielone zamówienia publiczne mogą pomóc w tym, aby uporządkować tę stajnię Augiasza w sektorze odpadowym – mówi prezes rady UN Global Compact w Polsce.

Jak wskazuje stowarzyszenie ICLEI (Local Governments for Sustainability), zielone zamówienia publiczne (GPP) stają się w ostatnich latach coraz bardziej powszechną praktyką. Poza korzyściami środowiskowymi zapewniają one organom publicznym oszczędności finansowe – zwłaszcza przy uwzględnieniu kosztów zamawianych produktów lub usług w całym cyklu ich życia, a nie tylko przez pryzmat ceny zakupu. Przykładowo zakup produktów o niskim zużyciu energii lub wody może znacznie obniżyć rachunki za media. 

Ministerstwo Środowiska i Klimatu podkreśla, że organem odpowiedzialnym za kreowanie polityki zamówieniowej jest Urząd Zamówień Publicznych, niemniej jednak resort stara się wprowadzać do postępowań kryteria środowiskowe, gdy tylko jest to możliwe.

– Korzyścią wynikającą ze stosowania zielonych zamówień jest ograniczenie lub uniknięcie degradacji środowiska naturalnego, a nawet jego poprawa. Poprzez wprowadzanie wymagań dotyczących zastosowania ekologicznych rozwiązań w zamówienia publiczne przyczyniamy się do redukcji emisji CO2, ochrony zasobów naturalnych, zmniejszenia ilości substancji szkodliwych emitowanych do środowiska, a także wpływamy na efektywniejsze wykorzystanie zasobów naturalnych – wskazał resort w odpowiedzi przesłanej Newserii.

Jak informuje UZP, Komisja Europejska podjęła działania zmierzające do opracowania wspólnych kryteriów zielonych zamówień publicznych (GPP). Dotyczą one grup produktowych, które uznano za najbardziej odpowiednie do wdrożenia GPP zarówno ze względu na wartość zamówień, jak i wpływ na środowisko. To m.in. transport drogowy, usługi sprzątania, dostawy energii elektrycznej czy usługi gastronomiczne.

Jak zauważa dyrektor ds. relacji strategicznych w Philips Healthcare, Michał Kępowicz, zielone kryteria mają duże znaczenie nawet w przypadku tych branż, które nie są tradycyjnie kojarzone z degradacją środowiska. Dla przykładu gigantyczny wpływ wywiera na nie chociażby sektor ochrony zdrowia, który odpowiada za ok. 4,5 proc. globalnej emisji CO2. To więcej niż w przypadku przemysłu lotniczego czy okrętowego.

– Parametrem dotyczącym wpływu ochrony zdrowia na środowisko, który może zaskakiwać, jest średni wskaźnik odpadów generowanych w przeliczeniu na jedno łóżko szpitalne dziennie – to jest ok. 13 kg – ogromna ilość, która powoduje, że środowisko jest narażone na zanieczyszczenia powstające w wyniku leczenia pacjenta – mówi Michał Kępowicz. – Ochrona zdrowia ma na celu ratowanie życia człowieka, ale na ogół nie zwracamy uwagi na koszt tych działań na środowisko, koszt, który jest pochodną wykorzystania w tym procesie infrastruktury szpitalnej, wyrobów medycznych, substancji toksycznych, materiałów odpowiedzialnych za wzrost poziomu skażenia. Lecząc, często nieświadomie szkodzimy środowisku, to z kolei negatywnie wpływa na nasze zdrowie, zaczynamy chorować i musimy być leczeni… czyli powstaje tzw. błędne koło. Pamiętajmy także, że często tego typu rozwiązania przynoszą korzyści finansowe, bo w dłuższej perspektywie oznaczają oszczędności.

W Czechach – mimo że kryteria środowiskowe zostały oficjalnie wprowadzone do zamówień dopiero z początkiem tego roku – tamtejsze szpitale stosują je już od dość dawna, zachęcane odgórnie przez administrację publiczną.

– Dotyczy to bardzo różnych zakupów, od typowych – czyli sprzętu biurowego, eksploatacji budynków, mebli, środków czystości czy usług porządkowych – po systemy dedykowane ochronie zdrowia, czyli rezonanse, tomografy, ultrasonografie i inne urządzenia, które służą pacjentom i personelowi medycznemu do diagnostyki i leczenia – mówi dyrektor ds. relacji strategicznych w Philips Healthcare. – Tam bardzo konkretnie pokazano rozwiązania, które powinny być promowane, np. takie, które zmniejszają ilość zużytej energii potrzebnej do działania ww. urządzeń czy wykorzystanie toksycznych gazów/substancji. To faktycznie ma znaczenie w realizowaniu polityki klimatycznej – nie tylko na papierze, ale i w wymiarze rzeczywistym. Szpital może być miejscem leczenia pacjentów, w którym jednocześnie promujemy ochronę środowiska, w którym żyjemy.

Ekspert Philips Healthcare wskazuje, że również firmy – w tym te z branży MedTech – już od kilku lat starają się dopasowywać do tych proekologicznych trendów i wymogów, które prędzej czy później staną się na rynku standardem.

– Naszym celem od dłuższego czasu było zmniejszenie ilości zanieczyszczeń, energochłonności, wykorzystanie odnawialnych źródeł energii – zarówno w procesie wytwarzania urządzeń, jak i w procesach biznesowych wewnątrz firmy – czy promowanie gospodarki obiegu zamkniętego, w której urządzenia medyczne wykorzystujemy ponownie do produkcji nowych, żeby zmniejszyć zużycie surowców. W ramach naszej koncepcji green hospital, czyli zielonego szpitala, tworzenie całego ekosystemu leczenia pacjenta powinno jak najmniej szkodzić otoczeniu zewnętrznemu – podkreśla Michał Kępowicz.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/szykuja-sie-zmiany-w,p1779583149

Gazy używane w przemyśle i medycynie będą wytwarzane ekologicznie. Producenci rezygnują z paliw kopalnych i sięgają po OZE

0

Gazy przemysłowe wykorzystywane są w przemyśle chemicznym, rafineryjnym, metalurgicznym i spożywczym, a także w ochronie środowiska czy medycynie. Tlen medyczny podawany jest chociażby w szpitalach pacjentom chorym na COVID-19. Wodór z kolei jest postrzegany jako przyszłość ekologicznego transportu. Proces produkcji gazów przemysłowych jest jednak energochłonny, a przez to i wysoce emisyjny. Dlatego producenci stopniowo przestawiają się na bardziej ekologiczne metody i zamieniają energię z paliw kopalnych na źródła odnawialne. Jednym z przykładów takich inwestycji jest zakład produkcyjny Linde Gaz Polska pod Wrocławiem, który w 100 proc. do produkcji gazów wykorzystuje energię z OZE.

Gazy są wykorzystywane np. do saturacji napojów gazowanych, kriogenicznego zamrażania żywności, pakowania w atmosferach ochronnych, natleniania stawów hodowlanych, uzdatniania wody, chłodzenia reaktorów, w produkcji półprzewodników dla sprzętów elektronicznych czy paneli słonecznych oraz w produkcji tworzyw sztucznych. Tlen podawany jest chociażby w szpitalach pacjentom, azot i dwutlenek węgla są wykorzystywane w przemyśle wydobywczym, zaś wodór, stosowany w technologii czystych paliw, jest postrzegany jako przyszłość ekologicznego transportu.

– Gazy przemysłowe są wykorzystywane w bardzo wielu procesach, aby zwiększyć ich produktywność i oszczędzać energię – mówi agencji Newseria Biznes Eric Schulze, prezes zarządu Linde Gaz Polska. – Ale to prawda, że ich produkcja sama w sobie jest bardzo energochłonna. Są jednak dwa obszary, w których możliwa jest redukcja zużycia energii. Pierwszym jest zielony wodór. Megatrendem na rynku jest jego produkcja z odnawialnych źródeł energii, dzięki czemu możliwy jest bezemisyjny transport. Drugi trend polega na pozyskiwaniu tlenu, azotu i innych gazów powietrznych w sposób ekologiczny, wykorzystując OZE. Takie podejście wdrożyliśmy w zeszłym roku w naszym zakładzie pilotażowym w Niemczech.

Pierwszym w Polsce zakładem produkującym gazy przemysłowe w 100 proc. z energii odnawialnej została z kolei fabryka Linde w podwrocławskich Biskupicach Podgórnych, w tzw. Specjalnej Strefie Ekonomicznej. Wytwarza się tam tlen, azot i argon o obniżonym śladzie węglowym.

– W Biskupicach Podgórnych zdecydowaliśmy się przejść na odnawialne źródła energii ze względu na duży popyt ze strony naszych klientów w Polsce. Kiedy otworzyliśmy pierwszy taki zakład pilotażowy w Niemczech, byliśmy zaskoczeni, że największe zapotrzebowanie na gazy ze źródeł ekologicznych wykazywała właśnie Polska, a nie – jak można się było spodziewać – Niemcy czy Austria. Dlatego właśnie zdecydowaliśmy się na pierwszy zielony zakład produkcyjny w Polsce – wyjaśnia Eric Schulze.

Proces separacji powietrza, który jest częścią produkcji gazów przemysłowych, jest bardzo energochłonny. Wykorzystanie w nim energii pochodzącej z OZE w zastępstwie paliw kopalnych pozwala uniknąć emisji CO2 o wielkości 60 tys. ton rocznie. To równowartość, jaką w ciągu roku pochłania 3 tys. ha lasu. Taka wartość odpowiada też rocznej emisji  generowanej przez ok. 7 tys. gospodarstw domowych.

– Znaczenie tej decyzji o wykorzystaniu energii odnawialnej do produkcji gazów powietrznych jest ogromne. Mówimy tutaj o redukcji emisji dwutlenku węgla rzędu 60 tys. ton rocznie. Ta wartość odpowiada emisji małego miasta, w którym mieszka 8–10 tys. mieszkańców. Osiągniemy taką redukcję wyłącznie dzięki przejściu zakładu w całości na zieloną energię. W ten sposób zmniejszymy redukcję emisji o około 300 kg CO2 na każdą tonę tlenu lub azotu. To z kolei przekłada się na korzyści dla klientów, którzy mają pewność, że wraz z każdą dostarczaną przez nas cysterną gazów przemysłowych oszczędzają ok. 6 ton CO2. To jest emisja, za którą odpowiada jeden człowiek przez cały rok – precyzuje prezes zarządu Linde Gaz Polska. 

Firmy, które zaopatrują się w podwrocławskim zakładzie Linde, dostają certyfikaty o księgowej redukcji dwutlenku węgla na podstawie miesięcznego zużycia zielonego tlenu, azotu i argonu. Cały proces produkcji w Biskupicach Podgórnych jest akredytowany i certyfikowany przez TÜV SÜD, znanego na całym świecie dostawcę usług audytorskich i certyfikacyjnych.

– Dajemy klientom wybór, czy chcą korzystać z konwencjonalnych, czy z ekologicznych gazów. Nie da się ich jednak w żaden sposób odróżnić, więc jest to kwestia zaufania do producenta. Dlatego współpracujemy z TÜV SÜD, który jest wiodącą organizacją certyfikującą w dziedzinie energii, również rozliczania energii odnawialnej. Certyfikacji podlegają nasze procesy, rozliczenia i cały zakład produkcyjny, tak aby klienci mieli pewność, że rzeczywiście trafiają do nich produkty ekologiczne – podkreśla Eric Schulze.

Linde jest jednym z największych na świecie producentów gazów przemysłowych i medycznych na świecie. W ubiegłym roku sprzedaż firmy sięgnęła 27 mld dol., co daje jej znaczący udział w całym globalnym rynku. Wdrożenie ekologicznych metod produkcji to odpowiedź firmy na zmiany klimatyczne, pozwalająca ograniczyć ślad węglowy, wpływ na środowisko i spełnić oczekiwania ze strony organów regulacyjnych. Strategia Linde zakłada redukcję własnej emisji gazów cieplarnianych o 35 proc. do 2028 roku. Z drugiej strony, inwestując w ekologiczną produkcję, firma pomaga też w ograniczeniu śladu węglowego i wpływu na środowisko swoich klientów.

– Wartość i znaczenie tych zobowiązań podkreśla fakt, że 18. rok z rzędu znaleźliśmy się w notowaniach indeksu zrównoważonego rozwoju Dow Jones. To dla nas dodatkowa motywacja, żeby kontynuować ekologiczną rewolucję i transformację branży – mówi prezes Linde Gaz Polska.

Firmie już udało się zrobić duży krok w kierunku realizacji swojej proekologicznej strategii. Pod koniec ubiegłego roku ogłosiła zmniejszenie intensywności emisji gazów cieplarnianych (GHG) o 16 proc. w porównaniu z 2018 rokiem.

– Wykorzystanie źródeł odnawialnych nie kończy się na naszym pierwszym zakładzie produkcyjnym. Z wieloma naszymi klientami z sektora prywatnego – choć zapraszamy do współpracy również sektor publiczny – mamy wspólną wizję produkcji opartej w przyszłości w 100 proc. na energii odnawialnej – podkreśla Eric Schulze.

Raport firmy analitycznej Grand View Research pokazuje, że globalny rynek gazów przemysłowych w 2020 roku był wart ok. 92 mld dol. i według prognoz będzie rósł w średniorocznym tempie 6 proc., przekraczając 147 mld dol. w 2028 roku. Analitycy spodziewają się, że do tego wzrostu będzie przyczyniać się wciąż postępująca industrializacja i urbanizacja, a silny wzrost odnotują zwłaszcza elektroniczne zastosowania gazów przemysłowych ze względu na rosnące zapotrzebowanie na elektronikę, płaskie wyświetlacze panelowe i półprzewodniki.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/gazy-uzywane-w-przemysle,p107967090

Panele fotowoltaiczne potencjalną furtką dla cyberprzestępców. Brak odpowiednich działań może doprowadzić do poważnych zakłóceń w dostawach energii [DEPESZA]

0

W piątek 9 kwietnia padł w Polsce rekord generacji mocy z fotowoltaiki – podały PSE. Niska temperatura i duże nasłonecznienie spowodowały, że systemy pracowały z mocą przekraczającą 2,7 GW. Fotowoltaika bije w Polsce rekordy popularności i stanowi jeden z motorów transformacji energetycznej. Okazuje się jednak, że może być podatna na zagrożenia związane z cyberbezpieczeństwem. W panelach PV wykorzystuje się urządzenia sterowane przez internet, które mogą być podatne na cyberataki. To zaś stwarza możliwość zakłóceń w przesyle energii czy nawet całkowitego blackoutu. Eksperci podkreślają, że rząd będzie musiał zająć się tym problemem, zwłaszcza w kontekście błyskawicznego rozwoju branży PV.

Boom na fotowoltaikę trwa w Polsce od kilku lat i napędziły go m.in. korzystne zmiany w prawie i rządowy program dopłat do zakupu paneli PV Mój Prąd. Jak podaje Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, do tej pory dofinansowano z niego 220 tys. prosumenckich mikroinstalacji fotowoltaicznych o mocy 2–10 kW (ich łączna liczba w Polsce zbliża się już do 500 tys.).

Wkrótce polska energetyka może być w znacznym stopniu oparta na energii słonecznej, co z kolei zwraca uwagę na problem bezpieczeństwa.

– Wyobraźmy sobie sytuację, że za kilka czy kilkanaście lat polska energetyka będzie w dużo większym stopniu oparta na fotowoltaice i ktoś postanowi wyłączyć nam wszystkie panele. Będziemy mieli wtedy prawdziwy problem z niedoborem energii elektrycznej. Nie pomogą żadne zwiększenia dostaw jednego czy drugiego surowca, nasz system będzie zblokowany. Dlatego jestem zwolennikiem podejścia do kwestii bezpieczeństwa sieci energetycznej podobnie jak do sieci telekomunikacyjnej, czyli dywersyfikacji dostawców, ażeby uniknąć szantaży i ryzyka ingerencji w ciągłość działania sieci przez jednego z dostawców sprzętu – powiedział podczas debaty „Bezpieczeństwo energetyczne Polski” Michał Kanownik, prezes zarządu ZIPSEE Cyfrowa Polska.

Przydomowe instalacje fotowoltaiczne stały się już popularnym sposobem na produkcję własnej, ekologicznej energii i obniżanie rachunków. Coraz chętniej inwestują w nie również firmy, motywowane podwyżkami cen i koniecznością cięcia kosztów, a od kilku lat – dzięki aukcyjnemu systemowi wsparcia – rozwijają się też większe farmy fotowoltaiczne. W efekcie fotowoltaika rozwija się nawet szybciej od rynkowych prognoz. Jeszcze na początku grudnia moc zainstalowana PV w krajowej sieci energetycznej sięgała 3,6 GW (wzrost aż o 181 proc. r/r), a już na początku lutego przekroczyła 4 GW.

Okazuje się jednak, że sektor OZE – zwłaszcza fotowoltaika – może być podatny na zagrożenia do tej pory kojarzone głównie z branżą telekomunikacyjną i cyfrową. W instalacjach PV powszechnie wykorzystuje się urządzenia sterowane przez internet, które mogą być podatne na cyberataki.

– Wyzwaniem jest postęp technologiczny i pojawienie się nowych elementów infrastruktury, np. optymalizatorów mocy wykorzystywanych w instalacjach fotowoltaicznych. W Europie ten temat nie jest jeszcze dobrze znany, ale w Stanach Zjednoczonych jest zagadnieniem poważnie podnoszonym już od 2019 roku. Tam ustalono, że ekspansję w tym zakresie prowadzą Chińczycy, a właśnie w tych optymalizatorach mocy mogą znajdować się urządzenia szpiegowskie albo elementy, które mogą bezpośrednio wpływać na działanie systemu energetycznego – mówi dr Marcin Kraśniewski, ekspert z Uniwersytetu Łódzkiego.

Optymalizator mocy to element instalacji PV, który steruje parametrami prądu generowanego przez panele. W teorii może on zostać zhakowany, co stwarza możliwość zakłóceń w przesyle energii czy nawet całkowitego blackoutu.

Te urządzenia w 2019 roku stały się przedmiotem poważnej debaty politycznej w Stanach Zjednoczonych, gdzie zarówno senatorowie republikanów, jak i demokratów wezwali departamenty energii i bezpieczeństwa do pilnych działań na rzecz ochrony krytycznych systemów infrastruktury elektroenergetycznej. Obecnie Chiny są światowym liderem w produkcji paneli fotowoltaicznych. W rankingach największych firm z branży i producentów paneli PV od kilku lat niezmiennie dominują właśnie firmy z Państwa Środka.

– W czerwcu 2019 roku Chińczycy zrezygnowali z produkcji na amerykański rynek optymalizatorów mocy, które pozwalają na efektywniejsze funkcjonowanie instalacji fotowoltaicznych. I to pomimo tego, że ich urządzenia są bardzo konkurencyjne do oferowanych przez innych producentów z uwagi na bardzo zaawansowaną technologię – mówi dr Marcin Kraśniewski. – W Polsce udział fotowoltaiki nie jest jeszcze aż tak duży, więc podobnie jak w innych krajach europejskich problem nie jest jeszcze zauważalny. Jednak z pewnością wystąpi.

Eksperci podkreślają, że cyberbezpieczeństwo – do tej pory podnoszone głównie w kontekście sieci telekomunikacyjnych – będzie mieć coraz większe znaczenie także w przypadku sieci elektroenergetycznych jako infrastruktury krytycznej, niezbędnej do zachowania ciągłości funkcjonowania państwa.

– Państwo będzie musiało poszerzać i edytować zakres swojej kontroli co do elementów, które pojawiają się na krajowym rynku – mówi ekspert Uniwersytetu Łódzkiego.

– Pojęcie infrastruktury krytycznej będzie się rozszerzać. Dzisiaj musimy o nim mówić już nie tylko w kontekście sieci telekomunikacyjnych, ale i sieci energetycznych – dodaje Michał Kanownik.

Jak podkreśla, Europa ma już doświadczenia w budowaniu systemu cyberbezpieczeństwa wyniesione z branży telekomunikacyjnej. Teraz te analizy, które pokazują m.in., jak na dany rynek wpływa uzależnienie od pojedynczego dostawcy, powinna wykorzystać również w branży energetyki i OZE.

– Europa zaczęła myśleć o fotowoltaice bardziej w kontekście ceł na szkło niż w kwestiach bezpieczeństwa energetycznego. Jednak zrozumienie tego problemu jest niezbędne. Jakaś forma uniknięcia uzależnienia od jednego czy drugiego dostawcy jest niezmiernie ważna – podkreśla prezes ZIPSEE Cyfrowa Polska.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/panele-fotowoltaiczne,p1700868685

Od dziś farmaceuci zyskują nowe uprawnienia. Właścicieli aptek czeka szereg wyzwań

0

16 kwietnia wchodzi w życie większość zapisów nowej ustawy o zawodzie farmaceuty, która rozszerza uprawnienia tego zawodu. Magister farmacji będzie mógł przeprowadzić z pacjentem wywiad farmaceutyczny, doradzić mu w kwestii przyjmowanych leków, przeprowadzić podstawowe nieinwazyjne badania diagnostyczne i przeszkolić w używaniu prostego sprzętu medycznego, np. glukometru. Otwartą kwestią pozostaje to, kto będzie płacił za opiekę farmaceutyczną jako świadczenie – sam pacjent czy może NFZ. Z kolei dla właścicieli aptek wyzwaniem będzie stworzenie miejsca, gdzie takie konsultacje mogą się odbywać, oraz zapewnienie odpowiednich zasobów kadrowych.

– Od 16 kwietnia farmaceuci zyskają nowe uprawnienia. W życie wchodzą nowe regulacje, które dotyczą zawodu farmaceuty i sprawowania opieki farmaceutycznej. Jest to pierwsza część tej ustawy. Kolejna wejdzie w życie w połowie stycznia 2022 roku i będzie dotyczyła wystawiania recept farmaceutycznych – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Żuradzki, adwokat i wspólnik zarządzający w kancelarii KBZ Żuradzka & Wspólnicy Adwokaci i Radcy Prawni.

Do tej pory rola farmaceutów zazwyczaj była ograniczona w zasadzie tylko do wydawania i sprzedaży leków w aptecznym okienku. Ta grupa zawodowa – jako jedna z ostatnich – nie miała też dotąd swojej ustawy, dlatego środowisko aptekarskie wyczekiwało jej od lat. Ustawa o zawodzie farmaceuty to dla branży bardzo ważna zmiana. Nowe przepisy wzmocnią rolę farmaceutów w polskim systemie ochrony zdrowia (ustawa oficjalnie plasuje ich w gronie zawodów medycznych) i nadadzą im nowe uprawnienia, dzięki którym będą mogli szerzej uczestniczyć w profilaktyce, promocji zdrowia i farmakoterapii. Tym samym ustawa stwarza prawne podwaliny do zbudowania w Polsce modelu opieki farmaceutycznej.

– Nowa ustawa umożliwi farmaceutom przeprowadzanie konsultacji farmaceutycznych, dokonywanie przeglądów lekowych i wykonywanie nieinwazyjnych badań diagnostycznych, takich jak pomiary tętna, oddechu czy masy ciała – wymienia Krzysztof Żuradzki. – Ta ustawa stwarza możliwość, żeby można było przyjść do apteki i spotkać się ze specjalistą, który przeprowadzi konsultację farmaceutyczną poprzedzoną wywiadem. Opiekę farmaceutyczną będzie mógł sprawować wyłącznie farmaceuta posiadający wiedzę i umiejętności w tym zakresie. One muszą być potwierdzone tytułem specjalisty w dziedzinie farmacji aptecznej, szpitalnej, klinicznej czy też farmakologicznej, po specjalnym szkoleniu

Sprawowanie opieki farmaceutycznej będzie zarezerwowane tylko dla magistrów farmacji, z wyłączeniem techników farmaceutycznych. Rozporządzenie ministra zdrowia ma szczegółowo określić zakres tej opieki i wprowadzić katalog badań diagnostycznych, które farmaceuta będzie mógł wykonać w aptece. Rozporządzenie określi też kompetencje wymagane do świadczenia takiej opieki, czyli np. kursy kwalifikacyjne, po ukończeniu których farmaceuta zyska nowe uprawnienia. Co istotne, nowe przepisy przewidują też kary za świadczenie tego rodzaju usług przez osoby nieuprawnione, czyli techników oraz magistrów bez specjalizacji i wymaganych kursów.

– Opieka farmaceutyczna to nowa forma usługi, o której nie wiemy jeszcze do końca, jak będzie uregulowana pod względem płatności, czyli kto za nią na końcu zapłaci – pacjent czy Narodowy Fundusz Zdrowia. To też będzie zależało od rozporządzenia wykonawczego. Jednak postulaty były takie, aby to NFZ płacił za diagnostykę, przeglądy i konsultacje farmaceutyczne – mówi prawnik.

Ustawa o zawodzie farmaceuty stanowi rewolucję nie tylko dla przedstawicieli tego zawodu, ale również dla aptek, których – zgodnie z danymi GUS – jest w Polsce 12,3 tys. (nie uwzględniając punktów aptecznych). Dla właścicieli placówek, którzy będą mogli poszerzyć ofertę o nowe usługi farmaceutyczne, to szansa na zwiększenie konkurencyjności, ale i szereg wyzwań, związanych np. z zapewnieniem odpowiedniej liczby wykwalifikowanych pracowników w aptece oraz spełnieniem odpowiednich wymagań lokalowych w celu świadczenia opieki farmaceutycznej.

– Nie każda apteka posiada na tyle dużo pomieszczeń i rozmieszczonych w taki sposób, aby pacjenci mogli z nich korzystać. Dlatego należy umożliwić dostosowanie tych lokali w różnych wariantach, np. poprzez wydzielenie specjalnego pomieszczenia do sprawowania opieki farmaceutycznej albo wydzielenie jakiegoś obszaru, który będzie gwarantować jakąkolwiek intymność i poufność konsultacji. Wykorzystanie pomieszczenia tzw. administracyjno-szkoleniowego powinno być minimum. Oczywiście najlepiej byłoby, gdyby w aptece był osobny gabinet, ale wszyscy zdajemy sobie sprawę, jak wyglądają apteki i ile tam jest miejsca. Dla właścicieli placówek to będzie wyzwanie w zakresie czynszu czy też odpowiedniej organizacji miejsca – wyjaśnia Krzysztof Żuradzki.

Jak podkreśla, każda apteka bądź indywidualna czy grupowa praktyka farmaceutyczna, która w myśl nowej ustawy będzie świadczyć opiekę farmaceutyczną, musi też spełnić wymóg posiadania ubezpieczenia od odpowiedzialności cywilnej.

– Podmiot prowadzący aptekę ogólnodostępną bądź farmaceuta prowadzący indywidualną praktykę farmaceutyczną, aby rozpocząć sprawowanie tej opieki, będzie musiał najpierw zawrzeć umowę ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej, aby – w razie jakiejkolwiek szkody – ubezpieczyciel mógł pokryć ewentualną szkodę – mówi wspólnik w kancelarii KBZ Żuradzka & Wspólnicy Adwokaci i Radcy Prawni.

W Polsce na ok. 87,5 tys. lekarzy przypada 26,1 tys. magistrów i 33,3 tys. techników farmacji – wynika z danych GUS i ubiegłorocznego raportu IQVIA („Opieka farmaceutyczna w Polsce”).

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/od-dzis-farmaceuci,p1811379223

Amerykański inwestor szuka w Katowicach nowych pracowników, głównie z branży IT. Chce w tym roku potroić zatrudnienie w swoim centrum badawczo-rozwojowym

0

Katowice znajdują się w pierwszej piątce najatrakcyjniejszych lokalizacji inwestycyjnych w Polsce. Z każdym rokiem stolica Śląska przyciąga coraz więcej zagranicznych firm, a jedną z nich jest Hyland – amerykański inwestor z branży IT, którego firma doradcza Gartner od ponad dekady zalicza do liderów nowych technologii. W Katowicach Hyland otworzył jedyne w Europie Środkowo-Wschodniej centrum badawczo-rozwojowe, w którym docelowo ma pracować ponad 100 specjalistów z branży IT. – W perspektywie długoterminowej wprowadzenie się tutaj takiej firmy jak Hyland jest ogromną szansą dla regionu – podkreśla country manager firmy Jeremy Nass.

– Katowice dysponują gigantycznym potencjałem inwestycyjnym, dlatego się tu wprowadziliśmy. Dostrzegamy potencjał drzemiący w tym mieście i chcemy go wykorzystać. Zresztą do podobnego wniosku dochodzi coraz więcej firm, które otwierają tutaj swoje biura. Ten region czeka świetlana przyszłość – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jeremy Nass.

Katowice, położone w centrum liczącej 2,3 mln mieszkańców Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii, to jeden z pięciu najważniejszych ośrodków inwestycyjnych w Polsce – wynika z tegorocznego raportu ABSL. Prężnie rozwija się tu sektor nowoczesnych usług dla biznesu, odpowiadający za 3–3,5 proc. polskiego PKB, a na przestrzeni ostatnich czterech lat wzrost zatrudnienia w tutejszych centrach usług sięgnął prawie 70 proc. Główną kategorią świadczonych w nich usług jest IT. Łącznie w regionie, głównie w Katowicach, działa już 114 centrów nowoczesnych usług biznesowych firm pochodzących z 19 państw. Miasto z każdym rokiem cieszy się coraz większym zainteresowaniem biznesu, a inwestycje nie zatrzymały się nawet mimo pandemii COVID-19. Zagraniczni inwestorzy, którzy lokują tu swoje centra, zwiększają przychody do budżetu i tworzą nowe miejsca pracy, wspierając lokalną i krajową gospodarkę wychodzącą z lockdownu („Sektor nowoczesnych usług biznesowych w Katowicach”).

 Przyglądaliśmy się takim aspektom jak dostępność wykwalifikowanych kadr, bo to jest dla nas kluczowy aspekt rozwojowy. Sprawdzaliśmy też koszty życia, lokalną infrastrukturę, sytuację na uczelniach i liczbę absolwentów, którzy trafiają na lokalny rynek pracy każdego roku, ale także to, czy jest tu dużo dróg rowerowych. Zależało nam na tym, aby znaleźć dobre miejsce dla naszych pracowników. Ostatecznie Katowice wyraźnie zwyciężyły – wskazuje country manager Hyland w Polsce.

Atrakcyjność inwestycyjną stolicy Śląska potwierdza też ubiegłoroczny raport Colliers International („Przyszłość zaczyna się tu… Katowice”), który podkreśla, że miasto jest wzorcowym przykładem przemiany z ośrodka przemysłowego w nowoczesną metropolię. Lokalizacja na przecięciu transeuropejskich szlaków transportowych, dobrze rozwinięta sieć dróg, ośrodki akademickie i dostęp do wykwalifikowanej kadry oraz duża podaż nowoczesnej powierzchni biurowej przyciągają do Katowic coraz więcej zagranicznych firm.

Raport Colliers pokazuje, że inwestycje w stolicy Śląska nie zwolniły mimo pandemii. Na koniec I połowy 2020 roku wolumen transakcji najmu na katowickim rynku biurowym wyniósł 26,5 tys. mkw., tylko o 11 proc. mniej niż rok wcześniej, pomimo znacznego spowolnienia ekonomicznego wywołanego pandemią COVID-19. Największy udział w całym popycie (64 proc.) stanowiły nowe umowy, zawierane przez firmy otwierające tu swoje siedziby. Jedną z ostatnich, które wprowadziły się do Katowic, jest Hyland – amerykański inwestor z branży IT, dostarczający nowoczesne oprogramowanie do zarządzania treścią.

– Jesteśmy dużą firmą, zatrudniamy ok. 4 tys. pracowników z obu Ameryk, z Europy i całego świata. Kilka lat temu doszliśmy do wniosku, że chcielibyśmy silniej zaznaczyć naszą obecność w Europie Środkowo-Wschodniej – wyjaśnia Jeremy Nass.

Nowa inwestycja firmy w Katowicach to centrum badawczo-rozwojowe, gdzie programiści będą pracować m.in. nad doskonaleniem flagowych produktów firmy i tworzeniem nowych funkcjonalności wspierających cyfrową transformację. To jak na razie jedyny taki ośrodek firmy w rejonie Europy Środkowo-Wschodniej.

– Dziś stoi przed nami ogromne wyzwanie – kolejna ewolucja, której celem jest wykorzystanie wszystkich korzyści płynących z infrastruktury chmurowej. Nasi klienci chcą przenosić się do chmury i z takiej infrastruktury korzystać. Dlatego tak ważne dla nas jest wdrożenie i przeniesienie naszych produktów do rozwiązań chmurowych. To właśnie o pomoc przy tym zadaniu poprosiliśmy naszych nowych współpracowników w Katowicach – mówi country manager Hyland w Polsce.

Mimo pandemii Hyland R&D w Katowicach w ubiegłym roku zatrudniło już pierwszych 40 pracowników, a ich rekrutacja została przeprowadzona całkowicie zdalnie.

– W 2021 roku chcemy potroić tę liczbę. Poszukujemy osób głównie na stanowiska związane z badaniami i rozwojem, które mogą pomóc nam w przeprowadzeniu tej ewolucji, posiadających nowe i poszukiwane umiejętności, związane np. z .NET Core czy Kubernetes. Jednocześnie potrzebujemy kierowników, osób do działów HR i sprzedaży, bo dostrzegamy potencjał na rynku. Poza tym poszukujemy nowych pracowników do naszego globalnego zespołu usługowego, który pomaga nowym i obecnym klientom uzyskać zwrot z inwestycji poczynionych w Hyland – wymienia Jeremy Nass.

Firma doradcza Gartner od 11 lat zalicza Hyland do liderów w kategorii dynamicznie rozwijających się technologii. Spółka operuje już w kilkunastu krajach świata, m.in. w Niemczech, Wielkiej Brytanii oraz Japonii.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/amerykaski-inwestor,p765788129

W przyszłym roku rynek odpadów czeka rewolucja. Nowe zasady dla konsumentów, samorządów i producentów

0

Unijny pakiet odpadowy narzuca Polsce – podobnie jak wszystkim krajom członkowskim – wysokie cele dotyczące recyklingu odpadów opakowaniowych. Ma on wzrosnąć do 65 proc. w 2025 roku oraz 70 proc. w 2030 roku. Prawdopodobnie w przyszłym roku rynek ten czeka rewolucja. Wdrożenie rozszerzonej odpowiedzialności producentów oraz systemu kaucyjnego, nad którymi pracuje resort klimatu i środowiska, przeniesie koszty związane z prowadzeniem selektywnej zbiórki i recyklingiem na producentów stosujących opakowania. Dziś odpowiedzialne są za to gminy, które przerzucają opłaty na mieszkańców. Raport Eunomia Research & Consulting i firmy TOMRA wskazuje, że tak duża zmiana wymaga wielomiesięcznych przygotowań wszystkich uczestników systemu, dlatego jak najszybciej potrzebne są przepisy, które ją wdrożą.

– Rozszerzona odpowiedzialność producenta zakłada, że musi on wziąć odpowiedzialność nie tylko za produkt w pierwszym etapie jego życia, czyli do momentu, kiedy konsument weźmie go z półki, ale do samego końca, kiedy produkt zostanie zużyty, a opakowanie po nim wyrzucone i stanie się odpadem. Zgodnie z ROP każdy przedsiębiorca, który używa opakowań – czy to opakowań na napoje i żywność, czy folii, którą są owinięte np. zeszyty sprzedawane w supermarkecie – będzie odpowiadał za to, co wprowadza na rynek. W tej chwili toczy się dyskusja, w jaki sposób sprawić, żeby producent ponosił odpowiedzialność finansową i organizacyjną – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Sapota, wiceprezes ds. relacji rządowych w Europie Północno-Wschodniej w firmie TOMRA, produkującej maszyny do recyklingu.

Do wdrożenia rozszerzonej odpowiedzialności producentów (ROP) zobowiązuje Polskę przyjęty w 2018 roku unijny pakiet odpadowy. Zgodnie z tą zasadą przedsiębiorstwa wprowadzające opakowania na rynek będą musiały partycypować w kosztach ich selektywnej zbiórki, segregacji i przygotowania do recyklingu. W Polsce już od 2019 roku – kiedy to Ministerstwo Środowiska zainaugurowało cykl konsultacji w tej sprawie – mówi się o wdrożeniu ROP w połączeniu z systemem kaucyjnym, który ma skłonić konsumentów do oddawania zużytych opakowań do punktów zbiórek. Rządowego projektu ustawy wciąż jednak brak, choć nowe przepisy mają zostać uchwalone jeszcze w tym roku, a wejść w życie na początku przyszłego.

– Ustawa nałoży obowiązki na wszystkich interesariuszy rynku odpadowego. Zadecyduje o zakresie odpowiedzialności finansowej i operacyjnej producenta i o tym, jaką rolę będą pełnić gminy, organizacje odzysku opakowań, firmy gospodarujące odpadami i sortownie – wymienia Anna Sapota. – Nie jest to zmiana, do której jesteśmy w stanie dostosować się w ciągu kilku dni. Z jednej strony musimy uwzględnić cele dotyczące rosnących poziomów recyklingu, które stawia przed nami UE w perspektywie do 2025, 2030 i 2035 roku. Z drugiej strony musimy dać czas wszystkim interesariuszom rynku, aby przygotowali się do nowych obowiązków i byli w stanie zorganizować finansowanie.

Pakiet odpadowy ustanawia coraz wyższe cele recyklingu odpadów komunalnych i opakowaniowych, które Polska musi osiągnąć. Do 2025 roku przynajmniej 55 proc. odpadów komunalnych powinno być poddawanych recyklingowi. Do 2030 roku cel ten wzrośnie do 60 proc., a do 2035 roku – do 65 proc. W przypadku odpadów opakowaniowych poziom recyklingu ma zostać zwiększony do 65 proc. w 2025 roku oraz 70 proc. w 2030 roku. Odrębne cele zostały wyznaczone dla konkretnych materiałów opakowaniowych, takich jak papier i tektura, plastik, szkło, metal, drewno i aluminium. Wdrożenie ROP w połączeniu z systemem kaucyjnym ma pomóc w ich osiągnięciu.

– W tej chwili to gmina jest odpowiedzialna za recykling odpadów opakowaniowych, które zbierze, musi więc znaleźć recyklera, który je przetworzy. Natomiast  właściwym podmiotem, który powinien o to zadbać, jest producent. To on kontroluje, co wprowadza na rynek, i to jemu zależy na pozyskaniu materiału z recyklingu, bo będą go obowiązywać wymogi dotyczące zawartości recyklatu – wskazuje wiceprezes ds. relacji rządowych w Europie Północno-Wschodniej w firmie TOMRA.

– Dziś koszty recyklingu opakowań w Polsce ponoszą gminy, co z kolei przekłada się na opłaty nakładane na obywateli. Nowe przepisy doprowadzą do przeniesienia kosztów, co stanowić będzie zachętę dla producentów, aby w inny sposób zarządzali łańcuchem dostaw opakowań. Polski rząd prowadzi konsultacje w sprawie różnych propozycji realizacji systemu ROP i wkrótce przejdzie do tworzenia przepisów krajowych, dlatego uznaliśmy, że jest to właściwy moment na przygotowanie raportu – mówi Andy Grant, dyrektor techniczny Eunomia Research & Consulting.

Analitycy w raporcie jasno wskazują, że mechanizm finansowania ROP w Polsce musi się zmienić. Jedynie gwarancja, że producenci pokryją pełne koszty zarządzania zużytymi opakowaniami, oraz właściwe rozwiązania organizacyjne pozwolą na efektywną realizację unijnych celów klimatycznych.

– Według naszych wniosków Polska powinna skorzystać z istniejących systemów gminnych. Gminy nadal powinny zajmować się odbiorem i sortowaniem odpadów opakowaniowych, ale niezbędne jest płacenie za te usługi przez producentów tak, aby samorządy nie musiały już ponosić kosztów w tym zakresie. Co więcej, w tym modelu gminy nie będą musiały już także szukać rynków zbytu do recyklingu materiałów po ich zebraniu i posegregowaniu – wyjaśnia Andy Grant.

Gminy wyczekują wdrożenia ROP, licząc, że część pieniędzy z tego systemu mogłaby wesprzeć lokalne systemy gospodarki odpadami i w efekcie ulżyć mieszkańcom, którzy wyraźnie protestują przeciw wzrostowi cen.

– Producenci powinni być właścicielami i kontrolerami posortowanych odpadów opakowaniowych przeznaczonych do recyklingu, aby mogli opracowywać strategie i budować dodatkowe możliwości w tym zakresie. Ważne jest jednak to, aby tylko jeden podmiot – zwany organizacją odpowiedzialności producentów – zajmował się obsługą tego systemu w ich imieniu. Obecnie Polska ma kilka takich podmiotów – wskazuje analityk Eunomia Research & Consulting. – Konsumenci zaś nie będą musieli już pokrywać kosztów recyklingu opakowań w postaci opłat pobieranych przez gminy. Te koszty będą ponosić przy zakupie danego opakowania, ponieważ zostaną one doliczone do ceny każdego kupowanego produktu.

Konsumenci wyraźnie popierają wprowadzenie systemu kaucyjnego na opakowania – w 2019 roku, według raportu Polskiego Stowarzyszenia Zero Waste, za tym rozwiązaniem było prawie 90 proc. Polaków.

– W tej chwili nie mamy żadnych regulacji dotyczących np. opakowań po napojach. Funkcjonuje dobrowolny system kaucyjny, organizowany np. przez browary na butelki po piwie, natomiast w pozostałym zakresie nie ma nic. Wszystko trafia do strumienia odpadów komunalnych, czyli do naszych koszy na śmieci. UE nakłada nam jednak pewne wymogi dotyczące tego, ile takich opakowań powinniśmy zebrać. I tutaj system kaucyjny jest znakomitym rozwiązaniem. Raport Eunomii pokazuje, że system kaucyjny jest jedynym znanym i efektywnym kosztowo rozwiązaniem, które pozwala osiągnąć 90 proc. selektywnej zbiórki opakowań po napojach – mówi Anna Sapota.

System kaucyjny to rozwiązanie, które od lat z powodzeniem funkcjonuje już w 10 krajach UE, takich jak Dania, Finlandia, Niemcy, Holandia, Norwegia, Szwecja i Litwa. Jak wynika z danych Deloitte’a, korzysta z niego ponad 133 mln ludzi, czyli ponad jedna czwarta europejskiej populacji. Dlatego projektując wdrażanie ROP, Polska może czerpać z doświadczeń innych państw, dostosowując je do specyfiki krajowego rynku. Raport, opracowany przez firmy Eunomia Research & Consulting oraz obecną na 60 rynkach depozytowych Tomrę, pokazuje, jak efektywnie wdrożyć system rozszerzonej odpowiedzialności producenta, aby była to transakcja „win-win-win” – korzystna dla konsumentów, producentów i samorządów.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/w-przyszlym-roku-rynek,p1731558739

Polskie lotniska nawet przez cztery lata będą odbudowywać ruch pasażerski. Na powrót do kondycji finansowej sprzed pandemii potrzebują jeszcze więcej czasu

0

– Borykamy się z największym kryzysem w branży lotniczej. Spadek ruchu jest bardzo głęboki, w połączeniach regularnych na niektórych lotniskach sięga prawie 100 proc. – mówi Artur Tomasik, prezes zarządu Związku Regionalnych Portów Lotniczych oraz Katowice Airport, i podkreśla, że minie kilka lat, zanim porty lotnicze odbudują ruch pasażerski i powrócą do kondycji finansowej sprzed pandemii. Kryzys w przewozach ominął transport towarowy. Lotnisko w Katowicach w pierwszym kwartale tego roku zanotowało w tym segmencie 30-proc. wzrost.

Jak podaje Związek Regionalnych Portów Lotniczych, w pierwszych trzech kwartałach 2020 roku 13 lotnisk obsłużyło ok. 8 mln podróżnych, czyli o 15,3 mln mniej niż w analogicznym okresie 2019 roku (w całym 2019 roku podróżnych była rekordowa liczba – 30,2 mln). Najgorszy był II kwartał, który przyniósł prawie całkowite zatrzymanie ruchu lotniczego. Zakaz lotów wprowadzony wiosną obowiązywał do końca czerwca, czyli ponad 100 dni. Sezon wakacyjny w okresie pandemii pozwolił tylko częściowo odbudować ruch na lotniskach. W efekcie w trzecim kwartale 2020 roku polskie porty lotnicze obsłużyły tylko jedną trzecią liczby pasażerów z tego okresu w 2019 roku, a dodatkowo druga fala pandemii w czwartym kwartale ponownie przyniosła spadki na poziomie 90 proc.

Niektóre porty lotnicze nie obsługują obecnie żadnych połączeń w ruchu regularnym. W ujęciu rocznym spadek w tym segmencie wyniósł w 2020 roku ponad 90 proc. W ruchu czarterowym sytuacja jest różna w poszczególnych portach. W Pyrzowicach w ubiegłym roku obsłużyliśmy 60 proc. ruchu w czarterach w porównaniu z wynikiem z 2019 roku. Kryzys jest bardzo głęboki i bardzo długo będziemy z niego wychodzić – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Artur Tomasik.

W ramach ruchu regularnego i czarterowego na pyrzowickim lotnisku obsłużono w ubiegłym roku prawie 1,45 mln podróżnych, czyli o prawie 3,4 mln mniej niż w 2019 roku (-70,1 proc.). Spadek w liczbie operacji startów i lądowań samolotów był nieco mniejszy i wyniósł ok. 47 proc. – odnotowano ich 21,9 tys., czyli o prawie 19,7 tys. mniej niż rok wcześniej.

Znaczny spadek liczby operacji utrzymuje się również w pierwszych miesiącach 2021 roku. Według danych Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej na wszystkich polskich lotniskach w lutym tego roku było ich 7157, o 78 proc. mniej niż przed rokiem (31 844). Również marcowe statystyki pokazują spadki, mimo że od połowy marca ub.r. były już odczuwalne restrykcje rządu – liczba operacji w tym roku wyniosła w marcu 8017 vs. 16 248 w marcu 2020 roku (33 041 w marcu 2019 roku).

Jedyny segment lotniczych usług przewozowych, który nie ucierpiał znacznie w czasie pandemii, to transport towarowy. Urząd Lotnictwa Cywilnego podał, że w pierwszych trzech kwartałach 2020 roku w polskich portach przewieziono 71,4 tys. ton cargo lotniczego, co stanowi spadek o 20,3 proc. w porównaniu do analogicznego okresu 2019 roku. Wynika on ze zmniejszenia wolumenu lotów samolotów pasażerskich, na których pokładach przewożona jest duża część cargo obsługiwanego przez polskie porty lotnicze, szczególnie do Kataru czy Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Liczba operacji lotniczych cargo w pierwszych trzech kwartałach 2020 roku spadła jednak w stosunku do analogicznego okresu 2019 roku o zaledwie 1,5 proc.

Handel w internecie kwitnie i firmy, które w tym handlu uczestniczą, prosperują bardzo dobrze. W efekcie wykorzystywana jest także nasza infrastruktura. W Pyrzowicach w pierwszym kwartale tego roku odnotowaliśmy ponad 30-proc. wzrost w przewozach cargo. Myślę, że w innych portach, które oferują transport towarowy, jest podobnie. Na pewno po pandemii będziemy silniejsi w zakresie obsługi cargo i liczę na to, że będzie to pozytywny efekt, który pozostanie po czasach COVID-19 – zaznacza prezes Katowice Airport.

Również ubiegły rok w przewozach cargo był korzystny dla katowickiego lotniska. Przewieziono 20 375 ton frachtu, czyli o 252 tony więcej (1,2 proc.) w porównaniu z 2019 rokiem. Jednocześnie w tym segmencie odnotowano rekordowy wynik w liczbie startów i lądowań frachtowców. W 2020 roku obsłużono dokładnie 3 27 operacji samolotów cargo. Jest to wynik o 4 proc. lepszy niż w 2019 roku.

Odtworzenie ruchu pasażerskiego potrwa co najmniej dwa, trzy, może cztery lata, ale dłużej potrwa odbudowa finansów w naszych przedsiębiorstwach. Jesteśmy w bardzo głębokim kryzysie, który spowodował, że aby utrzymać działalność, musieliśmy zaciągnąć kredyty, pożyczki u swoich właścicieli, które trzeba będzie spłacać. To może potrwać nawet pięć lat – mówi Artur Tomasik.

Polskie lotniska liczą na to, że część strat uda się odbudować podczas tegorocznego sezonu letniego, bo Polacy są spragnieni podróżowania. Większość portów wystartowała już z ofertą wakacyjną.

Siatki połączeń na sezon letni szybko się odbudują, ale warunkiem jest powrót do normalności i odporność stadna uzyskana w wyniku szczepień. W Katowicach będzie dostępnych ponad 130 połączeń regularnych i czarterowych, czyli podobnie jak w 2019 roku. Myślę, że w innych dużych i średnich portach będzie analogicznie. W najgorszej sytuacji będą małe porty, które wcześniej obsługiwały do 500 tys. pasażerów. Tam siatka połączeń lotniczych będzie odbudowywana o wiele dłużej – zauważa prezes Związku Regionalnych Portów Lotniczych.

W sezonie letnim z Katowic będą latać dwie nowe linie lotnicze: grecka Lumiwings oraz ukraińska SkyUp. Mimo rozbudowanej siatki połączeń ze względu na obecną sytuację epidemiologiczną w Europie nie wszystkie kierunki będą dostępne już w momencie uruchomienia letniego rozkładu.

W Pyrzowicach stacjonuje LOT-owski dreamliner latający bezpośrednio na Dominikanę i do Meksyku. Jesteśmy jedynym portem regionalnym, w którym ruch obsługuje samolot szerokokadłubowy, co umożliwia loty bezpośrednie na dalekie dystanse – podkreśla Artur Tomasik. – Na pewno w innych portach też pojawi się sporo nowości oraz nowi przewoźnicy. To są pozytywne elementy, które wpłyną na szybkość odbudowy ruchu po trudnej covidowej sytuacji.

Od 30 marca obowiązują nowe zasady kwarantanny dla osób przekraczających polską granicę, zarówno transportem drogowym, kolejowym, jak i lotniczym. Podróżni przybywający do Polski ze strefy Schengen podlegają obowiązkowej kwarantannie, chyba że przedstawią negatywny wynik testu na COVID-19, wykonanego nie później niż 48 godzin przed przekroczeniem granicy. Z kolei przybywający spoza strefy Schengen są kierowani na kwarantannę niezależnie od wyniku takiego testu. Może ich z niej zwolnić tylko negatywny wynik testu wykonanego już w Polsce. Obowiązkowej kwarantannie nie podlegają także osoby zaszczepione.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polskie-lotniska-nawet,p1962535992

Wypłaty za odwołane wycieczki pochłonęły 225 mln zł z Turystycznego Funduszu Zwrotów. Zgłoszono ok. 90 tys. wniosków

0

– Ze wsparcia Turystycznego Funduszu Zwrotów w rozliczeniach z klientami skorzystało prawie 300 touroperatorów i przedsiębiorstw turystycznych – informuje Marek Niechciał z Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego. Po zwrot pieniędzy za odwołane wycieczki zgłosiło się ok. 90 tys. Polaków, ale ze względu na to, że podpisywane przez nich umowy dotyczyły zwykle kilku osób, lista beneficjentów jest kilkukrotnie większa. Do końca marca wykorzystano łącznie 225 z zaplanowanych 300 mln zł środków zgromadzonych w TFZ. Kolejną formą wsparcia dla branży jest też działający od początku tego roku Turystyczny Fundusz Pomocowy, który stanowi zabezpieczenie na wypadek kolejnych nadzwyczajnych okoliczności. Na jego koncie jest 2 mln zł składek.

– Turystyczny Fundusz Zwrotów był otwarty dla każdego przedsiębiorstwa turystycznego. Ostatecznie zgłosiło się do nas 298 przedsiębiorstw, ale dwie bardzo duże firmy z pierwszej dziesiątki w nim nie uczestniczyły [Ecco Holiday i TUI Poland – red.], ponieważ postanowiły dokonywać zwrotów z własnych środków. Uwzględniając ten fakt, okazuje się, że w akcji zwrotów uczestniczy zdecydowana większość polskiego rynku turystycznego, liczonego wartością czy też liczbą podróżnych – mówi agencji Newseria Biznes Marek Niechciał, członek zarządu Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego odpowiedzialny za obszar turystyki.

Od października ub.r. Polacy mogli składać do Turystycznego Funduszu Zwrotów wnioski o zwrot pieniędzy za odwołane i niedoszłe z powodu pandemii wycieczki. Środki z TFZ – czyli specjalnego funduszu covidowego – były wypłacane, gdy podróżny nie otrzymał zwrotu wniesionej zaliczki albo nie wyraził zgody na przyjęcie vouchera od touroperatora. Zgodnie z ustawą o zwrot środków można było ubiegać się maksymalnie do 31 grudnia ub.r., ale weryfikacja wniosków trwała jeszcze do końca marca.

– Ustawa o Turystycznym Funduszu Zwrotów przewidywała, że zostanie na niego przeznaczone 300 mln zł. Do końca marca wykorzystano z tego 225 mln zł – mówi ekspert.

Jak informuje, po zwrot środków za odwołane wycieczki zgłosiło się około 90 tys. Polaków, z którymi touroperatorzy podpisali umowy. Rzadko kiedy umowa dotyczyła tylko jednej osoby, więc lista beneficjentów to kilkaset tysięcy osób. Każda wypłata musiała mieć potwierdzenie w dwóch źródłach: występował o nią zarówno touroperator, jak i jego klient. Jeżeli dane się zgadzały, pieniądze były wypłacane na jego konto. Jednak we wnioskach kierowanych do TFZ częste były też rozbieżności, które wymagały dłuższej weryfikacji.

– Głównym problemem, z jakim się zetknęliśmy, była kwestia nazwisk, ponieważ firmy turystyczne często przekazywały nam informacje w oparciu o bazy danych linii lotniczych, gdzie nie ma polskich znaków. Problematyczna była też kwestia daty zawarcia umowy, która często różniła się w zeznaniach przedsiębiorcy i podróżnego. Kolejny duży problem stanowiła różna liczba wpłat. Przykładowo podróżny płacił w dwóch ratach, ale robił to za pośrednictwem agenta, który jedną z tych wpłat podzielił. Dlatego po stronie firmy turystycznej mieliśmy już trzy płatności. Trudno było to połączyć, wymagało to już nie systemu teleinformatycznego, ale ręcznej pracy – wymienia członek zarządu Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego odpowiedzialny za obszar turystyki.

Działający przy UFG Turystyczny Fundusz Zwrotów stanowił formę pomocy nie tylko dla podróżnych poszkodowanych przez pandemię, ale i dla całej branży turystycznej. Firmy i touroperatorzy nie dysponowali bowiem wystarczającymi środkami, żeby samodzielnie rozliczyć się z klientami za odwołane wycieczki. Na ogół sami już wcześniej wpłacili zaliczki liniom lotniczym i hotelom, rezerwując ich usługi, a kiedy rozszalała się pandemia, mieli problem z odzyskaniem tych środków od zagranicznych kontrahentów, którzy zasłaniali się swoimi kosztami.

Zgodnie z ustawą o TFZ to państwo – na wniosek klienta i touroperatora – zwracało środki za odwołane wyjazdy, ale ta pomoc ma charakter zwrotny. Zwrot wypłaconych środków będzie dokonywany przez organizatorów turystyki w 72 ratach.

 Zgodnie z ustawą środki z Turystycznego Funduszu Zwrotów są pożyczką udzieloną przez fundusz covidowy BGK dla przedsiębiorstw turystycznych i trzeba je zwrócić w ciągu sześciu lat. Spłaty powinny rozpocząć się do 21 kwietnia br., natomiast wiem, że rząd i Sejm pracują nad nowelizacją tej ustawy tak, aby pozostałe płatności były dokonywane od 2022 roku. Czyli można powiedzieć, że ten proces będzie odłożony mniej więcej o osiem miesięcy – mówi Marek Niechciał.

Jak ocenia, zmiany przepisów uchwalone na przestrzeni ostatniego roku wzmocniły ochronę turystów i przyczyniły się do tego, że liczba upadłości w polskim sektorze turystycznym okazała się niewielka w stosunku do prognoz i sytuacji rynkowej.

– W 2020 roku formalnie upadłości było mniej niż w poprzednim, który był rekordowo dobry dla turystyki. Mieliśmy osiem upadłości, natomiast w 2019 roku – ponad 10, więc można powiedzieć, że prawo zadziałało i ochroniło zarówno firmy turystyczne, jak i konsumentów, którzy dostali zwrot zaliczek za niedoszłe imprezy turystyczne – podkreśla przedstawiciel UFG.

Jedną z form wsparcia dla sektora jest też wprowadzony z początkiem tego roku Turystyczny Fundusz Pomocowy, który stanowi formę zabezpieczenia na wypadek kolejnych, nadzwyczajnych okoliczności. Przedsiębiorstwa turystyczne od 1 stycznia br. są zobowiązane odprowadzać składki na TFG, w którym obecnie znajdują się już ponad 2 mln zł.

– W przyszłości w przypadku różnych nieprzewidzianych zdarzeń będzie można pożyczyć pieniądze Turystycznego Funduszu Pomocowego  przedsiębiorstwom w kłopotach, żeby uchronić je przed upadłością – wyjaśnia Marek Niechciał. – Przykładowo firma, która wysłała turystów w jakiś region, gdzie nagle wybucha wulkan albo wojna domowa, prawdopodobnie by zbankrutowała. Natomiast dzięki TFG będzie mogła pożyczyć środki, żeby później oddać w ciągu kilku lat i dzięki temu przetrwać na rynku.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/wyplaty-za-odwolane,p1224049938